Zapoznanie…

Miało nastąpić w marcu, ale niewidoczny dla gołego oka wirus co ma koronę w nazwie, zamknął nas wszystkich w domach. Wprawdzie zniweczył też plany zaślubin i weselnej zabawy naszych dzieci, ale z kolejnego zaplanowanego terminu spotkania przy okazji degustowania weselnych potraw nie odłożyliśmy na przyszły rok. Chociaż tyle nam zostało z tegorocznych planów. No to dziś się zapoznamy.

Upalnie się zrobiło. A ja w DM spędzę kilka dni… ech. Co roku trafia mi się taka gratka, że kiedy największy gorąc to ja muszę do miasta. Nie chcę już narzekać, psuć sobie nastrój własnymi literkami, ale trzymajcie kciuki za poniedziałkowe wyniki. Intuicja mi podpowiada, że moce się przydadzą…

A jakby co… to mam fajną miejscówkę…

117006106_311147350235790_153044675771982744_n

Obok Mam, z prawej strony klonu, który wyrósł z samosiejki 🙂

Ale na razie to się życiem zajmuję. Nowym…

Sama zniosła, sama siadła, sama wychowa… wikt ma gratis ;p

I zachwycam się, jak z tegorocznego małego krzaczka mogło coś powstać tak pięknego:

Dużo uśmiechu dla Was, w ten wcale niełatwy czas… 🙂

P.S. Wczoraj Najstarsze Dzieci miały cynową rocznicę ślubu. Tak pisałam o tym dzień przed KLIK Dziesięć lat i dwa miesiące później miałam się dowiedzieć jak to jest syna żenić. No cóż, co się odwlecze…

Bo nie każdy może… nie każdy lubi…

Zadziwia mnie logika niektórych, co twierdzą, że nie ma pandemii/epidemii. Owszem, łaskawie mogą przyjąć istnienie wirusa, ale nie zagrożenie nim. Pamięć ludzka jest krótka. Wymazała już przerażające obrazy z Chin, Włoch, Hiszpanii czy Brazylii. Głucha i ślepa jest na doniesienia z USA. Grunt, że u nas zarażonych jak i  zgonów relatywnie nie jest dużo. Broniąc się przed nazwaniem po imieniu sytuacji- epidemiologicznej- która opanowała niemal cały świat, nie biorą pod uwagę, że gdyby rząd(y) tak szybko nie zareagował(y) i nie wprowadził(y) lock-down, to te statystyki byłby inne. Zapominają, że są osoby, które wciąż przestrzegają restrykcji, choćby tych podstawowych jak noszenie maseczek i zachowanie dystansu. Rezygnują z wesel, z przebywania w zatłoczonych pomieszczeniach, z podróży pociągiem czy autobusem, unikają publicznej komunikacji… Że życie nie wróciło do normalności. Jak czytam czy słyszę wypowiedzi, że osoby, które się obawiają niech siedzą w domu, również te z wysokiego ryzyka, to nóż mi się w kieszeni otwiera. Bo te osoby w większości unikają wyjść w miejsca zaludnione. Ale jak już muszą wyjść, to dlaczego mają być narażone przez tych, co bezpieczeństwo mają w doopie? Swoje. Czyjeś. Rozważni stosują się do zaleceń, a jeden baran z drugim nie trzyma dystansu, nie mówiąc już o maseczce. Bo nie lubi. Bo twierdzi, że ich noszenie jest bardziej niebezpieczne niż sam covid. Szczepić się też nie będzie. Nie, bo nie! A przecież powszechne szczepienia chronią również tych, którzy z przyczyn zdrowotnych szczepić się nie mogą. Niektórzy pojąć tego nie mogą. Jak i tego, że wirus ewoluuje. A lekarze, choć nie dysponują całą wiedzą o nim, to jednak przez te kilka miesięcy nabrali pewnego doświadczenia. Dzięki postępowi medycyny mają większe możliwości, by ta pandemia miała inny przebieg niż poprzednie, które nawiedzały kulę ziemską. Osoby ograniczone w swym rozumowaniu uparcie będą jednak twierdzić, że pandemii nie ma. Bo im się statystyki nie zgadzają. Bo zgonów za mało! Bo szpitale wciąż nie są przeciążone. Bo ogólna umieralność się nie zwiększyła. Tylko czy biorą pod uwagę- ci mędrcy wszelacy- że wielu z nas zmieniło swój tryb życia. Na zdrowszy. Choćby częste mycie rąk diametralnie zmniejszyło zachorowalność na choroby zakaźne- bakteryjne jelita grubego, salmonella… A przede wszystkim są już bardziej skuteczne leki (ok. 30%) niż na początku walki medyków z wirusem. Który jest, ale jakby go nie było… Dla niektórych. A wystarczy użyć wyobraźni, co by było, gdyby wszyscy poszli na żywioł i wrócili do zachowań sprzed pandemii… 

Nieszczęście jest demokratyczne, może spotkać każdego… Również tych, którzy nie wierzą…

A tak jeszcze w kwestii zdrowia… Przeczytałam na fejsie, że po trzynastu latach działalności niewielkiego sklepiku w moim DM, w którym można było nabyć żywność z małych regionalnych wytwórni o niepowtarzalnym smaku i jakości (Mam go często odwiedzała), właściciele dostali wymówienie lokalu. Przegrali z Żabką. Kolejną. Czwartą w linii prostej na odcinku kilometra.

I dla zdrowotności w czwartek nie włączę telewizora. Bojkotuję zaprzysiężenie marionetki na prezydenta, a pewnie to będzie dominujący temat w mediach. Kto przyszedł, kto nie… bo udał się na urlop ;p Zajmę się zdjęciami, bo po dzisiejszej długaśnej rozmowie z PT, to moja kochana przyjaciółka nakazała mi zrobić „drzewo genealogiczne”- jakbym jeszcze za mało miała pomysłów na foto- książki- dla Tuśki i Miśka, a to wymaga skompletowania zdjęć (z trzech domostw), potem zeskanowania i dalej to już wiadomo… Na razie jeszcze zapał mam 😉 A nowych zdjęć przybywa, bo Najmłodsi spędzają wakacje nad morzem.

117289947_2912176338883792_6564161247554287318_n

dobranoc 😉

 

 

 

O (nie)systematyczności…

Jestem z nią na bakier. Systematyczność to nie moja dziedzina. Niestety. Choć w ciągu ostatnich prawie czterech lat coś się w tej materii zmieniło. Dzięki pigułom. Jak mi śmierć zajrzała w oczy. Biorę systematycznie i tak się w miarę odżywiam. I tyle. Reszta to jak praca na ugorze: najpierw zapał, wpadnięcie w wir, a potem porzucenie… kolejne rzeczy niedokończone. Dlatego żadne tam dla mnie diety (te już porzucam w czasie czytania), ćwiczenia (bez komentarza) tudzież inne postanowienia wymagające ciągu i konsekwencji, które najczęściej kończą się już w sferze planów. (Nawet kwiatów systematycznie nie podlewam 😦 ).

Jak jej brak jest czasem dotkliwy i pochłania czas, niejednokrotnie już się przekonałam. Obecnie w materii zdjęć. Odkąd zepsuł mi się aparat i robię zdjęcia tylko telefonem mając ich pierdylion w jego otchłani, to nie wywołałam żadnego! Ubolewam, bo nie mam ani jednego zdjęcia papierowego Zońci. Och, już się niejednokrotnie przymierzałam, ale coś mi telefon szwankuje, bo nie mogę przerzucić zdjęć na komputer. Jakiś czas temu wpadłam na genialny pomysł (no dobra, Misiek mi go podsunął), żeby wrzucać na skrzynkę pocztową i stamtąd pobierać. Uuuu… zabierałam się za to jak sójka za morze… Aż w końcu nadszedł ten dzień i teraz już czekam tylko na kuriera. Ale! Nie byłabym sobą, gdybym nie wpadła w wir zapału stworzenia Najmłodszym (Pańciowi kolejnego) albumu. A raczej fotko-książki. Najpierw dla Pańcia, więc kolejny dzień czas poświęcam na przerzucaniu zdjęć. Katorżnicza praca! i jeszcze końca nie widać, a już się zastanawiam, jak to będzie z Księżniczką, której mam zdjęć bilion pierdylionów. Już nie wspomnę, że chodzi za mną pomysł zrobienia takich książek z naszych podróży z OM. Taaa…  Ciekawa jestem, w którym momencie wymięknę. Bo! Ach! No! To nie jest moje pierwsze podejście 😦 Ale! Obiecałam sobie, że każde nowe zdjęcia od razu wrzucę do skrzynki itd… Taaa

A jak u Was? Wywołujecie zdjęcia? Czy może tak jak ja tylko pstrykacie ;p

P.S. jakbyście nagle dostali jakieś zdjęcia przez przypadek to nie zdziwcie się. Bo cały proceder odbywa się przez telefon z poczty blogowej (na prywatną codziennie przychodzi dużo emilek i w tym gąszczu bym swoich nie odnalazła) i już niejedna poszła w kosmos, a większość ląduje mi w spamie ;p

 

O różnicach…

W poglądach, ale nie tylko.

Osobiście nie znam żadnej rodziny, w której różnica w poglądach politycznych spowodowała tymczasowy czy stały rozłam, gdzie kłótnie na słowa ostre jak brzytwa i ogólnie niesnaski nie do przełknięcia automatycznie powodują, że wieje chłodem przy rodzinnych spotkaniach tudzież unikanie takowych. A znam niejedną, gdzie albo rodzice, albo siostra czy brat i ich rodzina mają zupełnie inne postrzeganie obecnej rzeczywistości niż pozostali członkowie rodziny. I sporo takich, gdzie zupełnie niepolityczne sprawy poróżniło rodziny na śmierć i życie.

Tata często odwiedza swojego już jedynego młodszego brata mieszkającego na wsi w byłym domu swoich rodziców, w którym się wychował do czternastego roku życia. Pięknie wyremontowanym z zadbanym obejściem. Brat z rodziną mógł w nim zamieszkać, a swój dom oddać swojemu najstarszemu synowi, dzięki mojemu Tacie, który użył swojego autorytetu (jako najstarszy), żeby pozostałe rodzeństwo (razem z Tatą pięcioro) zrzekło się praw spadkowych. Kiedy dzwonił do mnie w czasie trwania kampanii i informował, że był w B., to się śmiałam, że jest odważny i pojechał do bastionu PIS-u. Wujostwo ma trzech synów, a oni swoje rodziny- i wszyscy są bezwarunkowo za PIS-em. Tata przyjął taktykę wysłuchania, czasem rzucenia czegoś ironicznie, z uśmiechem, ale na zasadzie wpadło do ucha i wypadło. Jest na straconej pozycji, bo choć rodzina uważa go za autorytet, to w myśl zasady…  że jemu się udało. Udało się wyjść z domu tylko z dobrym słowem rodziców na drogę. Udało się skończyć zawodówkę jednocześnie pracując. Udało się też skończyć technikum i studia pracując i mając żonę i dziecko. Udało się pracować na kierowniczym stanowisku (dyrektorskiego nie przyjął). Udało się opracować kilka patentów. Udało się założyć własną firmę… Nie udało się tylko być emerytem ;p (A i zostać muzykiem, bo mu własne dziecię w swej ciekawości dziecięcej rozpracowało akordeon na części pierwsze, bo koniecznie chciało zobaczyć, co tam w środku tak pięknie gra ;pp  ale za to śpiewał w cerkiewnym chórze). We wrześniu skończy 77 lat i wciąż pracuje. Nie na ćwierć etatu, nie na pół etatu, na cały. Na tle rodziny jest zupełnie na innym biegunie, bo ich wychowała praca w pegeerze, gdzie jak się nie zarobiło, to się dostało albo wyniosło. Dlatego nawet nie próbuje dyskutować i cokolwiek prostować. Przekonywać. Przyjmuje ich takimi, jakimi są, twierdząc, że to na kogo głosują, nie ma znaczenia, kiedy ogólnie to dobrzy ludzie, kochający się i szanujący każdego człowieka. Tata z Wujkiem ani z Ciocią nigdy się o nic nie poróżnili. (Ach, Ciocia piecze najlepsze ciasto z rabarbarem na świecie!). Za to poróżnił się na amen ze swoją siostrą. I nie zagrała tu nawet jedna najcichsza nuta polityczna. Notabene, Ciotka, jedyna w swojej rodzinie- a ma sporą- nie głosuje na PIS 😀 A przynajmniej tak było, bo od kilku lat nie mamy z nią kontaktu. Ostatni raz widziałam ją na pogrzebie Mam.

Tak że tak. Uważam, że to nie polityka tak naprawdę skłóca ludzi. W sensie, że ktoś głosuje na tę czy inną partię. Bo to nie w partiach tkwi problem. Tylko w człowieku. W nas samych. A spór polityczny to tylko taka „kropka nad i”, kiedy różnica w postrzeganiu różnych życiowych wartości jest tak duża, że ktoś nie chce z kimś usiąść przy jednym stole. Gdy ludzie się szanują, lubią, kochają, pomagają sobie wzajemnie, to spór polityczny nie powinien nawet zachwiać tej więzi wytworzonej przez lata.

fruwa ich coraz więcej w moim ogrodzie 🙂

111271807_565532774119934_4095932854168687959_n

Rekord. Fala.

Kolejny. Kolejna.

Robi mi się już słabo, kiedy słyszę lub czytam na ekranie te słowa.

Biorąc pod uwagę wciąż niewielką ilość wykonywanych testów, to te „rekordy” nijak  mają się do rzeczywistości, oraz że u nas koronawirus nieustająco jest na fali, to bezsensowne jest pytanie zadawane z uporem- kiedy i czy to jest już druga fala. Irytujące. Choć bardziej irytują komentarze zewsząd, że covid to ściema. I porównywanie go do grypy. No cóż, wszak przykład idzie z góry.

Pilnie obserwuję pod kątem zachorowalności/wykrywalności dwa województwa, które mnie poprzez bytność w nich naturalnie bardzo obchodzą. Nie występowały tam ogniska zakażeń, choć pojawiło się pierwsze tzw. sklepowe… Studiuję to pilnie w celu ocenienia niebezpieczeństwa. Własnego i najbliższych. Mniej więcej, choć raczej mniej niż więcej. Ech… A Dziecka Młodsze już w czwartek poinformowały, że ślub i wesele przełożone na maj, na 99,9% w tej samej sali. Pytanie, na ile procent nowa data się ziści…  Nie pytajcie nawet, co czuję w tej sytuacji…

A na razie cieszę się latem, dziś beztrosko większość czasu spędziłam na tarasie, czytając, rozmawiając i gapiąc się w niebo… innymi słowy wakacjując się- od wszelkich trosk.

 

Kiedy…

Wstępujesz do Przyjaciółki na kawę i dostajesz do niej mini pączusie, które pochłaniasz w ilości hurtowej, a jak wychodzisz…

114119476_311735559874551_5793761192933842496_n

…to nagle twój bagażnik nie jest pusty 😀

W jednym słoiku była jeszcze ciepła zupa :))) W pozostałych przetwory: ogórki, sok z jabłek i grzybki. I ekologiczna prosto z grządki sałata i cukinia.

116428593_606793823307688_1807768872475178271_n

tu w wersji umytej do schrupania 🙂

Dobrze, że w domu  czekała na mnie Tuśka z Zońcią, więc ta starsza opróżniła bagażnik i wniosła wszystko do domu, a miętę do ogrodu przeniósł pracownik, bo lekka nie była.

112409824_282587056359747_3960468147117557507_n

tu zresztą widać, jaki to krzaczor w dużej donicy…

Potrzeba mi było chwilę normalności, sprowadzenia na ziemię, bo myślami błądzę i wypieram to, że czas mija… Gdy kajałam się przed LP, że zapomniałam zadzwonić do jej męża z okazji imienin, to usłyszałam, że przecież byłam na imieninach. Miesiąc temu. A ja całą niedzielę się biczowałam, że nie zadzwoniłam w piątek, i nawet się zastanawiałam, czy OM pamiętał. Zapominałam się go zapytać, za każdym razem jak rozmawialiśmy przez telefon. I dobrze, bo pewnie byłby przerażony, że i mnie dopadła demencja i gnałby z Bieszczad ile mocy w koniach mechanicznych, bojąc się, czy zamiast domu nie zastanie zgliszcza ;p  Godzinę później podniosłam larum, że nie odebrałam paczki i dlaczego na kod, że przecież ja z dostawą do domu zamawiałam. Tuśka spokojnie, że mi odbierze, po czym sprawdza w moim telefonie i mówi ale to SMS z czerwca... Dziś mówiąc, że trudno przewidzieć co będzie za 4 miesiące, nagle uświadamiam sobie, że właściwie zostały dwa i 12 dni…Ech…

Wychodzę do ogrodu… na tarasie czeka na mnie…

116366219_290956885654724_61243963641546003_n

słonecznik 🙂

Pierwsze w tym roku skubanie ;pp I odlatuję wniebowzięta. To drugie ulubione plucie! Pierwsze to oczywiście pestkami czereśni. Może dlatego wciąż tak mocno tkwię w czerwcu i nie mogę się pogodzić, że to już lipiec mija.

Uśmiechniętych dni dla Was 🙂

 

 

Słow(o)a (na) w niedzielę..

Nie wyspałam się. Już nie pamiętam, kiedy długo w nocy nie mogłam zasnąć. Nie pomogło włączenie usypiacza… Na dodatek obudziłam się jakaś taka wyczerpana do cna i to prawie dwie godziny wcześniej niż zwykle. W domu cisza, spokój. Leniwe śniadanie z jajecznicą na talerzu i grzankami posmarowanymi kozim serem, ogórek z ogródka i… kawa! O nietypowej dla mnie porze, ale żeby utrzymać opadające powieki, była jak najbardziej wskazana… Pewnie mogłabym dospać, ale zrobiło mi się szkoda dnia, choć w planach mam tylko odpoczynek. Sobota dostarczyła tyle wrażeń, radości i wzruszeń. Nie tylko z powodu Jubilatki- Księżniczki, ale i Dzieci Młodszych. Zońcię jak na dwulatkę przystało, najbardziej interesowały balony i nowe klocki…

804CF3F6-54BA-4D99-8ABF-E0063A6C4FEF

Ale największy szał to był jeep. Księżniczka kocha samochody. Wszelkie pojazdy. Kiedy u nas na podwórku bądź pod wiatą stoi bus (albo dwa), to nie ma zmiłuj się, musi do niego wejść. U swojego Taty w firmie, hitem jest jazda w widlaku- pełnia szczęścia. Ma to po starszym bracie  😉 Auto, które dostała, jest na pilota, więc Pańcio sterował jazdą…

110315433_1652941498213481_896264611661861524_n

ale jak na miłośniczkę motoryzacji przystało, najpierw odkryła czerwony guziczek…

109665375_616435492337779_879407134538486883_n (1)

a potem wystarczyło się bliżej przysunąć i nacisnąć pedał i …fruuu pojechała sama. Ileż to radości, bo do tej pory po ogrodzie jeździła z Tatą, siedząc na kosiarce (traktorek), albo z bratem w jego badziku (gokart), a teraz ma auto, którym jedzie sama.

 

Dzieci Młodsze pokazały obrączki. Piękne! No dobra, piękna to przyszłej żony, bo Miśkowa jak każda męska bez żadnych ozdób. Poinformowały też, że poważnie myślą o przesunięciu termin ślubu i wesela. Mam mądre dzieci. Ani słowa nie wspomniałam o moich obawach, ale przecież widzą, co się dzieje i nie chcą, żeby goście uczestniczyli w tak radosnym momencie ze strachem w tle. A najbardziej rozczuliły mnie słowa Aty, że między nimi to przecież nic nie zmienia, więc jeśli chcą, żeby świadkami ich zaślubin byli wszyscy, których kochają i lubią, to nie chcą ich narażać.

Covid mocno namieszał. Mamy (wszyscy) sytuację jeżącą się od niewiadomych…

Uśmiechu dla Was 🙂

 

 

Porzucenie…

OM spakował walizkę (tak, to już ten wiek, kiedy walizka zastępuje plecak na stelażu. A tak w ogóle ktoś z Was podróżował z plecakiem? My tak. OM miał granatowy, ja czerwony), wrzucił do niej swoje rzeczy i porzucając wszystko, wyjechał. W Bieszczady.  Ja zaś najchętniej zamknęłaby się w sobie. Zanurkowała pod koc i przespała trochę tę teraźniejszość, która stała się jakaś taka cienka, przezroczysta, jakby miała się rozedrzeć. Nic nie jest pewne, stabilne…

Wczoraj, kiedy po raz pierwszy od ponad dwóch tygodni miałam prawidłową temperaturę, postanowiłam nie odwoływać wizyty u fryzjera. (Zabukowałam już kolejne pod kątem ślubu). I skorzystać z tego, że byłam w mieście, odwiedzić sklep ze zdrową żywnością, choćby po rewelacyjne pierogi z jagodami. Udało się. Jeszcze się wahałam, czy nie wrócić inną trasą, żeby zajechać na cmentarz, ale czułam, że muszę do domu. Pod domem, widząc, że podjeżdżam, pani swym autem zatarasowała mi wjazd i udała się do sklepu. No cóż… Jak wróciła, to widziała, że brama otwarta, a ja wciąż w aucie. Nawet nie skinęła głową, marudząc jeszcze i opóźniając odjazd. No cóż…

Tak, wiem, powinnam siedzieć w domu, bo dziś już rano miałam stan podgorączkowy, który nie odpuszcza, ale nie jestem umierająca, biorę leki, pilnie się inhaluję, więc… I mam plan, żeby do soboty być okazem zdrowia, bo nasza Księżniczka kończy dwa latka. Dida nie będzie. Poważna sprawa.

Miałam pisać zupełnie o czymś innym, ale wszystko mi się rozmyło. Może powrócę do tematu, a może nie…

A teraz przygrzeję sobie pierogi, bo muszę się podtuczyć; ważę 54,5 i zamówione rzeczy, w tym spodnie rozmiar 36, okazały się przyduże. Zaraz sen z oczu będzie mi spędzać zakup kreacji na ślub Miśka, jakby sam ślub i wesele nie spędzał, zamiast opętańczej radość. To kolejny temat- porzucony. Mam zamiar się dopieszczać i jeść tylko to, na co mam ochotę. Bez nadmiernego gotowania. Niech będą jakieś plusy z tego porzucenia…

Uśmiechu dla Was 🙂

Nie do odrzucenia…

Ostatnio moja lista kontaktów na WhatsApp się powiększyła. Muszę teraz bacznie uważać, co do kogo piszę, bo nie raz nie dwa moje wiadomości poszły nie tam, gdzie chciałam. Nie, że od razu kompromitacja, ale kiedy ja czekam na odpowiedź, to adresat się głowi, co autor miał na myśli. To przez mój pośpiech… Raz nawet poszło zdjęcie… Nie dość, że nie miałam zamiaru nigdzie wysyłać tylko usunąć, bo zrobiło się samo (te nowoczesne telefony tak majom ;;pp), to się wzięło i wysłało. A gdybym w tym czasie czatowała z jakimś interesującym i czarującym panem?  Do czego zmierzam… Do propozycji, jaką dostałam. NIE DO ODRZUCENIA!

W sobotnie popołudnie zadzwoniła do mnie pani Profesor z prośbą o moje zdjęcia z rodziną w tle. Pokazujące radość życia na pigułach. Jedzie do stolicy walczyć, by ministerstwo nie wycofało się z refundacji programu, bo są takie przecieki, że może to zrobić. Ma być konferencja prasowa, bo chodzi o to, żeby sprawę nagłośnić. Moja historia nadaje się idealnie, bo biorę już lek trzy lata i siedem miesięcy. Wysłałam kilka. Jeśli myślicie, że wybieranie zajęło mi sporo czasu, to jesteście w błędzie. Z Zońcią na babcinych plecach, z przyjaciółmi i OM we Lwowie, z OM przy desce z pieczonymi żeberkami, z Tuśką i Zońcią nad morzem, z Pańciem i Tuśką jak lepimy pierogi, sama jak pnę się w górę po skałach, z rodzicami, Miśkiem i OM przy stole… Klik, klik, klik pół minuty i poszło… Nawet niekoniecznie widziałam, czy to najlepsze ujęcie mnie samej, ale jakie to ma znaczenie? Na tych zdjęciach jest życie nie sztuczne pozy… Zdjęcia są przepiękne…,dziękuję bardzo, bardzo. O to chodziło- i trzy czerwone serca.

Nie zastanawiałam się ani chwili. Nie wyobrażam sobie, żeby kolejne pacjentki były pozbawione refundacji tego leku. Mnie w sierpniu minie 12 lat. Od diagnozy i operacji, bo to się stało w przeciągu tygodnia. Cudownych, mimo że były etapy, kiedy nieżycie stawało się atrakcyjniejsze… Ten długi czas tkwienia w chorobie przewlekłej zawdzięczam medycynie i lekarzom właśnie z tej jednej kliniki. Choć miałam leczenie również w ZCO i operacje w innych szpitalach, ale to stąd mnie kierowano i wracałam pod ich opiekę. Bywa, że mam dość. Przychodzi myśl, że na kolejną poważniejszą walkę nie starczy mi już sił. Nawet jeśli by tak się stało, to czuję się zwycięzcą. I chciałabym, żeby jak najwięcej pacjentek miało możliwość również się tak poczuć. Żeby w tym chorym kraju nie odbierano im nadziei i szansy na wyleczenie bądź długie przeżycie. Mam to szczęście być pod opieką genetyki w moim DM. Nie miałam świadomości, że pacjentki z BRCA1 i BRCA2 mają „pod górkę” w całym kraju, bo nie ma refundacji profilaktycznej mastektomii z jednoczesną rekonstrukcją. No jak nie ma, jak ja miałam w 2001 roku! A teraz mają zakusy na piguły, bo co tu dużo mówić, leczenie jest drogie… Moje już wyniosło ponad milion złotych… Za same piguły. Jeżeli kilka zdjęć z prywatnego albumu ma przekonać niedowiarków, że ktoś, kto przeszedł piekło niejednego leczenia, niejednej operacji, łykania 16 piguł dziennie przez 43 miesiące i wciąż ma życie w sobie, to jak tu odmówić? Nie sposób…

Uśmiechniętej niedzieli 🙂

W poszukiwaniu…

Zawieruszył mi się gdzieś po drodze z miasta na wieś dobry nastrój. Pielęgnowany, wychuchany, na tyle trwały, że byle co i byle kto nie był mi w stanie go zepsuć. Mogłam się wkurzać, wściekać, zasmucać, płakać, ale to wszystko trwało chwilę. Krótszą dłuższą. Przemijającą.

Nie mam pomysłu na jego powrót. Żadnego.

*

Miałam wizytę Pana z ubezpieczeń na życie, bo kolejna polisa dobiegła końca. Dożyłam. Nie zaproponował niczego atrakcyjnego, mimo przedstawionych dwóch ofert. Oszczędzanie w tym kraju jest nieopłacalne, kto ma jakieś lokaty w banku to wie, o czym piszę. Dodrukowali tyle pieniędzy, że w końcu przyjdzie czas, kiedy to huknie tak, że wszyscy odczujemy skutki obecnego rozdawnictwa.

 

Normalne marzenie…

Bo żeby być wolnym, nie wystarczy zrzucić okowy, lecz trzeba żyć tak, by szanować i zwiększać wolność innych. Prawdziwy sprawdzian naszego poświęcenia dla wolności dopiero się zaczyna.- Nelson Mandela.

Kiedyś bardzo często wizualizowałam sobie marzenia przed snem. To mi pozwalało zasypiać z uśmiechem na ustach. Dawno już tego nie robiłam, może dlatego, że zasypiam od razu po przyłożeniu głowy do poduszki i nie ma czasu na kolorowe obrazy pod powiekami. Ale że ostatnio dużo spałam w dzień, a pomiędzy zapadaniem w letarg obserwowałam kampanie dwóch kandydatów, zaś przez całą sobotę towarzyszyło mi Radio Nowy Świat w tle, rekompensując mi ból głowy i ogólnie kiepskie samopoczucie, to zasypiając już ciemną nocą, zanim całkiem odpłynęłam w objęcia Morfeusza, znalazłam się nad brzegiem morza idąc przed siebie i ufnie patrząc w przyszłość. Z nadzieją. Na wakacje. Od rzeczy trudnych i poważnych. Beznadziejnych. Beztrosko tańczyłam z falami, wierząc, że kolejne dni nie przyniosą rozczarowania. Zaś powieje wiatr normalności. Z każdej strony. Na dobry początek. To jest moje marzenie…

A teraz pakuję walizkę i wyruszam po kolejny zestaw piguł. Tylko rzeczy osobiste, bo resztę już wczoraj zabrała Tuśka, która wraz z Zońcią wybrała się do DM. Przynajmniej będę miała lżej.

P.S.

W piątek przyszedł SMS od ALERT RCB treści, że dziś silny wiatr i burze z gradem… Trzy godziny po tym, jak przeszła burza z gradem wielkości jaj przepiórczych… W sobotę rano zaś przyszedł SMS od ALERT RCB treść m.in. takiej, że druga tura wyborów prezydenckich 12.07. i osoby… (tu wyliczanka) będą mogły głosować bez kolejki. To nawet nie potrzebuje komentarza.