Spowolnić czas…

Budzik.

Walizka.

Śnieg.

Deszcz.

Bezpiecznie siedzę na miejscu pasażera. Tak uzgodniliśmy dzień wcześniej, mimo telefonu, że nie muszę, jak jeszcze nie doszłam do siebie. Ale ja już postanowiłam i nie zmieniam zdania.

Oddział chemioterapii. Mam już podłączona do kroplówek. Kap, kap, kap… płynie trucizna w żyłę. Mam uśmiechnięta, dużo mówi, żartuje. Może. Dzień wcześniej podczas punkcji wyciągnięto prawie 1,5 litra płynu. Lżej oddycha. Idę na rozmowę do p. Doktor prowadzącej. Przyjmuje mnie od razu, mimo iż kilka razy już rozmawiał z nią Misiek. Pytam. Odpowiada. Przypuszczać, spodziewać się, a usłyszeć,  to dwie różne rzeczy. Sama stawiam kropkę nad i… Potwierdza. Dziękuję za rozmowę. Wychodzę.

Kilka stopni schodów, kilka metrów korytarza i przyklejam uśmiech na twarz. Zdążyłam. Lawiruję. Słowami. Pani obok robi się niedobrze. Zaraz sama zwymiotuję, szybko idę szukać nerki. Pani pielęgniarka nie wysługuje się mną, tylko sama szybko zasuwa na salę. Jeszcze chwilę jesteśmy, ale powoli już się zbieramy do wyjścia. OM się żegna i raczy Mam słowami: dobrze wyglądasz. Zaraz nakopię ci w tyłek za te” dobrze wyglądasz”… furczę; na komisji zusowskiej  też usłyszałam „dobrze pani wyglada”… Panie współlokatorki głośno się śmieją. Spokojnie mówię, że gdyby przyjął tyle płynów  i sterydów, to też by dobrze wyglądał. Matko, jak ja tego stwierdzenia wobec „chemiczek” nie trawię, a tu własny OM wypowiada. Wrrr… ale się śmiejemy.

Uśmiech znika już przy windzie. Streszczam rozmowę z lekarką. Zapada ciężkie milczenie. Potrzebujemy odreagowania, normalności. Przez chwilę. Odcięcia się od rozmów o sprawach ostatecznych. Obiad w swojskiej restauracji z muzyką w języku bliskim sercu…  Jest smacznie. Kolorowo. Muzyka sprawia, że podspiewujemy, a mnie nogi same chodzą. OM odwozi mnie do mieszkania, idzie na górę, ale gdy tylko stawia walizkę na stałym jej miejscu, to się żegna i wychodzi. Zostaję sama, zapadam w stuporze w wygodnym fotelu. Minuty mijają, a ja nie jestem w stanie nic zrobić. Muszę wykonać kilka telefonów, kiłka sama odbieram. Nie mówię wszystkim tych samych słów, dobieram odpowiednie do rozmówcy. Pomniejszam ich ciężar… Mija kolejna godzina.

Przychodzą Dzieci, potem Tata, na koniec dnia PT… Ona na klatę bierze najwięcej, przy niej nie muszę kontrolować słów, ani emocji…

Spowolinić… takie teraz mamy zadanie, wszyscy… łącznie z chemią.

 

Reklamy

Nienawiść…

Język nienawiści zalał nasz kraj jak tsunami. I nieważne, z której strony pada, jest czymś ohydnym i złym. Zawsze powinien być napiętnowany. Jaka jest rôżnica pomiędzy pewną posłanką ziejącą jadowitą nagonką  na swoich przeciwników, a osobą, która publicznie nazywa  ją „ciężarną lochą”. No właśnie.  Spójrzcie w lustro. Uderzcie się w pierś.

Język nienawiści nie zniknie sam ze strefy publicznej.

Wielka moc czerwonych serc…

WOŚP nikogo nie wyręcza. Grając, pięknie uzupełnia. Czego dokonała przez te wszystkie lata, można zobaczyć na dziecięcych oddziałach i nie tylko. Świadczą o tym liczby… WOŚP to my wszyscy, pięknie zjednoczeni w ten jeden zimowy dzień. Wydawałoby się, że w tym roku jakby mniej hejtu, ale w telewizji publicznej ukazało się obrzydliwe „plastusiowe przedstawienie”. Oni chyba już tam wszyscy odlecieli w swej nienawiści i braku elementarnej przyzwoitości. Ohyda! Mimo tego, że partia rządząca i jej zwolennicy robią wszystko, żeby naród skłócić i podzielić, to nie mają szans, żeby nas poróżnić w sprawie WOŚP. Z roku na rok z coraz gorętszymi sercami gramy do końca świata i o jeden dzień dłużej. W tę niedzielę również. Bo warto być przyzwoitym i warto pomagać. Takich osób jest więcej, niż tych co nic nie robią, za to mącą.

*

Decyzja o podaniu Mam chemii zapadnie w poniedziałek. Przyjęta na oddział została zaopiekowana i trwa walka o poprawę wyników. Okazało się, tak w uproszczeniu, że ma za gęstą krew. Tak mi przekazał Misiu, który wraz z Atą spędzili w szpitalu cały dzień. Dopiero pod koniec dnia udało mu się porozmawiać z lekarką prowadzącą i ona uprzedziła, że czekając na kolejne wyniki, nawet jak będą już dobre, to przez weekend raczej nie będzie komu zadecydować o podaniu chemii. Mam ma zbyt wiele towarzyszących chorób. Zła, choć spodziewana wiadomość jest taka, że choroba postępuje. Kontaktuję się z Mam telefonicznie i trochę mi lżej, bo po glosie czuję, że jest silniejsza i łatwiej jej jest oddychać. Chwali sobie opiekę pań pielęgniarek. I za każdym razem pyta się, kiedy przyjadę… a mnie serce pęka… Przez ostatnie dni bywał u Mam jej młodszy brat, przynosił jedzenie gotowane przez Ciocię, która sama zainfekowana, nie mogła wyjść z domu. Dobrze, że są na miejscu i chcą i mogą pomóc. Ale najważniejsze, że jest Misiek i Ata. Bo Tata w takich życiowych sprawach to jest sam jak dziecko we mgle. Potrafi tylko zadzwonić przerażony…

Ale dziś późnym wieczorem zadzwonił, i też miał głos weselszy, bo był z Dzieckami u Mam i na własne oczy zobaczył, że jest poprawa w samopoczuciu u Mam. A ja mogę na chwilę odetchnąć z ulgą…

Powoli wygrzebuję się z łóżka. Muszę wziąć się za siebie, bo osłabłam. Powrócić do smoothie i innych wzmacniaczy. Tuśka też przeziębiona, więc uziemiona w domu. OM zmęczony, więc ucieszył go mój widok na dole i jakaś aktywność. Takie o to nasze małe radości.

W ostatnich dniach dostałam od Was wiele serca. I choć wiele słów jest na wyrost, to naprawdę dla mnie dużo znaczą. Wasza obecności. Dziękuję! Wirtualne serca też mają moc! Pamiętajmy o tym! Tak niewiele kosztuje okazanie komuś swej życzliwości- to dobra energia, która sama do nas wraca.

Radosnego grania! 🙂

P.S.

Czytam „Mikrotyki” Pawła Sołtysa. To opowiadania. O ludziach, rzeczach, miejscach z przeszłości- ich losach, które dotykały nas wszystkich i być może uleciały z pamięci. Polecam.

Dziki kraj…

 

Polska.

Prezydent obwieścił narodowi, że cały czas się czegoś uczy. Każdego dnia. Dlatego też beztrosko oznajmił, że on nie wie, na ile procent to człowiek przyczynia się do ocieplenia klimatu. Za to jest w stu procentach pewny, że to sama natura jest tego przyczyną, wszak klimat nam się zmieniał na przełomie dziejów bez ingerencji człowieka, bo go wtedy jeszcze nie było. Odkrywcze, nie ma co. Pan Prezydent nie pokusił się jednak o przeczytanie prac naukowych w tym temacie, mało tego zasugerował, że głosy naukowców w tym temacie są zróżnicowane, co jest nieprawdą, bo 97% autorów prac naukowych na ten temat jest zgodnych, że to z powodu działalności człowieka może dojść do zagłady naszej planety.

Mając w postaci głowy państwa takiego orędownika szkodliwej działalności człowieka, kompletnie mnie nie dziwią kolejne pomysły ministra środowiska. Kornika zwalczali, wycinając drzewa w Puszczy, teraz zabierają się za dziki w walce ze świńskim pomorem, a w planach mają odstrzał żubrów, które są pod ochroną. Czekam na obwieszczenie polowania na kaczki.

Takich i tylu nieudaczników i szkodników, żaden rząd nie miał. Przypomnę, że chlubę naszego kraju, jakie są konie arabskie, doprowadzili do tego, że pierwszy raz stadnina w Janowie Podlaskim przyniosła 1,5 miliona straty. A to tylko jedna działka ich działalności. Tak się czasem zastanawiam, co czują osoby, które ślepo (chciałam napisać, że w dobrej wierze, ale nie- biorąc pod uwagę, co się działo za ich poprzednich rządów, to dla mnie te osoby wyłączyły myślenie) uwierzyły w „dobrą zmianę”, a dziś w końcu przejrzały na oczy. Na kolanach do Częstochowy, za to, że Polsce zgotowały taki los.

Mogłaby każdego ministra „dobrej zmiany”opisać i jego szkodliwą działalność. Ale nie będę się pastwić nad uśmiechniętą od ucha do ucha minister dedukcji, czy odlotowego w swych decyzjach ministra kultury, przecież wszyscy widzimy, co się dzieje. Że kolejna kasa leci do Rydzyka  na wątpliwe przedsięwzięcie, a prezes NBP ma w swoim odwłoku żądania o ujawnienie zarobków, bo jest niezależny i nietykalny, kpiąc z nas wszystkich. Również z partii rządzącej. Morawiecki mianuje Andruszkiewicza wiceministrem- brawo! To się nazywa wymiana elit! A ponad 30% społeczeństwu to się wciąż podoba. Dziki kraj.

Wspomnę tylko, że od pierwszego stycznia Muzeum Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej będzie nieczynne do odwołania. Z powodów ograniczenia środków (dotacji) przez MSWiA. Jaka jest to strata dla kultury łemkowskiej nie muszę tego pisać.

 

Dopisek:

Się dałam zbadać. To infekcja oskrzelowa. Jakaś taka upierdliwa bo nie chce odpuścić. Mam leki, również antybiotyk, ale jeszcze się zastanawiam, czy go użyć.

Jutro ciężki dzień, mimo że spędzę go w łóżku. Przy Mam będzie Misiek z Atą. Nie tak miało być…

 

Spowiedź, czyli tekst o wątpliwościach…

Trwają święta. (Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim za życzenia:*) Tegoroczne charakteryzują się tym, że OM jest w domu. Nie pracuje, no może oprócz krótkich nocnych wyjazdów. I Pańcio od wigilii jest u nas, nie chodzi do przedszkola, za to codziennie uczestniczy w służbie bożej w cerkwi. (Przypominam, że choć Tuśka brała ślub w cerkwi prawosławnej, to Pańcio chrzczony był w kościele- jak widzicie, my nie mamy z tym żadnego problemu). Ja niestety okupuję łóżko i nawet byłoby to przyjemne, gdyż nic nie muszę robić tylko się pocić i jestem obsługiwana przez dwóch dżentelmenów, to jednak się stresuję, bo piątek tuż, tuż… Tak, mam plan B, a nawet C, ale wolałabym, żeby to jednak plan A wypalił. Pogoda też nie sprzyja: leje, leje, leje… No atmosfera przygnębiająca.

W cerkwi prawosławnej spowiedź wygląda zupełnie inaczej niż w KK. (Nie jest taka sformalizowana, a ksiądz nie występuje w charakterze sędziego). Nikt nie musi (chyba że ma taką ochotę) szeptać księdzu na ucho swoje grzechy. Wszyscy grzeszymy podobnie, a księdza nie obchodzi, że Zośka Kryśkę nazwała zołzą i pokazała jej język, a nie Ance. Wystarczy, że żałuje. Kiedy komuś się zdarzy grzech cięższy niż te powszechne, to zna drogę… Wiecie, że w cerkwi prawosławnej i grekokatolickiej małe dzieci mogą przyjąć komunię świętą przed pierwszą komunią, która tak naprawdę jest pierwszą spowiedzią. Jak widać, cerkiew uznaje, że małe dzieci nie grzeszą. Bardzo mi się to podoba. Już nie wspomnę o tym, że nasz ksiądz ma żonę i trójkę dzieci, więc nie są mu obce grzechy powszednie ;p

To tak przy okazji, bo tekst miał być o czymś innym. Ale trawi mnie gorączka, to i piszę jak w malignie…

Wątpliwości, kto ich w życiu nie miał, nie ma, nie będzie miał? Nikt. Życie się z nich składa, bo musimy wciąż podejmować jakieś decyzje. Jakiekolwiek sobie zdanie  wrobiliście o mnie, to uwierzcie, że i ja je mam. Nieustannie. Szczególnie kiedy decyzje dotyczą życia i śmierci.

Ostatnio wdałam się w dyskusję (może powinnam trzymać palce na wodzy) na temat olaparibu- leku, który od dwóch lat karnie łykam. Mianowicie, wyraziłam swoje zdanie, że nie zdecydowałabym się brać ten lek podczas pierwszej remisji. Czyli jest diagnoza, potem operacja, leczenie i… po leczeniu piguły. Moja remisja trwała prawie sześć lat i pewnie ten fakt ma wpływ na moje dzisiejsze zdanie. Jak to, iż po leczeniu, ani laparoskopia, ani kolejne Pety nie wykazywały komórek. Nie trułabym się pigułami, nawet jeśli miałabym taką możliwość. Dlaczego? Bo program, w którym uczestniczę, nakazuje mi co 12 tygodni robić TK. Jak słyszą to lekarze innych profesji, to włos im się na głowie jeży. Mam tego świadomość. Inaczej się podejmuje taką decyzję, jeśli jest ona po wznowie wznowy, która była w krótkim czasie, bo po niecałym roku od zakończenia leczenia. To był sygnał, że skorupiak się uodpornił. Dziś nie wiem, czy w lutowym TK, lekarz odkryje, że moje guzki w płucach urosły i są karcynogenne i wyrosły z pierwotnego gada, czy może to jest przerzut albo nie wiadomo co- jeszcze. Bo wciąż są zbyt małe. Oby. Dziś nie wiem, czy bez brania piguł przeżyłabym te dwa lata bez kolejnej wznowy. Nikt tego nie wie. Byłam po hajpeku i leczeniu dożylnym. Być może tak, a może nie. W końcu znam osobę, która miała wznowę po półtora roku od hajpeka i przeszła go jeszcze raz. Wiem jedno, że jakiekolwiek nie byłyby moje decyzje- dobre czy złe- to doprowadziły do tego, że od diagnozy minęło już 10 lat, a ja wciąż żyje. I tego będę się trzymać. Wątpliwości, które się pojawiają, bo nie jestem bezmyślną i bezwolną istotą, trzymam w ryzach. Nie ma sensu tego roztrząsać. Dopóki nie muszę podejmować kolejnych decyzji.

Kiedy od samego początku nie ma możliwości wyleczenia się z gada i całe leczenie skupia się na tym, by jak najdłużej wydłużyć pacjentowi życie, to stosowanie leków, terapii ma znaczenie. Ich kolejność. Każda chemia ma skutki uboczne, prześwietlenia również. Olaparib zdecydowałabym się łykać bez wznowy, gdyby remisja nie była całkowita, czyli byłyby widoczne zmiany i trzeba byłoby utrzymać je w ryzach. Ale! Nie kwestionuję innych wyborów, decyzji lekarzy, bo każdy pacjent jest indywidualny w swojej chorobie. Ja tylko przedstawiam swoją filozofię i drogę, jaką przechodzę ze skorupiakiem. Pewnie za kilka lat ten lek będzie refundowany w każdej fazie choroby. I tak powinno być. Bo decyzja, kiedy go zastosować powinna należeć do lekarza i pacjenta, a nie schematu. I powinien zniknąć absurdalny przymus robienia tak częstego TK… żeby ten lek dostać.

Nie napisałam tego, żeby uzyskać od Was zapewnienia o popełnieniu przeze mnie słusznych decyzji. I jaka to ja jestem dzielna, mądra i odważna. Napisałam (pewnie nie do końca zrozumiale -jak to ja), że nie jest to wszystko takie proste, jakby się mogło wydawać. Po prostu. I że ja terapie chemiczne łykam jak landrynki, nie zdając sobie sprawy z ryzyka i zagrożenia. Zdaje. I podejmuję ryzyko.

A teraz to ja się wsłuchuję w chichranie, które dochodzi z dołu- Zońci i Pańcia. Zachowując bezpieczną odległość,  przywitałam się z naszą Księżniczką, bo w czwartek ma szczepienie i musi być zdrowa, a babcie zżera jakaś cholera, co to odczepić się nie chce 😉 Ale żal mi serce ściska, bo sam jej widok powoduje, że się raduję, a tu muszę leżeć w łóżku.

 

Ostatnia wigilia…

 

Zapytaj się Cioci, czy ugotuje prawdziwy barszcz, bo jak nie, to zrobię ten z kartonu. O twój barszcz był bardzo dobry. Mój barszcz, mój barszcz kochany, nie był z kartonu tylko na własnym zakwasie… i  „zakwasie” mówię już, sycząc z oburzenia.

Bo wcześniej zaskoczył mnie pytaniem o kluski, które mówiłam, że mam. Jakie kluski pytam się. No te kopytka. Do barszczu. Uszzzzka !!!!…  informuję zdumiona kulinarną indolencją własnego OM. Pieczołowicie lepione z PT. Takie toczyły się rozmowy odnośnie drugich świąt, które podporządkowane zostały pod Teściową. Z powodu, że tylko pod przemocą opuściłaby własny dom, to OM zdecydował, że robimy wigilię u niej. Jak kiedyś, tylko bez czynnego udziału babci. W tamtym roku jeszcze pojechała do Rodzinnej, w tym nawet nie chciała o tym słyszeć. Do nas też by nie przyszła, gdyż często nie ma ochoty wyjść nawet ze swojego pokoju. Depresja plus demencja to okrutna mieszanka. Ciężko patrzeć na kochaną osobę, kiedyś tak energiczną i pełną życia jak powoli gaśnie, zatapiając się we własnym świecie…

Tak naprawdę potrawy miały tylko symbolizować jaki to dzień, a chodziło o spotkanie się rodziny przy stole. Na kanapie. Niekompletnej, ale tak to już bywa…

Los też musiał dodać swoje trzy grosze i uziemił mnie w łóżku. Normalnie nie dałabym się sprowadzić do poziomu, ale przecież nic normalnie nie jest. Muszę być w miarę sprawna do czwartku, nie mogę rozchorować się bardziej, więc wygrzewam się w łóżku już trzeci dzień w towarzystwie podwyższonej temperatury i kaszlu, ale ten towarzyszy już mi długo i tak naprawdę nie wiem, jakie ma podłoże. OM mówi, że mam kaszel palacza. Dobrze, że nie chorego na raka płuc ;

PT słysząc o naszych świątecznych turbulencjach, spokojnie każe mi się wyluzować i nie przejmować się. Nie przejmuję się świętami. Były i takie, że w tym dniu jechałam do szpitala. Jestem zła, że coś mnie dopadło. Zła i przerażona, bo potrzebuję być zdrowa.

Dziecka Młodsze przyjechały i posiedziały ze mną. Potem poszły do Babci. A ja mam zdjęcia. I relację słowną. Babcia choć zapomniała, że była modlitwa, zanim usiedli do stołu i zdążyła obsztorcować za to swojego syna, to w miarę kontaktowała. Na koniec Zięcia naszego  tylko potraktowała jako obcego pana, ale nie ma co się dziwić, kiedy tydzień temu na widok swojej najukochańszej najstarszej wnuczki, zapytała się swojej córki, co ta obca pani u niej robi… Tak to wygląda… Smutno. A my kurczowo trzymamy się normalności. I razem.

***

Z cyklu: muszę bo się uduszę.

Naprawdę współczuje wszystkim pacjentom i ich bliskim, którzy stali się ofiarami błędów lekarskich. One się zdarzają, niestety wciąż zbyt często. Również się zdarza, że medycyna jest bezradna… To jednak nie usprawiedliwia oddawanie się w ręce hochsztaplerów typu Zięba. To nie jest żaden argument przeciw nauce! Bo to pojedynczy ludzie popełniają błędy w swoim zawodzie. Promowanie leczenia nowotworów z odejściem od medycyny konwencjonalnej jest zwykłą zbrodnią. I każdemu powinna zapalić się czerwona lampka. A kto tego nie rozumie, jest zwykłym idiotą. Dla mnie. Brak mi już sił, jak ta zaraza się rozpowszechnia, bez żadnej refleksji, bo takie jest teraz modne naturalne leczenie. Nie mam nic przeciw, a nawet jestem za, dopóki nie zastępuje leczenia zasadniczego pod kontrolą lekarzy onkologów.

Zastanawiam się, kto jeszcze z bywających tutaj, znających moją historię, uważa mnie za idiotkę, bo zamiast robić sobie np. zdrowe wlewy z witaminy C, łykam olaparib- trującą chemię. I czy uważa, że miałam wybór, bo jego zdaniem, te wlewy skutecznie zatrzymałyby podział komórek nowotworowych (olaparib przeszedł badania kliniczne i jego skuteczność jest określona i udowodniona, wlewów zaś nie). I popełniam błąd ufając medycynie i lekarzom- bynajmniej nie wszystkim i we wszystkim jak leci- zamiast wsłuchać się w różne teorie, krążące w necie. Logiczne. Tak, wiem, powtarzam się, ale bulwersuje mnie fakt, jak ktoś z mojego otoczenia każe mi posłuchać wykładów jednego czy drugiego oszołoma. Bo są logiczne. I dokonać refleksji. Bo jakiś lekarz imbecyl wyciął zdrową nerkę zamiast chorej. I to jest argument przemawiający za tym, żeby sobie szukać innych autorytetów. Wzburzyłam się! I trawi mnie gorączka, ale wiem, co czynię. Za każdym razem jak przeczytam, że ktoś poleca któregoś z oszołomów, to się odezwę. Szczególnie jak to się dzieje publicznie. I wiele osób ma do tego dostęp. Rozważam też inne wyjście, nie wchodzić więcej w takie miejsce…

No mocno mną trzepnęło.

Zamiany…

Ostatnio nic mi się nie śni. I dobrze. Biorąc pod uwagę, że sny często odzwierciedlają naszą codzienność, bądź nasze dusze, a przynajmniej tak są interpretowane przez  większość z nas. Choć wczoraj jak już nadszedł zmierzch, otulona mięciutkim i przyjaznym kocem, zasnęłam i śniło mi się, że jestem w mieszkaniu w DM. Kompletnie nie wiedząc, po co tym razem tam przyjechałam. Była ze mną Aliś i śmiałyśmy się nieustannie. Z czego? Nie pamiętam. Zapamiętałam tylko, że pomyślałam sobie, że pewnie pokręciły mi się terminy, ale to nic, przynajmniej dawno nie miałam takiej porcji śmiechu…

Zupełnie niedawno miałam też inny sen. Piękny. Właściwie zapamiętałam tylko, że wirowałam w tańcu, czując poryw serca i szczęście bez granic. Nie wiem gdzie, nie wiem z kim, ale obudziłam się uśmiechnięta.

Chciałabym, żeby te moje sny były rzeczywistością, a pewne aspekty rzeczywistości tylko snem…

Dziś dom wiejski rodziców zmienił właściciela. Wciąż będzie w rodzinie, co chyba jest najważniejsze… I tak sobie przy tej okazji pomyślałam, że warto uporządkować pewne rzeczy, również spadkowe… za życia. Pogoniłam to moje rodzinne towarzystwo do zamknięcia tej sprawy, bo od wrześniowej decyzji przekazania domu Dzieckom Starszym, nic w tej sprawie się nie ruszyło, oprócz tego, że od października dom ma już nowych lokatorów. Trochę nas to nerwów kosztowało, bo rodzice jak kupili działkę to z niedużym budynkiem usługowym, który potem rozbudowali wszerz, wzdłuż i w górę, i trzeba było skompletować wszystkie dokumenty, bo akt notarialny zakupu nie przedstawiał obecnego stanu. Wydawało się, że Notariusz już ma wszystko, ale okazało się, że nie, bo dostałam telefon w czasie trwania przepisu, żebym odszukała, ile dokładnie wynosi całkowita powierzchnia, bo tylko im tego brakowało. Oczywiście przy okazji oberwało mi się od Taty (winny musi być), że nie dałam dokumentów Tuście, a przecież mówiłam, że zostawię je w DM, to kazał mi je zabrać z powrotem, bo wszystkie  potrzebne do przepisu, to Misiek już przekazał Notariuszowi.

Moja sprzątająca Ela nie dotarła dziś do mnie, bo optymistycznie założyła, że nie będzie… zimy i nie zmieniła opon 😀 Mieszka tylko 20 km ode mnie, ale zdjęcia, jakie mi przysłała- zawieruchy śnieżnej- to pomyślałam, że jest to miejsce na jakiejś dalekiej północy, czyli bliżej bieguna 😉 A u nas słoneczko i od czasu do czasu wirujące płatki śniegu. Inny świat. Przełożyłyśmy porządki na sobotę, a ja przynajmniej dłużej zostałam łóżku z… książką i z pieruńsko dobrym i tak samo słodkim brownie produkcji córci.

Wczoraj byłam u Zońci, po kolejną dawkę śmiechu, a tak przy okazji popilnowałam, jak Tuśka załatwiała różne firmowe sprawy i wyciągała ostatnie papiery ze starostwa potrzebne na dzisiejszy przepis. Ta panienka to jedna wielka radość. Nawet przyjaciółki Tuśkowe z DM, będące u nich na sylwestrze, które ostatnio widziały Zońcie we wrześniu, orzekły, że nie znają bardziej pogodnego dziecka, a jedna z nich sama ma dwie córeczki. I oby tak naszej Księżniczce już zostało! 😀

I patrzę z niedowierzaniem, że to już trzeci dzień nowego roku…