Kiedy słońce świeci, chęci są większe…

Tylko możliwości pozostają takie same…

 

Po dwóch dniach pięknego słońca dziś przywitało mnie pochmurne niebo, adekwatne do mojego nastawienia. Do wyjazdu. Ale jak mus to mus. Mam cały dzień, żeby dojechać, bo dopiero jutro mam się stawić do szpitala na godzinę, o zgrozo!, szóstą. Lepsze to niż nocleg w szpitalu, jak to odbywało się wcześniej, kiedy miałam TK.  I tak muszę przejść przez izbę przyjęć, następnie na oddziale przygotować się do badania, a potem karetką zawożą nas na radiologię. Gorsze, bo będzie to bardziej męczący dzień, bez możliwości polegiwania na łóżku w oczekiwaniu na wyniki, a co za tym idzie na wypis i piguły. Potem odsapnę w mieszkaniu w całkiem miłym towarzystwie, a w sobotę wyruszę do domu. Może zostałabym dłużej, ale sobotni wieczór już jest zaplanowany- wyjście na urodziny do przyjaciół.

Nigdy nie przypuszczałam, że wyjazd do DM będzie ode mnie wymagał, aż tak dużej  mobilizacji. OM nie może mnie zawieźć, bo bladym świtem udał się zupełnie w przeciwnym kierunku, na zabieg, który miał się odbyć w zeszłym tygodniu. Nie odbył się, mimo iż pacjent oczekiwał przygotowany w jednoosobowej sali, bo…lekarz się nie pojawił. Tak, tak, w prywatnej klinice też się dzieją takie rzeczy. Lekarz podobno się rozchorował, ale to dziwne, że do godziny 12 wciąż informowali, że zabieg się odbędzie, tylko OM jakoś intuicyjnie wyczuwał, że to raczej niemożliwe. Wściekły za marnowanie mu czasu, spakował się i wrócił do domu, z ustalonym nowym terminem.  Z nie lepszym nastawieniem niż  moje pojechał dzisiaj…

We wtorek razem z OM pojechaliśmy do ŚM, najpierw do laboratorium, bo OM się zaszczepić, a ja zrobić wynik kreatyniny do TK. Wchodzimy do przychodni, udając się   korytarzem prosto do windy, bo laboratorium na trzecim piętrze. Czekamy aż zjedzie z góry, w tym momencie  podchodzi do nas facet mniej więcej w naszym wieku, OM otwiera przede mną drzwi windy i…facet wpycha się pierwszy, zanim zdążyłam zrobić krok. Tak nas to zaskoczyło, że oboje się roześmialiśmy. Nie wiem, czy facet usłyszał, bo miał słuchawki na uszach…Gdyby ich nie miał, pewnie nie omieszkałabym powiedzieć coś o kulturze, a może nie? Wysiadł na drugim piętrze.

OM nie został zaszczepiony, bo nie miał skierowania, więc zadzwonił do Rodzinnej, że zaraz (za 50km) będzie u niej, a ja udałam się spacerkiem ( jakieś 300m) na ścięcie do salonu fryzjerskiego. A tam jak ten kuń z klapkami, udałam się kurcgalopkiem w stronę przepierzenia ( ściana na środku salonu)  i… macam, macam..Pewnie tylko ja chciałam otworzyć sekretne drzwi w ściance o grubości 10cm w czarnym kolorze, gdyż wcześniej była tam szafa na wierzchnie ubrania. Właścicielka salonu i moja osobista fryzjerka, łagodnym głosem oznajmiła mi, że szafa została przeniesiona i obecnie znajduje się przy samym wejściu. Nie wiem jakim cudem udało mi się nie zauważyć, że przepierzenie jest chudsze o szerokość szafy, a kolor jest matowy a nie z połyskiem…Tiaaa bystrzak ze mnie 😉

Jak już wypiękniała moja głowa i ja przy okazji, to zadzwoniłam do OM, coby go zlokalizować jakoś. Wracał już, ale około półgodziny potrzebował na dotarcie do mnie, więc uzgodniliśmy, że podjadę taksówką do Maca na wylocie. Salon położony tak, że i do centrum kawałek i na wylotówkę również, ale słoneczko pięknie świeciło, więc nie przyznawałam się do mojego pomysłu OM, że chciałam dojść do miejsca spotkania pieszo.

Oj chciałam, chciałam..Pokonawszy  z powrotem te 300m, tyle że pod górę, do miejsca, w którym się rozstaliśmy, byłam już tak zmachana, nałykawszy się przy okazji zimnego powietrza, że udałam się na poszukiwanie postoju taksówek, wiedząc, że taki musi być gdzieś w pobliżu przychodni, w której byliśmy wcześniej. Był. Wsiadłam do taksówki, pan po przywitaniu od razu pożyczył mi dużo zdrowia- nie wiem, może niepotrzebnie ubrałam czapkę, pod którą schowany był mój fryz, a nie zdążyłam założyć okularów słonecznych mimo oślepiającego słońca, pewnie bladość mojej twarzy oraz szklistość moich oczu  go przeraziła niczym zombie 😉

W ŚM zawsze poruszam się autem, nigdy nie korzystałam z żadnych innych środków transportu. Zresztą w DM, oprócz taksówek, również rzadko albo wcale korzystam z tramwaju czy autobusu. Ale przynajmniej wiem, którym gdzie się dojedzie, a numer korporacji taxi mam w telefonie. W ŚM jak zostałam bez auta, to czułam się jak dziecko błąkające się we mgle.

Długo nie czekałam na OM, przy cieście z truskawkami i galaretką, kątem oka zarobaczyłam mojego Julka ( auto OM było chwilowo w warsztacie, stąd ten wspólny wyjazd).

Ech, czas się zbierać…tylko ja wiem, jak bardzo mi się nie chce.

 

***

Jak wszystkim (tym myślącym, a nie fanatykom „dobrej zmiany”) jest wiadomo, iż  wdrażanie nowych praw, nowelizacja starych przez posłów z partii rządzącej i samych rządzących jest, delikatnie mówiąc, jednym wielkim chaosem, co to więcej szkód niż pożytku niesie. Niechlujstwo, niedopracowanie, luki powodują nadinterpretacje, a co za tym idzie nadużycie urzędnika wobec obywatela, organizacji. Przez ostatnie dwa lata mamy wiele na to przykładów.  Przykładów na psucie państwa.

Szykują się zmiany w ustawie o zbiórkach publicznych, i tu  cytuję:…„to minister rozstrzygnie, czy cel danej zbiórki zgłoszonej na portalu rządowym nie jest sprzeczny z zasadami życia społecznego lub nie narusza ważnego interesu publicznego. Jeśli uzna, że takie okoliczności występują, to na mocy decyzji administracyjnej wykreśla informację o takiej zbiórce z portalu rządowego. Wówczas organizator w terminie trzech dni będzie mógł wskazać inny cel zbiórki i poinformować o tym resort. Jeśli tego nie zrobi, to zbiórka publiczna zostanie zablokowana, a zebrane już środki zostaną przekazane na cel wskazany przez ministra administracji.”

Wiecie, co to oznacza? W ogóle nie dziwię się, że Jurek Owsiak wyszedł z apelem do obywateli, żebyśmy dali wyraźny sprzeciw takim zapisom. Bo to nie tylko WOŚP może być zagrożone, ale wiele innych organizacji pozarządowych, kiedy taki minister uzna, że zbiórkę może jedynie prowadzić…Caritas bądź inna, jedyna słuszna katolicka fundacja.

W tym kontekście jakby  zrozumialej się wkomponowują wypowiedziane jakiś czas temu słowa Jakiego: „Pieniądze ze zbiórki (WOŚP) idą też na organizację Przystanku Woodstock, gdzie promuje się politykę śmierci, m.in. aborcję dzieci chorych na Downa.”

Przypadek?

 

Reklamy

Pustka…

Dobrze jest zostać babcią…Dziadkiem zresztą też.

Dyżurnym tematem moich rozmów z PT są nasze dzieci. Nawet najkrótsza rozmowa kończy się zapytaniem i relacją co u nich.  Nic dziwnego, przyjaźnimy się od czasów, kiedy jeszcze nie było ich na  świecie, a że są mniej więcej w tym samym wieku, to i radości, problemy podobne ( syn PT jest starszy od Tuśki dwa lata, a po czterech latach w tym samym miesiącu urodził się Misiek a tydzień później na świat przyszła córcia PT). Cała czwórka skończyła to samo liceum, studia już każde wybrało inne. Dzieci PT za nauką wyższą wyjechały do innych miast.

Z całej czwórki tylko Tuśka założyła rodzinę, nad czym PT ubolewa, twierdząc, że przynajmniej na jej syna już czas. I pewnie nie martwiłaby się jego obecnym stanem singla, gdyby ten stan nie trwał już któryś z kolei rok, po rozstaniu z dziewczyną, którą kochał od liceum i wiązał z nią poważne plany. Gdyby po niej miał drugą, trzecią, czwartą, co spokojnie mogło się stać, gdyż powodzenie u płci przeciwnej ma ogromne. Córcia również rozstała się ze swoim chłopakiem, który obecnie zdążył się zaręczyć z inną. Również nie narzeka na brak adoratorów, ale poważnego na horyzoncie wciąż brak. PT jak to matka, chciałaby, żeby jej dziecka miały już ustabilizowane życie rodzinne- przynajmniej kochającego partnera u boku.

Niedawno jak rozmawiałyśmy, to powiedziała mi, że do jej koleżanki przyszedł chłopak córki i zapytał się o zgodę na oświadczyny.  I wiesz, on- ten chłopak- jest w wieku naszych dzieci. Po czym usłyszałam, że może tak powinnam dać sygnał Miśkowi, że nie mam nic przeciwko, a wręcz odwrotnie. Bo wiesz, peroruje dalej, przegapi czas, a nie ma na co czekać…w ich wieku rówieśnicy już się deklarują.  I namieszała mi w głowie, bo ja nie mam w zwyczaju mieszać się do związków swych dzieci. Każdą decyzję przyjmuję i akceptuję, bo to ich życie nie moje. Z drugiej strony…To właśnie  m.in przez brak deklaracji ze strony Miśka, rozpadł się jego prawie pięcioletni związek. I choć w jego wieku OM był już żonaty i na świat przyszła Tuśka, to nie widzę potrzeby „poganiania” do ożenku…własnego syna.

 

Trend jest taki, że coraz później ludzie łączą się w pary, zawierają związek małżeński, decydują się na dzieci. Statystyki potwierdzają, że maleje przyrost pierwszych dzieci, za to nastąpił wzrost kolejnych w rodzinie. Być może to efekt 500plus, ale myślę sobie, że w dłuższej perspektywie wcale nie jest dobrze, jak dziecko jest jedynakiem, dlatego rodzice często decydują się na drugie i kolejne. Nic nie mam przeciwko jedynakom, sama nie mam rodzeństwa i przyjaźnie się od dziecka z dwiema takimi co również go nie mają. Jednak uważam, że w rodzinie jest siła, a los potrafi nieźle w naszym życiu namieszać.

Weźmy takiego singla, obojętnie jakiej płci, któremu nawet się dobrze wiedzie zawodowo, prywatnie ma przyjaciół, a rodzinnie tylko rodziców. Lata mijają, rodzice odchodzą za wcześnie i taki ktoś nagle zostaje sam. Z dalszą rodziną wcześniej też nie miał kontaktu, więc tym dotkliwiej odczuwa pustkę emocjonalną. I nie chodzi o to, by na siłę łączyć się w pary, płodzić dzieci, żeby uciec przed samotnością. Tylko żeby nie przegapić, nie żałować potem, nie patrzeć z zazdrością na pary i na cudze dzieci.

Oczywiście  singlem też fajnie jest być, można realizować się poprzez swoje pasje, rozwijać się zawodowo, podróżować, żyć po swojemu bez większych kompromisów.  Tylko prawda jest taka, że fajnie, jeśli naprawdę tego oczekujemy od życia, a nie akceptujemy to, co „zgotował” dla nas los. Bo potem dopada pustka…

 

W niedzielę obejrzałam ( w ramach resocjalizacji i powrotu na jasną stronę mocy ;))  bardzo wzruszający film familijny „Był sobie pies”, w którym pokazany jest sens życia według psa i pada tam znamienne zdanie, że żaden pies, żaden człowiek nie powinien być sam. Film polecam przede wszystkim  małych widzom, bo pokazuje różne strony odpowiedzialności za zwierzaka. Ostrzegam, że można się spłakać, ale uśmiechnąć również i to bardzo!

Słowo, słowa…

Każdy ma prawo do obrony własnego dobrego imienia. Bezsprzecznie.

Czasem jednak w tej obronie im głąbiej w las tym gęściej zaplątanych słów. Niezrozumiałych.  Odebranych niezgodnie z intencją.

Mądry powinien wiedzieć, kiedy trzeba odpuścić i przestać na siłę udowadniać, że nie jest się wielbłądem. Bo czasami w tym udowadnianiu wyjdzie, że jest, i to z czterema garbami.

Chyba każdy z nas zetknął się z tym, że jego własne słowa były opacznie zrozumiane, źle zinterpretowane, wzięte bezpośrednio do siebie, i im dłużej się z nich człowiek tłumaczył, tym większy rósł mur, bo tak naprawdę to nie było  dobrej woli zrozumienia.

Nie wiem, czy jestem mądra, ale odpuszczam…nawet jak się we mnie wszystko gotuje. Jeśli widzę, że nie ma chęci zrozumienia, że napotykam na…beton. Beton bywa dwojaki: niemyślący, zwyczajnie głupi, i inteligentny, który manipuluje i kalkuluje pod siebie. Oba jednak mają wspólną cechę: poczucie bycia ofiarą w sporze.

 

W przestrzeni publicznej mamy nieustającą burzę, a im więcej wypowiadanych słów, tym więcej grzmotów i błyskawic. Wywołana przez ustawę o IPN, podtrzymywana wypowiadanymi słowami przez polityków z rządu. Mimo dobrych intencji, zamiast łagodzić kryzys, to wciąż go się roznieca, kolejnymi niefortunnymi słowami. Nie wiem, czy to brak wrażliwości, czy też nieznajomość historii, a raczej traktowania jej wybiórczo. Interpretacji  słowa holokaust.

Na czele rządu stoi człowiek wykształcony, historyk, który twierdzi, że w 1968 roku nie było Polski i całe zło Żydom wyrządzili komuniści nie Polska. Taki przekaz poszedł w świat. Trudno się dziwić, że kolejne jego słowa- odnośnie do holokaustu- wywołują napięcie w relacjach polsko-żydowskich.

Idąc tym torem, to Polska jest dopiero od 1989 roku, a niepodległość odzyskała w 2015. Absurd goni absurd. A wszystko to w obronie dobrego imienia naszego kraju.

 

***

Pierwsze zęby  za płoty- dorośleje nam chłopak 🙂 Wczoraj przysłał mi zdjęcia na WA ze szczerbatym uśmiechem 😀 Ma swój telefon, bo bywa tak, że na chwilę zostaje sam- często rano, jak jeszcze śpi, a Tuśka wyskakuje do pracy. Dzwoni wtedy, że już się obudził i wstał.  Wiem, że w dzisiejszych czasach to jest nie do pomyślenia, aby dziecko zostało samo bez opieki. Ale czy nie jest tak, że wychowujemy pokolenie niesamodzielnych, nieodpowiedzialnych dzieci?  Dzieci odprowadzane do szkoły, podwożone pod same drzwi, które potem nie potrafią zachować się na ulicy. Era dzieciaków z kluczem na szyi odeszła do lamusa. Mam tu na myśli tych w klasach 1-3.

 

 

Zapach przemijania…

Szare zimne dni mijają jeden za drugim. Każdy jak kalka, czasem tylko przesunięta, wiec zdarza się kleks- urozmaicenie. Każdego wieczoru przed zaśnięciem  robię plan na następny dzień, nie przejmując się tym, że i tak  niewiele z niego zrealizuję.  W tych planach jest sporo do zrobienia, jak na obecną rzeczywistość, i prawie nic na tę, która  minęła bezpowrotnie.  I nawet to „nic” jest trudne do osiągnięcia; dzień ucieka, przemija, zanim zdołam się zmobilizować. I zamiast planu A jest plan B- samorealizujące się NIC.

Coraz większe poczucie marnowania czasu jest deprymujące.  Gdzieś ulotnił  się optymizm, a radość schowała się pod kołdrę, spod której  trudno się wygrzebać, nie tylko jej.  Coraz trudniej jest wstać rano i pewnie przeciągnęłabym to w czasie, gdyby nie potrzeba skorzystania z łazienki. Automatycznie wrzucam coś do żołądka, żeby piguły miały podkład i znowu chowam się pod kołdrą. Czytam albo oglądam. Staram się już nie dosypiać – paradoksalnie, żeby nie marnować dnia. Wybór pada na mroczne klimaty i dochodzę do wniosku, że chyba coś ze mną nie tak, iż zamiast radosnych komedii, kolorowych obrazów oraz lekkiej  i przyjemnej literatury ja zagłębiam się kolejny raz w mroczne zakamarki duszy człowieka, zdolnego do okrucieństwa. Na ekranie szaro-czarno- biała zimna Norwegia, a na papierowych stronach Zapach (i Smak ) Suszy– samobójstwo, pedofilia,  sutenerstwo, zamach…

 

Na szczęście jelitówka nie trwa wiecznie i Pańcio, który ma moc stawiania mnie do pionu jak nikt inny,  znowu przychodzi codziennie w pełni mnie mobilizując do typowych zajęć przedszkolaka 🙂 Dziwię się, że mnie nic nie bierze, oprócz pokasływania i kichania trzymam się dzielnie. Inne dolegliwości  jakby wpisane już na stałe, więc nie poświęcam im uwagi. Fakt, że z obawy  przed załapaniem choróbska, nie bywam nigdzie, unikając skupisk ludzkich jak zarazy, poza wyjątkiem  wspólnego wypadu z Pańciem i zaprzyjaźnionymi dziećmi wraz z ich opiekunkami do kina. W końcu ile można siedzieć w domu, grać w różne gry, pisać i rysować.  Zimy białej jak nie było, tak nie ma i dzieci, zamiast w ferie szaleć na sankach, zbijają bąki w domu. Taki klimat. I taki czas, że nie możemy rzucić wszystko i wyruszyć tam, gdzie śniegu pod dostatkiem. No to wyruszyliśmy do ŚM, coby zażyć trochę rozrywki i nawet nam słońce przyświecało, termometr skoczył na plus osiem i zrobiło się jakoś tak…weselej 😀

 

Coś mnie tknęło  i w walentynkowy wieczór wybrałam się na zakupy…on-line. Korzystając  z rabatów kupiłam…spodnie i bluzę dla Pańcia, a sobie…pięć książek, załatwiając transakcję dziesięć minut przed północą, ciesząc się, że udało mi się skorzystać z walentynkowej promocji :)))

Dobrego weekendu! 🙂

 

 

 

 

Miłość do…

Ludzie najczęściej łączą się w pary z powodu miłości. Do siebie. I trwają w swych związkach (nie)wiernie  również z jej powodu. Choć zapewne nie tylko, bo równie silnie scementować związek może nie tylko miłość. Tylko czy bycie razem, życie we dwoje ma sens bez odwzajemnionej miłości? Albo bez miłości w ogóle?

Naprawdę uważam, że życie to rzecz dla dwojga, że potrzeba miłości jest tak samo naturalna jak konieczność oddychania. 

Ale! Czy za wszelką cenę warto iść przez życie we dwoje? Oczywiście, że ta cena, dla każdego ma inną wartość, że w imię miłości, a raczej strachu przed samotnością, układaniem sobie życia na nowo, można mniej lub więcej poświęcić, zaakceptować, znieść. Wypracować kompromis, po to tylko, aby życie pozornie nie uległo zmianie.

Trudno jest ocenić obiektywnie czyjś związek, czyjeś życie, motywy postępowania. W sumie powiedzenie jak sobie pościelisz tak się wyśpisz ma sens, a innym nic do tego.

Tyle że…

Na wsi jesteś na świeczniku, czy chcesz czy nie. Och, owszem, są tacy, o których się nie mówi wcale bądź rzadko,  bo nie zagląda im setka par oczu pod kołdrę, no, chyba że są to oczy najbliższych sąsiadów. Gdyby tak popełnili jakiś mord, to pewnie pozostali pluliby sobie w brodę, że się wcześniej nie zainteresowali i nie są w centrum sensacji, pierwszym źródłem informacji.

Na wsi  nic się nie ukryje- no prawie nic- prędzej czy później i tak wszyscy wiedzą. Najczęściej więcej i lepiej.

Również w tym przypadku wszyscy wiedzą, że On zdradza Ją- kiedy, gdzie i  z kim.  Sama zdradzana też wie i nic z tym nie robi, choć trwa to już kilka lat. Co  ją trzyma przy niewiernym partnerze, z którym nie ma ślubu ani dzieci?  Miłość? Przyzwyczajenie kilkunastoletniego związku? A może status? Pieniądze? Wygodne życie na wysokim poziomie?

Kiedy się z nim związała był wdowcem z dwójką dzieci, które po śmierci matki wychowywali byli teściowie.  W trakcie rozwijania prężnej  firmy, przynoszącej duże dochody.  Ona nic nie miała, oprócz swej młodości i urody.  Po jakimś czasie zatrudnił ją u siebie, a raczej  otworzył kolejną firmę-córkę- na jej nazwisko. Pewnie to ich połączyło skuteczniej niż zawarcie małżeństwa. Biznes, układy, drobne machlojki, tajemnice…Ot, życie.

Zdradza ją z rozwódką starszą od niej o kilka lat.  Nie kryjąc się z tym za bardzo: wiedzą o tym dorosłe dzieci obojga kochanków. Panie dość często  widują się na naturalnym gruncie, choć gdyby tylko chciała, uniknęłaby większości  spotkań, ale być może sprawia jej satysfakcję, że to Ona wciąż go posiada ( wszak wraca do domu)  a nie tamta, więc  z podniesioną głową, z fryzurą jakby dopiero co wyszła od stylistki, modnie ubrana, z szerokim uśmiechem  przyklejonym do twarzy wysiada z wypasionego suva i wchodzi w „paszę lwa”.  Od czasu do czasu  przejdzie się w miejscu publicznym pod rękę z niemężem, żeby zamknąć usta tym, którzy na ich związku postawili już krzyżyk.

A gawiedź ma temat do gadania 😉 Wszak miłość jest ślepa, ale czy aż tak? I czy to wciąż jest miłość do niego czy raczej do czegoś?

*

Święto miłości, świętować czy nie?  Jasne, że to dzień mocno skomercjalizowany, co drażni wielu- bo miłość od święta, na pokaz, bo zapożyczone i takie tam. Nie muszę świętować, żeby się w tym dniu uśmiechać, bo to radosny dzień. Zamiast krytykować, kup sobie lizaka w kształcie serca i uśmiechnij się 😉

Dużo miłości dla Was!

Moja PT z zawodu terapeutka ciągle powtarza, że parom teraz nie chce się odbudowywać związków, pracować nad relacjami. Dziś dużo łatwiej jest odejść, jak coś  nie pasuje, uwiera, a nie daj buk, jak pojawi się fascynacja kimś innym. Tyle że nie ma gwarancji, że ten drugi/druga spełni nasze oczekiwania, dlatego warto popełnić wysiłek i zamiast od razu przekreślać, wyrzucać z życia, to odkurzyć, przypomnieć sobie wszystko to, co kiedyś nas w partnerze/partnerce pociągało…Zastanowić się, czy aż tak bardzo się zmieniliśmy, że już nie potrafimy żyć ze sobą, czy raczej tylko na chwilę oddaliliśmy się od siebie…

 

27971630_1692320267503221_5013981301557305067_n

 

Pamiętacie tę pierwszą, najpierwszą?

Jak byłam na uroczystościach z okazji Dnia Babci i Dziadka w przedszkolu, to pani Przedszkolanka powiedziała,  że w grupie jest para  wierna sobie już trzeci rok :))) Ja w tym wieku ( przedszkolnym)  miałam już przygodę…łóżkową 😀  Wpakowałam się do łóżka kumplowi ( mieszkał w tym samym domu, dzielił nas tylko korytarz, więc mogłam wpadać do niego zaraz po przebudzeniu się; razem chodziliśmy do przedszkola, a nasze mamy się przyjaźniły i pracowały razem), a na sugestię jego mamy, że to nie wypada, odparłam, że mama  z tatą mogą to ja też;p Aczkolwiek chyba bardziej go traktowałam jako starszego o rok brata niż kandydata na męża.;) W każdym razie miłość do płci przeciwnej pojawia się dość wcześnie, ale powiem Wam, że ostatnio mnie zatkało, jak dowiedziałam się, że chłopak zrezygnował z treningów piłki nożnej z powodu…dziewczyny. I może nie byłoby to tak dziwne, ale chłopak ma niecałe 9 lat 😀

 

 

 

 

Kurza twarz!

Że pech to stadami nawiedza człowieka, to już dawno udowodnione. Nie ma lekko, jak już się pojawi, to tylko oczekiwać na całą serię pechowych wydarzeń.

Dwa inkubatory pełne jajcuf, z których  wypluły się ( jakby powiedział  mały Misiek)  tylko 20 ptaszyskuf, z tego 5 od razu straciło życie, bo zachciało im się nurkowania- kura pływać nie umie, to i ginie marnie! Normalnie żałoba zagrodowa jak nic! Przez tę okoliczność zostały chyłkiem wyniesione- żeby nie powiedzieć ukradzione w biały dzień- jajka z mego domu, przeznaczone na cele konsumpcyjne. WSZYSTKIE CO DO JEDNEGO! Nie trzeba było detektywa, żeby stwierdzić kto był tym cichym kradziejem. Zlokalizowanie winowajcy i zmuszenie go do przyznania się do winy, nic mi nie dało, bo potrzebowałam jajka już natychmiast. Nie dla się, lecz dla Pańcia, który jest niejadkiem i wiedziałam, że kotlecik musi być w panierce, bo innego nie tknie. Do kopytek i kalafiorka, którego  nie zjadłby bez kotlecika, bo kopytka to akurat lubi bardzo.  Potrzeba jest matką wynalazków, więc weszłam w internety  i znalazłam przepis na chrupiącą panierkę bez jajka. Wyszło smacznie i zostało spałaszowane!

Całkiem nowy czajnik elektryczny z dość wysokiej półki, wziął i się zbuntował. Czekam aż mu ten bunt przejdzie ;p Bo dlaczego nie?

W ramach uprawiania sportów zimowych- ruch to zdrowie- pojechaliśmy z Pańciem do szkolnej sali gimnastycznej na turniej  piłki nożnej, żeby pokibicować M. i jego drużynie. M. to troszkę starszy kolega i synek LP.  Sam Pańcio trenuje taekwondo. Po żywiołowym kibicowaniu-  kawa i serniczek u LP w szerszym gronie, dla uzupełnienia spalonych kalorii 🙂  Od LP pojechaliśmy do domu po plecaczek Pańcia i zawiozłam go do drugich dziadków, bo Starsze Dziecka się weselą w DM i podzieliliśmy się opieką. Pańcio nie był w piątek w przedszkolu i nocował u nas. Graliśmy, rysowaliśmy, pisaliśmy, oglądaliśmy i dużo się śmialiśmy :)))  W sumie to przez chwilę nawet  żałowałam, że  nie ma śniegu,  bo choć pewnie nie miałabym siły ciągnąć sanek z Pańciem, to  sama  chętnie zjechałabym z jakieś górki na pazurki 😉

*

Pewnie za dużo wymagam niewiadomoczego, ale czy naprawdę to jest taki ogromny wysiłek umysłowy, żeby pewne absurdy wyeliminować  z naszego życia, które nigdy nie było łatwe w tej naszej krajowej rzeczywistości, a już życie pacjenta- jakiegokolwiek- to jak orka na ugorze, walka z wiatrakami i takie tam…

Wiadomo jest, że na zabiegi rehabilitacyjne refundowane przez NFZ czeka się miesiącami, zaś te prywatne dostępne są praktycznie od zaraz. Jak komuś bardzo zależy i uciuła odpowiednie pieniądze, to niewątpliwie skorzysta z opcji prywatnej. I tu  dochodzimy do absurdalnego przepisu,  a mianowicie, iż nie skorzystamy z zabiegów płatnych, jeśli skierowanie wystawił nam lekarz przyjmujący nas na NFZ. Skierowanie MUSI być od specjalisty z gabinetu prywatnego. Czyli musimy ponieść dodatkowe koszty takiej wizyty. Dlaczego? NFZ to tłumaczy tym, że na skierowanie z powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego pacjent powinien takie świadczenie otrzymać bezpłatnie, a jeśli rehabilitacja ma się odbyć poza systemem, to i kierować pacjenta powinien lekarz spoza niego. Taa…logiczne, prawda?

 

Ostatnio mam wrażenie, że ci, co narzekają na nasz kraj, że zmierza w kierunku przeciwnym niż zachód, mylą się okrutnie, bo my nie tylko jesteśmy zachodem, ale nawet taką Hameryką. Wszak tylko w Hameryce ludzie robią takie spektakularne kariery „od pucybuta po milionera”, a tu proszę: wójt gminy Pcim z zarzutami prokuratorskimi, gdy tylko jego partia dorwała się do władzy, czyli w 2015 roku, został prezesem ARiMR,  po roku prezesem  Energii S.A, a w tym miesiącu prezesem PKN Orlen.  Tylko w kraju nad Wisłą jest to możliwe 😉 A ja swojego czasu, grożąc rozwodem,  zabroniłam OM startowania na wójta 😉 Kurza twarz, no!

A tak  całkiem  a propos: widzieliście kwoty premii dla rządu za rok 2017? Widełki dla każdego to 65-82 tysiące złotych. I w sumie nie zdziwiłoby mnie to nic a nic, bo jak władza przy korycie to się sama nagradza, nawet taka, która obiecywała uczciwe rządzenie, pokorę i takie tam…to zastanawia mnie, dlaczego tylko jedna osoba dostała 82 tys. i jest to były minister MSWiA a obecny MON. Czym sobie p. Błaszczak zasłużył???

 

 

Zdefektowani…

Jak się zaczyna coś psuć to po całej linii.

Najpierw posłuszeństwa odmówił laptop- nie pierwszy raz. Tym razem jednak wydawało mi się, że uczyniłam wszystko, żeby go wskrzesić, więc z żalem, acz  spokojnie przyjęłam do wiadomości, że jeśli chcę odzyskać zdjęcia, to muszę udać się do fachowców. A chcę! Z innego powodu  już  bym go w ogóle nie naprawiała, bo sprzęt archaiczny i po przejściach. Fakt, już dawno powinnam kupić dysk zewnętrzny (Misiek za każdym razem mi to mówi), nie wiem na co czekam. To znaczy wiem-  czekam, aż Misiek upora się z sesją i będzie miał czas przygotować swojego laptopa dla mnie. Już miałam wszem  wobec ogłosić śmierć sprzętu, kiedy jeszcze raz sprawdziłam co mogłam i…udało się go uruchomić. Syn i tak uważa, że laptop działa ostatkiem sił, więc to kwestia czasu. Powinnam już zacząć robić porządek w zdjęciach, by wszystkiego jak leci nie przenosić.

W solidarności do dużego odmówił posłuszeństwa Maluch. Po włączeniu co chwilę gasł, aż wyłączył się i wszelkie próby uruchomienia go na nowo spełzły na niczym. Czym mnie totalnie zaskoczył, bo sprzęt niestary, mało używany, choć już robił mi różne psikusy, to się szybko rehabilitował i działał. Nie przepadam za nim, bo to „ni pies ni wydra”, z ekranem dotykowym z możliwością używania ekranu jako tabletu, przez co czasami się zawieszał. W sumie najczęściej używany na wyjazdach, po pierwszej fazie zachwytu, że podręczny i mogę  wszędzie być mobilna, przy większym ekranie niż ajfon. Szybko mi przeszło, wróciłam do starego nawyku, że laptop mam w sypialni i jak już go włączę, to potem długo chodzi na uśpieniu, a ja w wolnych chwilach zaglądam jak mam ochotę, czas,  bądź coś potrzebuję- samo wdrapanie się na górę często ogranicza tę działalność, a ja przynajmniej mam złudzenie, że nie jestem uzależniona od sieci ;p

W sieci zaś zbuntowała się dotychczasowa przeglądarka i choć wpuszcza mnie do  blogowego kokpitu, to za wiele już nie mogę zrobić:  wejść w komentarze czy napisać post. Ściągnęłam inną i problem rozwiązał się sam 🙂

Podsumowując: duży ledwo zipie, dysząc i nagrzewając się tak, że spokojnie mogłabym na klawiaturze  ogrzewać zziębnięte dłonie, jeśli takie bym miała  wpadła mi myśl, żeby położyć na niej  stopy, które często mam lodowate, a Maluch musi zostać oddany w ręce fachowców.

Wprawdzie psujący się sprzęt jest wyzwaniem, to jednak pikuś w porównaniu z psującym się żywym organizmem. Ale! Zadania wyznaczone, terminy ustalone, więc w miarę spokojnie można oddać się rozpuście i bez wyrzutów sumienia pochłonąć dziś kilka pączków! 🙂  I faworków  domowej roboty, na które mam zaproszenie i zaraz skwapliwie z niego  skorzystam! 🙂 Bo nie ma to jak obżerać się w dobrym towarzystwie przy filiżance kawy 🙂 Na przekór skrzeczącej rzeczywistości!

Ktoś już pobił rekord? Chwalić się! 😉

Ja pączkiem i kawą rozpoczęłam dzień! Że nie zdrowo? Niezdrowo to jest wszystkiego sobie odmawiać!;ppp

Osobiście najbardziej lubię pączki z nadzieniem z różanej konfitury polane lukrem, czyli klasyka.

W pamięci mam pączki robione przez moją Babcię, tę, która  nauczyła mnie robić pierogi 🙂 Już potem nigdy te domowe tak nie smakowały…

Smacznego dnia!