Na najwyższych obrotach…

W piątek kilka minut po godzinie siódmej obudziła mnie odprawiana msza święta, w radiu albo w telewizorze, więc nie mając ochoty uczestniczyć, włączyłam telewizor, a tam Sasin i Prezes perorowali (każdy z osobna i w innych mediach) o konstytucji, jaka jest ważna i na co pozwala a na co nie, a wszystko to po to, żeby dać legitymację pod wybory korespondencyjne. Powszechne. Wszak nasza Poczta Polska słynie w sprawnym i terminowym doręczaniu wszelkich przesyłek. A żeby tę sprawność jeszcze bardziej usprawnić, to p. Prezydentowa (tak, tak, mamy takową), pokazuje w mediach jak robić wyklejanki i namawia wszystkich, żeby robili kartki świąteczne i wysyłali- to w ramach treningu przedwyborczego dla poczty. Chyba. No ale tak na wszelki wypadek dotychczasowy prezes poczty został zastąpiony nowym- pewnie bardziej spolegliwym wobec władzy, tfu bardziej skutecznym i usłużnym społeczeństwu.

Zaczęłam snuć rozważania, komu i gdzie i kiedy zostanie doręczony mój pakiet wyborczy, czy popełnić przestępstwo i zaufać OM, że postawi krzyżyk na mnie za mnie w odpowiednim miejscu, gdy nagle z góry doszła mnie symfonia w wykonaniu wiertarki udarowej. To była moc! Przegoniła wszelkie myśli. Mądre, mniej mądre, głupie… Mijały godziny, a ona z krótkim przerwami dawała czadu! Ewakuowałam się do drugiego mieszkania, tam przynajmniej mogłam włączyć radio, bo symfonia choć trwała, to jednak nie miało się wrażenia, że jest się w samym środku orkiestry. Orkiestry, bo do wiertarki dołączył młot(ek). Myśleć i tak nie mogłam, to zajęłam ręce, bynajmniej nie wycinankami, ale sprzątając kuchnię. Na błysk. (Mela, bez umycia okna ;))

Wieczorem zaś, kiedy OM przez telefon oznajmił mi, że właściwie nie ma już sił na te wszystkie informacje politycznokoronawirusowe, więc włącza sobie jedynkę, o mały włos nie spadłam z kanapy, dławiąc się przy okazji kawałkiem czekolady. Zatkało mnie, i od razu galopująca myśl: jak mu teraz zaufać w sprawie wyborów? Jakichkolwiek! Po czym dociera do mnie strzępek zdania- wiesz, nawet w tej śniadaniówce… Mój mózg wypierając to, iż OM szukając ukojenia, nagle zapałał miłością do telewizji rządowej, zaczął pracować na najwyższych obrotach, więc wydukałam pytanie: ale jak to jedynkę? tam nie ma śniadaniówki! Chyba. No jedynkę… na pilocie… co my tam mamy…aaa tefałen  Ja pierniczę! Świat się kończy! OM ogląda „Dzień Dobry TVN.” 😀 A kwiatki niepodlane (albo przelane) padają ;p

W sobotę o 6.45 obudziło mnie odmawianie zdrowasiek. Na dwa głosy. Nie powiem, włączyłam się, bo co miałam robić. I to była dobra decyzja, bo podziałało jak liczenie baranów…zasnęłam ponownie i obudziłam się grubo po ósmej.

W dzień pojawił się dostawca z KFC w maseczce, rękawiczkach lateksowych, ale i tak rozpoznałam w nim Tatę. Pod wieczór Dziecka Młodsze przyniosły zakupy oraz maseczkę- a jakże by inaczej- w koty, i co pyszniejsze, to upieczony sernik przez Atę. I jak na sobotni wieczór przystało, spędziłam go rozrywkowo- koncert na żywo, miejsce w pierwszym rzędzie (półleżące, ale występ okrojonego zespołu Enej poderwał mnie do pionu i tańca), a bilety w cenie kilku wysłanych esemesów na szczytny cel. Były tłumy… co przełożyło się na pokaźną kwotę.

Wśród wielu nakazów i zakazów serwujących nam przez władzę, często nieprzemyślanych do końca, to zakaz chodzenia do lasu uważam za jeden z nich. Rozumiem intencję, nie mam też zamiaru łamać zakazu, ale mieszkańcy danej gminy czy powiatu powinni mieć taką możliwość, szczególnie że nie wiadomo jak długo #zostanwdomu będzie nas obowiązywać.

Uśmiechu dla Was 🙂

Wykluczeni cyfrowo…

Wciąż wiele osób żyje wyłącznie w świecie analogowym. Między nimi mój Tata. Żadnych smartfonów, komputerów, korzystania z tego wszystkiego, co oferuje świat online. Oczywiście, że posiada komputer w firmie, ale nie on go obsługuje. Mimo poczty mejlowej preferuje tę tradycyjną z potwierdzeniem. Bo pismo to pismo, nieważne, że napisane na komputerze, ale na kopercie jest stempel pocztowy. Również, jeśli chodzi o przelewy bankowe. Żadne tam online. (Jak Mam jeszcze żyła, to emerytury przynosił im listonosz, dopiero po jej śmierci, Tata założył sobie osobiste konto). Tyle że to nie on stoi w kolejce w banku, żeby nadać zlecenia przelewów, tylko pracownica biurowa. (Rachunki domowe, przejął Misiek i płaci wszystko internetowo). I w czasie zarazy, kiedy na dodatek nastała zima tej wiosny, trafiło na Miśka, gdyż obie pracujące dziewczyny w firmie, obecnie przebywają na opiece nad dziećmi. Stało to moje dziecię, które całe swoje życie obsługuje poprzez przesunięcie palcem po ekranie i klikaniem w odpowiednie aplikacje w długaśnej kolejce przed bankiem, w zalecanej odległości, w maseczce, w rękawiczkach pośród samych starszych osób, które to ani odległości, ani innych zaleceń niekoniecznie przestrzegali, za to prowadzili ożywiony dyskurs na temat, że o to nie korona na nich spadnie a przeziębienie i grypa, bo kto to widział, żeby ich tak trzymać w taką pogodę na zewnątrz, jak w banku jest ciepło i jest gdzie usiąść. Młodsze me dziecię, po tak traumatycznym doświadczeniu, bo ileż to czasu zmarnowanego w słocie i błocie, zadzwonił do dziadka i kategorycznym głosem, nastawiając się na długą batalię, oznajmił, że firma przechodzi na bankowość internetową, bo tak dłużej nie może być. Po czym usłyszał spokojny głos Dziadka, że zgoda, że on się na tym nie zna, więc teraz jak Misiek jest wspólnikiem, to niech on przejmie ten cały internet. Tak że tak…

Tata kazał mi szukać grzebienia, czym mnie zdumiał dokumentnie. Po pierwsze, jest łysy, a po drugie, do tej pory go w ogóle nie używał(??) Z tyłu głowy, nad uszami ma jakieś kudły i to nawet gęste i gdy odrosną po strzyżeniu, to użycie grzebienia byłoby nawet zasadne ;p Znając jednak jego podejście do własnego wyglądu, zapytałam się, do czego mu ten grzebień jest potrzebny (Tata to bardzo pomysłowy człowiek, Mam całe życie chowała przed nim różne przedmioty, bo wyobraźni nie starczało, do czego mogłyby zostać użyte), bo przecież nie do czesania włosów. Otóż postanowił sam się ostrzyc i chciał podejść do tego, jak profesjonalny fryzjer.

Na fb koleżanka objawiła się jako ta, co uważa, iż zaraźliwość, liczby zachorowań oraz zgonów to tylko manipulacje medialne, bo korona nie jest taka „zjadliwa” jak ją przedstawiają, więc te wszystkie obostrzenia są na wyrost, i oczywiście w jakimś celu.

Cierpliwości, spokoju i zdrowia dla WAS, również codziennej dawki uśmiechu, która tak bardzo jest potrzebna dla równowagi. Ja dziś rozmawiałam z ciocią K. to bardzo pozytywna osoba, i nawet jak człowiek się na coś wścieka to przy niej zawsze na wesoło.

Struktura dnia…

Mogłabym zamienić dzień z nocą. Tylko po co? Nie ulegam pokusie przesiadywania po nocy, żeby dokończyć kolejny rozdział czy obejrzeć następny odcinek… Przymknięcia oka na dłużej, kiedy jeszcze sen na powiekach nie zdążył się ulotnić. Dzięki pigułom mój rytm dnia niewiele się zmienił, one trzymają go w ścisłych ramach. Zmienił się tylko obraz w nich, bo przede wszystkim zabrakło żywego kontaktu. Z bliskimi. Ze znajomymi. Z obcymi. Właściwie od 8 dni jestem na kwarantannie. Choć przekraczam próg mieszkania, to ani razu nie opuściłam piętra…

Czas mi mija w miarę szybko… Na razie. Dawkuję sobie i „obowiązki” i przyjemności. Niewielki metraż mieszkania podzieliłam na kwatery i codziennie jedną sprzątałam- zajęło mi to 6 dni. (Do ogarnięcia mam jeszcze mieszkanie rodziców). Gotuję sobie. Pewnie przyjdzie taki moment, że będę musiała zamówić jedzenie, ale postanowiłam być kreatywna (tworzyć z tego, co akurat jest w lodówce), nad czym ubolewał OM, bo jak to zupa bez mięsa?? Uspokoiłam go, że dwa dni temu jadłam gulaszową z węgierskiej restauracji, przyniesioną przez Dziecka Młodsze, więc mam zbilansowane menu 😉 Musiałam kupić nową patelnię, co wywołało u mnie wyrzuty sumienia, bo uważam, że to nie jest czas obciążania kurierów niezbędnymi paczkami, ale naprawdę to co zastałam,  nie nadawało się do użytku. Moja Mam miała zawsze porządne garnki i patelnie (teflonowe, tytanowe, ceramiczne), ale dostały nóg, a dwie, jakie się ostały- średnia i mała- mają bardzo porysowaną powłokę i są ogólnie zdewastowane, że wolę nawet nie snuć rozważań do czego posłużyły Tacie. Być może przesadzam ze swoim podejściem, ale teraz zakupy przeniosły się do sieci, i nawet ci, co rzadko w ten sposób się zaopatrywali, to zmuszeni sytuacją, robią to. Dlatego czytanie też sobie dawkuję, żeby mi jak najdłużej starczyło książek, żeby nie zamawiać przed świętami, bo nawet w czasach bez zarazy, to najgorętszy okres dla dostawców.

Dużo rozmawiam przez telefon i najczęściej są to długie rozmowy, oprócz te z Tatą- za to  po kilka dziennie. Nieraz trwają pół minuty, bywa, że ciut dłużej, ale i tak jest mistrzem urywania w pół zdania. Jak również mistrzem dzwonienia w niefortunnych momentach, co zawsze irytowało Mam. Ale fakt, ma jakieś specyficzne wyczucie czasu ;p Rozmawiam z OM, który dawkuje mi, co się dzieje w firmie, ale słyszę, że jest zmęczony, bo pożary wybuchają co chwilę… No i jakby było mało, to lis się zakradł do kurnika…

Z Tuśką rozmawiamy dużo o jej pracy (o Najmłodszych również, ale wtedy mnie ściska gardło, a łzy same lecą), i jestem z niej dumna! Że ten roztrzepaniec potrafi być poukładaną, merytoryczną, pewną siebie szefową i jednocześnie pracownicą. Że nie przejmuje się, kiedy przewodniczący zarządu wydaje zalecenia jako swoje, które to ona sugerowała wcześniej, bo najważniejsze jest, że ma zgodę na ich wdrożenie. Atmosfera w biurze mimo specyficznej sytuacji nie jest ciężka, może dlatego, że największa żmija* jest na opiece na dziecko. I tu przy okazji dowiedziałam się, jak ta pomoc państwa wygląda w praktyce. Owszem, można złożyć do pracodawcy wniosek wydrukowany ze strony ZUS, ale on nie może złożyć go do ZUS-u, bo nie ma jeszcze odpowiedniego druku, gdyż na obowiązującym ze względu na opiekę, którą wystawiał do tej pory lekarz, nie można. Musi być inny, którego nie ma. A dlaczego inny? Bo okazuje się, że wypłata świadczenia, to nie jest 80% pensji każdego pracownika, tylko zupełnie inna, ujednolicona kwota. W ogóle to jest wiele takich kwiatków, jeśli chodzi o tę medialną najwięcej miliardów to w telewizji rządowej rzucają  pomoc dla przedsiębiorców i pracowników, ale chyba trzeba się cieszyć, że cokolwiek robią w tej kwestii. Że nie wystarczająco, to na pewno.

Wczoraj pochmurno i płatki śniegu wirujące na wietrze. Dziś słonecznie. Mam plan wyjścia najwcześniej w niedzielę, pospacerować po osiedlu- mają być już wiosenne, a nawet letnie temperatury.

Serdeczności dla Was 🙂

* wspominałam o gnieździe żmij TU

P.S Nie macie wrażenia, że mamy swoistą „powtórkę z rozrywki” z zeszłego roku w kwestii egzaminów ósmoklasistów i maturzystów? Czy się odbędą, a jeśli, to w jakiej formie. Współczuję młodzieży, rodzicom i nauczycielom. Ech…

Masz czas…

Nie pamiętam, kiedy ostatnio ucieszyłam się, że na przykład taki piątek nie jest czwartkiem, co trwało przez 2/3 dnia i nie od razu to do mnie dotarło. Już tydzień jak jestem osaczona różnymi dźwiękami i zapachami. Mam wrażenie, że w mieszkaniu razem ze mną zamieszkali: budowlaniec co to po kilka godzin wierci dziury, co najmniej z dwóch kucharzy konkurujących ze sobą, która to potrawa bardziej śmierdzi, matka z niemowlakiem, który płacze rano, w południe, po południu i wieczorem, oraz gruźlik. Gruźlik byłby podejrzany, gdyby nie fakt, że słyszałam go jeszcze przed epidemią, więc jest tylko przerażający, gdy tak nagle słyszę, że sobie mało płuc nie wypluje. Szczególnie nocną, kiedy już inne hałasy umilkną. Bywa, że staję z nim do konkurencji, kiedy to mnie dopada uporczywy kaszel, bardziej chyba alergiczny z powodu piguł niż infekcji. Pewnie też sieję postrach, bo przecież z mojego mieszkania dotąd dochodziła tylko cisza…

Zdaję Tuśce relację na WA, co już zrobiłam w mieszkaniu, i jakie plany na kolejny tydzień, a ona mi pisze: spokojnie masz czas… I obie się łapiemy, jak te dwa słowa zmieniły swoje znaczenie. Co tak naprawdę oznaczają. Jaki mają smutny wydźwięk. Tęsknię. Już dwa razy miałam kryzys. Mija w miarę szybko, bo jestem mistrzynią w rozganianiu czarnych chmur, ale to nie znaczy, że nie pojawi się kolejny raz. Rozmawiam z Pańciem przez telefon, Zońcię widzę na zdjęciach i filmikach. Jeszcze nigdy na tak długo się z nią nie rozstawałam. Tatę widziałam dwa razy z bezpiecznej odległości, Miśka trzy; za tym trzecim był z Atą, przynieśli razem kolejne zakupy. Wszystko w bezpiecznych odległościach i trwa tylko chwilę.

 

Po raz pierwszy od czasów komuny mam zamiar zbojkotować wybory i namawiać do tego wszystkich przyzwoitych ludzi. Dla mnie w ogóle rozmawianie o tym, jakby nie było ważniejszych naglących spraw, niekonstytucyjne zmienienie kodeksu wyborów pod osłoną nocy i płaszczykiem „tarczy antykryzysowej” jest moralnie obrzydliwe. Ludzie naprawdę mają na głowie ważniejsze sprawy, przeżywają tragedie, żyją w strachu, bo każdego dnia ubywa poczucie bezpieczeństwa, a przybywa niepewności nie tylko o własne zdrowie i bliskich- nawet niekoniecznie związane z koronawirusem- ale o swój byt, bo pomoc państwa to jakieś kuriozum, więc nie będą zaprzątać swoich myśli wyborami. Zresztą nie ma żadnej kampanii. Za to jest kneblowanie ust lekarzom, po to tylko, żeby fałszować rzeczywistość. Ten fałsz potrzebny jest po to, żeby statystyki zachorowań i zgonów za szybko nie rosły, bo Wuc sobie tego nie życzy, gdyż wybory muszą się odbyć.

Że władza jest cyniczna, to wiedziałam, ale nie przypuszczałam, że będzie szafować zdrowiem suwerena w czasach zarazy. Niech sobie ten PAD będzie tym długopisem jeszcze przez jakiś czas, ale niech przestaną uprawiać politykę na zdrowiu i życiu suwerena!

Wolno nie wolno…

Jak na razie czas wcale wolno mi nie płynie. Udzielam się towarzysko, prowadząc długaśne rozmowy telefoniczne, ale to akurat normalne, tyle że teraz one się kumulują. Wychodzę też z mieszkania. Dla zdrowia psychicznego i wywietrzenia tegoż… Zamykam drzwi, robię jeden krok i otwieram drugie drzwi. W drugim mieszkaniu jest przynajmniej balkon, tyle że cały oszklony. I widok na ruchliwą, a teraz spokojną ulicę. Stojąc tak przy oknie i patrząc na życie za szybą… przypomniało mi się, jak mała Tuśka, a potem Misiek, przyjeżdżając do Dziadków, wchodzili na łóżko stojące przy oknie w małym pokoju (kiedyś moim) i opierając się o parapet i, zafascynowani widokiem patrzyli na przejeżdżające tramwaje.

Rządzący w swoim przekazie co wolno a co nie, zapętlili się tak, że w sumie nie wiadomo jak się zachowywać. Wyjście na zewnątrz legalne ma być tylko w jakimś celu. Niby konkretnym, ale tak naprawdę wyjściem na spacer można obejść ten zakaz. Całą rodziną. I z psem. Podobno tylko kilometr od miejsca zamieszkania, no cóż… ja jestem 120 km, i teraz nie wiem, czy wyjściem na zewnątrz narażam się nie tylko na koronę, ale i na grzywnę. Ale tak serio, przecież policja nie jest w stanie sprawdzić, czy ktoś po ulicy szwenda się bez celu, czy z celem. Wystarczy mieć siatkę z zakupami jako kamuflaż. Tak naprawdę wszystko zależy od odpowiedzialności ludzi. I prawdomówności. Ale to i tak stwarza wrażenie iluzorycznego zakazu. Jak ten o kwarantannie powracających z zagranicy. Na mojej wsi ludzie pracują w Niemczech, Holandii, Anglii… znają się dobrze, z widzenia, ze słyszenia i widzą, że nikt z przybyszów tego nie przestrzega. Policja nie reaguje. Sanepid udziela wymijających odpowiedzi.

Potraktowałam własne dziecię jak zarazę. Kiedy zadzwonił domofonem, to od razu otworzyłam drzwi na oścież, tak żeby nie musiał dotykać klamek. Ewakuowałam się na kanapę w odległości kilku metrów od wejścia i kuchennych szafek. Misiek w rękawiczkach, w maseczce* wniósł zakupy, rozpakował z toreb, chwilę porozmawialiśmy i jak poszedł, to dopiero zamknęłam drzwi wejściowe. Zostałam uraczona worem marchwi, z którego syna wziął sobie tylko trzy, bo tyle potrzebował, ale żebym nie została królikiem, to dorzucił sokowirówkę, humus, a do tego jeszcze seler naciowy. Nic z tych rzeczy nie było na mojej liście, którą tworzyłam w pocie czoła, jakby to było maturalne wypracowanie. I oczywiście jak już ją wysłałam, to jeszcze dwa razy poszła korekta.

91277122_780283682500865_8174799369749397504_n

na zdrowie! 🙂

*Dziecka Młodsze mają koleżankę, która szyje maseczki. Wiadomo, że nieprofesjonalne bez filtra, ale zawsze to coś. Udało im się kilka dostać i zamówić kolejne. Ata chciała mi oddać swoją, ale zaprotestowałam, bo ja mam jedną, a nie wychodzę, więc mogę poczekać. Ważniejsi są oni i Tata.

 

Zaobserwowane…

Przez całą jazdę do DM słońce mocno ogrzewało moją twarz, wydawałoby się, że na zewnątrz jest ciepły wiosenny dzień, a nie zimowa temperatura. Wiosna już mocno zaakcentowała swoje przybycie żółcią, różem i zielenią na krzewach i drzewach. Świat nie znieruchomiał, ruch większy niż w niedzielę dwa tygodnie temu. W każdej mijanej miejscowości na ulicy, skwerze, placu widziałam grupki młody ludzi. Młoda dziewczyna, którą proszę o niezamykanie drzwi wejściowych do bloku za sobą tylko podparcie przytrzymywaczem, śmieje się w głos, słysząc jak PT mówi, że absolutnie nie jedziemy windą z tymi moimi tobołami. To tylko 2 piętro, w sumie jak trzecie, bo parter wysoki 17 schodów, ale dałyśmy radę, bo Misiek zadzwonił, że już podjeżdża (wracał od dziadka z rancza, zawożąc mu obiad) w momencie, gdy już byłam na górze, a PT zeszła na dół, żeby odjechać do siebie. Przyjechała, żeby dać mi maseczkę, bo się martwiła, że muszę iść do szpitala.

Dopiero w poniedziałkowy poranek widać, że ruch dużo mniejszy, niż w każdy powszechny dzień, acz pod szpitalem nie ma gdzie zaparkować, więc robię to w odległym miejscu. Można wejść tylko przez jedną bramę; pan w ochronnym ubraniu, maseczce i goglach pyta się mnie, gdzie idę i w jakim celu, oraz mierzy temperaturę. Nie mogę iść drogą zaraz w lewo za portiernią, tylko muszę obejść drugi budynek, bo przejście jest zastawione barakiem, w którym znajduje się punkt medyczny. Tymczasowy. Przed wejściem na izbę nowe oznakowania, więc się stosuję-  najpierw wywiad przy okienku, gdzie do tej pory siedziała tylko pani portierka, teraz młoda pielęgniarka przeprowadza wywiad: jak się czuję, czy nie byłam za granicą, czy nie miałam kontaktu z kimś, kto dopiero wrócił, ma kwarantannę albo koronawirusa…

Na izbie około 15 pacjentek, pielęgniarki i lekarka w maseczkach i rękawiczkach. Na ścianach zamontowane dozowniki ze środkiem odkażającym. Oprócz moich koleżanek z programu (trzech), są kobiety w ciąży (przyjmowane w innym gabinecie, ale to wciąż ten sam korytarz), pacjentka, która musi mieć operację ratującą życie (planowane są odwołane, bądź przełożone), oraz pacjentki na chemię dożylną, w tym młoda kobieta, która przyszła pierwszy raz, więc zapytała się mnie, jakie panują tu procedury przyjęcia. Porozmawiałyśmy. Dobrze wiem, jak to jest mieć ledwo skończone trzydzieści lat i dowiedzieć się, że ma się raka. Dziewczyna o rok młodsza od mojej Tuśki… Ta rozmowa była jej bardzo potrzebna, bo na koniec mi powiedziała, że jest już spokojniejsza, i podziękowała. Przez obecną rzeczywistość sytuacja jest trudniejsza, jakby samo leczenie onkologiczne było niewystarczająco trudne. Ograniczenia (mąż nie mógł jej towarzyszyć, bo osoby towarzyszące nie są wpuszczane, ale nie odjechał do domu, tylko czekał w aucie pod szpitalem, dopóki nie znajdzie się na oddziale), niepewność, zachwiane poczucie bezpieczeństwa potęgują lęk przed czymś zupełnie nieznanym, jakim jest leczenie chemioterapią. Często w tych pierwszych momentach pacjenci czują bezradność…

Na oddziale personel pracuje w trybie tygodniowym, podzielony na zespoły, w zmniejszonym składzie. Widać powagę sytuacji, ale jest spokój i uśmiech. Na nikim już nie robi wrażenia, że na jednej z sali i toalecie naklejone są duże żółto-czarne informacje o reżimie sanitarnym. To tylko bakteria, nie korona. Spędziłam w szpitalu cztery godziny. Nie pogardziłam nawet szpitalną zupą- z nazwy żurek, a smak nieodgadniony. Wyszłam na słoneczną ulicę z ulgą, niosąc w torbie zapas piguł na 8 tygodni. Podjechałam jeszcze po jedzenie na wynos, bez wysiadania z auta. Zaparkowałam auto pod blokiem, tak że widzę go z okna. Całą noc Ceśka stała przed wjazdem do garażu, przy samym chodniku głównej ulicy… otwarta. Na szczęście nie na oścież ;D

Zaległam pod kocykiem, nie ulegając pokusie wejścia od razu pod kołdrę. Trzeba trzymać fason. Szpilek wprawdzie nie mam, a sukienkę najpierw włożyłam do walizki, a potem z powrotem powiesiłam w szafie. Żartowałyśmy z dziewczynami, że trzeba się malować, żeby w razie czego wyglądać na młodszą. W mojej kosmetyczce mam tylko… puder, starszy niż niejedna pudernica. Tak że tak…

 

 

 

Czas decyzji…

Nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu tak się miotałam z podjęciem decyzji. Nawet wyprowadzka z dużego miasta na nieznaną mi wieś i to na stałe, nie budziła we mnie tyle emocji, co teraz być albo nie być zostać czy nie zostać w miejskiej dżungli, pozbawić się kontaktu z naturą nieskażoną wirusem czy to w pobliskim lesie, czy na własnym tarasie i, zamknąć się na niecałych 30. metrach kwadratowych z ewentualną możliwością wyjścia do drugiego mieszkania, jeżeli akurat nie będzie przebywał tam Tata. (Nie będzie, nawet mogę zastawić autem wjazd do garażu, przynajmniej tak deklaruje na obecną chwilę). Czas decyzji kurczył się, a ja nie potrafiłam podjąć decyzji. Zadzwoniłam do szpitala, licząc po cichu, że jak się przyznam, że mam na tydzień zapas piguł, to może niekoniecznie będę musiała już w ten poniedziałek przyjeżdżać, więc widmo decyzji się odwlecze. Wiem, głupie to… Mam być w terminie, jak najwcześniej z rana, i jak przejdę badania, to dostanę piguły na dwa miesiące. Na teren szpitala wpuszczą mnie, jak nie będę miała temperatury i nie będę kaszleć. Może się uda, bo akurat kaszlę, i jest to kaszel duszący.

Nikt nie mówi mi co mam zrobić. Każdy deklaruje swoją pomoc, przerzucając się pomysłami. Najbardziej ubawił mnie ten, że abym nie czuła się zbyt odizolowana, to Aliś będzie przychodziła pod blok śpiewać serenady  i będziemy rozmawiać przez otwarte okno. Podejrzewam, że wszystkie wrony czy inne kruki na osiedlu miałyby niezły ubaw ;p Misiek mnie zapewnia, że wszystko, co będzie mi potrzebne, to załatwi. Jeszcze rok temu w mieszkaniu były zapasy środków higienicznych przynajmniej na pół roku, a w drugim również sporo sypkich produktów, przypraw… Dziś nie wiem, co zostało, co Tata wywiózł na ranczo… Na pewno wezmę ze sobą całe opakowanie papieru toaletowego i jedną butlę domestosu (tak, mam zamiar wysprzątać oba mieszkania), bo wiem, że w kawalerce są już na wyczerpaniu. Tak jak ja, od tego myślenia, co mam zabrać ze sobą. Bo w piątek po kilku wyczerpujących emocjonalnie rozmowach telefonicznych z Bliskimi, podjęłam decyzję, przypieczętując ją listą zakupów na wyjazd. Mam nadzieję, że moją decyzją zwiększę sobie szanse na dalszą walkę z własnym wewnętrznym wrogiem- tu, choć nie mam szansy na zwycięskie fanfary, to jednak wciąż wygrywając poszczególne bitwy, skutecznie odwlekam sromotny koniec. Z koronawirusem jestem bez szans. Nie ma też szansy, żeby to OM odizolował się od domu, więc to ja go muszę opuścić. Ale! To nie jest wygnanie. Zawsze, w każdym momencie będę mogła wrócić, i toteż będzie moja decyzja. Chyba. Bo nie wiadomo jak się rozwinie sytuacja.

aaa spirytus też wezmę!

Wiosna przyszła, nie zważając na nic, i choć nie możemy się nią w pełni cieszyć, to postarajmy się jak najczęściej uśmiechać 🙂

Dobrego czasu dla Was w ten niedobry czas!