Zielenina kontra beton…

Leżę sobie na kanapie i jojczę do OM, że idąc mieszkać do bloku, pozbawimy się takiego widoku ;p

Owszem, jest balkon jakieś pięć metrów kwadratowych, ale z czwartego piętra trudno byłoby z niego zejść prosto… taaa… na beton (obecnie to piach, piach niczym na plaży ;pp). Byłam po raz pierwszy w mieszkaniu, bo wcześniej opierałam się tylko na projekcie i na tym, co sfilmował OM. To jeszcze wciąż budowa i tor przeszkód, bo na naszym piętrze na schodach stoją rusztowania, nie ma poręczy, a w miejscu gdzie ma być winda, jest dziura- kiepsko zabezpieczona- wiejąca zgrozą idealne warunki dla samobójców, ale schody są z marmuru ;). Układ pomieszczeń jest okej, o metrażu nie będę się wypowiadać, bo to ja się uparłam, że ma być niewielki ;pp Ale! Okna wychodzą na drugi blok, którego fundamenty właśnie powstają. I to od razu mi się skojarzyło z mieszkaniem w DM- identyczna sytuacja! Tyle że w pipidówce!

Umówiliśmy się z Fachowcem, który wykańczał Tuśkowe mieszkanie, na oględziny i wstępną wycenę. Ciut mnie zatkało, ale OM nie protestował. Tyle że on prawie całe spotkanie odbierał pilne telefony, więc nie wiem, czy w ogóle coś do niego dotarło. Oszołomiona, ale w sumie odetchnęłam z ulgą i teraz czekam na umow(y)ę. A w międzyczasie Tuśka już mnie zasypuje linkami i dziś jedziemy na rekonesans, a może nawet wrócę już z wykupionymi kaflami. W promocji! U nas podział jest jasny: OM kupuje żarło, ja materiały budowlane ;p Pierwszą kłótnię już zaliczyliśmy, bo zwątpił w moje wyliczenia. I w promocję 😉

stokrotki do wysadzenia do ogrodu, bratki już wysadziłam, a w ich miejscu miały być petunie, ale tak się zagadałam z naszym lokalnym sprzedawcą (wspieram zawsze lokalnych!), że chyba to jest surfinia…wrr….

I tak leżąc na tej kanapie, dotarło do mnie, że teraz mamy pięć i pół szafy plus garderobę na wierzchnie ubrania, i gdyby nagle sytuacja nas zmusiła do wyprowadzki… ech! Siedząc na kibelku we własnej łazience, stwierdziłam, że ta w mieszkaniu jest o 70cm węższa, a krótsza o 10 cm. Czyli nie mam narożnej wanny, pralki i dojścia do… okna! To okno robi ogromną różnicę! No dobra… nucę sobie, że to pieśń przyszłości, przecież… A na razie patrzę jak mi pomidorki rosną w doniczkach ;p

I spokojnie czytam, że nasza kolejna podopieczna wróciła bezpiecznie… do Doniecka. Pytanie, czy będzie tam bezpieczna burzy i tak pozorny spokój…

W nocy coś tam popadało, jak się skupiłam, to nawet usłyszałam ten deszcz, ale rano ogromne rozczarowanie, bo ani jednej kałuży. Total susza! Może popada późnym popołudniem, bo na radarze widać deszcz, który w rzeczywistości zazwyczaj znika…ale chociaż jest nadzieja.

Miłego i mokrego weekendu! 😉

Nadmiar żałości…

Ileż może trwać katar? Noszz… mój trwa dziewiąty dzień. Jestem usmarkana po uszy, bo wczoraj pod wieczór dodatkowo dopadła mnie taka żałość, że… Bynajmniej nie z powodu zdrowia. Ale co sobie poryczałam, to moje.

Jakże cudnie było wyjść do ogrodu. Bez już powoli przekwita, ale wciąż pachnie opętańczo… Nie zrywam do wazonu. Nie skracam mu życia- za krótko utrzymuje świeżość w domu- choć uwielbiam bukiety bzu.

A bratki wsadzone w marcu wciąż się nieźle trzymają. Byłam pewna, że po tych kilku dniach mojej nieobecności nie będą już w takiej formie. Jeszcze chwilę poczekam z wymianą…

Wracam powoli do swojej normalności. Przywożę Pańcia ze szkoły, a Zońcię z przedszkola w dni Tuśkowe…

Tuśka przenosi rzeczy z domu do mieszkania. A właściwie pakuje, nie wiedząc co z nimi zrobić. Tak na dobrą sprawę (w mieszkaniu mieszka już miesiąc), to wszelkiego sprzętu jest tyle, że spokojnie można byłoby zamieszkać w domu i niczego nie dokupować. I to ją przeraziło i uświadomiło, jak przez 10 lat obrosła w różne przedmioty, nie mówiąc o odzieży. No cóż, na 180 metrach nawet nie trzeba było ich specjalnie upychać ;pp Daje radę (przy pomocy koleżanki) i bez pomocy eksmęża, którego rzeczy wciąż są w domu… Choćby zamrażarka pełna mięsa. Przez prawie dwa lata jej nie opróżnił, teraz wszystko jest do wyrzucenia. A ja najchętniej wyrzuciłabym mu to pod bramę tam gdzie mieszka… I wcale nie z powodu mojej wrodzonej złośliwość ;pp Ale! Cyrku robić nie będę, i jestem dumna z siebie, bo jako ta nieodrodna córka Taty, który by w ogóle się przed takim czymś nie powstrzymał- bo jak długo można się prosić, a zamrażarka, zamiast dawać jeść to żre prąd- powściągnęłam cugle emocji.

Dużo się dzieje w domu i zagrodzie. Choćby mord na… kaczkach 😉 I piwoniach. Oboje zbrodniarzy uniewinniono.

Dużo mniej w myślach i słowach polityki, ale od wojny, kiedy ma się bezpośredni kontakt, trudno nawet na chwilę uciec w myślach… Szczególnie gdy własny OM, zdenerwowany mówi takie słowa: jak… to pojadę na wojnę- walczyć.

O pazerności…

Znany specjalista chirurgii małoinwazyjnej, którego laparoskopowe operacje zostały ocenione najwyżej przez grono brytyjskich ekspertów, dzięki czemu przyznano klinice w DM certyfikat, który automatycznie zakwalifikował placówkę do jednej z najlepszych w Polsce leczenia nowotworów jelita grubego, został zatrzymany przez CBA. Korupcja. Łapówkarstwo. Odwołano już kilka operacji, gdyż doktor jest jedyną osobą, która może je wykonać.

W takich sytuacjach czuję wściekłość. CBA zarzuca lekarzowi, że 166 razy złamał prawo i ze swej niecnej działalności uzyskał 1,5 mln złotych. Chyba wszyscy wiemy, jak to się odbywa, gdy sami bądź ktoś nam bliski potrzebuje szybkiej operacji. Szuka się specjalisty, który ma prywatny gabinet i jednocześnie pracuje w szpitalu. Tak się działo, dzieje i dziać będzie. Zdrowie jest najważniejsze, a jeśli grozi trwała utrata życia bądź jest ono wręcz zagrożone, to pieniądze nie mają znaczenia. Szczególnie dla tych, którzy je posiadają, ale nawet jeśli nie, to rodzina pomoże. Mamy zakodowane, że bez protekcji, bez dania w łapę, to szybko i sprawnie nikt nas nie zoperuje, bo wiadomo, jak to wygląda w ochronie zdrowia.

Abstrahując od tego, jak niemoralne i nieuczciwe jest żądanie pieniędzy za przyspieszenie operacji na NFZ, to jestem zła, że pacjenci doktora zostali i mogą zostać ze swym zdrowotnym problemem teraz sami. Przynajmniej na jakiś czas, a jeśli zostanie mu udowodnione przestępstwo, to klinika straci wybitnego specjalistę.

Pazerność to cecha człowieka. Konkretnego. Tu nie ma winy, przynajmniej bezpośredniej pacjentów, którzy chcą dać sobie szanse na życie. Tu wina jest jednoznaczna. Ale! Zawsze będę powtarzać, że publiczna ochrona zdrowia nie docenia lekarzy, specjalistów wyższej rangi. Finansowo. Pomijam już warunki pracy, jakie panują wciąż w niektórych szpitalach, czy na niektórych oddziałach.

Czytam, że NFZ nie wykorzystał w ubiegłym roku ponad 10 mld złotych. Był czas, że nadwyżki szły na premie dla pracowników NFZ. Za cokolwiek. Nawet stosowano premię za niepalenie. Tak że tak…

*

Niewiele do mnie docierało ze świata zewnętrznego przez te pięć dni. Gdy gorączka minęła, to sięgnęłam po książki, jakieś filmy i przede wszystkim obejrzałam wszystkie mecze naszej tenisistki number one, rozgrywane w Rzymie. Jej rywalek również. Ależ to były emocje! A Finał był cudny pod każdym względem. Kibicowałam Tunezyjce dzień wcześniej, żeby pokonała Rosjankę i stanęła do walki z naszą reprezentantką. I nie zawiodłam się. Przegrywać też trzeba potrafić, a Tunezyjka zrobiła to z uśmiechem i dużą życzliwością wobec zwyciężczyni- obrończyni tytułu.

Teraz już mogę…

Chorować. Nie, żebym pałała jakąś choćby najmniejszą chęcią- wręcz naprzeciwko. Ale! To była tylko kwestia czasu, jak wszyscy wokół ciebie się rozchorowali, a ty jeszcze śpisz przy otwartym oknie, gdy w nocy spadła temperatura do 4 stopni. I przede wszystkim, co wyszło w wynikach, krwinki białe stwierdziły, że nie będą gorsze i równają do czerwonych. W dół. Teraz i białe i czerwone mam poniżej 3. Zaś markery po raz drugi w historii piguł skoczyły do dwucyfrowej wartości, na co zareagowała od razu p. Profesor. Ustaliłyśmy zgodnie, że tym się (jeszcze) nie przejmujemy. Ważne, że tomograf nie wykazał istotnych zmian.

Nos mi się już zatkał w poniedziałek rano. Potwornie. Odetkanie go trwało co najmniej kilkanaście minut na tyle skutecznie, że kiedy się zatrzymałam na chwilę w drodze do DM, zapach kwitnącego rzepaku mnie oszołomił…

Polska rzepakiem stoi. Mniejszych i większych poletek mijałam mnóstwo na swojej drodze. Urokliwie to wyglądało. W DM w sumie w dużej części zrealizowałam to, co miałam w planach, czasem tylko coś tam modyfikując. Najważniejsze to było odhaczenie tomografu, więc musiałam wykluwające się choróbsko trzymać w ryzach. Jak to PT mówi, ludzie ze stresu, strachu dostają temperatury, a ja przeciwnie. Pojawiła się dopiero wieczorem we wtorek, gdy już byłam po wszystkim. Jeszcze zdążyłam sobie wynagrodzić niezdrowym za to przepysznym hamburgerem ze znanej śmieciówki, średnio wysmażonym…

Uważam, że oni robią najlepsze hamburgery, a teraz odkąd stacjonują w Galaxy to raz na 4 tygodnie mogę popełnić ten fastfoodowy grzech 😉 Szczególnie gdy dzień wcześniej objadałam się pysznymi bakłażanami.

Przy okazji zakupiłam dwie pary spodni. Jest to godne zanotowania, bo przez ostatnie dwa lata tylko raz kupowałam w stacjonarnym sklepie. Bardzo lubię spodnie na gumce, cienkie na lato… I za każdym razem rozmiar S był zbyt luźny. Co mnie irytowało, bo w spodniach takich po domu, to mi nawet nie przeszkadza, ale… No to teraz kupiłam w rozmiarze XS, mierząc uprzednio. Po czym właśnie zdałam sobie sprawę, że spodnie to 100% lnu, więc… Z drugiej strony już raz liczyłam na wstąpienie się lnianych spodni, tyle że innej firmy, co nie nastąpiło. W praniu się okaże… I z tą rozmiarówką ewidentnie jest coś nie tak…

W środę już wiedziałam, że się rozchoruję na dobre. I jak tylko syna wpadł na chwilę, trzymając się z dala ode mnie, bo przecież on teraz jest odpowiedzialny już za dwoje istot, to zebrałam się w sobie i wyruszyłam do domu. Kryzys przyszedł późnym popołudniem, na dodatek sieć działała kiepsko i Rodzinna słyszała co drugie zdanie, ja ją za to dobrze. Internet też się rwał. Ale o 20 już miałam leki, więc się leczę… Temperatura skoczyła do 38 stopni. Ale! Jak miałam się rozchorować, to czasowo wyszło prawie idealnie 😉

Czuję się chusteczkowo… zaraz kolejne inhalacje i zaciskam kciuki. Tuśka prowadzi wykład w Gdyni, do której pojechała wczoraj. Zaklepała sobie pokój z widokiem na Motławę…

Rzeka jest. Wraz z budową, na której praca trwa od 6 rano.

A ja dwie noce z rzędu mimo iż poprzednia była w innym miejscu, wyspałam się do imentu…

Niefajne manewry…

Zostałam wmanewrowana i to w bezczelny sposób. W coś, w co z góry zapowiedziałam, że się nie wtrącam, bo negocjacje dotyczyły dwóch, wydawałoby się dorosłych stron. A z powodu, że jedna z nich niezbyt słowna, uczciwa i co tu ukrywać rozumna, zaś bliska mi bliskiej osobie, to nie chciałam, wtrącając się nadwyrężyć tę bliskość. Dlatego osobie proszącej o interwencję też to zasugerowałam i wydawałoby się, że na tym zakończy się mój udział w temacie. Aż tu słyszę, że jedna ze stron powołuje się na moje rzekome ustalenia właśnie z tą osobą (proszącą). Wcześniej nam obu przeinaczając ustalenia z dnia poprzedniego.

Tak, wiem, że nie pisząc szczegółowo, trochę gmatwam, ale nie mogę wyjść ze zdziwienia, jak można tak kłamać, wiedząc, że kłamstwo się wyda. I nie, żeby były jakieś niedomówienia. Padły konkretne terminy i ustalenia, a gdy przyszło do wyegzekwowania, to pada zdanie, że przecież ja wszystko ustaliłam, niwelując poprzednią umowę. Nie, nie zatkało mnie. Choć mogło, bo przecież nie ja jestem stroną, a przynajmniej nie bezpośrednią, żeby cokolwiek ustalać wiążącego. Acz przez chwilę byłam w szoku tak jawną bezczelnością. I zaczęłam się zastanawiać, na czym kłamstwo zostało oparte. Czy na wrodzonym cynizmie, czy głupocie… A najzabawniejsze jest to, że osoba podwójnie kłamiąca w ogóle nie powinna zabierać głosu, gdyż jest tylko partnerką osoby zawierającej umowę.

Szczerze mówiąc, majtałoby mi to dużym kalafiorem, gdyby dotyczyło to zupełnie mi obcych osób. A nawet znajomych…

Szaleńczo już kwitną, a ja się nie mogę doczekać owoców…

I już chyba ostatnie w tym roku zdjęcie tulipanów u się…

Jadę do DM. Grafik mam napięty spotkaniami, a pomiędzy szpital i badania…

Nie jest źle…

a będzie jeszcze lepiej. (To ironia, jakby ktoś nie wyczuł).

Nie jest, bo wciąż mamy puste ulice, nikt nie demonstruje, a przecież eksperci twierdzili, że tylko powody ekonomiczne zmuszą większość społeczeństwa do protestów. Były prezydent kiedyś powiedział, że zmień pracę, weź kredyt, a teraz Suski mówi, wziąłeś to spłacaj. Bo należy spłacać. I tyle. I ludzie spłacają, nawet już podwojone raty.

Pandemia urzędowo zostanie zniesiona, bo zmierzamy w kierunku endemii. Myślę, że dla wielu to żadna różnica. Jak również sam fakt, że wyniku covid-19 bezpośrednio lub pośrednio zmarło około 15 milionów osób. W Polsce o nadmiarowych zgonach panuje cisza. Nie reagujemy już wobec wszelkich zaniedbań, czy to w ochronie zdrowia, oświacie, milczymy na wygłaszane głupoty przez urzędników państwowych… Ewidentnie coś z nami jest nie tak…

Rząd wciąż się chwali pomocą dla Ukrainy. Inne rządy go podziwiają, a wolontariusze działają już często na granicy wytrzymałości.

Znajomej mąż po dwóch operacjach na oczy i przed kolejnymi w trakcie leczenia, stanął przed lekarką-orzecznikiem w celu weryfikacji uzasadniającej bycie na zwolnieniu. Pani doktor miała wgląd do całej dokumentacji, nad którą nawet przez minutę pochyliła głowę, po czym powiedziała: przechodzimy do badania. Proszę wodzić wzrokiem za moim palcem. Dlaczego pan nie wodzi? Bo go nie widzę.

ZUS z powodu zaniedbań nieudaczników rządowych kontroluje zwolnienia uzyskane przez teleporadę, gdyż wystawiane były bezprawnie. Ot, taki szczegół, którym umknął prawym i sprawiedliwym.

Wiosna się już mocno zieleni…

Słonecznie ciepłego weekendu 🙂

ps. pierwszy raz od ponad 5 lat wzięłam podwójną dawkę chemii… przed 23. pomyślałam sobie, że o 22. dzwonek w telefonie nie dzwonił i nie wzięłam piguł. No to wzięłam. Po czym sprawdziłam telefon i… blister… Piguły wzięłam, ale mózg tego nie odnotował… Teraz nie śpię i czekam czy umrę, czy jednak jeszcze nie tym razem…

W bańce…

W środowe późne popołudnie powietrze stanęło w stuporze. Żaden listek nawet nie drgnął. Gdzieś w krzakach kosy toczyły dyskusje, a sroka bawiła się ze mną w chowanego. Nie wiem, co sobie ptaszysko upatrzyło, ale ewidentnie moja obecność w ogrodzie jej przeszkadzała. No cóż, byłam intruzem 😉

Zmachałam się tym byciem w ogrodzie, i doszłam do wniosku, że sukcesywnie będę jednak warzywnik przenosić do skrzynek, bo sama tego nie obrobię, a rąk do pracy brak. Truskawki zaczęły już kwitnąć, więc tym poza skrzynką musiałam powiększyć stopę życiową, bo samosiejki kwiatów wraz z chwastami zaczęły już je zagłuszać.

Miło jest posiedzieć na tarasie czy na ławce pod czereśnią obok magnolii… ale w ogrodzie jak się już jest, to zawsze jest coś do roboty. Lubię. Ale! Nie ponad własne siły…

Jesienią zrobiłam nową kępę tulipanów i proszę, wyrosły…

A tu jeden pomiędzy irysami gdzieś się zaplątał…

OM chory. Na antybiotyku. Izolujemy się, nasze drogi się rozeszły, choć krzyżują się przy słoju z ogórkami. Małosolnymi.

To już drugi, który nastawiłam…

Wciąż nieprzebrzmiały jeszcze echa wypowiedzi papieża. Nie śledzę tego, bo szczerze mówiąc, moja droga z kościołem już dawno się rozeszła. Nie mam osobistych oczekiwań wobec Franciszka, ale wiedząc jak dla wielu kościół/ papież jest wciąż ważny, to miło by było, gdyby był mądrym człowiekiem. Takim, który zdaje sobie sprawę, jak na innych mogą wpłynąć jego słowa. Gdy przeczytałam na pasku, że papież wyraża chęć spotkania się z Putinem w Moskwie, to zareagowałam soczyście: na uja tam pojedziesz, pogłaskać go po główce? Noszz… do czego to doszło, myślę. Normalnie dla chrześcijan, katolików taka deklaracja powinna nieść nadzieję. Ale! Noszz… Franciszek winą obarcza NATO. Szczekające pod granicą Rosji. Jak to komentować? Wszyscy żyjemy w swoich bańkach. Widzimy świat po swojemu. Mam coraz większe przekonanie, że papież Franciszek żyje pośród urojonych baśni z mchu i paproci. Legend.

Rozpoczęły się egzaminy dojrzałości (choć od wielu lat z dojrzałością nie mają nic wspólnego). Większość młodych ludzi je zda. Kościół/Watykan oblewa kolejny egzamin.

I z majówkowych wędrówek…

Noce i dnie…

Mam wrażenie, że każdy to kopiuj i wklej z niewielką korektą. Ostatnio. Wiem, że to tylko tak pozornie wygląda, ale kiedy kolejny dzień rozsadza ci głowę, to wszystko się zlewa. Funkcjonuję, bo od lat nauczyłam się funkcjonować z bólem i nawet go czasem nie dostrzegać. Gorzej, jak mi się skumuluje, a ból głowy jest tak silny, że trudno skupić się na czymkolwiek… Na szczęście przechodzi i pozwala na złapanie oddechu…

Zeszłam zrobić sobie śniadanie wraz z kawą, bo bez niej poranny rozruch trwa dłużej, stwierdziłam, że to już połowa majówki narodowego i najważniejszego święta Polaków-i gdy już z wypełnionym po brzegi kubkiem życiodajnym płynem miałam się udać na górę, słyszę: dzień dobry… Tata we własnej osobie. Noszz, że mi ten kubek nie wypadł z ręki, to cud. Nie, że przyjazd Taty to jakiś ewenement, ale że przyjechał sam. Ślepy. Samochodem. Z zaskoczenia. Kawę wypiliśmy wspólnie. Kiedy już omówiliśmy korki w DM, bo ludzie szturmem ruszyli nad morze pogłupieli, zamiast siedzieć we własnym ogródku bądź pójść do parku, jego wzrok, który się poprawił po wymianie soczewki, ogólnej bryndzy w polityce w rządzie pewnie są szpiedzy Putina i w gospodarce zobaczysz, że to pierd..nie oraz na świecie świat zszedł na psy , przemyt śmiercionośnego sprzętu przez OM do Ukrainy pomiędzy pomocą humanitarną to nie temat na telefon ani na bloga i pierdylion innych tematów, Tata swoim zwyczajem zaczął skakać po kanałach telewizyjnych, a ja udałam się do kuchni z zamiarem nastawienia gara na barszcz ukraiński. I raptem dochodzi mnie muzyka z filmu Noce i dnie, i potem głosy Bogumiła i Barbary… Nie oglądam TVP, ale Tata ma swoje ulubione seriale i programy. Pomyślałam sobie, trudno, przeżyję jakoś, ale wraz z krojeniem warzyw przyszły wspomnienia wspólnego (z rodzicami) oglądania tego kultowego filmu- pierwszy raz jako jedenastoletnie dziecko. Do dziś uważam, że Barańska (o jezuu Bogumił) i Bińczycki zagrali genialnie… I po latach fajnie sobie przypomnieć choćby fragmenty, pomiędzy wrzucaniem kolejnych warzyw do gara a siedzeniem u boku Taty na kanapie z widokiem na cudną soczystą zieleń.. Wiosna… miło i spokojnie…

Po ponad dwóch miesiącach wojny ONZ w końcu zaczął wdrażać plan działania humanitarnego. Od samego początku tkwi we mnie przekonanie, że świat głównie się przygląda. Niesie pomoc, ale spóźnioną, za to nieustannie się wzrusza i oburza. I również przestrasza.

Dostaliśmy cudny filmik z obwodu kijowskiego, jak mały Nikita (kilka dni temu jeszcze uchodźca) wraz ze swoim tatą (w służbie mundurowej) sadzą ziemniaki na polu pod pięknym błękitnym i spokojnym niebem. Wzruszający i piękny widok. I pięknie by było, gdyby to spokojne niebo rozciągnęło się nad całą Ukrainą.

a stokrotek nigdy dość… 😉

Ale, że…

Co? Już maj…?

Że bez już pachnie w ogrodzie…

2087 kroków wśród pachnących kwitnących czereśni, śliw, jabłoni i bzu…

Majówka (dla niektórych z obowiązkiem wyjazdów/grillowania).

Matury i kwitnące bądź nie kasztanowce… Czas znowu popędził nie oglądając się na maruderów 😉

Kwiecień z podwójnymi świętami, z urodzinami kilku bliskim nam osób minął błyskawicznie, radośnie, mimo otaczającej smutnej i niepewnej rzeczywistości, bo nawet wojna nie unieważnia uśmiechu, życzliwości, miłości i radości… Jedna z naszych podopiecznych wraz z synkiem wróciła do Ukrainy w obwodzie kijowskim. W dniu, w którym przekraczała granicę na Kijów spadły rakiety… Miała tu pracę, dziecko przedszkole, ale tęsknota i zapewnienia najbliższych, że jest już spokojnie, wpłynęły na decyzję o powrocie.

Z czwartku na piątek spałam niespokojnie, co rzadko mi się zdarza. Nie mam pojęcia, dlaczego sen był urywany, nieprzynoszący wytchnienia, odpoczynku. Na dodatek krótszy, bo obudziły mnie głosy Najmłodszych. Ale jakie to ma znaczenie, kiedy dom ożywa nową energią, jaką wnoszą dzieci, mimo iż Zońcia ospowata (zaraz po śniadaniu zasnęła na dwie godziny), a Pańcio już na końcówce przeziębienia. Spędziliśmy kreatywnie czas, malując i układając puzzle, grając w gry… Zońcia najprawdopodobniej będzie leworęczna, co bardzo nam ułatwia wspólne malowanie- ona zaczyna z jednej strony, ja z drugiej i na środku nasze kredki się spotykają 😉

Pogoda jest typowo cudnie wiosenna. Niespieszno mi do upałów i lata. Wiosna ze swym zapachem, z fruwającymi na wietrze płatkami przekwitających czereśni mogłaby trwać dłużej… Ze stokrotkami na soczystym trawniku…

Wiosna mnie odurzyła i wchłonęła całą sobą, wieczorami czuję się już mocno zmęczona, choć brak sił towarzyszy mi od rana. Nie wiem czym byli odurzeni posłowie głosujący za zniesieniem immunitetu dla lewicowej posłanki, która teraz stanie przed sądem jako oskarżona o zawieszanie bucików na bramie toruńskiego kościoła. Ale czy można się temu dziwić, jak Dziwisz został oczyszczony przez Watykan z zarzutów o zaniedbania, przez ten sam Watykan, na którego czele stoi Franciszek niepotępiający Rosji jako agresora…

Pogody na te majowe dni! A spragnionym (tak jak ja) pogodnego deszczu! 😉

I po…

…świętach, mogę w końcu napisać 😉 Szczerze mówiąc, to nie pierwszy raz miałam myśli, że lepiej byłoby obchodzić równolegle, a z drugiej strony z każdym upływającym rokiem ta podwójność świąt staje się mniej uciążliwa.

I już klamka zapadła, mamy umowę deweloperską. Wciąż mam mieszane uczucia, bo nigdy przenigdy nie myślałam, że będziemy kupować mieszkanie w innym mieście niż DM. Ba! W pipidówce tylko dziesięć razy ludniejszej niż moja wieś. U Notariusza spędziliśmy grubo ponad godzinę, bo Notariusz znajomy, a sprzedająca to nasza kumpela, którą OM zna od dziecka (rodzinne koligacje), więc tematów przybocznych było mnóstwo 😉 Wykończenie będziemy mogli zacząć w lipcu/sierpniu, ale choć OM już mi mówi, żebym poczyniła jakieś kroki w tym kierunku, to mnie się nie spieszy do tematu materiałów budowlanych i fachowców wszelkiej maści. Ale! Muszę przyznać, że córcia rewelacyjnie sobie poradziła i w niecałe trzy miesiące ogarnęła temat. Zostały jej tylko dwie szafy (zamówione) pod zabudowę- do sypialni i korytarza. Termin ma na czerwca. Dom powoli wygasza… nie mieszkając już w nim kolejny tydzień. My, jeśli w ogóle, to przeprowadzkę przewidujemy najwcześniej za 6 lat… I pozostaje dylemat, czy wykańczać pod siebie, czy pod wynajem…

Już po krokusach… ale nastał czas magnolii…

Magnolia w Miasteczku…

I moim ogródku…

*

Rosja wyszła naprzeciw bilbordom Pinokia i wstrzymuje dostarczanie gazu do Polski. Pani Moskwa twierdzi, że rezerwy strategiczne to 76% wypełnionych magazynów, więc gazu w domach polskich nie zabraknie. Zobaczymy.

Szefowa KAS zostaje ministrem finansów. W sumie nie ma co się dziwić, że premier awansuje osobę, na którą skarżą się pracownicy skarbówki, że lekceważy ich postulaty. Wszak to Polska pisowska…