Nie ma tego złego ;)

Bywa, że wciąż tęsknię za pracą. Za różnorodnością zadań, bo pracując na swoim, wykonywałam pracę od sprzątaczki po szefową 😉 na swoich własnych zasadach i to był duży plus. Ale plusem jest też fakt zaistniały, że obecnie pracować nie muszę. A właściwie nie mogę i tu jest poważana rysa… Z drugiej strony, siedząc w domu, mam wywalone na to, że już dwa miesiące mija, jak powinnam być u fryzjera. Termin mi przepadł przez choróbsko, a jak w końcu się z niego wygrzebałam, to rządzący zamknęli salony fryzjerskie. Zarosłam. Przy krótkiej fryzurze jest to problem. Niewielki, gdyż przy dobrze ściętych włosach nie muszę (jeszcze) zakładać czapki (w każdej wyglądam jeszcze gorzej), żeby spojrzeć w lustro by wyjść do ludzi, a zobaczywszy w telewizji fryz prof. Środy, stwierdziłam, że do własnej fryzury nie mam prawa mieć zastrzeżeń 😀

Po drugiej dawce szczepionki oprócz bólu głowy (ręki) nic niepokojącego się nie zadziało. Cieszy mnie coraz większa liczba zaszczepionych i mam nadzieję, że komunikat EP odradzający swoim wiernym szczepienia się konkretnymi szczepionkami, nie wpłynie na ich decyzję. W końcu katolicy to grzeszni ludzie ;p KK już dawno stracił swój autorytet i robi wszystko, żeby go nie odzyskać. Pandemia to również obnażyła, bo ze strony polskiego Kościoła nie ma żadnego wsparcia, za to wiele przykładów szkodzenia. Smutne to. Tym bardziej, że wierni nic z tym nie robią. Dla mnie to w pewnym sensie podobna sytuacja jak z partią rządzącą i ich zwolennikami. Mimo wszystko trwają wiernie. I nie mam tu na myśli poglądów czy wiary.

Ugotowałam młodą kapustkę. Już drugi raz w tym roku. Palce lizać. Za oknem wciąż jakby jesień a nie wiosna, więc przynajmniej na talerzu wiosenne kolory i smaki. Odczarowuję tę szarą (jak na razie) aurę.

Słońca dla Was 🙂

ps. Akurat przyszły papiery z ZUS-u. Nie przewiduję innej opcji jak przedłużenie świadczenia rentownego. Frapuje mnie tylko na jaki czas. Nigdy nie dostałam dłużej niż na dwa lata, a to było tylko w ostatnich latach dwa razy z rzędu, bo wcześniej za każdym razem tylko na rok. Do wieku emerytalnego pozostało mi ciut więcej, aczkolwiek nie przewiduję, żeby byli tak łaskawi i roztropni oraz kompetentni 😉

Uff…

Ulżyło. Nie z samego faktu, że teraz to ja bezpieczna, że ho ho ho…bom zaczpiowana, ale że udało się bez żadnych obsuw zainspirowanych przez mój niesforny organizm. Ale wiesz, że nie możesz dziś nic robić- OM łypie na mnie czujnym okiem- po drugiej dawce możesz czuć się gorzej. A wyglądam na taką jedną z sąsiedztwa, co to w planach ma przekopanie pół ogródka?

Kocyk. Termos z wodą. Pączusie serowe. Truskawki. Paracetamol. W lodówce gar pomidorowej, która zastąpiła wyżartą już ogórkową. Przygotowana na reakcje poszczepienne.

Dom się sprząta. Pani Hania uczynna jak zawsze.

Mam zamiar odpoczywać. I cieszyć się. Jedna z moich przyjaciółek już po jednej dawce Pfizera, więc kiedy będę w maju w DM, będzie już po drugiej i w końcu spotkamy się face-to-face 🙂 A nawet się uściskamy! Dwie pozostałe są świeżo ozdrowione, więc…

Dużo zdrowia dla Was 🙂

W swej (nie)przewidywalności…

Z porami roku jest prosto. Wiosną ma prawo posypać śniegiem, powiać arktycznym wiatrem, nocą być przymrozek, a w dzień słońce przygrzewać tak, że zrzucamy z siebie wierzchnie ubrania. Prędzej czy później wszystko się zazieleni, zakwitnie i zaowocuje. I tak od lat…

i tak tuliPan szykuje się do prezentacji w pełnej krasie…
a i mięta zaczyna z podziemia wychodzić 😉

On i Ona. Para, która na chwilę chciała uciec od kaprysów rodzimej wiosny- kupione bilety lotnicze, pod powiekami już ocean i plaża… Od rzeczywistości pandemicznej nie da się uciec- zrobione testy przed podróżą. On zaszczepiony już drugą dawką. Ona nie. On pozytywny. Ona nie. Oboje bezobjawowi. Na kwarantannie. On chciał zrobić kolejny test, ale miła pani z Sanepidu uprzedziła, że jak wyjdzie dodatni, to wtedy kwarantanna będzie się liczyć od daty drugiego testu. Tak że tak… SARS-CoV-2 (jak i covid-19) jest nieprzewidywalny. Trzeba się liczyć z każdą opcją. Jedno jest pewne, że długo jeszcze z nami pozostanie.

Dużo zdrowia dla Was 🙂

Ps. Bogusiu, zdrowiej!

Wykrzywiona twarz…

Skutecznie dzieleni (przez polityków) od wielu lat okazujemy wobec siebie pogardę. Podzieleni nie potrafimy okazać wzajemnego szacunku do drugiego człowieka o innych poglądach. Fakt, czasem urągających wszelkiej przyzwoitości. Tylko czy to usprawiedliwia do inwektyw personalnych? Moim zdaniem- nie! Tak, pani Krysia P. wzbudza emocje. Silne. Ale, czy wyrażając wzburzenie jej wpisami (ostatnim dotyczącym 10-letniego dziecka), musimy od razu życzyć śmierci, odnosić się do jej wyglądu (tu wszystkim zalecałabym spojrzenie we własne lustro), pastwić się nad jej domniemanym życiem seksualnym, a raczej jego brakiem? Naprawdę? Toż to zwykłe chamstwo i hejterstwo. I owszem, pani Krysia P. skutecznie zachęciła hejterów nie tylko na siebie, ale przede wszystkim na osoby transpłciowe.

Podzieleni z wykrzywioną twarzą pogardy rzucamy się sobie do gardeł i wystarczy tylko iskra, by je przegryźć. Fakt, obecni rządzący skutecznie się do tego przyczyniają. Czego się nie dotkną, to wyzwalają najgorsze instynkty w społeczeństwie. Na tapecie szczepienia. Już w grudniu i styczniu była afera z celebrytami i aktorami, którzy zaszczepili się poza kolejnością. Dziś jest nagonka na 40-latków plus. W tym lidera jednej (już!) partii. Noszzz… naprawdę? Nawet bezobjawowy prezydent się włączył w tę krucjatę, choć sam się nie szczepi, bo nie!

Agresja, również ta słowna, bierze się z niemocy, z poczucia bezsilności, z wściekłości na rzeczywistość lub na konkretne osoby. A chamstwo to nic innego jak prostactwo, które zieje nienawiścią do innych, którzy wejdą im w drogę- poniża, starając się zranić, dopiec… Czy na chamstwo należy odpowiadać tym samym? Niektórzy uważają, że tak. No cóż, uważam inaczej, choć pewnie i mnie zdarzyło się w niewirtualnym życiu zachować się tak, że było mi potem wstyd. W emocjach. W sieci, kiedy każdą wypowiedź, zanim się opublikuje, można przeczytać po stokroć i na koniec skasować, bo przecież wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i bywa, że poniesie nas fala niezgody na to, co czytamy, każde takie chamstwo świadczy tylko źle o nas i tak naprawdę umyka, zaciera się meritum tego, co komentujemy. Warto o tym pamiętać.

Słońca i uśmiechu dla Was 🙂

Równowaga…

Niedziela pięknie słoneczna z dziećmi szukającymi prezentów zajączkowych w ogrodzie i spacerem na hulajnogach, a poniedziałek deszczowy i wietrzny. Swoisty śmigus-dyngus z nieba. Radość i spokojność połączone z lenistwem. Równowaga.

Nastrój mi mocno siadł przed samymi świętami. Słabość mną owładnęła, ścisnęła obręczą niemożności. Nawet nie myślałam, że mogę być jeszcze słabsza… Wymyśliłam sobie, że oto moja odporność bierze się do roboty, wyciskając ze mnie wszystkie soki energii jakie mi jeszcze pozostały, bo akurat minęły dwa tygodnie od zaszczepienia i stąd ten spadek formy, która i tak jest kiepska- w końcu ma kilka źródeł, żeby taką być. Trudno się w tym wszystkim zorientować, co jest aktualną przyczyną.

W świąteczną niedzielę Bliscy przyjechali już bladym świtem, kiedy dopiero co zeszłam do kuchni w zamiarze zrobienia dwóch farszów do jaj. Tym razem przyjęłam pomoc z radością, wcześniej nakarmiwszy bigosem, który sami sobie przygrzali. Że nietypowo?

dekoracja Aty 😉

Do samego końca nie wiedzieliśmy, w którym domu usiądziemy przy stole i w jakim składzie. Ograniczamy kontakty z innymi, nigdzie nie bywamy, po to właśnie, żeby móc się widywać w swoim najbliższym gronie. Ale i tak jest ryzyko. Ten tlący się niepokój, który nigdy nie gaśnie, przysłonięty został radością, spontanicznym śmiechem, szerokim uśmiechem… pradziadka i prawnuczki- najstarszego rodem i najmłodszej. Bliskość bez spiny, że żur wyszedł tak gęsty jak kisiel, na stole nie ma wyszukanych potraw, w których specjalizuje się Tuśka, a baba drożdżowa, którą przywiozły Dzieci Młodsze, nie podeszła Miśkowi. Czuł niedosyt, bo w tej cukierni chcą zamówić ciasto na wesele. Mają nadzieję, że latem to już połowa gości będzie ozdrowieńcami, reszta zaszczepieni i tylko nieliczni, którzy wciąż są wolni od koronowych atrakcji. Śmieją się, że zrobią trzy strefy stolików dla bezpieczeństwa. A tak serio, to nic nie jest wiadome, i pewnie długo nie będzie.

W sobotę wieczorem obejrzałam film „25 lat niewinności…” Poryczałam się i jedno słowo, jakie mnie się cisnęło to skur… Zaczęłam też czytać „27 śmierci Toby’ego Obeda” i mimo iż niewiele stron za mną, to identyczne słowo pojawiło się na ustach. Tym bardziej potrzebowałam tej atmosfery świąteczno-rodzinnej i zwykłej radości z tego, że jesteśmy razem. Choćby tylko przez kilka godzin. Dużą radość sprawił mi apetyt Taty, który jak zwykle dostał prowiant do domu. Wprawdzie coś tam sobie ugotuje, ale raczej to eksperyment na gotowcach, wiec częściej zamawia sobie w restauracjach, których jest największym krytykiem kulinarnym. No kuchni Mam trudno dorównać, szczególnie że te smaki się utrwalały przez ponad 50 lat…

Patrzę tęsknie przez mokrą szybę kuchennego okna na ławeczkę… którą przytargała Ciocia. Poszłam ja ci w jednym z tych cieplejszych dni zobaczyć, gdzie jest nasza stara ławka z tarasu, bo wymyśliłam sobie, żeby ją postawić w ogrodzie, co bym mogła sobie klapnąć, kiedy zmęczę się pracami ogrodowymi bądź ganianiem za Zońcią. Plan był taki, że odkryję jej lokalizację, po czym jak się nawiną pracownicy, to poproszę o jej przeniesienie. Ławka była pod wiatą między garażami, dostęp do niej był utrudniony, bo zastawiona czym popadło, w tym dużym biurkiem z biura. Ciocia akurat siedziała przed domem, wygrzewając się na słoneczku, więc się przywitałam i powiedziałam o swoich zamiarach… Po chwili już miałam ławkę tam, gdzie przynajmniej na razie chciałam. Bez mojego najmniejszego udziału. Nie mam pojęcia, jak to zrobiła, bo ławka ciężka z żeliwnymi nogami… I zanim ja dotarłam do niej, żeby ją umyć, to Ciocia już z wiaderkiem i akcesoriami była przy niej. Tak że tak…

jeszcze mało zielono wokół ale w pobliżu pączkuje już magnolia

Rzadko wchodzę do domu głównym wejściem i o mały włos przeoczyłabym, mizerne, ale zawsze to, kwiatki 😉

Dużo uśmiechu dla Was 🙂

Piękne dni…

Chciałoby się napisać, że takie normalne, choć osadzone w pandemii. Z premedytacją używam słowa pandemia, by wrazić mój kategoryczny sprzeciw wobec tych, co twierdzą posiadają tajemną wiedzę od Zięby i Billa Gatesa , że pandemii nie ma, a wszystkie zgony przypisywane są covidowi, bo…kasa, kasa, kasa…

W jednym z tych cudownie ciepłych i słonecznych dni pojechałam do Miasteczka, do sklepu ogrodniczego i na cmentarz. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam na grobie Mam. W dniu drugiej rocznicy śmierci leżałam z temperaturą… Było mi podwójnie źle i przykro. Nie ma dnia, żebym nie myślała, nie tęskniła, nie wspominała…i wciąż, mam takie wrażenie, nie pogodziłam się z jej odejściem. Zamieniłam gałązki sosnowe na świeże kwiaty, zostawiłam też w wazonie bukiet Tuśkowych goździków sprzed tygodnia- Mam całe życie kochała żywe kwiaty, a one jej się odwdzięczają, stojąc długo, mimo często niesprzyjającej aury…

W sklepie ogrodniczym chciałam kupić nasiona kopru i mix sałat. Wyszłam z narzędziami do gleby, bratkami i nasionami nasturcji. O koprze i sałacie zapomniałam.

I nawet nie mogę się tłumaczyć covidowym zanikiem pamięci 😉 Ogólnie to jestem nie do podrobienia. Przecież jeszcze tak nie dawno pisałam, że mam kłopot z wszelkimi hasłami. Postanowiłam, więc te najważniejsze zapisać sobie w kajeciku, który został zakupiony w tym celu całe wieki temu. OM wymieniał oba telewizyjne dekodery. Coś tam mu z jednym nie szło, więc zadzwonił do konsultanta, a ten wykorzystał, że ma klienta na linii i zaproponował, żeby opłata za Netflix była w łącznym rachunku z cyfrą+, a nie jak do tej pory ściągana z mojego konta. Przystałam na to, ale żeby to zadziałało, to musiałam się zalogować na ich stronę i aktywować. Nic prostszego…. taaaa. Logowałam się trzy dni! Zmieniając login, hasło i cuda wianki… i nie wiem w końcu, jak mi się udało wejść… I już się cieszyłam, i już witałam się z gąską, kiedy na jakimś etapie ukazał się komunikat: wpisz hasło do Netflixa. Ha! Mam cię, zapisane!- pomyślałam radośnie i kurcgalopkiem udałam się na górę po kajecik. Wpisuję. Nie to hasło… Kolejny raz. Nie to hasło. Kolejny raz, tym razem wielką literą. Nie to hasło. Jak to możliwe? Wpatruje się w te literki i cyferki… po czym na końcu dodaję jeszcze jedną literkę. Bingo. Noszzzzz nawet zapisać hasła nie potrafię poprawnie ;p

Zrelaksowałam się, stojąc pod wierzbą w ogrodzie z zadartą głową i słuchając brzęczenia pszczół. Od razu przypomniało mi się, jak jeszcze Tatowa pasieka była u dziadków na ogrodzie i którejś wiosny Tata narzekał, że wycięto wszystkie wierzby, i pszczoły nie będą miały wiosennego pożytku. (Wycięto, bo łąki i pola zalewano na stawy rybne). Wtedy postanowił zbudować pawilon dla skrzydlatych (ja mu w tym pomagałam) i wywozić pszczoły tam, gdzie mogły zbierać nektar. Dawne dobre i piękne czasy, choć wcale nie takie spokojne, bo to był początek lat 80.

I niech to dobro i piękno, ta nasza wyczekiwana normalność powróci w te świąteczne dni… Z nadzieją na kolejne takie dni, które dzięki wiośnie są dużo znośniejsze i mimo przeciwności bywają uśmiechnięte. Przede wszystkim zdrowia, rychłego zaszczepienia się dla wszystkich oczekujących i niech nadzieja i wiara, że jeszcze będzie pięknie i normalnie nas nie opuszcza! Otulcie się dobrocią!

obfitych w radość ŚWIĄT!

ps. OM we wtorek zaszczepiony pierwszą dawką. Prosto po szczepieniu udał się do pracy i do domu wrócił po 6 godzinach. Pytałam się co chwilę, jak się czuje, aż w końcu odpuściłam, widząc, że nic mu nie jest. NIC.

Otwarte czy zamknięte…

Drzwi.

Toczy się zażarty spór o drzwi kościelne. Mają być zamknięte na cztery spusty w tej pandemicznej rzeczywistości, czy otwarte dla potrzebujących strawy duchowej wiernych i dla potrzebujących kasy księży. No sorry Winnetou, ale czytając, słuchając księży jak ich hierarchów, to wieje hipokryzją na kilometr. Bywa, że totalną głupotą. Osobiście uważam, że mogłyby być wszystkie drzwi otwarte, nie tylko te kościelne, gdyby wszyscy stosowali się i przestrzegali: dystans, maseczka, dezynfekcja. Ale to utopia. Mamy społeczeństwo, jakie mamy, i nie wystarczy być przeciwnikiem rządzących, którzy poprzez obostrzenia chcą zdyscyplinować społeczeństwo, bo antyszczepionkowcy i koronasceptycy nieuznający pandemii są wyznawcami wszelkich opcji politycznych tudzież żadnych, za to negujący dorobek lekarzy akademickich. No taki Zięba to dla nich autorytet! I wszędzie widzą spisek na ich życie, a covid-19 to tylko trochę inna grypa.

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak trudno zrozumieć ludziom, że tak wiele zależy od nich samych. Za to rozumiem, że bardzo trudno stosować się do wszystkich próśb władzy. Najtrudniej chyba jest trzymać dystans z najbliższymi- bo to wręcz okrutne!

W sobotę na kilka godzin przyjechały Młodsze Dzieci. Tuśka się izoluje sama z siebie, bo w pracy na kilka osób w biurze trzy z potwierdzonym covidem. Na szczęście może pracować zdalnie. Nie widziałyśmy się wraz z Najmłodszymi już grubo ponad dwa tygodnie. Wspólne święta wciąż pod znakiem zapytania. Najprawdopodobniej Misiek z Atą przywiozą Tatę na kilka godzin w wielkanocną niedzielę. Ale to jeszcze nic pewnego.

Ale! Są i cudnie przyjemne wiadomości. W tym tygodniu będziemy mieć dwa dni lata 🙂 I co ważniejsze- WOŚP zebrała dzięki naszej solidarności, szczodrości, bo potrafimy wspólnie stworzyć jedyną taką wspólnotę pełną empatii, radości, energii i cudownych barw w całym świecie łącznie z kosmosem :D…210 813830,10. Brawo MY!

Inaczej…

Mimo szalejącego zmutowanego wirusa- nie pomogły zaklęcia narodowego kłamcy, który kilkakrotnie już oznajmiał odwrót i zachęcał, żeby się go nie bać- mimo wciąż obecnego strachu, niepewności, to odbieram obecny czas inaczej niż rok temu, gdzie niewiedza, obrazki z Chin i Europy były przytłaczające. Minął rok, wszyscy jesteśmy zmęczeni, znowu na święta zamknięci, rzeczywistość skrzeczy…ale dla mnie osobiście jest inaczej. Przede wszystkim dlatego, że jestem w domu. Jak ktoś większość swojego życia mieszka w domu z ogrodem, to wie, jakim luksusem jest wyjście bez maseczki, żeby zaczerpnąć wiosennego powietrza, bez oddalania się gdzieś dalej, bo brak sił. Ale! Żeby nie było. Wszak prace wiosenne w ogródku czekają. Skopanie, wyplewienie, grabienie, ustawienie skrzynek, wsypanie odpowiedniej ziemi, posadzenie i posianie… To wszystko się zadziało! Choć ja tylko chodziłam, dreptałam, kucałam, a czasem przysiadłam na pieńku, czyli, innymi, słowy nadzorowałam 😉 Jak stara zniedołężniała, zrzędliwa baba.

Zobaczywszy przez okno kuchenne Ciocię, która rozprawiała się z zielskiem, czym prędzej udałam się do niej, wcześniej umówiwszy się z dwoma osobnikami płci odmiennej do pomocy, a właściwie realizacji moich wymysłów. Pośpiech był wskazany, bo zaraz cały ten obszar byłby zaanektowany przez ziemniaka. Kompera. Nie tym razem!

Zdążyłam. W domu nierozpakowana walizka łypie na mnie okiem, obiad w powijakach, czyli w sferze pomysłu, ale proszę bardzo…. oto efekt.

eksperyment na obcej ziemi ;p

Czuję się usatysfakcjonowana, bo w pierwszej skrzyni już wsadzona dymka na szczypior i posiana natka pietruszki! A ja dotleniona jak już nie pamiętam kiedy. Cudnie! Rok temu byłam tego pozbawiona, siedząc- z własnej decyzji- sama w mieszkaniu, więc mimo iż wciąż wiele niepokojów, to jak napisałam do PT teraz wiesz, dlaczego nie chciałam zostać w DM i przeczekać tej fali- najwyżej umarnę grzebiąc w ziemi ;p, czuję, że żyję! Ta normalność, choćby tylko na skrawku własnej posesji, pozwala patrzeć bardziej optymistycznie na to, co się dzieje wkoło.

Swoją drogą, chyba nikt się nie spodziewał, że tak długo i tak intensywniej covid-19 będzie nam meblował życie, odbierał je i rujnował zdrowie… Dzieci Młodsze mają nowy, ostateczny termin ślubu. W lipcu. To już trzeci. Śmieję się do PT, że co sobie obiorę cel do dożycia, to albo on się oddala, albo pojawia się kolejny. Prawidłowo, prawda? Bo dobrze mieć cele, choćby tylko takie efemeryczne, jak zjedzenie tegorocznej sałaty z własnego ogródka, a potem cukinii… i łzy i radość z powodu szczęścia własnego dziecka.

Opuszczam azyl…

Muszę się sama zawieźć do DM- taki klimat. Kombinowałam różne rozwiązania, ale muszę postawić na samowystarczalność 😉 Choć jutro rano do szpitala zawiezie mnie PT, bo Misiek bladym świtem goni do innego miasta na budowę, gdzie spędzi kolejny cały dzień, wracając do domu około 20. Podejrzewam, że zobaczymy się dopiero w kancelarii notarialnej w środę. Taki klimat. Tęsknie za zupełnie innym… Za kawą i ciachem w ulubionej kawiarence z Aliś, obiadem w restauracji z Dziećmi Młodszymi, wieczorową porą spotkaniem z PT. Gdzieś tylko w tle była wizyta w szpitalu, która od roku zdominowała moje przyjazdy do miasta. Dziś myśli tylko wokół niej… Kiedy w końcu to się zmieni?…

Wstawiłam pranie, bardzo późnym wieczorem. Wsypałam proszek, zaprogramowałam, włączyłam i wyszłam z łazienki, udając się do sypialni. Słyszałam jak pierze. Słyszałam! Zasnęłam. Po czym w nocy obudził mnie nacisk na pęcherz, więc zwlekłam się półprzytomna z łóżka i zataczając się doszłam do łazienki, przy okazji wyłączając pralkę i otwierając jej drzwiczki. Wyciągnę rano-pomyśłam. Rano zapomniałam. Dopiero kole południa… matkojedyna moje pranie się kisi… Zaczęłam wyciągać- jakieś takie lekko wilgotne… NIEWYPRANE! Już miałam zejść na dół i oznajmić OM, że pralka się zepsuła, gdy coś mnie tknęło i zajrzałam do pojemnika na proszek. Był. Nastawiłam pranie jeszcze raz. Patrzyłam co się dzieje w bębnie z nabożną uwagą… ufff.
Od trzech dni mamy przerwę w dostawie prądu w najmniej nieoczekiwanych momentach. Wieje. Dziś dodatkowo brak wody. Piszę jednym palcem w telefonie, więc za treść i inne błędy nie odpowiadam ;p

Kawy nie piłam już 8 tygodni. I nie wiem, co to oznacza.

Słońca i uśmiechu dla Was 🙂

Spadające temperatury…

Widok 37,2 kresek na termometrze (tak, kazałam zakupić szklany, gdyż jeszcze chwilę i termometr bezdotykowy doprowadziłby mnie do wariatkowa, gdziekolwiek ono jest- kilka pomiarów i każdy inny) ucieszył mnie tak, jakbym dostała śniadanie do łóżka z szampanem i truskawkami. A może nawet bardziej. Poszczepienna temperatura ustąpiła. Radość byłaby większa, gdyby nie kaszel i jednak jakieś jej podwyższenie. Trochę mnie to martwi, bo we wtorek szpital, w środę sprawy notarialne w DM. Mimo że przez 1,5 doby trawiła mnie gorączka, ból głowy i ręki to uważam, że mój NOP był z tych lekkich. Zgłosiłam to Rodzinnej, a ona ma to zanotować do odpowiedniego systemu. Uważam, że każdy, kto ma jakieś objawy (samego bólu ręki to bym nie zgłaszała) powinien to zgłosić, dla rzetelnego obrazu danego preparatu. Podejrzewam, że oficjalnie podawana ilość poszczepiennych reakcji jest bardzo zaniżona, bo mało kto zgłasza lekarzowi pierwszego kontaktu swoje objawy, a to on ocenia, czy jest to NOP (można też prosto do Sanepidu, ale nie wiem, czy ten nie przekierowuje jednak do lekarza).

U Tuśki w pracy najprawdopodobniej covid. Dziewczyna od środy na kwarantannie, bo mąż chory potwierdzony testem, a sama już wieczorem w środę zaczęła mieć objawy. Testu nie zrobiła, więc żadne osoby z jej kontaktu nie są objęte kwarantanną. Ale to jeszcze nic. Szczytem było to, co zrobił znajomy PT, wiedząc, że ma koronę, zawiózł swoją matkę na szczepienie… i ją zaraził.

OM nie ma przeciwciał, co wale mnie jakoś nie dziwi. Acz dopuszczam wszystko, nawet niemożliwe, bo jedyne co jest pewne, jeśli chodzi o covid-19, to to, że przebieg zakażenia jest nieprzewidywalny. I lepiej omijać go szerokim łukiem. Bo to nie jest tak dobrze, że już przeszłaś/przeszedłeś, masz to za sobą, gdyż zachorowanie nie chroni przed kolejnym, ani szczepienie. Na pewno nie wszystkich. Dopóki będzie duża skala rozprzestrzeniana się, to będą kolejne mutacje, na które słabiej zareagują przeciwciała po przechorowaniu czy zaszczepieniu. Ale niektórym to ciężko pojąć, więc dalej brak dystansu i maseczek.

Nie bywam w przychodni POZ, mając kontakt rodzinny ze swoją lekarką, ale teraz- co oczywiste- musiałam być. Ludzie piszą, że w ich ośrodkach zdrowia puste korytarze i tylko porady telefoniczne. U Rodzinnej, podczas mojego pobytu oprócz pacjentów na szczepienie, rodzice z chorymi dziećmi (umówieni na konkretne godziny), przyjmujący specjaliści, a do laboratorium taka kolejka, że Rodzinna wybrała się z OM, żeby nie musiał w niej stać. W szpitalu, na oddziale na którym bywam, bez przerwy się operuje, podaje chemioterapię. Myślę, że tak samo chorzy na raka nie są pozbawieni specjalistycznej opieki w ZCO w DM.

Od jutra już wiosna astronomiczna. Jeszcze zimna- temperatury spadają, zamiast rosnąć- i kapryśna, ale to się szybko zmieni. Powieje cieplejszy wiatr, słońce przygrzeje i świat się zazieleni… czekam na to z utęsknieniem.

Słonecznego weekendu 🙂