Na naszych oczach…

Prezes sądu na oczach wszystkich, z bezczelnym uśmiechem i co mi zrobicie drze dopiero co uchwaloną uchwałę przez sędziów, posłanka w sejmie wsadza sobie środkowy palec do oka, z radości, że 2 miliardy pójdą na jedyną słuszną telewizję zamiast na onkologię. Bo i po co przeznaczać środki na ochronę zdrowia, wszak już p. marszałek powierzyła naszą ojczyznę pod opiekę Matki Boskiej, oddając jej wszystkie sprawy, więc również te zdrowotne; dlatego szpitale powinny iść za przykładem onkologicznego centrum w Kielcach, gdzie to relikwie (konkretnie świętej Faustyny) mają ulżyć chorym w cierpieniu. I jak dalej władza będzie głosić banialuki, jak to nasza ochrona zdrowia ma się dobrze, szczególnie w onkologii, to pacjentom zamiast leczenia i psychoonkologów faktycznie pozostanie tylko… modlitwa. A raczej społeczne zbiórki na nowoczesne leczenie.

Powoli, ale już widocznie, bo i dzień dłuższy, i ptaki zaczynają swoje trele, budzi się wiosna do życia. Na Antarktydzie rekordowe 20 stopni temperatury, a u nas takie kwiatki…

85195193_220786485636242_5949911752421408768_n

Miłego weekendu! 🙂

P.S. Po czterech dniach, z miłości do słodkiego… zgrzeszyłam, wszak wczoraj był odpowiedni dzień ;p Ale! LP zaskoczyła mnie pysznym sernikiem, który własnoręcznie upiekła- taki bez spodu, więc rozpływał się w buzi błyskawicznie 😀

Słodkie uzależnienie…

Słodkiego miłego życia… Któż by nie chciał 😉

Cukier. Znam takie osoby, dla których temat w ogóle nie istnieje bądź spożywają okazjonalnie, ale z badań wynika, że przeciętny Polak spożywa go w zastraszających ilościach. Na przykład w roku 2018- 51 kilogramów. Wydawałoby się to niemożliwe, bo prowadzimy coraz zdrowszy tryb życia, a jednak spożycie cukru na głowę rośnie a nie maleje. Nic dziwnego, bo cukier dodawany jest wszędzie- wystarczy poczytać etykiety.

Ministerstwo zdrowia postanowiło zareagować… poprzez podatek od cukru. Kolejną daninę dla przedsiębiorców. I jak ma zwyczaju ta władza, bez żadnych konsultacji, na dodatek z luką prawną, która daje możliwość różnych interpretacji. I wdrożyć to w trakcie roku rozliczeniowego. Oczywiście i tak na końcu zapłaci konsument. Dla pożeraczy czekolady i miłośników słodkich gazowanych (i nie tylko) napojów nadchodzą ciężkie czasy, bo podwyżki będą dotkliwe. Czy słusznie? Takie podatki funkcjonują w innych państwach europejskich i jest to jakaś forma walki z nadwagą i otyłością, pytanie tylko, czy skuteczna. Czy sam wzrost cen jest w stanie skutecznie zmienić nawyki żywieniowe? Na przykładzie papierosów widać stopniowe zmniejszenie liczby palących, ale to nie tylko wzrost cen jest powodem, ale wprowadzony wiele lat temu zakaz palenia w miejscach publicznych. Mimo tego wciąż jest 8 milionów palących.

Nie jestem całkowicie przeciwna takiemu podatkowi, a nawet jestem bardziej za niż przeciw, o ile wymusiłby on na producentach produkcję bardziej zdrowej żywności. Nie był kolejnym nakładającym się podatkiem dla nich, który doprowadzi do nierentowności przedsiębiorstwa. I jak najbardziej jestem za ograniczeniem reklam, szczególnie słodkich napojów. Mam jednak duże wątpliwości czy sama cena, bez szerokiej kampanii edukacyjnej, informacyjnej przyniesie oczekiwane skutki. I jeszcze większe, gdy ustawę wdraża ten rząd.

Cukier nazywany jest narkotykiem XXI wieku. I słusznie. Jak niebezpiecznym dla zdrowia, to każdy(?) wie. Może tylko nie każdy zdaje sobie sprawę, że można być od niego uzależnionym. Działa jak śnieżna kula: im więcej się go zjada, tym więcej organizm go potrzebuje. Spożywanie go wywołuje „hormon szczęścia”- dobry humor, znikają bądź bledną wszelkie niepokoje, ale kiedy organizm go przetrawi, to domaga się więcej…aby poczuć się znów lepiej. Zamknięte koło. Żeby to przerwać, to organizm potrzebuje całkowitego detoksu i to dość długiego. Jak w przypadku narkotyków.

Walka z cukrem jest słuszną walką.

Od lat nie słodzę żadnych gorących napojów. Do kawy od niedawna używam mleka bez laktozy. Nie piję gazowanych słodkich napojów, choć zdarzyło mi się w tym roku przy jelitówce wypić puszkę coli. Nie potrafię jednak wziąć rozwodu ze słodyczami, choć zdarza mi się kilkudniowa separacja- obecnie trzydniowa, o ile dotrwam do końca dnia 😉 I jestem bardzo ciekawa, mimo tej mojej abstynencji, ileż to łyżeczek cukru zjadłam w ciągu doby. Bo, że zjadłam, to jestem pewna. Nie da się go całkiem wyeliminować, nawet nie ma takiej potrzeby, bo cukier jest potrzebny naszemu organizmowi, tyle że ten zdrowy! Gorzej jak nieświadomie zjadamy go w różnych przetworzonych produktach.

Zdrowego, słodkiego życia! 🙂

 

Pod powierzchnią…

Nie każdy uzewnętrznia to, co go zżera od środka. Bywa, że smutek ma wesołą twarz… To, że ktoś nie chowa się pod ciemnym i grubym kocem depresji, nie znaczy, że jej nie doświadcza.

Dawno nie czułam takiego wzburzenia. Nie lubię tego w sobie, ale usprawiedliwiam tym, że obojętność byłaby gorsza. Chyba. Wydaje mi się, że wiele rzeczy zaakceptowałam z godnością, ba, nawet z humorem, który pozwala mieć dystans. Do wszystkiego. Aż tu nagle bum! Silne poczucie bycia poza marginesem. Kimś, z kim się nie rozmawia tylko informuje. Bo i po co…

i jeszcze ten wiatr…

ale na na poukładanie sobie w głowie- rozmowa

i cudne zdjęcia naszego morza…

85223885_117585826357394_6103090223434956800_n

to jedno z nich (autorstwa PT)

 

Menda i męta…

Szkodliwe. Natrętne.

Pierwsza skradła mi moje konto na kilka godzin, druga krąży wokół mnie jak natarczywa mucha lub komar. Zresztą jak się zapominam, to właśnie myślę, że jest owadem-wystarczy packa i zniknie.

Starzeję się.

Zmieniałam niedawno hasło do id IPhone i zdążyłam zapomnieć na jakie. Moje wszystkie hasła (oprócz tych bankowych) to naprzemienne wariacje z dwoma słowami i dwiema liczbami, więc metodą prób i błędów pewnie bym doszła, choć tym razem właśnie liczby nie byłam pewna, bo wprowadziłam nową. Dzięki jednak dwupoziomowemu uwierzytelnieniu mogłam zmienić na nowe. I ZAPISAĆ! Pierwszy raz w życiu. Wprawdzie na skrawku wolnego miejsca jakiegoś urzędowego pisma, ale z solenną obietnicą, że kupię sobie notes do tego celu. I w końcu pozapisuję te wszystkie kody dostępu, bo jak się ich nie używa- gdyż się nie wylogowuję- to one wyfruwają z pamięci… Mam też tak, że często zapisuję numery na tym, co mam pod ręką-a pod ręką mam przeważnie jakieś dokumenty- nie opisując do kogo/czego dany numer. Potem jak znajduję, to nie wiem, czy to była jednorazowa potrzeba, czy nie… ale to i tak nie ma znaczenia, bo są całkiem nieprzydatne. A jak mi jest potrzebny konkretny, to czasem  ratuje mnie pamięć, że komuś go podawałam, więc pewnie znajdę na messengerze albo na WhatsAppie- ale ile to trwa! Szukanie.

Sypię się.

Muszę się wybrać do specjalisty po uspokojenie. Że nie oślepnę 😉 I, żeby zapobiec przed namnożeniem się mętów!

 

Kotwica…

Od kilku dni aura nie zachęca, żeby wyściubić nos za drzwi, mimo iż jest dość ciepło, a nawet za ciepło jak na środek zimy- wszak już luty, a wraz z nim zdewaluowane porzekadło: Idzie luty, podkuj buty. Bardziej adekwatne byłoby- odziej kalosze! Mnie ten nieustający deszcz w sumie aż tak nie przeszkadza, bo nie mam potrzeby przemieszczania się, za to ziemia ma ogromną potrzebę wody, bo już teraz grozi nam susza. Wprawdzie śnieg byłby lepszym rozwiązaniem, nie tylko dla gleby, drzewostanu i roślin, ale również dla dzieci, które mają ferie. A tu nie dość, że śniegu brak, to wciąż leje i wieje, więc nawet zamiast na sankach czy łyżwach, nie mogą pojeździć na rowerach bądź rolkach czy hulajnogach. Sorry, taki mamy klimat 😉

Dziecka miejscowe (moje) wyjeżdżają całą rodziną na ferie, ale wcześniej spotkaliśmy się rodzinnie przy urodzinowym stole. Pierwszy raz były dwa miejsca wolne: prababci B i dziadka T. Czas nie stoi w miejscu, ale rodzina to taka kotwica w mętnej rzece życia… I tak patrząc na Bliskich, poczułam spokój… wiem, że trzymając się razem, dzieląc radości i smutki…przetrwamy.

*

Zauważyliście, że wczorajszy dzień poprzez datę był dniem palindromicznym?

Różne aberracje…

Styczniowy dzień, nie z tych mroźnych ani nawet wietrznych, jednak za zimno by stać w samym szlafroku i kapciach na dworze, po to tylko, żeby zaciągnąć się „dymkiem”. Dwie kobiety z charakterystycznym brzuchem ciążowym trzeciego trymestru, musiały zejść z drugiego piętra, na którym mieści się oddział patologi ciąży, żeby oddać się swojemu nałogowi. Stoją niedaleko drzwi wejściowych do budynku, kompletnie nie przejmując się tym, że stanowią swoisty widok, szczególnie że jednej z nich towarzyszy partner, z wyglądu przypominający zwykłego lumpa z parku czy bramy nieciekawego rewiru miasta. Na dodatek z trudem utrzymujący pion, a zapach nie pozbawia złudzeń, z jakiego powodu traci co chwilę równowagę. Ze strzępów rozmowy jaka do mnie dochodzi, kiedy ich mijam, orientuję się, że facet ma pretensję, że zostawiła go samego z „bachorami”. Ogarnia mnie dziwny smutek… Dzień później czytam, że młoda matka czworga dzieci przyprowadziła swoje potomstwo do opieki społecznej, twierdząc, że już nie chce ich wychowywać. Smutne i przerażające. Nie oceniam powodów, bo przecież ich nie znam, ani życia tych kobiet, powodów decyzji tej czy innej, ale przeraża mnie, że wciąż zawodzi państwo, w którym nie ma rzetelnej edukacji seksualnej, jak również, a może przede wszystkim dostępnej bezpłatnej antykoncepcji. Jest za to 500plus i kolejny pomysł, żeby rodzić więcej dzieci.

Tata zatrudnił nowego pracownika na czas określony trzech miesięcy. Po miesiącu pracownik poszedł na zwolnienie, po czym je przedłużył, bo złamał nogę. Kiedy upłynął termin umowy, ta nie została mu przedłużona, o co z kolei pracownik mocno się awanturował, twierdząc, że został oszukany. Argumentem było to, że przecież i tak mu ZUS płaci za zwolnienie, zapominając, że pierwsze 33 dni płaci pracodawca. Ale problemem nie była sama absencja nowego pracownika- to się mogło przydarzyć każdemu- ale to, że pan w ogóle nie powinien dostać pozwolenia do tej pracy od lekarza, ze względu na ogólny stan zdrowia, co ukazał czarno na białym ten przepracowany miesiąc, a raczej markowanie pracy.

Coraz więcej gmin uchwala u siebie strefy wolne od LGBT+ i choć są to strefy symboliczne, to jednak stygmatyzujące i wykluczające. Szokujące jest to, że część radnych, którzy głosowali za, swoje poparcie udzielili bez żadnego zastanowienia się, na zasadzie inni zagłosowali to i ja. Bez żadnej wiedzy. Wyłączone myślenie.

*

Jestem zrozpaczona…  bo moja Ela sprzątająca oznajmiła mi, że jest u mnie ostatni raz w pracy, bo od wtorku zaczyna nowe życie na etacie. Firmę na razie zawiesza, bo nigdy nic nie wiadomo, ale choć decyzję podjęła w ciągu dwóch dni, to ma nadzieję, że słuszną. Niedawno rozmawiałyśmy, jak to jest na tej własnej działalności, wtedy powiedziała, że w ciągu tych dwóch lat nie miała ani jednego dnia urlopu, i jest zwyczajnie zmęczona. Bardzo dobrze rozumiem tę decyzję i kibicuję, żeby się odnalazła w nowej pracy, aczkolwiek jest mi żal (pożegnania nie osłodziło ani ciasto, ani rogaliki z dżemem ;)), bo nie wiem, czy kogokolwiek znajdę na jej miejsce. A już taką osobę zaufaną i zaprzyjaźnioną to nie mam szans.

 

Cztery pokolenia…

Sponiewierana przez wirus (jelitowy?), który wywracał mój żołądek w tę i we w tę chcąc go raz za razem wypluć wraz z wypluwaną z niego zawartością, ruszyłam do DM. Standardowo po piguły. W planach w dniu przyjazdu miałam tylko wyjście na obiad z Tatą plus wczesnowieczorną wizytę u Się, którejś z Przyjaciółek. (Albo obu). Zanim jednak wyruszyłam z domu, wiedziałam, że Dziecka Starsze z Najmłodszymi też się wybierają, więc musiałam przyspieszyć własny wyjazd, coby zsynchronizować spotkanie na wspólny posiłek. Po czym plan uległ modyfikacji, bo okazało się, że ulubiona restauracja Taty niedaleko rancza jest w tym dniu zarezerwowana, więc, żeby Dzieciom było bardziej po drodze już w kierunku domu, i nie stresować się brakiem miejsc parkingowych w centrum, gdyż ruch był tak duży, jak w normalny dzień i to w godzinach szczytu, na obiad udaliśmy się na Prawobrzeże; po drodze złapał mnie telefon od Młodszych Dzieci, które akurat się przemieszczały autem, więc zaproponowałam, żeby dołączyły do nas i tak w komplecie usiedliśmy przy restauracyjnym stole. Jak zauważył to Senior Rodu- cztery pokolenia 🙂 Główne miejsce u szczytu stołu jednak zajęła Księżniczka, która siedząc na krzesełku dla dzieci z radością wpychała w siebie pizzę na spółkę ze starszym bratem, bo mimo iż w necie była informacja o menu dziecięcym, to w rzeczywistości okazała się nieaktualna. Tata uporczywie szukał w karcie pierogów do zamówionej gulaszowej, ale nie doszukawszy się, zamówił grillowaną ośmiornicę 😀 Po obiedzie rozeszliśmy się do swoich aut (trzech (sic!)), uprzednio umówiwszy się na kolejne wspólne biesiadowanie przy stole w piątek u Starszych Dzieci, z okazji urodzin Pańcia. Zawiozłam Tatę na ranczo, co mi zajęło trochę czasu, bo musiałam przejechać całe miasto, przekonawszy się, że jest rozkopane z każdej strony, więc w powrotnej drodze korek jaki się utworzył, nawet mnie nie zaskoczył. Stwierdziwszy, że zmitrężywszy półtorej godziny na jeździe z punktu A do punktu B i z powrotem, i mając prawie po drodze mieszkanie Aliś, to do niej zajadę, choć wcześniej byłyśmy umówione inaczej. Weszłam do niej zataczając się ze zmęczenia (jednak wirus wyssał ze mnie wszystkie siły, jazda po ciemnicy krętą drogą również), więc czym prędzej zaległam na kanapie z kubkiem herbaty w ręce i oddałam się pogaduchom. Do mieszkania wróciłam przed 21., bo o tej godzinie miała przyjść PT, a gdy po 23. zamknęłam za nią drzwi, to zasnęłam, jak tylko zamknęłam oczy, zakodowawszy tylko, że piętro wyżej, w mieszkaniu po śp. pani Basi, znów mieszka ktoś przygłuchy, bo telewizor wręcz ryczy… Rano pomyślałam sobie, że jednak powinnam przyjeżdżać na dwie noce, tak jak to było, kiedy żyła Mam, że to nie dla mnie taka kumulacja spotkań, że lepiej rozłożyć i pobyć z Bliskimi dłużej, nie wspomnę o wygospodarowaniu czasu i sił na jakieś zakupy przy okazji bytności w mieście. No, ale jeszcze nie tym razem… W poniedziałek jak tylko dostałam piguły, to taksówką wróciłam bezpośrednio do mieszkania, w którym może spędziłam 3 minuty i wziąwszy walizkę, udałam się do własnego auta, które stało przed garażem Taty, bo nie było żadnego wolnego miejsca parkingowego ani jak przyjechałam w południe, ani potem wieczorem, co w niedzielę było raczej dziwne. (Taty auto przechodzi lifting w warsztacie). Ale wyczytawszy, że w DM jest już tyle samochodów, co mieszkańców :0… zdziwienie mi przeszło ;p

P.S. Jak się Wam podoba nowy pomysł rządzących, żeby wysokość emerytury uzależnić od liczby posiadania dzieci? To ma ponoć uchronić system emerytalny przed zapaścią. Skąd oni biorą te pomysły? I tych pomysłodawców.

miejsca ani jak przyjechałam w południe, ani potem wieczorem, co w niedzielę było raczej dziwne. (Taty auto przechodzi lifting w warsztacie). Ale wyczytałam, że w DM jest już tyle samochodów, 

go wolnego miejsca ani jak przyjechałam w południe, ani potem wieczorem, co w niedzielę było raczej dziwne. (Taty auto przechodzi lifting w warsztacie). Ale wyczytawszy, że w DM jest już tyle samochodów, co mieszkańców :O… zdziwienie minęło ;p No i pognałam ci ja do domu, coby za dnia zajechać, bo nie uśmiechało mi się zmęczonej znów jechać po ciemku.