Otrzeźwienie…

W naszej wiejskiej parafii (do której nie należę) ksiądz właśnie oznajmił, że nie dopuści dziesięciorga dzieci do pierwszej św. komunii. Powód: zbyt rzadko brały udział w niedzielnych mszach świętych w ostatnim roku, gdzie to ksiądz skrupulatnie rozdawał karteczki z podpisem, co by właśnie tuż przed komunią rozliczyć z obecności. Wśród dzieci płacz, a u rodziców złość i zgrzytanie zębów, bo ksiądz zapowiedział, iż te dzieci mogą przystąpić, ale w innym terminie, np. we wrześniu.

Chcąc dać nauczkę rodzicom, ksiądz każe tak naprawdę niczemu niewinne dzieciaki. To rodzic ma obowiązek, jeśli chce, żeby jego dziecko przyjęło komunię, uczęszczać z nim na msze, bądź zapewnić innego opiekuna. Dzieciak sam nie pójdzie do kościoła, szczególnie gdy musi pokonać kawałek drogi. Mniej lub bardziej ruchliwej.

Mnie przy tej okazji jak zwykle nurtuje pytanie, ile jest w tym wszystkim wiary, a ile co ludzie powiedzą, jak nie ochrzczę i nie puszczę do komunii. Co roku słychać głosy, ile to obowiązków spada na rodziców, jacy ci księża wymagający (bo są), że cały rok mija pod kątem przygotowywań. Utyskiwania, narzekania, a gdzie miłość i radość z tego, że dziecko przyjmie Chrystusa? Często przychodzi dopiero w dniu, kiedy już usiądą wraz z gośćmi do zastawionych suto stołów, a dzieciaki pochwalą się prezentami.

 

W czerwcu mamy chrzciny w rodzinie, dziewięciomiesięcznej pannicy 🙂 I tak mówię do OM, co nam przyszło do głowy chrzcić  trzymiesięczną Tuśkę srogą zimą w lodowatej cerkwi, zamiast poczekać do wiosny bądź lata. Tym bardziej że chrzest w cerkwi wygląda trochę inaczej, i ksiądz musi się dostać do gołych stópek. Na szczęście miałam pajacyka rozpinanego na zatrzaski (prosto z Kanady, bo u nas takie wynalazki nie były jeszcze dostępne), więc obyło się rozbieranie dziewczęcia jak do rosołu, ale i tak stres był, bo my tu wszyscy w kożuchach. Ech…

*

Lekarz internista jeździ po całym kraju i propaguje tezę, że szczepionki to swoiste ludobójstwo przez strzykawkę. Wstęp na wykłady jest za opłatą. Może 40 złotych, to niewygórowana cena, ale znamienne jest to, że nie robi tego nieodpłatnie. W końcu to nie pierwszy przykład jak można zbić kasę na naiwności. W końcu na uprawianiu „wiedzy tajemnej”, a przy okazji krzywdzie ludzkiej, niejeden już się dorobił. Udziela się jeszcze na swoim kanale w necie. Również na temat chemioterapii, twierdząc, że to żadne leczenie, a guzy same znikają. Wobec pana doktora toczy się postępowanie wyjaśniające (z urzędu) w Izbie Lekarskiej. Już drugi rok. Pan doktor się broni, bo przecież on tylko mówi, nie zaleca na piśmie, nie wypisuje recepty…

Dane za ubiegły rok są takie, że na 5,5 miliona wykonanych szczepień, ok 2400 skończyło się niepożądanym odczynem poszczepiennym, w tym 110 ciężkich NOP. Czy są one rzetelne? Tego nie wiem.

Wiem jedno, że przydałaby się rzetelna dyskusja na ten temat.

I takie skojarzenie…jak to się ma do przyzwoitości i uczciwości lekarskiej, jeśli  w gabinecie dany lekarz szczepi dzieci, sam się szczepi, choćby przeciw grypie, a oczywiście nie pod swoim nazwiskiem lajkuje treści przeciw szczepieniu? Schizofrenia?

oj przydałoby się otrzeźwienie!

 

I kilka słów o bieżących wydarzeniach dominujących media…

Jak słyszę z ust pani minister tego rządu, że muszą się stosować do wyroku TK, to coś mi się robi w trzewiach… to tak dla jasności.

W Polsce zasiłek pielęgnacyjny pobiera ok. 200 tysięcy osób. Jest to kwota niewielka, bo ok.153 złote, jeśli z MOPS-u, a ok.200, jak przyznaje ZUS. I tu mam taką refleksję na własnym przykładzie i tych, których poznałam i mają go przyznany. Sama raz się starałam i ZUS przyznał mi na rok wraz z rentą. I był on uzasadniony, bo biorąc chemię w żyłę, nie byłam sama w stanie egzystować. Po utracie, wprawdzie przyszła mi myśl, żeby udać się do MOPS-u , gdyż ta instytucja daje takim chorym jak ja i to na dłużej- ze względu nie na sam zasiłek, a możliwości uzyskania choćby przywileju parkowania na miejscu dla osób niepełnosprawnych. Tylko, czy mi na pewno dziś on jest niezbędny? Parkowanie rozwiązałam tym, że poruszam się taksówkami albo wykorzystuję rodzinę, którzy dowożą mnie pod same szpitalne drzwi, nawet jak samodzielnie przyjeżdżam Julkiem do DM. Zasiłek pielęgnacyjny z założenia wydawany jest osobom, które samodzielnie nie mogą egzystować. Ja dziś mogę. I pewnie z tych 200 tysięcy osób, kilkadziesiąt tysięcy też może. Szczególnie kiedy wydawany jest na dłuższy czas i nieweryfikowany, choćby właśnie w chorobie nowotworowej. Skąd to wiem? Przez prawie 10 lat, przyjeżdżając co 3 miesiące do poradni onkologicznej, a teraz co 4 tygodnie do szpitala, spotykałam i spotykam osoby w remisji, które ten zasiłek pobierają. I nie do nich mam zastrzeżenia, bo w chorobie każdy grosz się przyda, ale dziś, kiedy słyszę, że rząd  nie ma dodatkowych pieniędzy na wspomożenie tych najbardziej poszkodowanych, co od urodzenia są skazani na czyjąś opiekę, to zastanawiam się, czy przypadkiem ten zasiłek w wielu przypadkach nie jest rozdawany lekką ręką. A przynajmniej powinien zmienić kryteria, które dziś są jasne: Przysługuje on osobom, które nie są w stanie samodzielnie egzystować i potrzebują opieki innych osób.  Może wtedy, ci najbardziej potrzebujący mogliby dostać wyższe kwoty.

*********

OGŁOSZENIE!

(prawie duszpasterskie ;))

Wiem, że na moim blogu  pisanie komentarzy (podpięcie się) jest udziwnione, każde kolejne robi się węższe, aż w końcu widoczny jest sznurek z literek 😉 Na dodatek można tylko się podpiąć w poziomie 10 razy, a ja właśnie zmieniłam w ustawieniach na 8. Bo tyle w miarę jest widocznych na komputerze dla czytelników. Zawsze można kontynuować temat  w nowym okienku (pionie), do czego zachęcam, bo u mnie nie funkcjonuje termin złego podpięcia ;p

Dla mnie i dla posiadaczy blogów na WordPress to nie ma znaczenia, bo czytając i odpowiadając z własnych kokpitów, nie widzimy tych zwężających się komentarzy, ale jak weszłam na blog i zobaczyłam, jaki tasiemiec może powstać przez te ciągnące się komentarze, to stwierdziłam, że jednak ograniczę liczbę podpięć, ze względu na innych czytelników- tych, którzy nie czytają tylko post, ale również to, co pod nim się znajduje. Nic więcej na to nie poradzę, zresztą podobnie było, jak blog był na platformie onetowskiej, po migracji.

 

 

 

 

Reklamy

Obłędny zapach…

Kwitnących czereśni…

Wsuwam bose stopy w crossy i wychodzę do ogrodu. Słońce powoli zmierza ku zachodowi, ale drzewa już pyszniące się zielenią rzucają cień. Zadzieram głowę ku niebu, które akurat przecina widoczny samolot lecący w kierunku północnym. Ktoś w nim leci może na wakacje, może do pracy albo do rodziny. Wszędzie toczy się życie. Ze swoimi radościami, troskami, kłopotami, miłością, przyjaźnią, traumami, tragediami, smutkami, tęsknotami, nadziejami i wiarą. Pełen wachlarz emocji.

W ogrodzie pozorna cisza, powietrze zastygło w stuporze, słychać brzęczenie pszczół, bzykanie bąków i trzmieli. Dzień się chyli ku końcowi, a owady troją się i dwoją, by zapylić jak najwięcej kwiatów.

Otula mnie zapach czereśni. Zabójczo upajający. Robię wdech i chwilę go wstrzymuję, zanim zrobię wydech…przecież życie nie polega na oddychaniu. To chwile, które wstrzymują oddech, są warte przeżywania. One wcale nie muszą być spektakularne, pełne fajerwerków.

Czereśnie kwitną co roku, ale czy każdego roku upajałam się ich zapachem? Zapachem, który uwielbiam. Zapachem, który jest zapowiedzią lata, soczystych, smakowitych dni…Skupiam się na nim. Zapominam o złu tego świata, o tym, co dręczy i niepokoi. Odrzucam złe emocje. Niepewność. Troskę. Tęsknotę. Czuję wdzięczność, że mogę przeżywać tę chwilę, cieszyć się nią. Jutro przecież może spaść deszcz (w sumie to nawet oczekiwany przez warzywka posiane w ogrodzie), przyjść burza, gradobicie…

Uwielbiam tę porę roku, która pozwala mi wyjść do ogrodu, wsuwając tylko na nogi buty. Rano zjeść śniadanie przy akompaniamencie ptaków. To czas, kiedy nie tęsknie za podróżami, za intensywnym życiem…choć tęsknię za jazdą na rowerze. Zaraz minie czwarty rok jak stoi w garażu i obrasta kurzem. Brak mi tych wspólnych z LP czy OM wypraw po okolicy. Radości dziecka z przejechanych kilometrów z wiatrem we włosach. Endorfin płynących z fizycznego zmęczenia. Uznania dla własnej kondycji.

To już było.

Nie mam już długich włosów, na rower też już raczej nie wsiądę, ale może poczuję pęd wiatru w inny sposób. OM kupił jeepa, ze ściąganą budą, coby z Pańciem jeździć po lasach, polach i wertepach. To nie to samo, ale…

IMG_1991

IMG_1993

🙂

*

Moskitiera założona, góra domu już lśni i pachnie świeżością. Dół musi poczekać do piątku. Pani zadzwoniła do drzwi pięć minut przed umówioną godziną, z pełnym rynsztunkiem- po tym można poznać profesjonalną firmę, choćby jednoosobową. Pracowała jak mrówka i tu nie mam zastrzeżeń. W skali 1 do 5 postawiłabym 4 z wielgachnym plusem. I dodała mały plus, za umycie schodów nie używając mopa. Pani ma potencjał, niewątpliwie jest osobą, która ogarnęła temat najlepiej ze wszystkich do tej pory. Ale! Cioci nie dorówna ;( Chyba się muszę z tym pogodzić. W każdym razie liczę na to, że z czasem dopracujemy szczegóły. Ważne, że w sumie jestem zadowolona i w ogóle niezmęczona 😉

 

 

 

 

Dobre zwyczaje w zaniku…

Pojechałam ci ja na pocztę z paką wielgachną i ciężką. No dobra, taka ciężka może nie była, bo w praniu po ważeniu okazało się, że waga nie przekroczyła pięciu kilo. Ale jak dla mnie, dość anemicznej damy, wystarczająco, aby pod jej ciężarem ugięły się kolana 😉 A tak serio, to była spora, nieporęczna, szczególnie że lewa ręka od jakiegoś czasu odmawia mi posłuszeństwa i jej zakres manewru jest ograniczony.  No, ale do brzegu…Żeby się dostać przed okienko pocztowe trzeba pokonać dwoje drzwi otwierane na zewnątrz, czyli żeby wejść trzeba „ciągnąc” a nie „pchać”.  Z pierwszymi poszło w miarę gładko, bo paczkę oparłam na poręczy przy podjeździe dla niepełnosprawnych, ale w wiatrołapie już było gorzej, więc widok młodzieńca za szklanymi drzwiami gapiącego się prosto na mnie, w pierwszej chwili natchnął nadzieją, że mi te drzwi przytrzyma. Wprawdzie nie wyglądam na zgrzybiałą staruszkę, w ogóle nie wyglądam na staruszkę!!!, no na damę też nie wyglądałam w podartych spodniach i trampkach to jednak kultura, dobry zwyczaj wymaga, aby w takiej sytuacji kobiecie pomóc i te cholerne drzwi przytrzymać!!! Młodzieniec jakby zapadał w stupor, bo stał i się gapił, jak się mocuję z drzwiami, balansując, żeby mi ta paka z rąk nie wypadła. We mnie zaś sklęsła nadzieja na pomoc. Nie wiem, jak długo to trwało, ale dla mnie zbyt długo, więc jak w końcu dostałam się do środka, to wypaliłam: dziękuję uprzejmie, poradziłam sobie sama.

O nieustępowaniu miejsc w komunikacji miejskiej pisać nie będę, bo nie używam. A jak raz mi się trafiło, to moja anemiczna face spowodowała, że od razu ustąpiono mi miejsca, co mnie i zaskoczyło i zaniepokoiło. Ale wiem, że kiepsko jest, bo młodzież- i nie tylko ona- to po wkroczeniu do pojazdu nagle staje się ślepa i głucha.

Tak że tak, dziś kobiecie nie jest łatwo, również ciężarnej. Choć praktycznie nie ma już tasiemcowych kolejek w sklepach, lecz czasem się takie zdarzają i nie ma zmiłuj się, masz stać jak inni, choć inni mają wózki po brzegi wyładowane, a taka ciężarna trzy rzeczy w ręku. Jak się ekspedientka nie zlituje i nie poprosi o przepuszczenie, to żadnej reakcji nie ma. A wtedy już jest- wydawana przez pomruki niezadowolenia. Nawet jeśli kolejka składa się z samym bab…choćby do jedynej toalety na stacji paliwowej. Ba! Jednej się tak mocno chciało, że się wepchała przed ciężarną, kiedy przyszła już na nią kolej.

Dżentelmeni wyginęli, lecz bardziej mnie smuci, czasem przeraża, że kobiety tak często nie potrafią być dla siebie życzliwe, wspomagające. A każdy przejaw uprzejmości, pomocy, kompetencji, to co powinno być normalnością i codziennością jest od razu gloryfikowane. Mam takie wrażenie, że dobro wciąż nas zaskakuje, tak jakby z góry człowiek oczekiwał, że zostanie potraktowany jak intruz, przeszkoda, konkurencja, powietrze…śmieć.

*

Żeby powiedzieć iż jestem zniesmaczona spotkaniem premiera z matkami dzieci niepełnosprawnych w sejmie, to nic nie powiedzieć.  A propozycja „daniny solidarnościowej” wbiła mnie w kanapę i ugruntowała, że premier mojego kraju zaprzecza sam sobie, bo nagle spodobała mu się rola Janosika. Kilka dni wcześniej mówił o cięciu podatków. Taa…

*

Niektóre znajomości ciągną się jak………………… (w tym miejscu było coś o zapachu, bynajmniej nie fiołkowym). Wciąż mnie zadziwia osoba, która wchodzi tu i myśli, że cokolwiek nie napiszę, nie udostępnię na FB , to jest kamyk do „jej ogródka”, tak jakby podobnych ogródków w naszym kraju brakowało. Ba! mam w rodzinie i w sąsiedztwie, więc…Ech…W swojej niechęci do mojej osoby, czyta, interpretując po swojemu, wybiórczo, tak jakby blog nie był ciągłością zdarzeń, wyrażeń (za to miejscem naukowych artykułów, zamiast myśli, czasem rwących się, pełnych niedopowiedzeń- dlatego, żeby nie powtarzać w kółko tego samego przy podobnych tematach, a czasem bo autor tak właśnie chce ;)) a ja zwykłą babą, która może wyrażać swoje zdanie. Czasem bardzo subiektywne. Być może nieskładnie, ale pewnie trudno się czyta ze zrozumieniem, jak żółć oczy zalewa…zamiast odrobiny życzliwości i empatii w sercu, co może pozwoliłoby zrozumieć.

Jest taka zdrowa zasada (dobry zwyczaj), jeśli komuś z kimś nie po drodze, to schodzi z tej drogi, a nie tkwi na niej, tylko czyhając, żeby przywalić kamieniem…albo samemu nim dostać (muszę to przemyśleć ;))

Ech…Piszę to tu ku pamięci i przestrodze, że nie zawsze znajomości (blogowe) wychodzą nam na zdrowie. (Szczególnie te narzucone przez innych). Ja swoje szanuję (nie czytam, nie komentuję), a ktoś upierdliwie chce na zawał zejść, czytając mnie. Dałaby sobie spokój…i przy okazji mnie.

Mimo to:

Osobo!

Życzę ci jak najlepiej, dużo zdrowia, spokoju, radości z dnia codziennego, życzliwych osób wkoło, ale przede wszystkim dystansu! Uwierz, że można mieć inne zdanie, różnić się diametralnie bądź tylko w szczegółach na dany temat, ale niekoniecznie od razu trzeba być impertynentką. To tylko mój blog, skrawek mojego życia, ułamek moich poglądów… olej tę głupią babę (mnie) razem z jej blogiem, mówię serio: szkoda zdrowia! 🙂

wdech,

wydech,

Kropka.

 

a zaczytana jestem w tym i serdecznie polecam!:

czyt

„Patrioci” Sana Krasikov 🙂

Miłego! Dużo uśmiechu i życzliwości 🙂

Nawet najdłuższa żmija mija! 🙂

 

 

 

Sposób na (nad)wagę…

Szybki i prosty…Rach ciach i problem z wagą znika. Normalnie go opatentuję, choć nie ja na ten pomysł wpadłam. Niepotrzebna jest żadna dieta cud, mordercze ćwiczenia. Tygodniami, miesiącami, latami…Można się problemu pozbyć w ciągu jednego wieczoru. Komisyjnie.

Ważę się raz w tygodniu, choć czasem zapominam, ale zawsze przed wyjazdem do szpitala, bo tam się mnie pytają o wagę. Stabilność mojej wagi daje mi poczucie bezpieczeństwa, być może złudną, że nic się złego w organizmie nie dzieje. Waga stoi w Miśka pokoju- dlaczego tam, nie pytajcie. Nawet nie wiem kto i kiedy ją tam przeniósł z pokoju garderoby- suszarni- prasowalni. W sumie to nieistotne gdzie jest, ważne, że jest. Dlatego jakie było moje zdziwienie, jak pierwszy raz po przyjeździe z DM chciałam się zważyć, a wagi nie było na swoim miejscu. Zeszłam na półpiętro do OM siedzącego przed komputerem i się pytam, czy nie wie, co się stało z wagą. Wie. Jest na schodach do piwnicy. A co tam robi? Czeka, aż ją wyrzuci i kupi nową. Dlaczego? Nabrał wody w usta. W końcu przymuszony słownie przez moją tyradę, że jak to wyrzuca wagę i nic mi nie mówi, przemówił, że waga źle wskazuje. Moje dopytywanie co to znaczy źle, czy za mało czy za dużo już potraktował milczeniem, ale wagę przyniósł. Zważyłam się i żadnych anomalii nie odnotowałam.

Dopiero przy świątecznym stole opowiedział, jak to waga podpadła…trzem facetom. Co im przyszło do głowy ważyć się w czasie sobotniego imprezowania (zaległe urodziny OM), tego nie wiem. W każdym razie żadnemu z nich to, co ujrzeli na wyświetlaczu się nie spodobało. Każdy z nich twierdził, że tyle nie waży. Jeden, że za mało, dwóch stwierdziło, że za dużo, więc komisyjnie stwierdzili, iż waga źle wskazuje, czyli jest zepsuta. I się jej pozbyli. Na szczęście nieskutecznie, bo zaległa na schodach zagłady…Popłakałam się ze śmiechu, jak poznałam okoliczności pozbycia się nadwagi i niedowagi jednocześnie 😉

A Wy macie swoje sposoby…na wagę?

*

Nie kupuję kolorowej prasy, w necie też nie szukam wiadomości o tak zwanych celebrytach. DDTVN oglądam sporadycznie i wybiórczo- jak już mi się przełączy, to patrzę na przewijający się pasek na tematy, czy będzie coś dla mnie interesującego, ale najczęściej o tej porze mam wyłączony telewizor. Mimo to zawsze coś wpadnie w oko i ucho. Nie pamiętam na jakim portalu, ale musiało mi się wyświetlić na FB, przeczytałam artykuł o Korze. I tu się przyznaję, że każdą o niej wzmiankę czytam, najpierw w pewnym napięciu, a potem oddycham z ulgą. Bo jakby to powiedzieć, w tej chwili jedziemy na tym samym wózku…popychanym przez piguły. Im dłużej Kora je bierze, tym teoretycznie mam podobne szanse…

Praktycznie nie czytam komentarzy, choć czasem się nie da, bo kują w oczy…I niedawno przeczytałam taki, pod tekstem o Korze, która spędza czas w swoim domu na Roztoczu: już nie ma raka, pieniądze pomogły, mój mąż umarł, bo miał prawdziwego raka…

Taa…

Miłego, ciepłego, słonecznego weekendu! Korzystajcie, bo następny już taki ma nie być 😉

 

Same plusy…

W sumie to już się gubię w nich. Tych plusach, jakie nam funduje i ma zafundować rząd. Aczkolwiek bilans musi wyjść na zero, więc gdzieś te minusy muszą być. Skrzętnie ukrywane pod fasadą populistycznych obietnic.

A ja zwyczajnie chciałabym, żeby ludziom opłacało się pracować. Tak legalnie. Jak najdłużej. U kogoś. U siebie. Żeby rząd stworzył dogodne warunki pracy i płacy. Poprzez stabilne przepisy. Kodeksy. Podatki. Żeby swoimi propozycjami prorodzinnymi nie wyautował kobiet z rynku pracy, bo doczekamy się jeszcze kolejnego poronionego pomysłu: premii za każdego chłopca w rodzinie, bo to będzie potencjalny podatnik.

*

Dojrzałam do decyzji, że potrzebuję pomocy. A właściwie dojrzał mój dom. Profesjonalnej, stałej, więc odrzuciłam chęci niesienia owej przez LP. Bezinteresownie. Prawie się obraziła (żart), ale wytłumaczyłam jej, że co innego porządki raz na jakiś przedświąteczny czas, a co innego cykliczne. Poprosiłam o znalezienie mi kogoś. I znalazła. Jednoosobową firmę sprzątającą. Umówiłyśmy się na wczoraj na rekonesans. Pani bardzo sympatyczna, ale przede wszystkim konkretna i…od wszystkiego. Nie ma rzeczy, której nie zrobi (a znam takie, co to tego, tamtego i owego nie) i bierze od godziny plus dojazd. Zgodziłam się na jej płacowe warunki. Nie jest to tanio, raczej normalnie, ale na pewno nie tyle, ile swojego czasu skasowała mnie koleżanka. A w końcu mamy galopującą inflacje i trochę wolniej, ale rosnącą płacę minimalną i stawkę za godzinę. Nie przepraszałam jej za bałagan, bo nie jestem z tych, co to przed przyjściem osoby do sprzątania, sama ogarniam, żeby lepiej wypaść. Pieczarki po kątach nie rosną, co najwyżej jakiś pająk utka pajęczynę, stosy brudnych garów nie piętrzą się w kuchni, a w łazience czy pokojach nie walają się brudne gacie i inne sztuki garderoby, więc czego tu się wstydzić-  jakby pisała bloga, to mogłabym się bać, że mnie obsmaruje 😉 Umówiłyśmy się na piątek i zaczynamy od generalki. To znaczy, Pani zaczyna, bo ja będę raczej tylko obecna.

Mam nadzieję, że obie z tej pracy będziemy zadowolone. Pani ma na wstępnie u mnie duży plus, że założyła firmę i pracuje legalnie.

Mam ogromny szacunek do pracy. Dla pracujących uczciwie ludzi, którzy swoimi małymi cegiełkami przyczyniają się do napędzania gospodarki. Od Pani usłyszałam proste stwierdzenie, że trzeba pieniądze zarabiać. Rzecz oczywista. Jak i to, że wszystkie te „rządowe plusy”, to właśnie z podatków tych legalnie pracujących. Dlatego to takie ważne, żeby pracować zawsze się opłacało. Wszystkim.

*

Powoli ogarniam taras. Dwie duże donice już obsadzone kwiatami.

doni

don

Zajrzałam do skrzyni w poszukiwaniu uchwytów i znalazłam w niej…butelkę białego wina 🙂 Tak się zastanawiam, jak długo ono tam już leży i czy przypadkiem nie wystawić na aukcję jak sama wypić nie mogę ;p Ale co ważniejsze znalazłam dwa zagubione wazony. Biorąc pod uwagę, że skrzynia stojąca na tarasie służy do przechowywania drobnych narzędzi, rękawic, czyli sprzętu małego ogrodnika, to nie mam pojęcia, skąd się wzięła w niej reszta rzeczy.

A dziś jak zeszłam z góry na śniadanie, to czekały na mnie pierwsze, polskie truskawki. Cała nieduża kobiałka, ale podzieliłam się z Tuśką.

trusk

🙂

 

 

Pan Moskitier(a)…

Lekiem na całe zło.

A to zło to komary!

Wypowiedziałam im wojnę, bo weszły na moje terytorium. Kiepski ze mnie strateg, bo powinnam temu zapobiec, innymi słowy nie dopuścić do inwazji sypialni. Ale! Kto przypuszczał, że już się w kwietniu pojawią? W tamtym roku były dość późno, gdzieś pod koniec lata, ale tak dały popalić, że obiecałam sobie założyć moskitierę na okno. I tak się z tym zbierałam, że mnie uprzedziły. I teraz mnie trafia, że wieczorem nie mogę poczytać, czy pooglądać przy otwartym oknie, a nawet spać, bo gdy chciałam to zrobić, po zgaszeniu światła, to zauważyłam całą chmarę na żaluzjach zewnętrznych, czekających tylko aż je wpuszczę. Stchórzyłam…

Dwa dni poświęciłam na oferty w sieci, przestudiowałam różne możliwości, wiedząc, że gotowca kupić nie mogę, bo moje okno nie jest standardowe, nie ma ramy dzielącej je na dwie części, przez to skrzydło jest dużo szersze i trzeba robić na wymiar. W necie ofert sporo, nawet z instrukcjami pomiaru i montażu i jak już osiągnęłam (według mnie) wiedzę co najmniej inżyniera magistra w teorii i miałam zabrać się za pomiar, to coś mnie tknęło, że żaluzje mogą być przeszkodą. Dla mnie przeszkodą, a nie dla prawdziwego fachowca. No i nawet jeśli uda mi się zmierzyć co do jednej setnej milimetra, tak żeby żadna komarzyca się nie wdarła, to kto mi to zamontuje? Po dwóch dniach stwierdziłam, że trzeba szukać firmę, co to przyjedzie, zmierzy, wykona, zamontuje. Znalazłam w ŚM, ale że było to już późną nocą, to stwierdziłam, że zadzwonię rano. A rano przypomniałam sobie, że w komórce mam pod nazwą Szafy, telefon do pana, który zakładał nam rolety, robił komodę i przerabiał stolik, to może i moskitierami się para. Zadzwoniłam i okazało się, że tak. Wstępnie się umówiliśmy, że zadzwoni w poniedziałek, i mnie poinformuje, kiedy się zjawi na pomiarach. Po czym jeszcze tego samego dnia (piątek) późnym wieczorem zadzwonił, czy będę jutro w domu. Odpowiedziałam, że tak, ale roztropnie spytałam się, o której ma zamiar przyjechać. Po dziesiątej, ale jeszcze zadzwoni, bo nie wie czy na pewno. No to sobie siedzę w piżamce po śniadaniu o wpół do dziesiątej i zanim mi myśl zakiełkowała o szybkim wzięciu prysznicu, to usłyszałam dzwonek do drzwi. Pan Moskiter! Przyjęłam pana w szlafroku, bo co miałam zrobić, ale umawiaj tu się z chłopem. Miał dzwonić! W każdym razie miałam czuja, że nie zamawiałam sama w sieci, bo Pan pobrał wymiary laserową miarką, a ja to bym zrobiła krawieckim centymetrem. Na bank.

Miałam nadzieję, że da się coś wykombinować na drzwi tarasowe, ale nie. Z powodu obsadzenia i żaluzji zewnętrznych, tylko jakaś prowizorka na magnez, a mnie to nie urządza, bo zbyt często się wychodzi i zaraz byłoby pourywane. Gdybym się teraz budowała, to w każdym oknie od razu bym montowała moskitiery, tak, jak to zrobiła Tuśka (okno+ moskitiera+ zewnętrzna żaluzja), wtedy nie ma szans, że jakiś komar z komarzycą, nie mówiąc już o muchach, ćmach i innych latających się przeciśnie.

***

Siedzę i dumam nad słowami byłej premier, która zapowiedziała premię za szybkie urodzenie drugiego dziecka”. Czyżby 500+ na drugie i kolejne dziecko nie wystarczało, aby zachęcić kobiety do rodzenia dzieci? Jeszcze trzeba premiować za to, że dzieci rodzą się rok po roku, góra po dwóch? Tak zgaduję, bo nie wiem, co dla byłej premier oznacza szybko. I czy będzie się liczyła data poczęcia, czy też urodzenia. Mam dziwne wrażenie, że rząd poprzez kasę chce sterować układem rozrodczym kobiet, ich pożyciem intymnym i rodzinnym. Coś mi to pachnie chińską regulacją, tyle że w drugą stronę.

W piątek znaleziono ciało martwego noworodka na wysypisku śmieci. Nie pierwsze i nie ostatnie, ale każde takie doniesienie szokuje. Nie ma tygodnia, żeby media nie podały informacji o pobiciu, znęcaniu się któregoś z rodziców albo partnera matki nad dzieckiem. Może tak zamiast zachęty finansowej na szybkie rodzenie kolejnych dzieci, rząd przeznaczyłby środki na edukację seksualną i na środki antykoncepcyjne. Tak, żeby w naszym kraju każde dziecko było oczekiwane i kochane…nawet jeśli, przez to miałoby się ich urodzić mniej.

*

Ale i tak z całego festiwalu pisowskich obietnic najbardziej zainteresowała mnie premierowska winda dla seniora. Może pan premier będzie taki uprzejmy i zamontuje moim rodzicom w ich domu wiejskim? Mam nie lubi przyjeżdżać, bo schody ją wykańczają- w bloku ma windę od sutereny, więc nie musi chodzić po schodach ze swoim bolącym kolanem. W tym roku oboje z Tatą kończą 75 lat, to może załapaliby się na ten program winda plus 😉

A teraz zupełnie serio. Gdy usłyszałam, że polskim rodzinom w końcu się lepiej żyje dzięki rządzącym, bo m.in. nie muszą już pomagać swoim starszym rodzicom, bo ci mają darmowe leki i stać ich  na wszystko, to pomyślałam sobie, że mówca odleciał…Jak ten drugi, co stwierdził, że rodzice powinni oddawać głos w wyborach za swoje niepełnoletnie dzieci… Czy oni przed konwencją czegoś się aby nie naćpali?

 

Nie tylko o kwiatkach…

Od kilku dni kładę się do łóżka z poczuciem dobrze wykorzystanego czasu. Dni już nie przeciekają mi przez palce, nie są jednym powtarzalnym ciągiem tych samych czynności. Owszem, pewne elementy są w nich stałe, nawet większość, ale…każdy dzień przynosi nie tylko oczekiwanie, ale i spełnienie. Codziennie kładę się zmęczona zmęczeniem przyjemnym, wynikającym z intensywnego przeżycia dnia. Smakowania go.

Obiecałam sobie nie zakwiecać w tym roku tarasu, obsadzić tylko dwie duże stojące donice i nic poza tym. Nie wieszać doniczek, bo potem jest problem z podlewaniem, choć widok cudowny, ale codzienne podlewanie na wysokościach ma swoje minusy. Zaś kwiaty na parapecie, jak zazielenią się wszystkie drzewa i bluszcz okalający barierki tarasu, mają zbyt mało słońca. Na razie są w nich prymulki wsadzone przez LP,  które potem przesadzę pod taras, jak już przekwitną. Jednak siedząc na kawie u LP, zobaczyłam na jej tarasie angielskie pelargonie (w tamtym roku je miałam), które zakupiła u naszych lokalnych sprzedawców, więc podjechałyśmy do sklepu. Niestety mieli tylko jedną, ale zamówiłam sobie jeszcze pięć, a żeby nie wychodzić tylko z jedną doniczką, to kupiłam wiszącą surfinię, czego właśnie miałam nie robić. I tyle z postanowienia. No dobra, jedną doniczkę, a nie cztery czy pięć jak w poprzednich latach. Plus ziemię. LP z właścicielem sklepu załadowali mi to wszystko do bagażnika Julka, który to zyskał w oczach sprzedawcy uznanie, że taki czysty jak nówka 😀 Hi, hi…no cóż, jestem z tych, co bagażnika w aucie nie używa, a jeśli już, to w wyjątkowo. Pakuję wszystko do tyłu lub na przednie siedzenie, bo moje autko jest moje osobiste i traktuje je jak wielką torebkę ;p Lubię mieć wszystko pod ręką i na widoku, a nie cierpię otwierania i zamykania bagażnika. Dlatego to on jest najczyściejszym miejscem w samochodzie 😉

W moim ogrodzie jest dość dziko, bez żadnego planu, coś sobie rośnie i kwitnie, a nawet owocuje. Porobiłam kilka zdjęć telefonem, są opublikowane na „ścieżkach”. Martwiłam się o magnolię, bo wcześniej wyglądała na  zmizerniałą, ale ma pąki, więc zaraz zakwitnie. Uwielbiam patrzeć, jak każdego dnia robi się soczyściej wokół domu. Zieleń listków i wypuszczających igieł modrzewi w kontraście do świerków i sosen…

*

Miałam zapamiętać tytuł, ale chyba tylko ja jestem taka zdolna, że z „Trzewiczków Matki Boskiej”, zrobiłam najpierw „koronki czarnej madonny”, a potem z koronek zrobiłam kordonek. Taa…

*

Z powodu zachorowań na odrę co najmniej dwóch osób z personelu szpitalnego, zamknięto oddział pediatryczny w jednym z miast w łódzkim. Wydawałoby się, że jest to niemożliwe w 21. wieku, gdy obowiązkowe szczepienia na tę chorobę wprowadzono w Polsce w 1975 roku. I nie chodzi mi o jednostkowe zachorowania występujące raz na kilka lat, ale, że choroba wyeliminowała lekarkę, pielęgniarkę, a oddział świadczący pomoc dzieciom, musi być przez jakiś czas zamknięty. To nie powinno się dziać, a jednak…Za naszymi granicami, na Ukrainie, na Węgrzech, w Rumuni, a nawet w Niemczech zachorowań jest na tyle dużo, że mówi się już o epidemii. Nie chcę nadużywać tego słowa, ale choroba, która już faktycznie była wyeliminowana, znowu powraca. Tylko czasu potrzeba, żeby powróciły inne, bo moda na nieszczepienie dzieci, w końcu zacznie zbierać swoje żniwo. I niestety, jak to w życiu najczęściej bywa, konsekwencje dotkną nie tylko tych niezaszczepionych.

 

Słonecznego weekendu! U nas już po pierwszych grzmotach, czyli burzy. Lajtowo przeszła. Powietrze cudnie się oczyściło…