Żywotność…

Pogoda taka, że wysysa z człowieka tę krztę energii, która mu pozostała. W domu przyjemnie i chłodno, za co przyjdzie kiedyś zapłacić, ale cóż… komfort kosztuje. Dzięki temu nie padam wieczorem jak kawka, śpię też dobrze. Ale! To już nie te czasy, kiedy byłam stuprocentową sową. Bycie skowronkiem mi nie grozi, chyba że w innym życiu, bo coraz bardziej czuję się jak ta… gęś ;p

Biorąc pod uwagę, że każdy mój wysiłek jest okupiony padnięciem (na kanapę tudzież na cokolwiek, na czym można posadzić tyłek), to tylko gęgania brakuje i autoportret jak nic 😉

W sobotni wieczór udzieliła mi się radość kibiców, która była nieproporcjonalna- ale za to fantastyczna i zarażająca- do wyniku jaki nasi „orły” uzyskali na hiszpańskiej ziemi. OM poszedł mecz oglądać do kumpla, Tuśka spędzała miły wieczór u się z dawną koleżanką z dzieciństwa mieszkającą obecnie od kilku lat w Barcelonie (córka Bliskich z Kanady), więc klimat dziewczyny miały odpowiedni, choć raczej dużo wspominały, nie przejmując się polsko-hiszpańskimi rozgrywkami, bo niejedne wakacje, czasem bardzo długie i to po obu stronach oceanu spędziły razem. Ja miałam zamiar poczytać, a mecz miał lecieć w tle…Ale! Znajoma, wysyłając mi swój zestaw kibica, spowodowała u mnie zazdrość, więc zeszłam do sklepu skompletować własny. Kiedy wróciłam, było już jeden do zera. Noooszzzz! Siedziałam w stuporze, zastanawiając się, czy warto otwierać to bezalkoholowe piwo i prażynki, bo co tu świętować?? Otworzyłam. Piwo jest moczopędne, więc kiedy byłam w toalecie, padł kolejny gol. Remis. Potem zobaczyłam niestrzelonego karnego. Kiedy znowu zachciało mi się do łazienki, to bałam się ruszyć, bo z rachunku prawdopodobieństwa wychodziło mi, że będzie kolejny gol, niestety dla przeciwników. A potem to już czasu zabraknie. Siedząc karnie do końca meczu i niekoniecznie śledząc uważnie (szukałam torebki w necie) tak się oto przyczyniłam do sukcesu białoczerwonych i radości rodaków 😀

Zamiast żywej gęsi łabędzie z małymi z czarującego ogrodu…

I z własnego podwórka…

Biała też już kwitnie…

Ale bardziej cieszy kwitnąca cukinia… mniam…

Niestety piękna tawułka mi uschła z nieznanych przyczyn. I ogólnie kondycja kilku krzaczków jest wątpliwa. Tak jak moich włosów, które nie chcą przestać wypadać w ilości zatrważającej. Skłaniam się, że przyczyną jest anemia, piguły, ale LP również boryka się z nadmiernym wypadaniem, twierdząc, że to po covidzie. Była u lekarki- trycholog, która potwierdziła, że ma dużo pacjentek, którym po przechorowaniu zaczęły wypadać włosy i to nawet po 2-5 miesiącach od zachorowania.

Nieoczywista strata…

Nie pamiętam, kiedy i co mną powodowało, że założyłam konto na Instagramie. Zahasłowane rzecz jasna, hasłem, którego nie pamiętam, co też jest rzeczą oczywistą. Założyłam i tyle mnie tam było. Nie opublikowałam nawet pół zdjęcia, jednego słowa czy kropki. Nie zaczęłam nikogo podglądać obserwować, a sama mam podobno obserwatorów dwie sztuki, o czym doniosła mi Ata, bo ja na konto wejść nie mogę z przyczyn jasnych, rzecz jasna. I spuściłabym na to kurtynę milczenia, gdyby nie to, że od kilku miesięcy dostaje na skrzynkę mejlową komunikaty o nietypowym logowaniu z urządzenia, z którego zazwyczaj nie korzystam. Najpierw bagatelizowałam, bo przejęcie pustego konta przez hakera nie wydaje mi się niebezpieczne; wprawdzie podane jest moje imię nazwisko i podstawowy adres emilkowy, ale w końcu nie pełnię ministerialnej teki i nie posiadam danych wrażliwych jak pewien niefrasobliwy minister z rządu nam miłościwie panującego. Ale! Nie byłam pewna, czy przypadkiem hasło mojej skrzynki nie jest tożsame z instagramowym, co za czorta sprawdzić nie mogłam, gdyż od razu przekierowywało mnie do zmiany hasła. Zmieniłam. Tyle że własnej poczty. Tak na wszelki wypadek, bo z Ruskimi to nigdy nic nie wiadomo. Tak się wkręciłam, że to afera wysokiego szczebla ;p, bo te logowania to z Rosji (jak i u ministra), że wystraszyłam się, iż zhakują mi moją pocztę, kiedy kliknę link podany w emilce. No bo powiedzcie sami, przecież byle idiota ot tak nie próbowałby przejąć mojej tożsamości. Ja po prostu jeszcze nie odkryłam powodu prób włamania się na konto.

Dokonałam też spisu się. No właśnie. I być może grozi mi dwa lata więzienia. Uwzględniłam tylko OM we wspólnym domostwie „zapominając”, że nasz przyjaciel cudzoziemiec wciąż jest u nas zameldowany. Pomyślałam sobie, że uwzględni go OM, ale teraz czytam- co spisując, było dla mnie logiczne- że samoistnie już spisywać się nie musi.

zdjęcia z parku

Starych drzew się nie przesadza… tak mówią. Najbardziej żal mi jest lip i sosen oraz łąki pomiędzy.

Może krajobraz się nie zmieni, ale wpływu już na to mieć nie będziemy…

A w ogrodzie rozkwitła piwonia, na razie różowa i tak jakby mało efektownie…

I kwitnie stara akacja przy budynku gospodarczym(kiedyś) wybudowanym jeszcze przez Niemca, a teraz garażu-wiacie; cegły się zachowały…

I maki, które rosną w kilku miejscach…

Ogród się zmienia każdego dnia…Żar z nieba się leje, przydałby się deszcz…

Tonę…

W obfitości. Kolorów, zapachów, smaków, treli ptaków, życzliwości, spotkań, bliskości… Cudowny, czerwcowy czas. Z błękitnym niebem i zachodami słońca (wschody przesypiam całe życie, choć zdarzało mi się witać dzień, ale tylko wtedy, kiedy nie kładłam się spać przez całą noc).

Jestem pełna po brzegi radością istnienia, i nie tylko… bo oto prawie ja ;P

Prawie, bo jedna moja noga to czereśnie i sałatę trzeba gdzieś wcisnąć, a wtedy obraz niczym autoportret 😀

czereśnie z biedry ;pp

To czas, kiedy na niewiele rzeczy ma się czas, bo tak wiele innych go pochłania. Książkę czytam w momentach łapania witaminy D3, kiedy własny korpus leży w cieniu drzew, a reszta wystawiona na słońce. Chwila relaksu, odpłynięcie od rzeczywistości i zatonięcie w zmyślonych historiach, które mogły się zdarzyć. Późnym wieczorem mogę w końcu coś obejrzeć, co z reguły mnie usypia, bo powieki robią się ciężkie od nadmiaru bodźców w ciągu dnia. Lubię. Zawsze lubiłam różnorodną intensywność. Lubię zasypiać z błąkającym się uśmiechem na twarzy, czując, że dobrze przeżyłam dzień…

Niestety, tonę też w zalewie absurdu, który nam funduje ten rząd. Mimo wyłączonego telewizora przez cały dzień. Wystarczy chwila, spojrzenie, moment wsłuchania się, żeby kolejny raz z niedowierzeniem, z uniesionymi brwiami ze zdziwienia i otwartymi ustami, na których zamiera jedno słowo… a może dwa. Spis szkolnych lektur. Nowy. Takie będą Rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie. I tak koleżka Murzynek Bambo oraz „droga krzyżowa” (przez lektury) zostaną na wieki wieków amen.

PS. Co mogło pójść nie tak, kiedy trzynastego ledwo wyjechawszy za bramę przebiegł mi drogę czarny jak smoła kot? Przecież kot ci szczęście przynieść może, jeśli tylko chcesz… Chciałam, więc była cudownie dłuuuga niedziela w pięknych okolicznościach działkowych z cudownymi Czarownicami, potem poniedziałek i zakupy (sukienka i buty na wesele zakupione i to w tempie ekspresowym) oraz obiad z Dziećmi Młodszymi w restauracji (na zewnątrz; obłędne krewetki z jeszcze bardziej obłędnymi, chrupiącymi szparagami), spotkanie z Tatą… a wtorek… okazał się potworkiem. Hemoglobina w dół i krwinki białe i czerwone jak nasza drużyna narodowa w Petersburgu- nie popisały się ;). Totalnie. No i mam wakacje od piguł. Nie byłoby tragedii, bo ja lubię te przerywniki, kiedy nie muszę pilnować godzin i zrywać się z łóżka na śniadanie, ale na sam fakt, że za chwilę znów będę gnać do miasta i to w czasie największych upałów…robi mi się słabo! Miasta, które jest jedną wielką przebudową dróg! Wczoraj wyjeżdżałam z DM godzinę i to nie były godziny szczytu.

po drodze….

Nie mogłam się nie zatrzymać- odreagować, poczuć zapach i posłuchać brzęczenia pszczół… I tak wtorek nabrał łagodności… A środa to już kolorytu doda 😉 Na bank!

Sielanka nie trwa wiecznie…

W wielodzietnych rodzinach duża różnica wieku pomiędzy najstarszym rodzeństwem a najmłodszym to rzecz oczywista. (Tata od swojej najmłodszej siostry jest starszy o 17 lat). Rzeczą naturalną jest, że to się przekłada też na kuzynostwo.

Dziesięć lat sąsiedztwa i koleżeństwa, które z każdym minionym miesiącem i rokiem zacieśniało się w coraz większą zażyłość- przyjaźń. Wspólne kawki, herbatki, biesiady przy mocniejszych trunkach, pomoc w różnych życiowych sytuacjach. Dzielenie radości i smutków. I przyszedł moment, kiedy to wszystko się skończyło. Ból i rozczarowanie, milczący telefon, nieodpowiadanie na zaproszenie, brak reakcji na przeprosiny, na wyciągniętą do zgody rękę. Sielanka pomiędzy sąsiadami skończyła się, kiedy zostało wyrażone zdanie na temat związku dużo młodszej kuzynki jednego z dorosłym synem drugiego, a mianowicie kuzyn oblubienicy stwierdził, że chłopak na męża się nie nadaje. Zdenerwowało to kandydatka na męża i wyraził to w dosadnych słowach tak, że pół ulicy je słyszało. Podobno.

Wysłuchałam. Uśmiechnęłam się, bo jak dla mnie to żaden powód, żeby zakończyć dobre relacje sąsiedzkie. W końcu wybuchowo i dobitnie swe zdanie co myśli o sąsiedzie wyraził syn, który nie życzy sobie wtrącania się w jego związek, a nie jego rodzice. Dorosłe dziecko to byt osobny, nawet jeśli wciąż mieszka pod jednym dachem z rodzicami. I cóż to za przyjaźń, jeśli nie można porozmawiać, wyjaśnić, przeprosić, bo druga strona się obraża.

Znam życie. I często trzeba dać czas drugiej stronie na ochłonięcie. Może już nie będzie tak serdecznie, a przynajmniej nie od razu, bo kwas już się rozlał, ale jeśli jest duża wola z jednej strony na ratowanie tej relacji, to nabranie dystansu i przeczekanie przyniesie efekt.

Pocieszyłam. Poradziłam. Telefon zadzwonił. Ulga, bo wiele stresu, smutku i łez zostało wylanych. Miałaś rację – słyszę. Uśmiecham się.

Smutno mi, kiedy ludzie nie potrafią zawalczyć o dobre relacje, odpuszczają, tak jakby wspólnej przeszłości nie było… Jesteśmy różni, różnie reagujemy na konflikt bądź, kiedy niepostrzeżenie więzi się rozluźniają. Przeżyłam taką sytuację w dalekiej przeszłości, kiedy po raz pierwszy zachorowałam na skorupiaka. Miałam wokół siebie przyjaciół i mnóstwo znajomych wspierających, pomagających, ale kogoś zabrakło. Wszyscy się dziwili tą nieobecnością. Być może, gdybym była skupiona tylko na sobie, to poczułabym żal i rozczarowanie. Ale wiedziałam, że jej w tym samym momencie zawalił się świat i skupiła całą swoją energię na ratowaniu go, izolując się od wszystkiego i wszystkich. To nie była walka o życie i skończyła się porażką i wyrzutami sumienia wobec mnie. Niepotrzebnymi. Nie było nic do wybaczania, tylko do zrozumienia.

I dla oka- kwitnące rododendrony w zaczarowanym ogrodzie, których było mnóstwo i nie sposób wszystkie sfotografować 😉

Mnie jednakowoż zachwyciły kwieciste łąki…

zalec na takiej i zbijać bąki ;p

To jeszcze nie koniec przepięknych miejsc tego czarującego ogrodu….

A w poniedziałek…

Dla większości i przez większość życia poniedziałek to początek pracowitego tygodnia. Najpierw związanego z nauką, a potem już z regularną pracą. Kolejnego… i tak przez wiele, wiele lat… Od prawie siedmiu lat mnie to nie dotyczy, gdyż całkowicie zawodowo się wyłączyłam. Firmę na swoich barkach dźwiga OM, który lubi to co robi, i wiedząc ile stresu, energii i siły pochłania ta praca, chroni mnie nie tylko fizycznie, ale również psychicznie nie mówiąc o wszystkich problemach. Ale! Nie o tym ja chciałam… Drugą czynnością, jaką wykonuję po przebudzeniu (pierwsza to sięgnięcie po wodę), jest spojrzenie w telefon na wszelkie wiadomości, które przyszły, kiedy spałam. A kiedy już ogarnę śniadanie to rzucam się na FB z prasówką 😉 Nie inaczej było wczoraj. Dobrze, że rano piję tylko wodę, bo prawie oplułam ze śmiechu telefon… gdyż fejsbuk stwierdził, że dość obijania się, totalnego lenistwa, śniadań w łóżku… i na „dzień dobry” rzucił we mnie propozycją 😀

I teraz pluję sobie w brodę, że spędzając wakacje u babci na wsi „doiłam” pszczoły, a nie krowy. Miałabym wyuczony fach w ręku, a zarobek godny biorąc pod uwagę rozpędzoną inflację, która zżera moją skromną rentę na waciki ;p Na szczęście z głodu nie przymieram, gdyż każde wyjście do ogrodu powoduje, że coś tam przeżuwam…

Buraczki też już wzeszły, więc plewienie będzie na swoim 🙂

A tak serio to tęsknię za czasem, kiedy praca układała mi grafik dnia. Wypełniając go intensywnie, ale i przyjaźnie, bo mogłam planować podług siebie, choć nie zawsze aż tak elastycznie jakby się chciało. Często w nocy…ale ja to lubiłam. Z drugiej strony doceniam ten wymuszony wolny czas, w którym dni się mylą podobne jeden do drugiego. Myślę, że to brak równowagi doskwiera, że ten „odpoczynek” przyszedł za wcześnie i niezasłużenie…

A w ogrodzie… mym własnym, kwitną irysy…

Piwonie dopiero w nienapęczniałych pąkach- chwilę trzeba będzie poczekać… Ale i tak codziennie zrywam bukiet pt. Plony ziemi, który potem zjadam…

Pięknego czerwcowego tygodnia dla Was 🙂

ps. Szczepmy się! Doniesienia z UK o indyjskiej mutacji wirusa brzmią niepokojąco. Czas wakacji to czas totalnego poluzowania nie tylko w obostrzeniach, ale przede wszystkim w zachowaniach ludzi… Jakaż to fala oburzenia i zarzut segregowania ludzi spłynęła na organizatora Pol’and’Rock Festival, który według wytycznych MZ i za aprobatą publiczności, która w głosowaniu wybrała taką właśnie opcję, że festiwal dla większej liczby osób (20 tys.), ale zaszczepionych- widać, że sporo osób jeszcze nie dorosło do rzeczywistości, w jakiej przyszło nam żyć.

Czarujące okoliczności…

Przyroda nie musi być nużąca dla dwunastolatka, dziewięciolatka i trzylatki. W tym wieku dzieci jeszcze są ciekawe otaczającego ich świata, nawet jeśli to świat kilkadziesiąt kilometrów od domu. Dla chłopców, którzy już fura, komóra, koledzy, rower, hulajnoga, komputer- spacer wśród pięknych okoliczności przyrody jest wciąż przygodą. Dla dziewczynki to zaczarowany ogród pełny tajemnic odkrywanych na każdym kroku. I fajnie jest zejść z utartych ścieżek…

Nawet, kiedy pod stopami są kamienie i jest pod górkę…

To starszy brat zawsze poda pomocną rękę…

Razem też można poobserwować pawie, które jak rasowe modele prężyły swe wdzięki…

Pawie skradły serca i uwagę dzieci, ale nie tylko im. Oswojone przedstawiły swoisty taneczny spektakl, więc wszyscy byliśmy oczarowani. Posiłek w ich towarzystwie, pyszna kawa i ciasto dodały normalności, której tak brakowało przez ostatni czas…

Rododendrony i inne kwiecia, krzewy i drzewa, które swoim zapachem osnuły każdą ścieżkę, każdy zakątek ogrodu pewnie jeszcze pokażę w następnym poście. Dziś czeka mnie kolejny intensywny dzień, zakończony przyjacielskim spotkaniem przy grillu. Typowym z karkówką i boczusiem. I z piwem. Jak dla mnie bezalkoholowym. (A tej nocy miałam koncert, bynajmniej nie słowiczy, z fajerwerkami wrr wieś pije i tańczy – szkoda tylko, że muzyka nie w moim guście ;p, na szczęście sen przyszedł szybko, mimo dwóch wypitych kaw tego dnia).

Mam nadzieję, że Wam też ten wolny czas mija czarująco. Bo pogoda jest wyśmienita. Ciepło i słonecznie, a kilkugodzinny brak słońca podczas pobytu w dendrologicznym ogrodzie był przez nas prawie wymodlony 😉 Ucieszyłyśmy się z LP, bo choć drzew tam pod dostatkiem i pewnie zdjęcia byłyby piękniejsze, to jednak umordowałybyśmy się bardziej, gdyby padał żar z nieba…

Uśmiechu dla Was 🙂

Być dzieckiem..

Zafundować sobie w Dniu Dziecka wizytę u stomatologa, to tylko ja mogłam wpaść na taki pomysł. Zamiast rozpieszczania/pielęgnowania tego, co zachowało się we mnie z dziecka, poddałam się torturom. Niby poszłam tylko na przegląd i czyszczenie po dłuższej przerwie i skontrolowanie, czy ból, który się pojawił jakiś czas temu, spowodował niemiłe konsekwencje. Pani doktor wysłała mnie na prześwietlenie, bo jej (nie pierwszy raz) kości się nie podobają. No cóż. Z robiłam z marszu, mimo iż rejestracja tylko przez telefon, ale jak już wlazłam, to miła pani z obsługi aparatu powiedziała, że z robi od ręki. Miłe. Przynajmniej nie muszę w tę i z powrotem gnać do ŚM w innym terminie. Od razu też zabukowałam sobie kolejny termin u pani doktor.

Macie w sobie coś z dziecka? Jestem przekonana, że każdy ma. U mnie chyba na pierwszym planie jest radość z drobiazgów. A najbardziej żałuję utraty beztroski- myślę, że to jednak jest nieuniknione, jak się wkracza w dorosłość.

Choć po/w drodze beztrosko poszwendałam się po chaszczach i w nagrodę uwieczniłam pierwsze maki…

Dla dorosłych dzieci mam słodkie conieco zakręcone w słoikach…

lekki podręczny stoliczek od Dzieci Młodszych na taras i do ogrodu, żeby sobie postawić przy leżaku 🙂 a miody smakowe zakupiłam po raz pierwszy, choć zawsze przywożę do domu miód z różnych regionów, jeśli gdzieś jestem w podróży.

Najmłodsi obdarowani zostaną z jednodniowym poślizgiem, bo ten radosny dzień spędzili u Taty. Rodzice opiekują się nimi naprzemiennie i od samego początku ustalili, że nie jest to tydzień na tydzień, dlatego nie widzą dzieci najdłużej tylko przez pełne dwa dni z rzędu- i są to sobota i niedziela co drugi tydzień.

Trudno być rodzicem. A kiedy dzieci mają dwa równoległe domy, jeszcze trudniej.

Bzy powoli przekwitają, ale są takie, które dopiero co zaczynają kwitnąć…

bezik przed domem LP 🙂

Kawa z przyjaciółką pośród zapachów z ogrodu w otoczeniu bujnej zieleni zrodziła plan wycieczki w miejsce urocze i mocno pachnące. W piątek. Mam pewne obawy, bo zabieramy Najmłodszych plus synka LP. Na wszelki wypadek zapakujemy wózek dla Zońci (i kartonowe nocniki ;p) Ale to niejedyny plan, bo zarezerwowałyśmy z Tuśką pobyt w górach. Nigdy nie planowałam tak konkretnie wakacji z dwumiesięcznym wyprzedzeniem. No dobra raz. Ale wtedy leciałam za ocean i potrzebowałam wizy dla się i dziecka. W pandemii jednak terminy rozchodzą się jak świeże bułeczki…

Krzyk…

Przebijający granice usłyszał cały świat. Krzyk białoruskiej aktywistki. Krzyk pojawia się w momentach bezradności i wkurzenia. Zmęczenia sytuacją. Sam krzyk nie wystarczy, nawet kiedy przyłączą się do niego inni. Tylko działanie, czyny, zmiana. Tak jest w każdej sytuacji… Ale jest impulsem do działania. Nawet jeśli byłby to kolejny zryw w tym ultramaratonie do wolności, do wyzwolenia się z reżimu dyktatury, nieprzynoszący oczekiwanych skutków. W staniku czy bez. Szczerze mówiąc, nie potrafię zrozumieć posłanki lewicy, która się skupiła na prześwitujących cyckach aktywistki-artystki intermedialnej. Nie usłyszała krzyku? Dlaczego tak często odbiorcy skupiają się na wyglądzie jako kluczowym przekazie zamiast wsłuchać się w słowa? Nawet niemy krzyk ma swój przekaz.

Czasem się zastanawiam, czy w Polsce jeszcze jest lewica.

Krzyk… o strój.

Dla większości strój powinien być odpowiedni do okoliczności. Tak często pojawiają się nagłówki, że ten czy ta nieodpowiednio ubrali się na pogrzeb, ślub czy inną uroczystość. Do pracy, na uczelnię. Słusznie? Kto a może co narzuca nam dress code? Stereotypy czy savoir-vivre? Jedno jest pewne na manify czy protesty nie obowiązuje żaden kod kulturowy. A tak swoją drogą, to gdyby kobiety zawsze przestrzegały kodu kulturowego, to wciąż tkwiłyby w kuchni przy garach we własnych domach w spódnicach po kostki 😉

A tak w kontekście biustu, to dziś jest Międzynarodowy Dzień bez stanika 🙂 A sama idea porzucenia biustonoszy powstała w latach 60. i 70. ubiegłego wieku. Mnie się zdarza nie założyć.

Uciekające majowe dni…

Za szybko. I to jedyny mankament tegorocznego maja. Nie potrafię narzekać na pogodę, która dla większości jest kapryśna, mokra i zimna. Mnie satysfakcjonuje, w końcu nie muszę narzekać na suszę 😉 I wolę temperatury 15-20 stopni, niż 25-30. Deszcz mi nie przeszkadza, bo nie było ani jednego dnia, żeby lało bez przerwy i nie można było wyjść do ogrodu. Mogę to robić o różnych porach dnia, a swoje zajęcia dopasowywać do pogody. Nawet jeśli nie uda się zjeść śniadania na tarasie, bo poranny chłód doskwiera, to po kilku godzinach znajdzie się taki moment, gdy słońce przygrzeje mocniej, wiatr się uspokoi. Jestem czujna i wykorzystuję takie chwile… 😉

w oczekiwaniu na kawę…

Jedyny żal, to że maj już się kończy…mógłby trwać przynajmniej dwa razy dłużej. W tamtym roku zostałam z niego okradziona, spędzając ten czas w mieście zamkniętym obostrzeniami, to w tym cieszę się jak głupia. Czas, kiedy mogę wyjść przez taras do ogrodu, uważam za najpiękniejszy w roku.

od Tuśki…

Tęsknię… jeszcze bez łez nie potrafię myśleć, pisać…

Niedawno koszona trawa już wymaga ponownego strzyżenia. A tu kolejne kwiatki się rozpanoszyły po całej posesji…

zawilce?
nawet pod ogonem Mysi 😉

Mysi po ablucji i strzyżeniu w profesjonalnym salonie w pierwszej chwili nie poznałam i kiedy wysiadłam z auta, pomyślałam, że obcy pies mi wbiegł przez otwartą bramę.

tegoroczna krzewuszka, stare krzewy zostały wycięte kilka lat temu 😦 za nią rośnie czarny bez, a za nim biały i fioletowy…

W tamtym roku o tej porze jadłam czereśnie prosto z drzewa. To nic, poczekam cierpliwie, aż dojrzeją, szczególnie że…

Znów mnie dopadł ból żołądka, identyczny jak poprzedni. Wyciął mi czwartek z życiorysu… Wokół wszyscy zdrowi. Nie mam pojęcia, z jakiej przyczyny się pojawił. Żołądek się uspokoił, ale za to obudziłam się z bólem głowy. Właściwie to obudził mnie telefon Tuśki z nieoczekiwaną, ale miłą wiadomością.

Pogodnego i uśmiechniętego weekendu 🙂

Niezależność…

Jak dobrze ją mieć… Obecnie dla mnie to przede wszystkim samodzielność w kontekście choroby przewlekłej. Niekoniecznie samowystarczalność w każdym aspekcie życia. Ale na przykład samostanowienie już tak. O sobie. Ważna też jest niezależność finansowa. I nie chodzi o osobne konta.

Bardzo bliska mi osoba wiele razy mówiła, że odeszłaby od męża, gdyby nie zależność finansowa. Tak wiele kobiet tkwi w nieudanych związkach, bo nie mają środków, żeby to zmienić. Niestety, najczęściej to właśnie kobiety są uzależnione od portfela męża, partnera, nawet jeśli same też zarabiają. Niektórzy panowie są przekonani, że bez ich wsparcia finansowego ich partnerki sobie nie poradzą, więc nie chcą tworzyć relacji partnerskiej- współzależności. Dysproporcje finansowe w związku, który nie jest oparty na szacunku bez względu na to, kto i ile zarabia, bywają mocno odczuwalne dla osoby zależnej finansowo. Proszenie się, tłumaczenie się, a z drugiej strony wydzielanie, wypominanie, nawet w sposób subtelny może prowadzić do głębokiej frustracji.

Dobrze być niezależnym nie tylko w kontekście związku, gdzie miłość bez wolności tak naprawdę nie istnieje.

Niezależność kojarzy mi się też z dystansem. I podam tu przykład Czech i pewnej instalacji (rzeźby) fontanny w postaci dwóch sikających facetów do basenu, który ma kształt konturu Republiki Czeskiej. Z tego co wiem, nikt z czeskich władz nie ciągał artysty za obrazę majestatu, jakim powinien być dla obywatela jego kraj. Nie osądzono go w mediach od czci i wiary (co akurat nie dziwi, bo to w większości ateistyczny kraj, może dlatego mają dystans do siebie i poczucie humoru).

ZUS to jednak instytucja przewidywalna. Wprawdzie w pierwszej chwili widząc grubą kopertą A4, pomyślałam, że jednak to nie jest decyzja, a z jakiegoś powodu zwrócono mi dokumenty medyczne, ale po otworzeniu, okazało się, że jest i ona. Przewidywalna. Renta na dwa lata, a ściślej to na rok i 11 miesięcy. Rodzinna obstawiała, że dostanę już bezterminową. Taaa… Do emerytury zostało mi trzy lata z kawałkiem. Nie przewidywałam, że zostanę pozbawiona mej niezależności finansowej ;), ale na wszelki wypadek poczyniłam tej wiosny pewne inwestycje i proszę bardzo… sałata już jest 😀

Pisałam o wyciętym klonie przy ogrodzeniu cmentarza, jedynym drzewie w tej części. Odrodził się przy grobie Mam. Odrodził, bo choć wyrósł już w tamtym roku, jeszcze przed ścięciem drzewa-matki, to jednak zimą został połamany. Trzy tygodnie temu sterczały dwa niepozorne badyle, a wczoraj zobaczyłam cudnego klonika…