Nie pomyśli…

Tak się  zastanawiam czy w obecnym prawie zanim wyjdę do lasu, to najpierw dla własnego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa portfela nie będę musiała się udać do gminy, bądź przeszukać internety czy przypadkiem w okolicy nie trwa jakieś polowanie.  A i tak, jeśli nie znajdę żadnego ogłoszenia, to czy mogę mieć  pewność, że nikt ze strzelbą nie czai się za drzewem.  Pół biedy jak mi taki myśliwy wyleci za krzaka z dubeltówką i gromki głosem każe zjeżdżać z jego terenu, bo on tu pan i władca, gorzej, jeśli mnie pomyli na ten przykład z sarną czy dzikiem… Bo zwykły spacer czy też przejażdżka rowerem leśnymi ścieżkami mogą być odebrane jako celowe utrudnianie polowania i w najlepszym razie usłyszę groźby w swoim kierunku, a w najgorszym dostanę kulkę, co może się tylko źle dla mnie skończyć. I ja naprawdę nie przesadzam, tylko autentycznie się boję iść do lasu, a już sama to w ogóle.

I żeby nie było, to do niedawna rolę myśliwego w jakimś sensie pojmowałam. Nie tego dla sportu, bo nikt mi nie wmówi, że myślistwo bierze z miłości do zwierząt, z szacunku do niego i przyrody.  A już argument, iż kiedyś każdy mężczyzna polował, tylko mnie rozśmiesza, choć nie jest to śmiech wesoły. Ale żebym nie była źle zrozumiana: nie jestem zagorzałą bojowniczką o los leśnych zwierząt. Przyjmuję do wiadomości że rozsądna gospodarka zwierzyną ma sens, choć wolałabym, żeby zwierzęta załatwiały selekcje  we własnym zakresie bez  ingerencji człowieka. Bo  problem jest właśnie z rozsądkiem. I jak rozumiem-a przynajmniej tak mi się wydaje- leśników, którzy  jakby z urzędu dbają o zachowanie równowagi w populacji różnych gatunków zwierząt, to kompletnie nie zrozumiem  myślistwa jako hobby. I tej hardy przypadkowych ludzi wałęsającej się po lesie, a teraz nawet po prywatnym polu,  z bronią gotową do odstrzału.  Tych, którym tak naprawdę chodzi tylko o możliwość uczestnictwa w polowaniu, aby ustrzelić zwierzę i pochwalić się swoją zdobyczą na portalach społecznościowych.

Nie jestem wegetarianką, lubię mięso, w tym  dziczyznę, ale spokojnie mogłaby się bez niej obejść. Próbuję w tym wszystkim zachować pewną równowagę, choć nie jest to łatwe, bo zaraz człowiek jest posądzony o hipokryzję, jeśli prawa zwierząt leżą mu na sercu a jednocześnie je mięso i nosi skórzane buty.

***

Nowa ordynacja wyborcza weszła w życie w momencie podpisania przez PAD-a.  I czegoś tu nie mogę zrozumieć, bo jak zwykle jestem na to za głupia, ale  jak świat światem, to nawet  niepiśmienni potrafili postawić krzyżyk w miejscu,  w którym ktoś im wskazał palcem. Czy obecni rządzący sugerują, że staliśmy się tak zacofanym społeczeństwem, że postawienie znaku iksa  ( jednego) w pustej kratce stanowi problem ogólnopolski, więc dopuszcza się różne figury geometryczne i pomazańce,  i uznaje się je za głos ważny, jeśli szanowna komisja dopatrzy się w galimatiasie linii dwie przecięte ze sobą. Może jednak słuszniej byłoby zrobić narodowy kurs stawiania krzyżyków w kwadracikach? Obowiązkowy. Z certyfikatem ukończenia. I dopiero każdy posiadacz takiego certyfikatu dostałby kartę wyborczą.

***

I jeszcze o procedurach…które prowadzą do absurdu, a czasem bywają niebezpieczne jak ktoś bez pomyślunku trzyma się ich kurczowo. Portier nie podnosi szlabanu i nie wypuszcza karetki na sygnale- spieszącej się do pacjentki z zawałem- z terenu szpitala, każąc kierowcy zawrócić  i wyjechać wyjazdem, który jest z innej strony w dość sporej odległości. Na szczęście, kierowca długo nie myśląc i dyskutując wyłamuje szlaban…

***

Powiało, zawiało, zaśnieżyło i…prąd zabrało! Padał tak mokry i ciężki śnieg, że tylko kwestią czasu było zerwanie linii. Szczególnie z naszej strony wsi. Powrót do domu z ŚM wydłużył się do godziny i 20 minut- w tym czasie to ja spokojnie, nie łamiąc przepisów drogowych dojeżdżam do rogatek DM, a droga cztery razy dłuższa z wsiami i miasteczkami na trasie. To są uroki zimy…Przez chwilę zachwycałam się zimową bajką półleżąc na łóżku pod kocykiem, a za chwilę, szukałam latarki, zapalałam świece i lampki na baterie, denerwując się czy wszyscy Bliscy dotrą bezpiecznie do domu.

 

 

Reklamy

Medycznie…

Tuśka za tydzień ma usg. i już wstępne ustalenia, że do poradni ma się zgłaszać co trzy  miesiące przez kolejne dwa lata. Poradnia Onkologiczna w nowym budynku kliniki mieści się zaraz obok  Poradni Genetycznej, która została przeniesiona z kliniki nr2, tam gdzie istniała od samego początku. Poradnię przeniesiono, ale naszą teczkę (naszą, bo pod tym samym numerem, w tej samej teczce są wyniki moje, Mam i Tuśki) nie. Nie wiem czy jako weterankę ( jedną z pierwszych ), czy z całkiem innych względów, ale wygląda na to, że będziemy „obsługiwane” na starych śmieciach. Dla mnie to akurat dobrze, bo z racji mojego obecnego skorupiaka bywam w klinice co najmniej raz w miesiącu, więc jakby co, to  Genetykę mam pod ręką. Z tym obsługiwaniem też nie tak do końca, bo po raz pierwszy od 1999 roku, odkąd jestem ich pacjentką, skończyły się im limity!!!  Tuśka mówiła, że sami są w szoku. Szok szokiem, ale to znaczy, że naprawdę dzieje się źle, jeśli coś co do tej pory funkcjonowało bez zrzutu i tak jak powinno, nagle z powodu pieniędzy przestaje. Tuśka już w październiku powinna dostać zaproszenie na badania, bo akurat w tym miesiącu mija rok, a nie dobijała się, bo oprócz wizyty na zaproszenie, robi badania pomiędzy, czyli raz na pół roku. Będąc jednak obok nie omieszkała zapytać się, dlaczego jej nie wezwali. Ano dlatego, że właśnie w październiku skończyły się im limity.

Źle się dzieje i wątpię, żeby w najbliższych latach nastąpiła znacząca poprawa. Nie da się tak szybko naprawić kilkudziesięciu lat zaniedbań. Co chwilę słychać o groźbie zamknięcia kolejnych oddziałów, bo nie ma lekarzy. I nie z powodu wypowiedzenia pracy w nadgodzinach- po prostu brak kadry, brak chętnych, nawet przy zaoferowaniu godziwej płacy.  A tam gdzie są, to sztuczne limity nałożone przez NFZ uniemożliwiają pacjentom wykonania badań.

 

OM był na komisji zusowskiej, kolejnej o przedłużenie zasiłku rehabilitacyjnego. Jesteśmy ciekawi jak zdecyduje ZUS, bo lekarz orzecznik- kolejny- stwierdził, że nie ma szans aby ręka wróciła do normalnego wyprostu, i nie ma sensu  innej rehabilitacji, niż tej  w specjalistycznym ośrodku. OM zwierzył się, że chce wykupić ćwiczenia u rehabilitanta w ŚM, ale lekarz orzecznik  odradził, mówiąc, że takie ćwiczenia nie spowodują poprawy. Nawet to ostatnie sanatorium, w którym był, nie do końca było odpowiednie, bo np. nie było basenu i w związku z tym odpowiednich ćwiczeń.  Dlatego   uzyskany wyprost po powrocie się szybko zmniejszył. Podejrzewamy, że to będzie koniec leczenia z uwzględnieniem niepełnosprawności, i  z ewentualną możliwością ubiegania się o sanatorium w przyszłości. Oby dalekiej 😉 Nawet nie chcę myśleć, że może znowu dostać z dnia na dzień sanatorium!!! :DDD To byłby ewenement chyba na skalę tego kraju, żeby trzeci raz  w ciągu roku a właściwie pół roku,  wyjechać do sanatorium  na koszt ZUS-u ;ppp

 

Według Tuśki dziadek uparł się leczyć na koszt NFZ-tu- tak zrozumiała babcię, jak ta relacjonowała jej pierepałki dziadka ze służbą zdrowia- i oznajmiła mi, że tylko ja mogę wpłynąć na dziadka, czytaj wybić mu to z głowy, bo tylko mnie się posłucha. co poparł OM, który się przysłuchiwał. Nie dali mi nic powiedzieć  jak próbowałam wyjaśnić, że coś mi tu nie gra, bo przecież rozmawiałam i z Mam i z Tatą.  Znając roztrzepanie Tuśki i chaotyczne relacje Mam, często odbiegające od brzegu,  sięgające historii  sprzed wieku, a na pewno  co najmniej ostatniego półwiecza, gdy coś relacjonuje  szczególnie na temat własnego męża , stwierdziłam, że od razu zadzwonię i wyjaśnię sprawę. Rodzicielka o dziwo odebrała telefon będąc na zakupach w sklepie. O dziwo, bo najczęściej jak wychodzi gdziekolwiek, to komórkę zostawia w domu. A nawet jak zdarzy jej się wziąć, to i tak nie odbiera. Nie okazując jednak zdziwienia zapytałam się, czy Tata zrobił badania. No przecież dostał leki, to zrobił– usłyszałam zdziwiony głos Mam.  Oczywiście zaczął je brać dopiero od tego poniedziałku, robiąc jeszcze sobie wolny weekend…co wiedziałam, bo przecież właśnie w poniedziałek ostatni raz rozmawiałam z Mam, ale Tuśka była tak zdenerwowana na dziadka, że przez momencik pomyślałam, że może to ja czegoś nie ogarniam…ech…Zwariuję z nimi! A jak jej o tym powiedziałam, to i tak usłyszałam, że dziadkowi pouczająca gadka nie zaszkodzi.

A dziś, a raczej  wczorajszy wtorek-nie potworek- przywitał mnie takim widokiem 🙂  Zdjęcie telefonem i przez okienną szybę…na prędko z obawy, że zaraz obrazek zniknie…

IMG_1756

Marna ta zima u nas, ale mnie to wcale nie martwi, bo i takie niewielkie coś potrafi utrudnić życie,  o czym przekonał się OM wracając nocą z ŚM w czasie dwa razy dłuższym niż normalnie.   Więcej zdjęć TU 🙂

Jakaś ta zima taka czarno-biała, szara.

Obejrzałam dziś ( wczoraj) program „Czarno na białym”, w którym m.in. pokazano Centrum  Onkologii w Bydgoszczy jako przykład najlepiej funkcjonującej placówki medycznej w kraju- bez długów, bez braków kadrowych. Byłam w Bydgoszczy dwa razy na badaniu PET, i pamiętam jak mnie  miło zaskoczyło profesjonalne i empatyczne podejście do pacjenta oraz  przede wszystkim  bez zarzutu rozwiązanie logistyczne przyjęcia na badanie, tak, że pacjent nie ma wrażenia, że jest zlewany a jego czas marnowany.  A jest to bardzo ważne, szczególnie dla pacjentów przyjeżdżających z terenu, kiedy sama podróż trwa kilka godzin.  Można? Można! Nawet w Polsce!

 

 

Obowiązkowo…

Niedawno skończyłam książkę Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka”. I być może nie wspomniałabym o tym, gdyby nie pytanie/stwierdzenie młodego człowieka: Ale o co chodzi z tymi sądami, ustawami wprowadzanymi przez PIS, bo czytam i nic niepokojącego nie widzę.

Sam fakt upolitycznienia sądownictwa i wymiaru sprawiedliwości jest groźny dla każdego obywatela, a dla obywatela, który nie zgadza się z władzą i popada z nią w konflikt tym bardziej. Jeśli ktoś myśli, że uchwalone niekonstytucyjne ustawy nie dają narzędzi, żeby  zamienić  jego życie i życie bliskich w piekło nękania, to może podam tylko głośny już przykład krakowskiego kardiochirurga Dariusza Dudka i jego zespołu. Zaś tuszowania, mataczenia, nieudolnego śledztwa- sprawę  dotyczącą  zabójstwa na komisariacie Igora Stachowiaka, tak mocno i ponuro komponującą się  ze sprawą  Grzegorza Przemyka. I nie ma tu żadnej przesady, choć okoliczności  inne, to mechanizm ten sam.

I o ten mechanizm chodzi, on może się powtarzać, być aktualny nawet dziś.

Ta książka powinna być lekturą obowiązkową dla młodych ludzi,  a powinni ją przeczytać wszyscy. Szczególni ci, co nie dostrzegają żadnego zagrożenia w upolitycznieniu sądów, we władzy autorytarnej. Może wtedy otworzą im się oczy. Może wtedy zrozumieją, jakie niebezpieczeństwo niesie za sobą utracenie niezależności wymiaru sprawiedliwości i umożliwienie władzy sterowanie nim.

Książka jest mocna, taka, która zostaje w tobie na dłużej, nawet, jeśli  od kilku dekad znasz tę historię. Wyciska łzy z oczu…a przecież to książka napisana bez upiększeń, patosu, skrupulatnie odtwarzająca tamte wydarzenia…pokazująca cały mechanizm mataczenia.

Mieliśmy już epokę łamania kręgosłupów przez władzę, więc tym bardziej nie można  godzić się, żeby prokuratura, sądy stały się instrumentem politycznej władzy, bo w zderzeniu z nią, będziemy zawsze na straconej pozycji. My- obywatele, ale też my- Polska.

***

I jeszcze kilka słów o Orkiestrze, bo warto mówić i wspierać piękną, radosną i tak bardzo wymierną POMOC. Osobiście uważam, że to totalny obciach nie grać w tym dniu, nie uczestniczyć w tej wspólnocie gorących serc, innymi słowy być jej przeciwnikiem. Każda złotówka, i nie wcale ta przysłowiowa, jest na wagę złota! Z tej złotówki tylko niecałe 8 groszy idzie na pokrycie kosztów fundacji, a dla porównania organizacja Caritas Polska z każdej złotówki dla siebie „zabiera” 16 groszy, są takie fundacje gdzie 20-30 albo i więcej. Piszę to dla tych, którzy wolą pomagać innym fundacjom podając argument lepszego zagospodarowania zebranych pieniędzy.  Wrzucenie złotówki do puszki w tym świątecznym dniu, w niczym nie przeszkadza w pomaganiu innym fundacjom czy w każdy inny sposób. ZŁOTÓWKI! Za to pokazuje, że mimo różnic, potrafimy wspólnie zagrać jedną melodię- melodię życia…

Nawet nowy Minister Zdrowia zdobył się na podziękowanie wolontariuszom.

Zaś była Pani Premier swoim wpisem zasugerowała, że Finał WOŚP jest cytuję: ” dla nierozumnej promocji tych, co go organizują”…i „każe”  pomagać ” z pokorą”…Będę złośliwa, ale pewnie na kolanach rzucając na tacę…

Mogę się z kimś nie zgadzać, może ktoś być dla mnie kontrowersyjną osobą, ale jeśli robi coś dobrego, zawsze to docenię i przyklasnę.  A każdą osobę, która w obrzydliwy i niesprawiedliwy sposób oczernia tak piękną inicjatywę jaką jest WOŚP,  będę traktować jak moralnego karła. Bo nikt nie nakazuje wspierać tej czy innej fundacji, ale obrzucanie błotem jest niskie i tylko źle świadczy o tym, kto to robi.

I tak jak książka- reportaż Cezarego Łazarewicza powinna być obowiązkową lekturą, tak historia WOŚP również. To jest nasza historia. Piękna, współczesna historia łącząca pokolenia.

I żeby nikt już nigdy nie wymazywał, nie tuszował istnienia serduszka WOŚP.

Dziś,  a raczej wczoraj  się poświęciłam i obejrzałam…Panoramę o godzinie 18. W ósmej minucie przez 5 sekund wspomniano o 26 Finale. To i tak sukces w stosunku do ubiegłego roku. Ale i tak jest mi ciężko zrozumieć, jak z telewizji, która była partnerem przez 24 Finały, tak ważny dzień, tak ważne granie nagle stało się…nieważne. I tak mi to zazgrzytało ze słowami nowego Premiera, który kilka minut wcześniej mówił, że w ciągu dwóch lat udało się zbudować społeczną solidarność…Taaa…

Może na 50 Finał, już każdy ksiądz podczas mszy,  jeśli nawet nie przyklei sobie serduszka, to przynajmniej wspomni o zbiórce i pomaganiu,  i żaden wolontariusz  nie zostanie przegoniony z terenów przykościelnych podczas kwestowania. O ile wciąż jacyś parafianie będą chodzić na msze, bo ostatnie statystyki kościelne mówią, iż tylko niecałe 40% zdeklarowanych katolików uczęszcza do kościoła.

W poniedziałek weszłam z uśmiechem na ustach, dumna z nas, z Orkiestry! Kolejny raz, było pięknie, było radośnie i…hojnie!

Miłego tygodnia! 🙂

 

 

 

Smętnie…

Nie dopuszczam złych myśli, w końcu mam w tym wprawę, nawet jak krążą wokół mnie jak sępy…albo jak jastrząb co upodobał sobie nasze kury.  Jastrząb jest pod ochroną więc nie bardzo można cokolwiek zrobić- szkoda tylko bażantów, które często siadały na naszym świerku. Mojemu Tacie bardziej kur…no cóż, w sumie to logiczne, nikt nie lubi jak ktoś mu trzebi stado. Gołębi też jakby mniej…Podejrzewam, że nie jeden zadomowił się w przyzagrodowym niewielkim lasku i polują na nasze domowe i dzikie ptactwo. Warunki mają doskonałe…Ciekawe tylko czy się potrafią zdobyczą podzielić? A może to samotniki samolubne…? Bo że drapieżniki to wiadomo.

Zaczynam sama krążyć wokół tematu jak ten jastrząb wokół żywego pożywienia…Bo w sumie nie wiem skąd się wziął u mnie ten smętny nastrój. Och, jasne że powodów znalazłoby się kilka, ale one były, są i raczej nie znikną.

Dziś przez chwilę uśmiechnęła mnie wizyta Miśka, który wpadł tylko na chwilę, a przywiózł telewizor do dziadków domu,  bo  stary  już się nie nadawał do oglądania: kolory straciły swą moc, a postacie miały dziwne plamy i śmiesznie to wyglądało. Zrobił mi niespodziankę pukając rano do sypialni. Ja jemu chyba też, bo od razu zapytał się czy dobrze się czuję, widząc matkę około 11. jeszcze w łóżku. Zapewniłam,  że tak, w duchu gromiąc się za opieszałość w powstaniu i zmierzeniu się z dniem.  Na szczęście Tata jak przyjechał zastał mnie już krzątającą się w kuchni. Inaczej znowu zadzwoniłby do Mam martwiąc ją swą interpretacją mojego zdrowia.

Tuśka odebrała wynik. W poniedziałek konsultacja z onkologiem. Zadzwoniła wczoraj i umówiła się na wizytę. Szybko. Nie do końca jesteśmy przekonane czy dobrze wybrała poradnie, ale sama powiedziała, że jak nie poczuje się zaopiekowana, to uda się do tej Pani Doktor, która  dała skierowanie do wycięcia. Zresztą Pani Doktor  prosiła o wizytę jakby wynik hist. był zły. Zły nie jest, ale również nie jest dobry, bo Profesor opisujący go zwrócił uwagę, że zmiana jest szybko rozwijająca się i pacjentka musi być pod ścisłą kontrolą oraz przebadać najbliższe węzły.

Widzę, że ta wiedza czarno na białym trochę tąpnęła Tuśką. Przy niej powtarzam jak mantrę, że na tym polega profilaktyka, żeby wykryć w odpowiednim momencie. Bo jestem przekonana, że na końcu tak właśnie będzie, że po wszystkich tych dodatkowych badaniach okaże się, że skorupiak  nie zdążył się zagnieździć.

Żal mi ściska serce…bo dobrze wiem, że to kolejny strach, który  musi oswoić. I z tym żyć.

***

Obatel powiedział co powiedział o europosłance PO ( nie będę tu cytować ) i kiedy liderzy czterech frakcji PE złożyli wniosek o usunięcie go z funkcji wiceprzewodniczącego PE, nasz nowy Premier broni go przed utratą tego stanowiska, argumentuje tym, że opozycja również wypowiada się niekulturalnie. O matko i córko! Jeśli z góry idzie taka reakcja-akceptacja  na sianie nienawiści, na obrażanie, na zwykłe chamstwo  w sferze publicznej, zamiast wyraźnego potępienia albo przynajmniej zdystansowania się…ech…

szkoda słów, nerwów…Totalna piaskownica, tylko zamiast piasku jest błoto wymieszane z gównem.

Potem widać w komentarzach zwolenników różnych opcji jak się przerzucają inwektywami zamiast argumentami, przekonani o swojej kulturze i inteligencji, a przede wszystkim racji.

Opozycja coraz bardziej rozczarowuje i człowiek traci powoli nadzieję, że znajdzie się na scenie politycznej ugrupowanie, które po wyborach zastąpi rządzących. Prezes rozgrywa wszystkich jak chce, a ludzie to kupują.

***

Miłego, owocnego GRANIA! wszystkim życzę :))

 

 

Anioły, słonie i serca…

Wyrzuciłabyś TO,  bo tylko zbiera się kurz- usłyszałam głos LP z pokoju, w którym akurat myła okna. Nie jestem typem zbieracza, który przywiązuje się do czegokolwiek, ale też niczego nie wyrzucam pochopnie. Na dodatek pokój w którym wtedy szalała LP myjąc okna jest specyficzny. Począwszy od nazwy ” nad garażem”-  nieaktualnej bo  garaż to zamierzchłe czasy- po jego przeznaczenie. Mogę  go sobie  szumnie nazywać biurowym ( dwa biurka, komputer, monitoring) albo biblioteką ( jedna ściana w regale z książkami) bądź pokojem zabaw ( klamoty Pańcia) lub gościnnym ( łóżko, szafa )  a tak naprawdę jest graciarnią rzeczy potrzebnych i niepotrzebnych. Dlatego spokojnie zapytałam się co takiego mam wyrzucić, wiedząc dobrze, że z tego pokoju niejedno by się przydało, bo od maja, kiedy to przy pomocy Ciotki pozbywałam się przydasiów, minęło już pół roku ;).

To!- LP wynurza się spokoju i stoi na półpiętrza a ja w jej ręce  widzę anioła a raczej anielicę.  A w życiu! Chcesz, żeby wyrzuciła anioła, mojego stróża??? Oburzam się. Aniołów się nie wyrzuca!  To jest anioł? No popatrz, nie zauważyłam. 

Zabieram anielicę na górę do sypialni. Nie pamiętam jak trafiła do graciarni, bo kiedyś stała na kominku, pewnie po malowaniu i tapetowaniu już nie wróciła na swoje miejsce.

DSCN0157

Dostałam ją od mojej Aliś…tak jak tę pierwszą, już trochę sfatygowaną…skrzydła jej ledwo zipią, ale co się dziwić jak jest ze mną kilkanaście lat.

DSCN0167

Tak jak słonik, trochę poturbowany, ale wciąż jest, nie zagubił się a ma 19 lat…i niejedno przeżył 😉

DSCN0161

i drugi…

DSCN0162

i młodsze anioły…

DSCN0159

DSCN0166

Wszystkie dostałam od Aliś w trudnych, najczęściej szpitalnych chwilach. Niektóre  ze mną podróżowały w różnych torebkach na chemio czy radioterapię. A po skończeniu lokowałam je na półkach, kominku, lodówce…tam wszędzie gdzie mój wzrok często pada.

Czy są moimi talizmanami? Nie wiem. Wiem, że dostałam je od Przyjaciółki, od serca, i pękło by mi własne, gdybym któreś z nich zagubiła. A co dopiero wyrzuciła!

I tak. Mam wrażenie, że dopóki są…

Macie własne talizmany?

***

Jak co roku o tej porze trwa nagonka na WOŚP i jej Dyrygenta. Zawsze tak było, bo przeciwnicy swoje zdanie mają, ale od paru lat jest ona coraz większa, a od dwóch lat kiedy to partia rządząca wyraźnie się dystansuje i zakazuje służbom mundurowym, Poczcie Polskiej i innym instytucjom państwom brać udział w zbiórce, nie tylko się nasiliła, ale jest coraz bardziej obrzydliwa.

Nie wiem co te osoby mają w głowach i sercach, ale z ogromną nadzieją patrzę na większość narodu, która w tym zimowym, nieszczególnym czasie ma serca gorące i otwarte  na pomoc. Na radość. Bo pomaganie jest radością! I pięknie móc uczestniczyć w czymś, co jest naszą dumą na skalę światową!

Mamy coraz lepszy, najnowocześniejszy sprzęt w szpitalach, wdrożone programy, i to w dużej zasłudze dzięki corocznemu graniu już przez 26 lat. Orkiestra gra dla najmłodszych, dla najbardziej bezbronnych, dotkniętych chorobą ale również dla najstarszych…Dla nas wszystkich bez względu na poglądy. To naprawdę nie jest trudne do ogarnięcia!

W ochronie zdrowia obecnie sytuacja jest…krytyczna. Co z tego, że mamy czym i jak leczyć, jak nie mamy kim?  Zdrowie powinno być priorytet nas wszystkich. Przede wszystkim dla rządzących.

Jaką hipokryzją jest zażarta walka o życie niepoczęte, kiedy narodzonemu nie gwarantuje się należytej opieki.  A tym, którzy od lat pomagają rzuca się kłody, oszczerstwa pod nogi…

To co, otwieramy swe serca i…GRAMY!!! Wielki Finał już tuż, tuż 🙂

I jak Pańcio mówi: Siemanaeczko!!! 😀

 

 

 

Światła…

Słońce i lekki mrozik zachęcały do podróży by odwiedzić rodzinę a przy okazji odebrać Ciocię, która  spędzała tam święta, aby nie musiała tłuc się autobusem. Tym razem jedziemy S3 w przeciwnym kierunku niż DM, mniej więcej tyle samo kilometrów. Szkoda, że nie dalej…w góry. Ale jeśli  nie można tam gdzie chciałoby się bardziej, to jak już jesteśmy w S. nie po drodze jak zwykle to bywa podczas powrotów z gór, zajeżdżamy do smakowitej Tadź Mahal. Żaden tam MC.D, którego mijamy- jeszcze latem go nie było- nawet  Pańcio nie protestował ;). Lubię indyjską kuchnię, a w tej konkretnej restauracji mam ulubioną zupę podawaną w kociołku- Tadź Mahal Mixed Soup- której porcja wystarczy by się najeść. I oczywiście indyjską herbatę z imbirem. OM zamawia tradycyjnie zupę plus jagnięcinę, Pańcio nuggetsy panierowane w soczewicy. Choć nie mam już miejsca w żołądku to podjadam od Pańcia frytki i od OM ichni chlebuś i maczam w dwóch różnych przepysznych sosach. Aż do totalnego wypęku…

tm

Podjeżdżamy pod blok wujostwa i na chwilkę wchodzimy do mieszkania- Ciocia już  czeka ubrana i strofuje OM, który nic sobie z tego nie robi i komunikuje, że Mamą zaopiekowała się Tuśka, więc spokojnie  zajedziemy jeszcze  wraz z wujostwem  do domu kuzyna, który czeka z żoną  na nas z herbatą, kawą i naleweczką oraz ciastem. Jest radośnie, świątecznie, rodzinnie i nawet na moment Ciocia się uśmiecha i rozluźnia, choć to ona daje sygnał do wyjścia. Nie dyskutujemy, zbieramy się i żegnamy. Robię zdjęcie…choinki…bo dopiero co rozmawiałyśmy z Tuśką, która stwierdziła, że własnych choinek ma  setki, a ja na to, że przecież to sosny a nie świerki…a tu…

ch

Tak mi się spodobała, że aż…ubrana w rękodzieła Pani Domu :))) W oryginale robi dużo lepsze wrażenie.

Za szybą samochodową już ciemno. Lubię mknąć i mijać tysiące świateł miast oddalonych od drogi. Na niebie gwiazdy, widzę Duży Wóz…Z płyty lecą kolędy, pastorałki w dwóch językach, jest nastrój…i cudny zapach dobrego jedzenia, które wydobywa się z porcji na wynos dla Dziecków Starszych. OM tłumaczy Cioci, że dziś nie musi nocować u siostry, że dopilnuje, że dopiero jutro po cerkwi- święta trwają 3 dni- i wysadzamy ją w Miasteczku, następnie zawozimy Pańcia  do rodziców i jedziemy do domu. Pod kocyk 🙂  To znaczy ja pod kocyk, bo OM do Mamy.

Starość bywa trudna. Starość to stan umysłu.

Samotność. Czasem jak tak jadę nocą i widzę oświetlone okna to zastanawiam się ile za nimi jest ukrytych samotnych serc. Takich jak Ciocia- bez tej najbliższej rodziny. Bez męża, partnera, dzieci, wnuków…Może tylko z psem i kotem…a może i nie. Jeśli jest jeszcze rodzeństwo, zżyte, i jego najbliżsi, to to życie rodzinne nie jest aż tak zubożałe. Ale jeśli człowiek jest sam? Samiuteńki? W albumie wspomnień nie ma zdjęć wspólnych, pokoleniowych…Ani pod powiekami…

Dziwaczeje.

 

Obejrzałam film „Tajny dziennik”. Polecam, podobno też jest książka. Mnie przy okazji i nie tylko obejrzenia tego filmu, nasunęła się kolejny raz myśl o celibacie księży katolickich.  Ksiądz to też człowiek i miłość nie jest mu obca, za to sztucznie zakazana. I ten zakaz więcej robi złego niż dobrego.

***

Stał się cud!!! Zniknęli najbardziej niekompetentni ministrowie- niestety nie wszyscy. I przyklasnęłabym szczerze tej wymianie- zamianie, gdyby nie obsadzenie MON i MSWiA- to jakaś parodia!

No, ale dwóch największych szkodników w tym kraju już nie ma!

I mamy czarno na białym, czym został przekupiony PAD, aby podpisał kolejne niekonstytucyjne ustawy.

Monotematycznie, czyli…

Wciąż o tych świętach 😉  Tak, wciąż o tych samych tylko przesuniętych w czasie.

Podwójne świętowanie ma swój urok i znaczenie, ale tez jest wyzwaniem. Logistycznym. Szczególnie gdy nie ma ustawowo wolnych dni, a ludzie pracują, uczą się, i poszczególni członkowie rodziny mieszkają w różnych odległościach od siebie… Od kiedy ( 2011r.) szósty stycznia jest wolnym dniem od pracy, to przynajmniej wigilijny wieczór łatwiej jest zorganizować tak, aby był w pełni rodzinny. Kiedy nasze i Rodzinnej dzieci były małe, to wszyscy spotykaliśmy się w tym dniu u Rodziców OM. W pełnym składzie plus moi Rodzice albo sam Tata w zależności w jakim tygodniu wypadała wigilia, czasem towarzyszyła nam Ciocia- siostra Teściowej. W każdym razie nikogo przy stole nie brakowało…Z czasem bywało różnie, najczęściej dopisywali wszyscy, ale zdarzyło się, że któreś dziecko już mocno starsze i wyjechane nie pojawiło się, i nie było z nami żadnego z moich rodziców.  A jeszcze później zmarł Teść i po jakimś czasie przestaliśmy świętować w domu rodzinnym OM, bo Mama zaniemogła na zdrowiu. Od tego czasu było już różnie: raz czy dwa  robiła Tuśka, najczęściej ja, a i była wspólna wieczerza u Rodzinnej. W każdym razie staraliśmy się przynajmniej w wigilię, czyli 6 stycznia być razem. Raz tylko musiałam jechać w tym dniu na chemioterapię, ale wtedy przyszła do mnie PT, przyniosła kutię i świętowałyśmy na szpitalnym korytarzu :).

W  tym roku troszkę się pokiełbasiło ale było cudownie. Rodzinna chciała mieć swoją Mamę u siebie, ale z tym jest problem, bo Teściowa za bardzo nie chce się ruszać z domu, acz w towarzystwie OM jakoś łatwiej ją do tego przekonać.  Myślałam, że wieczerza będzie u nas, ale z racji tego, że musieliśmy Mamę zawieźć i przywieźć ( w praktyce okazało się, że tylko przywieźć) to całe przygotowanie spadło na Tuśkę. No bo nie wyobrażałam sobie, żebyśmy z OM spędzili ten wieczór tylko u Rodzinnej, do której mieliśmy oczywiście zaproszenie. Dlatego w tym roku- jak nigdy przez całe moje życie- miałam dwie wigilie w ciągu jednego wieczoru oddalone od siebie 50 kilometrów.

Rano pojechaliśmy do cerkwi bo była spowiedź, która  wyglądała tak, że podczas służby bożej ( mszy)  zamiast kazania odbyła się „spowiedź powszechna”. Wygląda to tak, że ksiądz mówi o grzechach a potem każdy po kolei podchodzi do księdza, który stoi tuż przed ikonostasem  i pochyla głowę nad ikoną Zbawiciela i krzyżem, ksiądz pyta się wymawiając twoje imię czy żałujesz za swoje grzechy i daje rozgrzeszenie.  Potem przystępuje się do pryczastia , czyli komunii św.  przyjmując prosforę zanurzoną w winie. Prosforą dzielimy się też przy wigilijnym stole, ale już bez wina za to często w towarzystwie czosnku.

W cerkwi czuje się wspólnotę. Bardzo. Nigdy nie ma żadnej polityki!

U Rodzinnej przy stole siedziała seniorka rodu i najmłodsza- i jak na razie jedyna- niespełna czteromiesięczna  o imieniu swojej prababci- wnusia siostry OM. Umilała nam całe spotkanie :).

Do Tuśki dotarliśmy o 19., właściwie to ja dotarłam, bo OM odwiózł Mamę do domu, wysadzając mnie po drodze i chwilę jeszcze z nią był, żeby podać lekarstwa. Młodsze Dziecka dojechały z DM, był mój Tata i wszyscy usiedliśmy do stołu kole 20. I wyszliśmy dopiero przed północą, to znaczy  ja z OM, bo Dziecka Młodsze wracały do DM, a Tata wcześniej poszedł do siebie.

Dla wspólnych chwili, które cementują rodzinę, dają kolejne obrazy do pięknych, radosnych często wzruszających  wspomnień, warto podtrzymywać tradycję. I wiecie co najpiękniejszego usłyszałam wczoraj? Jak Tuśka powiedziała, że za rok poda tylko barszcz! Z uszkami rzecz jasna! ;D

I ciepło mi się robiło na sercu patrząc na moje szczęśliwe Dziecka, całkiem już dorosłe. Że mimo różnych zawirowań, które przecież los nie szczędzi nikomu, zawsze można odbudować albo zbudować coś nowego.  I choć przed nami kolejne wyzwania, to wierzę, że sobie ze wszystkim poradzimy! Razem. Bo w rodzinie jest moc!

a

na Tuśkowej choince 🙂

m

A dziś odpoczywam, polegując i objadając się pierogami z kapustą i grzybami oraz ciastem, którego mamy nadwyżki, więc obdzielam wszystkich wkoło.

Poczytam, ale najpierw muszę poodpisywać na zaległe emilki. Szczególnie uradowała mnie jedna, mimo iż Poczta Polska nawaliła i świąteczna paczka dotarła po Nowym Roku. Ale dotarła i sprawiła radość.  Pięknie jest pomagać, sprawiać, że ktoś znowu uwierzy w dobroć, życzliwość, że nie jest sam…Pamiętajcie o tym! Czasem niewiele potrzeba, za to wiele jest sposobów. Zbliża się coroczne Wielkie Granie! Ale przez cały rok jakiś maluch potrzebuje pomocy ratującej życie! Tak jak TYMEK! Wesprzyj jeśli możesz, bo w ilości wspierających siła.