Katastroficzne treści…

Nie potrafię już być optymistką, że człowiek zmądrzeje i przestanie swej niszczycielskiej działalności. Usiądzie na doopie i ogarnie swoje poletko tu i teraz. Przecież świat daje takie możliwości, jakich wcześniej nie oferował, więc czemu nie korzystać. Nie ustawić się w kolejce na Mont Everest, bynajmniej nie po to, by posprzątać śmietnik po innych. Nie udać się na nocleg w Kosmosie, który oferuje NASA- nowe biuro podróży. Ekstremalne wyprawy, nie dla mas? Dziś, jutro, ale pojutrze- jeśli przeżyjemy- już tak. Coraz więcej miejsc traci swój pierwotny charakter bycia cząstką dzikiej przyrody. Zostają zdeptane, zurbanizowane, zaludnione…

Naukowcy, ekolodzy nie od dziś trąbią o zagrożeniach dla naszej planety, ale nikt ich nie słucha, również dziś, kiedy są namacalne dowody krótkowzroczności, żeby nie powiedzieć ludzkiej głupoty, pazerności i chciwości. Pytanie, czy epatowanie wiadomościami o zagrożeniu klimatycznym przyniesie w końcu odpowiednie działania (opamiętanie się jednostek i mas), czy raczej skutek taki, jaki mamy w krajowej polityce, czyli straszenie PIS-sem i nic poza tym. Ludzie w końcu obojętnieją, przyzwyczajają się do rządów autorytarnych, przyzwyczajają się do anomalii pogodowych…

Na pojezierzu gnieźnieńskim wysychają jeziora, wyschło też koryto Noteci na odcinku 30km. Rabunkowa gospodarka prowadzi do obniżenia się poziomu wód. Coraz więcej mamy upalnych dni, co będzie, jak zabraknie wody? W kranie. Może to w końcu obudzi społeczeństwo do wywarcia presji na rządzących, żeby zamiast ogłaszać zwiększenie wydobycia z kopalń, które są jedną z przyczyn tego stanu, zaczęli myśleć i działać w obronie przyrody i człowieka. Na pogodę nie mamy bezpośredniego wpływu: czy spadnie deszcz, czy nie. Długotrwała susza, której doświadczamy coraz częściej i fakt, że Polska dysponuje małymi zasobami wód powierzchniowych na tle Europy, być może od razu nie zakręci nam kurków z wodą, ale z czasem tak się właśnie stanie. Rolnicy już zaczęli odczuwać stan suszy, my jako konsumenci, również.

*

Starając się nie podnosić temperatury w dolnych partiach domu a tym samym nie przyczyniać się do wzrostu efektu cieplarnianego na świecie, unikam kuchenki chętnie unikałabym i kuchni, ale żołądek się domaga, co gorsza nie tylko mój, bo tylko w jakiejś totalnej desperacji stanęłabym przy garach, kiedy za oknem żar leje się strumieniem. Jedynie czego nie potrafiłam sobie odmówić, to ugotowania bobu i fasolki. Skutecznie ignorowałam raz, drugi, trzeci, czwarty świeżutką dopiero co zerwaną przez Ciocię, której upały nie są straszne, więc z motyką porywa się na słońce położoną na schodach z piwnicy b o t w i n k ę. OM dzielnie wynosił zielsko dla kur, już za czwartym razem w ogóle nie pytając się co z tym zrobić. W czwartek nastał dzień ciut chłodniejszy, po nocnym i rannym deszczu- w cieniu mieliśmy tylko 24 stopnie, choć w słońcu dalej odczuwało się skwar- więc kiedy po raz piąty zobaczyłam sporą skrzyneczkę botwinki na schodach, zaczęłam się wahać, bo o to dopadła mnie myśl, że kurcze blade, tylko skrzydlate mają ją jeść, taką cudnie zdrową, bo ekologiczną? Krążyłam nad tematem dość długo, aż w końcu padła niełatwa decyzja: gotuję! Problem był złożony, bo w zamrażarce nie ostało się nic z zapasów rosołu (po śmierdzącej niespodziance), który często służył jako wywar i baza do innych zup czy potraw, więc musiałam jeszcze ugotować wywar. Skombinować mięsko i młode warzywka. Posiekać botwinkę i zdążyć ogarnąć kuchnię przed przyjściem Zońci, którą miałam przypilnować. Przez godzinę działałam jak w amoku, spocona jak mysz, a kuchnia wraz ze mną była w kropki bordo. Nie pytajcie dlaczego. Zdążyłam. Tuśka pochwaliła, że wyszła pyszna. Wyszłam z Zońcią na spacer KLIK, ochłonąć. Potem klapnęłam przed domem na ławce i tak nas zastał OM, którego powitałam słowami, wiesz, Ciocia znowu przyniosła nam botwinkę, na co mi przerwał, że idzie wyrzucić ją kurom, i tu go zszokowałam, że kury się tym razem z nami podzieliły i dostały mniej, bo reszta jest w garnku 😀 Zjadł całą michę ze smakiem, a pot lał się z czoła ;p

Miłego weekendu! 🙂 U nas druga połowa czerwca, będzie pod znakiem spotkań towarzyskich z różnych okazji. Zaczynamy już dziś!:D

Reklamy

Jedno życie uratowane, inne zagrożone…

Ciepły letni wieczór, wciąż jeszcze jasno, powietrze zastygło w miejscu, siedzę nieruchomo na leżaku, wsłuchując się w ptasie kołysanki… To najmilszy koniec dnia…

Zablokowane myśli… te niechciane, natrętne w swej rzeczywistości, jaką funduje nam los. Kolejny raz przyniósł nam wiedzę, że jedna z bliskich osób musi się zmierzyć ze skorupiakiem… Ech…

W niedzielę przyjechał Tata z Tuśką, która gorący sobotni wieczór spędziła ze swoim Przyjaciółkami na degustacji w restauracjach w DM. (Pokonuje kilometry tej samej trasy, aby spotkać się z Dziewczynami, tak jak ja to robię już od 30 lat). Wrócił pociągiem, bo i tak musiał zrezygnować z jazdy własnym autem, gdyż przestał widzieć na jedno oko, to silniejsze. Na szczęście miał już umówioną wizytę u okulisty, ale i tak skwitował to w swoim stylu, że trzeba na coś umrzeć, na co odpowiedziałam, że nie musi koniecznie umierać ślepy 😉 Poniedziałkowa diagnoza brzmiała: wylew z powodu nadciśnienia albo cukrzycy. Dostał krople i skierowanie na dodatkowe badanie- termin pod koniec czerwca.

To i tak szybko, nie to co z założeniem klimatyzacji…. OM przezornie odbył rozmowę z fachowcem już w styczniu i umówił się na marzec. Fachowiec przyjechał w czerwcu i z rozbierającą szczerością oznajmił, że gdyby nie ta wcześniejsza rozmowa, to w ogóle by się nie pojawił, po czym oznajmił, że założy najwcześniej w lipcu, choć będzie się starać wygospodarować czas „ po godzinach” i wtedy jeszcze w czerwcu, i kiedy już mi mord w oczach znikł i wyrósł banan na twarzy, to dodał, ale może być poślizg i będzie w sierpniu… Taaa… Udusiłabym go, ale bezboleśnie przekonał OM, który w pierwszej wersji chciał założyć klimę na dole, a nie na górze, na co wprawdzie od razu zaprotestowałam, ale tylko raz, bo stwierdziłam, że jak przyjedzie fachowiec, to się wypowie, wszak nie da się zmienić zjawiska fizycznego, że ciepło idzie do góry. Pan zrobił wejście słowami, ale tu macie chłodno– 23,7- (na dworze 33 w cieniu, a Ciocia w samo południe w słońcu pieli grządki- ja chcę mieć jej zdrowie!!! to nic, że ma 77 lat ;)) kiedy drzwiami przez taras wpuściłam go do domu, czego od razu się czepiłam, że na dole jest okej, ale na górze bywa sauna. I już wiedziałam, że pomysł OM nie będzie zrealizowany. Ha! Pan pogłówkował jak technicznie rozwiązać montaż bez rozwalania pół domu, co wcale nie było takie oczywiste, gdyż dom ma skosy i przybudówkę. Wyszedł na dach przez okno z pokoju na półpiętrze, a my przy okazji zauważyliśmy zwisającego głową w dół ptaszka z głównego dachu. Dyndał tak uwiązany cienkim sznurkiem za jedną nóżkę, nawet już nie próbując się oswobodzić. OM przyniósł drabinę i nożyczki, a Pan wszedł po niej i uwolnił ptaszynę. Wzięłam z jego rąk do torby papierowej, dałam wodę.

62564197_381322829256282_8530646966525231104_n

64244296_438711203627876_5670041396967374848_n

Ptaszek doszedł do siebie, ale fruwać nie chciał, więc odbyłam polowanie na muchy, coby z głodu nie umarł. W myślach już kombinowałam skąd wziąć jakieś robale, nieżywe, rzecz jasna, gdyby w tej torbie musiał zamieszkać na dłużej. Próbowałam też zachęcić go do odlotu.

62362397_458511874718811_4347319184946888704_n

64273577_2158852217558016_2584614127917858816_n

62435846_2046759222296074_2009729508352983040_n

Trzepotał skrzydłami, ale nie mógł się wzbić, więc z powrotem trafił do torby. Ptak na tarasie (w cieniu), ja w pokoju przy zamkniętych drzwiach odgradzając się od upału i obserwując co chwilę…. i jak już myślałam, że wieczorem trzeba będzie poszukać gniazda na dachu i spróbować oddać go ptasim rodzicom, to wzbił się w powietrze i odleciał… Normalnie zastygłam nieruchomo z wrażenia i wzruszenia…

Gdyby nie wizyta Pana od klimatyzacji z trzymiesięcznym opóźnieniem, to ptaszek pewnie by zginął śmiercią tragiczną…

Jest tak gorąco, że żadne burze, a raczej ich ewentualne konsekwencje nie są mi straszne i może lać tak jak ubiegłej nocy, co noc. Przynajmniej roślinki odetchną,,, Bo zanim wstałam, to po burzy było już tylko nocne senne wspomnienie… Duchota powróciła i chwyciła swymi rozpalonymi mackami…

 

 

 

 

(Nie)zdrowe wakacje ;)…

Lato, lato wszędzie… wakacje- przede wszystkim dla dzieciaków- zbliżają się wielkimi krokami…Woda, słońce, las… czekają! I sen! A konkretnie spanie jak długo się chce! Ja tak miałam, że w wakacje nikt mnie nie budził, nawet babcia na wsi, gdzie wszyscy chodzili spać z kurami i wstawali bladym świtem, pozwalała mi spać nawet do 12, po czym zaglądała do pokoju, czy żyję 😀

Niedawno byłam świadkiem rozmowy, jak mama dwójki dzieci w wieku 11 i 7 lat głośno zastanawiała się jak rozwiązać problem wakacji dzieci i własnej pracy. Stwierdziła, że nie będzie zrywać dzieciaków tak jak do szkoły i wieźć do dziadków, tylko poczeka na ich telefon, aż sami wstaną. Niech sobie pośpią chociaż w wakacje. Babcia od razu zaprotestowała i bynajmniej nie chodziło jej o to, że dzieci zostaną same, ale jak się wyraziła, to niezdrowo tak długo spać. O mateczko! Moja Mam i obie babcie za nic miały moje zdrowie, pozwalając mi spać do woli. Jak i ja, pozwalając swoim dzieciom. 😉

Jedna z moich Przyjaciółek uparcie mi wmawiała, że dziecko do 10 lat, nie może samodzielnie poruszać się po drodze publicznej, w tym po chodniku. Uwierzyłam, bo to ona ma dziecię w odpowiednim wieku, nie ja, i to ona codziennie przez trzy lata zawoziła i przywoziła autem, pokonując ok. 200 góra 300 metrów do budynku szkolnego, widocznego jak na dłoni z jej posesji. Na moją sugestię, że mogłoby dziecię tak samodzielnie, wyciągała argument ciężkiego kalibru, czyli konsekwencje karne. Kiedy nasz Pańcio zaczął sam przyjeżdżać  na rowerze (po chodniku) najpierw do nas (500m), a potem do drugich dziadków (3km), to czułam się jak ta wyrodna matka (pod spojrzeniem koleżanki), co to własnemu dziecku (Tuśce) do rozumu nie potrafi przemówić. A jakże, próbowałam tym samym argumentem, czyli wiekiem Pańcia. To znaczy, zapytałam się, czy moje dorosłe dziecko wie… nie, nie o zagrożeniach, bo przecież bezmyślna nie jest, ale o prawnych konsekwencjach w razie „wu”, tfu, tfu…Szczerze? Tak naprawdę, to mam  ambiwalentne uczucia, bo jestem za wdrażaniem samodzielności u dziecka od najmłodszych lat, lecz z drugiej strony jest strach o bezpieczeństwo. To naturalne. (Najpierw czekasz, aż dziecko stanie się choć trochę samodzielne, a potem to już martwisz się nieustannie… aż do jego dorosłości, choć to nie takie pewne, że wtedy całkiem przestaniesz ;p). Bo co nam będzie po dumie, że Pańcio potrafi z zachowaniem ostrożności (uczyliśmy/uczymy, obserwujemy) pokonać tak długą trasę sam rowerem, jeśli jakiś pacan(ka) nieostrożnie będzie wyjeżdżał ze swojej posesji… Więc niepokój jest, ale nieparaliżujący, żeby od razu zakazać. I kiedy w telewizji usłyszałam pana policjanta, który mówił, że ośmioletnie dziecko może się poruszać po ulicy bez opieki osoby dorosłej, to odetchnęłam z ulgą. Wprawdzie Pańcio nie ma jeszcze 8. lat, tylko skończone 7, ale to znaczy, że intuicja nas nie zawiodła, że dzieci w tym wieku są w stanie przyswoić zasady bezpiecznego poruszania się po drodze. I uczenie samodzielności, to nie jest puszczenie dziecka samopas, szczególnie w dzisiejszych czasach wszechobecnej techniki. Pańcio ma przy sobie telefon z włączonym GPS, i Tuśka przez całą drogę monituje, gdzie jest. Nie jeździ też ot tak sobie po wsi, dla pojeżdżenia, tylko konkretnie z punktu A do punktu B, gdzie się melduje u dorosłych. 

*

Mocno ostatnio przygrzewało, więc wieczorna burza była jak zbawienie, szczególnie że nie była porywcza, a potem dość długo padało… U nas, po w ŚM była gwałtowna ulewa zalewająca ulice z podtopieniami, a to przecież niecałe 30km od nas. Piątek przyniósł wytchnienie po żarze, który lał się z nieba nieustannie przez pięć dni. Jednak temperatury z trójką z przodu to nie dla mnie… Wykorzystałam pochmurne niebo i mokrą ziemię do posadzenia kwiatów i przy domu i na grobie Mam…

 

 

Ciemność…

Nie taka straszna jak ją malują…

W sobotni ranek obudził mnie jeszcze przed budzikiem telefon od Taty: Kiedy przyjeżdżasz?, bo w kawalerce nie ma prądu. W pierwszym ułamku sekundy pomyślałam, że korki, no ale przecież to nie licealistka Tuśka dzwoni, więc w drugim ułamku pomyślałam, o ho jakaś grubsza sprawa. No i faktycznie, bo dalej słyszę, że te bandziory zabrali licznik bez żadnego słowa. Pisanego czy telefonicznego. Zapewniłam, że mi brak prądu na jedną noc w ogóle nie przeszkadza i, że nie mam takiej potrzeby korzystania z zaproszenia spania na kanapie w mieszkaniu rodziców, więc do zobaczyska.  Po dwóch godzinach Tata dzwoni: Śpisz? No nie, już mnie jeden taki obudził wcześniej. Bo chciałem cię poinformować, że prąd będzie w środę, po czym szczegółowo opowiedział mi co zamierza, a czego nie, zrobić. Ech… (A wystarczyło w swoim czasie podpisać nową umowę, tyle że swoje w kolejce trzeba odstać).

Ja zamierzałam wziąć ze sobą latarkę.

Jadąc, odbieram telefon od Miśka: Mamuś wiesz jaka niespodzianka cię czeka? Wiem.

Misiek wypowiedział umowę, bo była zawarta przez pośredników, jeszcze przez Mam i mieli podpisać nową, ale musiał to zrobić Tata. Umowa kończyła się w kwietniu, a że licznik spod kawalerki jest na klatce schodowej, to sobie bez słowa zabrali. (Tu pewności nie ma, bo może był jakiś pisemny monit, ale trzeba by jeszcze do skrzynek zaglądać, gdyż z listonoszem- za napiwek- dogadali się, że pocztę poleconą ma przynosić do biura, więc tą zwykłą już sobie głowy nie zawracali). Na dodatek zrobili to w piątek, więc nie było szansy, by weekend cokolwiek załatwić. No i wkurzyli mi tym ojca, który tak naprawdę był jedynym winnym tej sytuacji, bo nigdy nie miał czasu, żeby zawrzeć nową umowę, aż zapomnieli oboje z Miśkiem, który teraz ma na głowie rachunki za 4 mieszkania plus 2 garaże… i od 3 miesięcy uczy się ogarniać to wszystko… Wkurzony Tata postanowił zagrać im na nosie i mieć głęboko w poważaniu zawieranie umowy z „bandziorami”, którzy kradną (własny) licznik. Bez słowa!

W mieście ciemność nie istnieje, bo światła ulicy, nawet jak okna na nią nie wychodzą, dają poświatę, że spokojnie można trafić do łóżka. Gorzej w łazience, ale dzięki latarce i przez to, że jest niewielka i wszystko w zasięgu ręki, to sobie poradziłam bez problemu. Noc ciepła, więc przez otwarte okno mimo rolet wpadało uliczne światło i odgłosy. Miasto nocą nie śpi… Ja na szczęście zasnęłam szybko, mimo że ani telewizor, ani czytanie książki mnie nie uśpiło, za to pod powiekami miałam obrazy wspólnego popołudnia i wieczoru. Roześmianego, wspominkowego… pachnącego piwoniami… smakującego domową owocową lemoniadą…

Rano wspólne śniadanie z Tatą przy kawie, którą on pije zimą a ja gorącą, a potem się rozjechaliśmy: Tata na ranczo, a ja z powrotem do siebie na wieś. W domu na górze jak w piekarniku, bo OM niefrasobliwie pozostawił pootwierane okna i niezaciągnięte żaluzje… i ciepły kaloryfer w łazience (woda z kolektorów poszła na ogrzewanie!).

Jestem w niedoczasie, bo wszystko robię w jeszcze wolniejszym tempie niż dotychczas przez ten skwar na zewnątrz. Śpię przy szeroko otwartym oknie bez spuszczonych żaluzji, wstaję wcześniej by spokojnie i przy kawie zjeść śniadanie (piguły przesunęłam o pół godziny później), ciesząc się porankiem z tarasowego leżaka przy akompaniamencie rozgadanych ptaków… Potem biegam po domu, zamykam wszystkie okna, zasłaniam roletami, również zewnętrznymi i mam ciemność w chacie za dnia… No, ale nie da się inaczej… i tak do wieczora, kiedy znów wszystko otwieram i odsłaniam.  Na odwrót niż normalnie.

*

Wzruszyły mnie wczorajsze obchody 30. rocznicy wyborów 4 czerwca. Nie śledziłam wszystkiego tego, co się działo w Gdańsku, wszystkich przemówień (pod koniec przemówienia D.T. wyszłam z Zońcią na spacer), ale i tak w tym dniu czułam radość i dumę. I smutek, że w tej radości nie jesteśmy wszyscy razem. Od katastrofy smoleńskiej z każdym rokiem podział społeczeństwa jest coraz większy. Jedna z Czarownic na spotkaniu powiedziała, że jak Polska jest tak na pół podzielona, to niech ta druga połowa się odłączy i urządza pod rządami dyktatora i kleru, pozostałym dając żyć… Mocno? Polska jak Korea? Tyle że wschodnia i zachodnia… Nie dziwię się tym słowom, bo od ponad 30 lat pracuje w jednej i tej samej państwowej firmie (przekształconej w spółkę akcyjną), przeszła różnych szefów z nadania partyjnego, ale to, co się dzieje od czterech lat, to jak twierdzi, za żadnych rządów nie było.

A mnie ta rocznica nastroiła refleksyjnie też z innego powodu. Na wybory poszłam jeszcze w DM, ale już jedną nogą byłam na wsi, bo to właśnie w czerwcu 89, wylądowałam tu, gdzie mieszkam do tej pory. I pamiętam tę radość z wygranej i myśl, czy podjęłam dobrą decyzję… Bo dziś jestem przekonana, że gdyby ta zmiana rzeczywistości nastąpiła rok, dwa lata wcześniej, to nie opuściłabym miasta… A tak, już stał stan surowy naszego domu… po którym drepcze już trzecie pokolenie. Zońcia zaczyna się już puszczać, jak by to nie zabrzmiało ;p Na razie tylko próbuje ustać, ale za chwilę możemy już mieć „jazdę bez trzymanki” ;D

 

 

Jak co roku…

Jest pięknie! Ta powtarzalność jest cudowna, nadaje sens życiu… Sycę oczy widokiem pól i łąk, przetkanych makami i chabrami, śmiejących się do słońca.

61313180_449545555874736_8538233287519240192_n

Wstrzymuję oddech, żeby po chwili zachłysnąć się świeżym powietrzem… zerwać garść czereśni.

61517440_335462063797480_3267275205109612544_n

więcej soczyście wiosennych zdjęć  KLIK

Cukinia posadzona, wzeszła sałata, a koper, szczypior i botwinkę można już rwać całymi pękami. Pierwsze dwie truskawki prosto z grządki też już znalazły się w moim żołądku 🙂 Zamrażarka już nie świeci pustką- prawie dwa kilogramy po porcjowanej na steki polędwicy wołowej… i lody! Obowiązkowo miętowe! Polędwica  w hołdzie dla moich krwinek, żeby się bardziej postarały niż dotychczas. Inaczej żelazne tabsy całkowicie roztroją mi żołądek. Ostatnio coraz częściej chwytają mnie bóle i to dość mocne. W dniu TK , jak tylko przekroczyłam próg szpitala-będąc na czczo, niepotrzebnie wzięłam rano żelazo- znienacka zaatakował mnie ból. Nie jadłam 13 godzin, więc nie było ewentualnego innego sprawcy tego ataku. Dostałam No-Spę, ale co się namęczyłam to moje, bo przecież musiałam jeszcze wypić litr wody z kontrastem. Wkłucie miałam w bolesnym miejscu, ale zacisnęłam zęby i przetrwałam badanie. Nagrodą było wyjście do domu już po 3! godzinach i odebrane wyniki nazajutrz. Wprawdzie wyniki krwi żadna rewelacja, ale mam nadzieję na względny spokój do następnego TK w sierpniu, a co za tym idzie na uśmiechnięte wakacje.

Miłego weekendu! Ja wyruszam na kolejny Zlot Czarownic w pięknych okolicznościach działkowych jednej z nich. Robimy sobie Dzień Dziecka, a co! 😉  Wszak w każdym z nas jest go choćby odrobinę… 😀 Tacie wiozę leczo, bo rosół wciąż chodzi po ogrodzie, jeszcze…;)

I uważajcie, nadchodzi wyż Pia… będzie gorąco! Jedni lubią, inni niekoniecznie 😉

 

Śmierdząca niespodzianka…

Nie ma to jak wrócić z udanych wakacji- bardzo intensywnych fizycznie, więc gdy już człowiek parkuje auto przed własnym domem, to przed oczyma ma tylko kanapę w salonie bądź łóżko w sypialni- a tu od samego progu coś tak waniajet, że choć padasz z nóg, to zapadasz w stupor z wrażenia, a po chwili oczami szukasz jakiegoś truchła. O słodkijeżu, co tu się działo podczas naszej nieobecności?? Włamywacza, którego szlag trafił na miejscu z przyczyn nieznanych, od razu wyeliminowałam w myślach, jak również rozkładające się jakieś odpadki, bo mam we krwi opróżnianie koszy przed wyjazdem. Na trupa natknęłaby się Tuśka, która z Zońcią przychodziła codziennie, a niemożliwe, żeby rozkład nastąpił tak szybko, lecz ewidentnie śmierdziało… rozkładającym się mięsem.

Jesssu!!!

Mięsem!!!

Tuśce zepsuła się lodówka, kupili więc nową, ale zanim się zorientowali, to wszystko z zamrażarki było do wyrzucenia. Z lodówki zaś na czas dostawy nowej poprzywoziła do naszej. Dzwonię więc, czy jednak otwierała zamrażalnik, i słyszę stanowcze zaprzeczenie, choć owszem, woń poczuła, nawet w koszach sprawdzała, a tu pusto…  Podejrzewam OM, który przecież mroził przed wyjazdem wkłady do lodówki turystycznej, ale ten patrzy na mnie i sączy: nic nie mów… Nawet nie musi, bo mi mowę odebrało z żalu, najbardziej za polędwicą wołową, żeberkami cielęcymi i kaczorami na rosół…ech… nie wspomnę o zieleninie i czarnej porzeczce… i innych dobrach! OM zaczyna podejrzewać Pańcia, który dobrze wie, że u nas zawsze są lody, ale ja od razu mówię, że to niemożliwe… Zabieramy się do wyrzucania zawartości i mycia- we dwójkę idzie nam to dość sprawnie, choć zajmuje sporo czasu. Podczas mycia odkrywam, co się stało… najprawdopodobniej. Przy bardziej energicznym zamknięciu drzwiczek od lodówki, górne od zamrażalnika odskakują. Za każdym razem! Ożeż! Tuśka swoje produkty zabierała we wtorek…

Gdy w końcu pozbyliśmy się zapachu i śladów niespodzianki, udałam się na górę, lecz nie prosto do łóżka, tylko do łazienki, bo zrobiło już się tak późno, że tylko kąpiel i lulu… Jedno spojrzenie na wannę i… oczom nie wierzę: zwłoki. Podwójne! Już miałam odkręcić kran i zalać trupy, kiedy coś mnie tknęło… Wzięłam  szczotkę do włosów i rączką szturchnęłam. Żyją!

Do szaf już wolałam nie zaglądać! 😉

*

Dziecka Starsze zorganizowały „Dzień Mamy” dla obu mam u się, więc rodzinnie w szerszym gronie spotkaliśmy się przy stole. Było pysznie- szparagi smażone na maśle z serem halloumi, dla mnie hit stołu, nie licząc tortu bezowego z truskawkami 🙂 Skusiłam się też na bąbelki w złotym kolorze. Niedziela pełna wzruszających emocji, uśmiechu i radości, bo przy gromadce dzieci (kuzyni Pańcia i Zońci) nie sposób się nie śmiać 🙂 Dorośli jak jeden mąż spełnili swój obywatelski obowiązek, (nie)głosując wiadomonakogo, ale mieliśmy przeczucie, że partia rządząca wygra. Aczkolwiek poniedziałkowy ranek przyniósł szok w postaci konkretnego wyniku. SZOK! To, że 7 punktów procentowych więcej nad KE to jedno, ale to, że KE razem z Wiosną nie mają więcej od PIS- to już jest porażające!!! Jedyne pocieszenie, że Konfederacja nie weszła. Jestem porażona nie samą wygraną, ale jej skalą. Bo to świadczy o jednym, jak słabo jesteśmy wyedukowani politycznie, a jak głupota i ogłupianie (TVP) ma się dobrze i zbiera żniwo. I choć frekwencja najwyższa jak do tej pory we wszystkich wyborach do PE, to jednak ponad połowa rodaków ma głęboko w doopie, kto nas będzie reprezentował w Europie. Szczególnie ludzie młodzi, co dziwi najbardziej, bo przecież oni nie znają innej Polski, jak tej w Unii, a z drugiej strony, no cóż, kłania się właśnie edukacja. Biorąc pod uwagę, że co dziesiąty absolwent szkoły podstawowej nie potrafi czytać, a co 6 magister jest analfabetą funkcjonalnym, 40% Polaków nie rozumie tego, co czyta… mamy koszmarny obraz naszego społeczeństwa. Liczyć też nie potrafią, co świadczy jak łakomie rzucają się na wszystkie „plusy”, które z naszych kieszeni rząd rozdaje, kupując w ten sposób sobie władzę. Jedynie co PIS-owi trzeba oddać, że jest skuteczny nie tylko w manipulowaniu, ale również w realizowaniu swoich obietnic.

Te wyniki pokazują, że na jesieni najprawdopodobniej wygra autorytarny system. I Kościół, który będzie miał ogromny wpływ i dyktował swoje zasady życia wszystkim obywatelom. Mam wrażenie, że choć z demokracją w ostatnich czterech lata Polska często była na bakier, to od poniedziałku zeszła już całkiem z drogi wolności… Czy na jesieni się na tyle zmobilizuje, żeby na nią powrócić? Mam duże wątpliwości. I jestem przerażona coraz większą polaryzacją społeczeństwa, które już nie potrafi ze sobą normalnie rozmawiać. Strach się bać, co będzie się dziać w mediach społecznościowych…

Na wsiach i w małych miastach, Kultura (szeroko pojmowana) wciąż przegrywa z konsumpcją, a elektorat zmobilizowany, bo przecież jak przyjdą inni, to im zabiorą, więc wygrywa autorytaryzm i rozdawnictwo; w dużych miastach, nawet na ścianie wschodniej- czasem nieznacznie-  wygrywa, co daje nadzieję. Bo nadzieję trzeba mieć…  że w końcu wygra w całym kraju…!

P.S.1. Mój kandydat wygrał, i to był najlepszy wynik w okręgu, co daje satysfakcję i jest ciut pocieszające.

P.S.2, Trzymajcie kciuki za moje wtorkowe TK.

Pierwszy taki dzień…

Nie zadzwonię.

Nie wyślę kwiatów.

Nie kupię prezentu.

Nie pojadę.

Nie uściskam.

Nie wypiję wspólnie kawy…

Nigdy…

Dziesięć lat temu napisałam ten tekst:

Moja mama nie uratowała nikomu życia, nie wykazała się nadzwyczajną odwagą, ale i tak jest dla mnie bohaterką. Podróż w nieznane, jaką jest każda ciężka choroba, tak naprawdę to podróż w pojedynkę. Każdy musi przejść ją sam… Mama miała tylko 30 lat, jak padł wyrok i musiała się z nią zmierzyć. Nie wiedziała, jak się ona skończy, nikt nie wiedział, ale zawsze była dobrej myśli i szybko wróciła do normalnego życia. Po latach powiedziała mi, że tylko o mnie się wtedy martwiła, ale wiedziała, że w razie czego wychowa mnie babcia. Teraz obie wiemy, że babcia idąc podobną drogą, szybko doszła do jej kresu…niestety tragicznego. Gdy mnie życie wystawiło na próbę, to Mamę postawiłam sobie za wzór…nie dopuszczałam myśli, że może być źle, stawiałam sobie Ją przed oczami. Szłam Jej przetartymi ścieżkami…  Jej podejście do własnej choroby pozwoliło mi szybko oswoić swoją, po prostu żyć.. Tylko czasami, gdy spoglądałam na swoje małe jeszcze wtedy dzieci…myślałam sobie, czy doczekam…Paradoksalnie to, że Mama wcześniej chorowała, mnie uczyniło silniejszą w czasie swojej podróży w nieznane, ale też w jakiś sposób uśpiło moją czujność, gdy droga w końcu się skończyła… Nie myślałam, że kolejny raz, po  tylu latach znowu będę musiała ją pokonywać…Inną, bardziej zawiłą…

A Mama wciąż jest przy mnie… Nie znam nikogo tak dzielnego, jak Ona…

Pokonała i wygrała ze swoim bólem, cierpieniem, niepewnością…

Towarzyszyła w tym samym swojej mamie z uczuciem klęski i musiała to zrobić kolejny raz z własną córką… i kolejny raz… Jest moją bohaterką…

I dziękuję Jej za to….

Dziesięć lat temu myślałam, że to ja pierwsza odejdę, lecz los chciał inaczej: wciąż się leczę, walcząc ze swoimi słabościami, a Mam pokonała choroba- ten przeklęty gad. Do ostatniego tchnienia była bohaterką… i już na zawsze nią dla mnie pozostanie…

Dziękuję Ci Mamo za wszystko…

Kiedyś będzie lżej… ale nie dziś…