Sklęsłam…

Uszło ze mnie powietrze i czuję się kompletnie bez energii. Dom przywitał mnie chłodem, mimo rozgrzanego pieca, a że mną ciut telepało, to czmychnęłam od razu pod kocyk. Nie przyszło mi do głowy odkręcić grzejnik w sypialni ani zamknąć okno na noc, więc rano wciąż jeszcze w łóżku grzałam ręce, obejmując gorący kubek z białą herbatą z sokiem z czarnego bzu i odrobiną miodu. (Po którą sama zlazłam na dół, bo nikt na moje wołanie, że własnie zamarzam, nie zareagował). W końcu musiałam zebrać się w sobie i opuścić przyjazne łoże, bo zaraz przychodziła Ela, aby ogarnąć mi dom. Tak, skróciłyśmy  do się dystans i mówimy sobie po imieniu, tak jest przyjaźniej podczas przerw przy świeżo parzonej kawie i kawałku ciasta- tym razem z galaretką i owocami. (Nie, nie sprzątam przed przybyciem, nie jeżdżę na szmacie, ale walizkę rozpakowałam rano, choć w pierwszej chwili miałam ochotę wstawić do pokoju Miśka i zamknąć drzwi z napisem: tu dziś nie sprzątamy 😉).

Kicham, prycham i kaszlę. (Do południa, a potem mi przechodzi). Czy wspominałam, że na TK, które objęło kawałek płuc, wyszło, że znajduje się tam jakiś płyn? Może dlatego ten kaszel. Wymsknęło mi się do OM w momencie, kiedy dowiedzieliśmy się, że z powodu płynu w płucach nasz przyjaciel J. musi udać się do szpitala. Nie chciał jechać do Berlina, ba, odroczył przyjęcie o kilka dni, bo ważniejszy był turniej tenisa, który oglądał w telewizji. (Co mu OM natłukł do łepetyny, to jego, ale nic nie wskórał- uparty stary osioł i tyle). Niestety, szpital w ŚM sobie z tym nie poradził i w poniedziałek OM zawiezie go do specjalistycznego w DM na badania, które zlecił prywatny lekarz, do którego J. się udał po wpisie ze szpitala- tym razem posłuchał się OM. A wracając do mnie (OM już chciał, żebym pognała do specjalisty), to czekam, aż Rodzinna wróci zza oceanu, gdzie poleciała się weselić i się ustosunkuje. Mnie nie spieszno do kolejnych prześwietleń, a nie daj buk bronchoskopii. No, ale muszę być teraz zdrowa!

Czas mi pognał do przodu, bo od tygodnia jestem już w październiku. W DM szukałam w kinach seansu z filmem „Kler”- no bo jak już jestem w mieście, a ja dla Gajosa i Braciaka (ziomal z naszej gminy) obejrzę wszystko- przekonana, że premiera już była w zeszły piątek. Zdziwiona, że w żadnym kinie nie grają, a przecież DM to nie żadna Kozia Wólka, w której ktoś tam się nie zgodzi na projekcję, w końcu spojrzałam w kalendarz. Jeszcze przekonana, że to już początek października, głowiłam się, jak w czwartek pogodzę wizytę Eli i moją u fryzjerki oddalonej o 30 km. Spojrzałam uważniej. Po czym w końcu dotarło do mnie, że wciąż mamy wrzesień. Ufff…

Co do głosów, że teraz jest modna nagonka na Kościół, to ja mam inne zdanie. To nie moda, tylko w końcu wymiatanie brudów z kątów, które zalegały lata całe, wyciąganie trupów z szaf, bo wcześniej (prawie) wszyscy przymykali, łącznie z mediami, oczy, zamykali usta, byle tylko nie zaszkodzić. Szkoda tylko, że dzieje się to bez udziału samych księży (przynajmniej w naszym kraju) lub jak już, to znikomym. Kościół nigdy nie był święty, nie tylko nasz polski. Od wieków rządzi nim władza, pieniądze i pycha pod płaszczykiem miłości do Boga. Dlatego film ani odkrywczy nie jest, ani bulwersujący (tak zakładam) bo w końcu oparty na licznych wydarzeniach, które się odbyły i odbiły echem. Za to prawdziwy, choć to wizja artystyczna. Mam nadzieję, że wywoła dyskusję i rozliczenie grzechów popełnionych i wciąż popełnianych.

Coraz więcej dzieci przestaje chodzić na religię i nie jest to tylko decyzja rodziców. Nastolatek, który na lekcji religii usłyszał, że masturbacja to grzech, z którego trzeba się spowiadać, przyszedł  do domu i zakomunikował, że będzie chodził na etykę.

*

Ubawiło mnie infantylne tłumaczenie pisowców, że w związku z wyrokiem w sprawie kłamstwa premiera, jest dwa do jednego dla nich. Toż to miszcze w tworzeniu nowej rzeczywistości. No mnie już to tylko śmieszy.

Za to w ogóle nie ubawiło mnie zachowanie Pierwszej Damy, która damą nie jest, bo nie wystarczy fryzura i elegancki ubiór. Dziwna to postać, która milczy w bardzo ważnych społecznych sprawach, za to, co jakiś czas, wykonuje publicznie dziwne gesty.

 

Reklamy

Tymczasowe odroczenie…

Tak jak przewidywałam markery do powtórki. Nie przeskoczysz tego, jeśli badania nic nie wykazały- muszą mieć potwierdzenie, że coś się jednak złego dzieje.  Nie, nie mam nadziei, że następne będą w normie, wręcz przeciwnie, boję się, że będą wyższe, a to może źle wpłynąć na nastawienie Mam, która choć wprost mówi, że ma raka i się denerwuje (tylko w kontaktach z medykami), to jednak jest pełna życia, uśmiechu i… planów. A Profesor ma plan taki, że jeśli to nie była pomyłka (cuda się zdarzają), to da skierowanie na laparoskopię. Wynik za tydzień, choć Misiek podjedzie już w piątek się dowiedzieć (upewniłam się, że mu przekażą), bo jak usłyszałam standardowe „proszę dzwonić” , to się roześmiałam, na co pani się ogarnęła i rzuciła: przecież widzi pani, co tu się dzieje. Widzę, i nie mam pretensji, że nie odbierają telefonów, tylko po co mówią, żeby dzwonić? Problem jest w tym, że wciąż się przenoszą do nowej siedziby w drugiej klinice i doktory w starej przyjmują niestandardowo. Na ten przykład w przyszły poniedziałek od 8-10, a we wtorek nie wiem. Muszę jakoś dotrzeć wcześniej z domu do DM i nie gnać w ciemno. A być muszę, bo Mam z każdego odroczenia cieszy się jak dziecko, które zamiast znienawidzonej kaszki dostało lizaka. No to trzeba przypilnować i w razie czego od razu ustalić termin.

Sama wyszłam z pigułami, choć własnych wyników nie znam, bo nie czekałam na wypis. W przelocie, nie przerywając mi rozmowy telefonicznej z PT, Profesorka z uśmiechem rzuciła, że dostanę,  i tyle ją widziałam. No to jak tylko podpisałam odbiór, to się zmyłam do mieszkania. Wypis odbiorę przy okazji bądź następnym razem. Naganiałam się pomiędzy szpitalnymi budynkami, potem posiedzialam w sali  z pacjentkami, nasłuchałam się, bo m.in. trafiłam na Lilę, która kończy siódmy cykl, a markery nie spadają, więc czekają ją nowe decyzje, i mając już dość szpitalnej atmosfery z ulgą opuściłam szpitalny teren. Jestem szczęściarą, że po kilku godzinach mogę wrócić do spotkań, rozmów z przyjaciółkami, pójść tradycyjnie z Młodszymi Dzieckami do pysznej restauracji na obiad, że te moje wizyty w szpitalu, choć częste i upierdliwe i z wiadomej przyczyny, to jednak wciąż lajtowe do sytuacji, kiedy chemię dostaje się w żyłę.

Jesień mnie zaatakowała zimnym wiatrem i deszczem, ale słoneczko się nie poddawało i co chwilę wyglądało zza chmur. Może jesień jednak nie będzie taka straszna…

Więź…

Walizka wciąż pełna słońca, wypełniona po brzegi szumem morza, białym piaskiem pod stopami, wspólnymi długimi spacerami, celebrowanymi posiłkami, uśmiechami… Mieszkaliśmy w hotelu otoczonym lasami Wolińskiego Parku Narodowego, dwie minuty od plaży, a z okien apartamentu z długaśnym balkonem pomiędzy drzewami prześwitywało morze.

IMG_3001

Zońcia była zachwycona, że tyle zieleni wokół. Zanim jednak dotarliśmy na plażę bądź ciągnący się wzdłuż morza spacerniak, to trzeba było uważać na spadające żołędzie.

IMG_3055

Bombardowały w restauracyjne stoliki, krzesła stojące na zewnątrz, więc dużym ryzykiem było jedzenie tam posiłków, a szkoda, bo pogoda sprzyjała- nawet noce były ciepłe, bo 17 stopni, co o tej porze i to nad morzem jest pogodowym ewenementem. I takie było to tegoroczne lato: długie, gorące, prawie bezdeszczowe… Z przytupem nastało i z przytupem się z nami pożegnało- wiatrem, burzą i… śniegiem na Kasprowym.

Kocham nasze morze po sezonie, bez tłumu i zgiełku z pogodą całkowicie wakacyjną, ale bez pogody również; tyle że, jak jest się z dziećmi, to pogoda ma duże znaczenie, bo całe dnie spędzaliśmy na powietrzu- wychodziliśmy po śniadaniu i dopiero pod wieczór wracaliśmy do hotelu, choć raz Zońcia była nad morzem przed naszym z Pańciem powstaniem z ogromnego i wygodnego łoża, i raz ze mną i drugi raz z mamą na zachodzie słońca. Pańcio się wybiegał, wyjeździł na rowerze, rano chodził na basen z mamą, a wieczorem ze mną, więc najpierw padała Zońcia tak pomiędzy 20-21 i spała do rana, a my tak około 22-23.

Czas niespieszny wypełniony po brzegi cudownymi chwilami, wieczorne zmęczenie, tak jak przypuszczałam, okazały się zbawienne- nie dopuszczały dryfujących myśli, żeby osiadły na mieliźnie niepokojów, ani przez chwilę. Sen spokojny… Nawet rozmowy telefoniczne z Mam były uśmiechnięte…

IMG_3090

więcej zdjęć KLIK

W ustach wciąż czuję cudowny smak flaków z kalmarów z nutą borowikową i obłędne risotto z borowikami obsypane roszponką, lody mocno czekoladowe obsypane orzechami, w uszach śmiech Pańcia i rozkoszne próby wydawania dźwięku przez Zońcię, przed oczami mam błękitny bezkres…

Tyle że… walizka czeka na przepakowanie się. Z niechęcią większą niż kiedykolwiek wypakuję z niej wakacyjny, słoneczny bagaż… To już tylko wspomnienie. Okoliczności się zmieniły i trzeba śnić inny sen… Rzeczywistość może okazać się zbyt okrutna… Zmiana pogody, nagłe ochłodzenie i wtargnięcie bezpardonowo jesieni, to żaden problem. Nawet ciepłe kaloryfery i skarpetki na stopach są do przeżycia. I to, że lato dopiero za rok.

Każdy rozpoczynający się dzień jest darem, nawet jeśli jest walką na ringu zwanym życiem… Czy jestem odpowiednio przygotowana do kolejnej? Nie wiem… Wiem zaś, że wciąż potrafię się cieszyć chwilą, wyciskać życie jak cytrynę, nie zważając, że bywa czasem zbyt kwaśne.

 

 

Spontan…

To ostatnie takie ciepłe dni tego lata, w weekend załamanie pogody– mówię do Tuśki siedzącej z Zońcią na moim tarasie. Szkoda. Pojechałabym nad morze. Ja też. Jedziemy? 

Jedziemy. Dzieci spakowane, my też. Pożegnamy lato i… pewien względnie spokojny etap w życiu…

Telefon z Genetyki tydzień po badaniu, które w wersji usg. wyszło okej ze słowami na pożegnanie: markery za dwa tygodnie, a w razie czego my i tak zadzwonimy. Zadzwonili. Do Tuśki, z prośbą o numer komórkowy Mam. Tuśka do mnie i lawina strachu ruszyła… Mam nie odebrała telefonu, bo standardowo nie wzięła go ze sobą, gdy- po raz pierwszy-  pojechała zobaczyć „ranczo” i przy okazji odwiedzić wieloletniego przyjaciela rodziny, ostatniego z zaprzyjaźnionych żyjących lekarzy, a było ich czterech.

Na hiobowe wieści czekaliśmy jeden dzień dłużej… Długi dzień. W południe wiedziałam tylko tyle, że nie można się do nich dodzwonić, a sami jeszcze nie dzwonili, ale jak nie zadzwonią, to Mam pojedzie na Genetykę dziś rano.  Nie musi. Pod wieczór zadzwoniła pani i poinformowała, że oczekują ją we wtorek, bo dopiero wtedy będzie lekarz; dała się uprosić i przekazała, jaki jest wynik- marker czterokrotnie wyższy od normy.

W poniedziałek jadę do DM, akurat mam na wtorek termin po piguły, ale mówię do Mam, że mogę jutro przyjechać i zaczniemy działać. Morze może zaczekać, zresztą ciul z nim… W odpowiedzi słyszę stanowcze nie… bo ona musi zrobić porządek w papierach, popłacić rachunki i takie tam… Przygotować się.

Dzwonię do Miśka z instrukcjami.

Nie wiem, jak przeżyję ten czas do wtorku…

Trzy dni z Tuśką i dziećmi pewnie będą wypełnione po brzegi… Potem znów uwolnią się myśli…

 

Coś się kończy…

Sobota…

Siedzę w przepastnym fotelu z nogami na jego szerokim miękkim oparciu, tak jak lubię, powoli piję kawę i nagle dociera do mnie myśl, że może to już ostatni raz, co najwyżej przedostatni… Wokół mnie w całym wielkim pomieszczeniu- salonie połączonym z kuchnią- w jego różnych miejscach stoją białe parciane wielgachne wory. Wypełnione, a puste czekają, aż się je zapełni. Część z nich pojedzie do DM, a właściwie za miasto, na „ranczo”, które ranczem nie jest, ale jakoś tę posiadłość trzeba nazwać. Półhektarową, z niedużym domem i dużą halą…

Wstaję, aby pomóc Mam i koleżance z moje wsi- która raz w tygodniu przychodzi sprzątać dom, a jak mama przyjeżdża, to lubi wpaść na kawę i w czymś pomóc- segregować rzeczy. Ileż się tego nazbierało przez te wszystkie lata! (Moja Mam z tych, co lubi mieć wszystkiego dużo i pod ręką, ale buteleczki ze środkiem do mycia zmywarki w ilości sztuk pięć, to mnie powaliły! ;)). Pakujemy- co na ranczo, co dla rodzin pracowników z Ukrainy, co zabieram ja, koleżanka też nie wyjdzie z pustymi rękoma, a reszta zostaje jako całkowite wyposażenie domu. Patrzę na nową stolnicę, dopiero co zamawianą z internetu, jeszcze nieużywaną i… patrzę na Tatę siedzącego przy stole, zamyślonego, który w tym dniu kończy 75 lat… ii kończy pewien etap w swoim życiu.

Decyzja zapadła. Ostateczna.

Tuśka, stwierdziła, że kiedyś to musiało nastąpić. Misiek zapytał, co ze świętami, jak teraz będą wyglądały…

Nie wiem.

Mam od zawsze mówiła, że nie wyprowadzi się na stałe z miasta na wieś, bo… raz w tygodniu fryzjer, co trzy- manicure i pedicure, ukochany ryneczek i oczywiście dostęp do lekarzy… więc akurat to nie było zaskoczeniem. Tata nie potrafi się rozstać z firmą, nie chce też zostawiać mamy samej, więc kursował co tydzień na weekendy na wieś, ale jest tym już trochę zmęczony. (Przez 28 lat, w każdy weekend, najpierw do nas, a potem już do swojego domu). No i teraz ma swoje-nie-swoje nowe „ranczo” blisko, że może nawet autobusem pojechać i wrócić. Ech… Mnie odpadnie martwienie się o jego jazdę autem, szczególnie zimą. Zresztą mała stłuczka na drodze DM – wieś w ostatnich dniach, była też impulsem, by podjąć już decyzję, że… Nie, nie sprzedaje domu na wsi, ale dom musi mieć nowego gospodarza, więc padło na… Starsze Dzieci. I w sumie może nic by się nie zmieniło, ale zięć potrzebuje lokum dla swoich pracowników z Ukrainy- i to też było przyczyną decyzji, czyli rozwiązanie problemu lokalowego. Ech…

Jeszcze do mnie nie docierają te zmiany. Patrzę na mój duży pokój i…gdzie ja cholera upchnę dużą, żywą choinkę? Ale najpierw wyrośniętego zamiokulkasa z domu rodziców…

Na razie w domu stoją niewypakowane do końca torby, których zawartość muszę gdzieś upchać. Oczywiście to wszystko użyteczne przydasie. Najłatwiej było z patelniami, bo na cztery przywiezione, moje trzy stare zostały wyniesione. Niedawno z dziewczynami rozmawiałyśmy o garach i one były zdziwione ilością posiadanych patelni przeze mnie, bo twierdziły, że im wystarczy jedna, góra dwie. Chyba mam to po mamie, bo oczywiście z domu zabrałam cztery, ale jeszcze trzy zostały. A był to dom tylko weekendowy, wakacyjny i świąteczny 😉

Był. No kurczę! 😦

I niby wiem, że wszystko zostaje w rodzinie, ale już nic nie będzie takie jak było…

Nie potrafię tego nawet składnie opisać…

 

I potrzebuję wiadro mocy…  Znów jeden telefon uwolnił strach trzymany głęboko w zakamarkach duszy. Sama wykonuję ich kilka, ale wciąż tkwię w niewiedzy, a serce mi podżera niepewność. W głowie przewija się kilka scenariuszy, oby nie ziścił się ten najgorszy… Nie wiem, czy dziś zasnę. Nie chcę się nakręcać, ale gdyby nie późna pora, poszłabym do lasu wykrzyczeć ten niepokój…

Może jutro się wszystko wyjaśni…

Próbuję myśli zająć czymkolwiek… choćby absurdalną i jednocześnie straszną naszą wspólną rzeczywistością…

I tak to…

Premier opowiada. ileż to dróg zostało pobudowanych w ciągu tych niespełna trzech lat cudownych rządów obecnej „dobrej zmiany”. Z naciskiem, że poprzednicy- ci złodzieje i obiboki- nie zrobili nic albo prawie nic. I dostaje za to oklaski. Do mijania się z prawdą jak tylko otworzy usta, już nawykłam, ale rodzi się pytanie do tych klaszczących, czy do tej pory to przemieszczali się po „kocich łbach” tudzież tylko utwardzonych wąskich ścieżynach z miasta do miasta? Pewnie tak, i to furmankami. Pomijam już wyimaginowaną wspólnotę prezydenta, bo widocznie tablice przy drogach z informacją, że wybudowane zostały z funduszy UE, są zbyt małe i niewidoczne.

I wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? Brak wspólnoty w narodzie. Niby za przynależnością do UE wciąż opowiada się ponad 80% (nowy sondaż 86%) społeczeństwa, a prawie 40% wciąż popiera działania partii, która na tę UE pluje i smarka. To jakiś matrix.

 

 

Test białej rękawiczki…

Noc.

Zwiewna sukienka  zamieniona na wygodne dresowe spodnie i gole stopy, na których dopiero co gościły wizytowe czółenka. Siedzę, a właściwie półleżę w salonie Dziecków Starszych, w sypialni w kołysce już od kilku godzin smacznie śpi Zoñcia. Sen nie przychodzi, nogi wciąż podrygują, bo przecież dopiero co wywijały na parkiecie. Ach, jak mi tego brakowało! Tańca. Kondycja byle jaka, ale dałam radę dwa szybkie kawałki z rzędu. I nawet nie padłam na parkiet tylko na krzesło😉 Już nie mówię o nieustających podrygach na siedząco, bo muzyka wręcz zapraszała, by w jej rytm się poruszać. Ech… miłego słodkiego życia, córciu.

Ta sama sala co 8 lat temu, kiedy brali ślub, tylko dziś inaczej przystrojona i większości te same twarze urodzinowych gości. 39 sztuk. Jest przyjaciółka od przedszkola i trzy z liceum- brakuje tylko jednej, która na co dzień mieszka za granicą. Piękne dziewczyny! Trzydziestoletnie. Ech…

Ale oczywiście najbardzej mnie wzrusza obecność moich najbliższych: Rodzicôw, Dziecków Młodszych i Starszych, Zońci i Pańcia. Ci ostatni oczywiście byli najkrócej. Pańcio odwieziony przez ciocię wraz z kuzynostwem do ich domu, gdzie mieli  zapewnioną opiekę, a Zońcię zabrał jej tata, aby wykąpać i nakarmić; jak go zmieniałam to już spała, choć tym razem dłużej zasypiała; pewnie z powodu zbyt głośnych wcześniejszych bodźców- pierwsza impreza zaliczona i przetańczona u dida na rękach😉

Ale! Ja nie o tym miałam pisać. Ech… Do brzegu, a raczej do tytułu…

No niezupełnie, bo rękawiczka ani biała, ani nie na mojej ręce, ale test czystości pewnych lokali w pobliskim Miasteczku wyszedł nie najlepiej. Na oko. A nawet dwa. Moje. Trochę ślepe, więc na pierwszy rzut, nie dostrzegłam… brudu!

W Miasteczku jest kilka gabinetów kosmetycznych, niektóre na wyrost nazwane salonami urody. Od lat chodziłam do autoryzowanego przez pewną firmę kosmetyczną, z profesjonalną i miłą właścicielką i personelem. Czysto, miło, przyjemnie i profesjonalnie. Światowo. Niestety, kiedy zadzwoniłam po dość długiej niebytności z przyczyn wiadomych, to okazało się, że terminy na cokolwiek są bardzo odległe, gdyż właścicielka boryka się z brakiem personelu. Ja nie bardzo mogę umawiać się z dużym wyprzedzeniem, zresztą czasem coś wypada na już, teraz, natychmiast. No to zaczęłam pielgrzymkę po innych salonach, uszczęśliwiona, że z terminami nie ma problemu. Za to mam inny problem. Zupełnie nieoczekiwany. Brud. Z dwóch już zrezygnowałam, mimo iż z usługi byłam zadowolona. Ostatni mnie zmylił, bo gdy weszłam umówić się na termin i zobaczyłam dziewczyny w gustownych fartuszkach, z maseczkami na twarzy i oczywiście standardowo rękawiczki, to pomyślałam, że jest okej. Taaa… dopóki nie przyszłam na umówioną wizytę i nie usiadłam, a mój wzrok padł na stół. Ufajdany! Najbardziej brudna była lampa do utwardzania paznokci. Wszystkie trzy, bo tyle było stanowisk przy jednym długim stole. Odetchnęłam z ulgą, że nie musiałam do żadnej z nich wsadzać rąk, ale i tak czułam się niekomfortowo. Naprawdę się nie czepiam, no ale przepraszam bardzo, używanie jednorazowych pilników, rękawiczek, maseczek na twarz to naprawdę nie jest wystarczające. Stanowisko pracy MUSI być czyste, jak również sprzęt wielokrotnego użytku. Jestem w lekkim szoku Zdumiewa mnie fakt, że kobiety, które zarabiają, dbając o urodę innych, nie potrafią zadbać o czystość  stanowiska pracy. No i znów muszę szukać innego salonu kosmetycznego. Tym razem wezmę ze sobą patrzałki i zlustruję przed umówieniem się 😉

Milego weekendu! 🙂

P.S. Odkryłam patent na komplementy: strzelić sobie selfie z Zońcią i opublikować na FB.  Wszyscy się zachwycają, że taka śliczna i podobna do babci 😆

 

 

 

Podwójna okazja…

Kolejna wrześniowa kartka w kalendarzu, a ja patrzę z niedowierzaniem, że to już tyle czasu minęło. Jak dziś pamiętam ten dzień, a właściwie dwa w odstępie roku- oba ze szczegółami, oba radosne i przepełnione miłością, często wspominane przez te wszystkie minione lata.

Ślub i narodziny. Osobisty i pojawienie się naszej Pierworodnej.

Dziś Tuśka kończy… 30 lat. Córka, siostra, żona, mama dwójki cudownych dzieci. O matko i córko! Jak to możliwe? Przecież dopiero co mój tato nosił ją na rękach śpiewając „aaaa kotki dwa”, a ona wtórowała po swojemu, a potem to „a” dodawała przed wszystkie wyrazy i wychodziły „apotki” i „akenie”. A jeszcze wcześniej, kiedy obie leżałyśmy w szpitalu (11 dni), będąc zawodowo w Czechosłowacji, zdobył mięciutki, milutki niebiesko-biały kocyk, który ekspedientka słysząc polski język, nie chciała sprzedać, więc tato zagadał „po swojemu” i tak Tuśka została obdarowana tym cudem- jak na tamte czasy- trudnym do zdobycia. Pięknie pasował do granatowego wózka rodem z NRD.

Prawie 20 lat temu, w nocy w szpitalnej sali przed czekającą mnie operacją ratującą mi życie, patrzyłam w ciemne okno rozświetlone tylko latarnią i połykając łzy, zastanawiałam się, czy będzie mi dane uczestniczyć w jej dorosłym życiu, widzieć jak je sobie ułożyła. Dziś już mogłabym spokojnie patrzeć w przyszłość, szczęśliwa, że los był dla mnie łaskawy, bo mimo kłód, jakie co chwile rzuca, to oferuje też koła ratunkowe, z których potrafię korzystać; zdążyłam wychować dzieci i doczekać się wnuków. Jednak z tyłu głowy czai się natrętna myśl, że córcia wraz z przekroczeniem progu z trójką z przodu musi być jeszcze bardziej czujna i dbać o swoje zdrowie. Bo i matka i babcia zachorowały, ledwo przekroczywszy trzydziestkę. To taki bagaż, którego pozbyć się nijak nie można. Bagaż świadomości i doświadczenia.

Dziś patrzę na tę piękną młodą kobietę, której życie się dobrze ułożyło, która tak naprawdę ma wszystko (syn, córka, mąż, praca, dom z ogrodem, pies, kot…), to życzę tylko zdrowia i aby zawsze była otoczona miłością. Bo wszelkie trudności, które się pojawiały i pewnie pojawią, są do pokonania, gdy zdrowie dopisuje i ma się wsparcie wśród bliskich. W życiu wiele rzeczy jest ważnych, ale to rodzina i najbliżsi dają poczucie bezpieczeństwa, pozwalają rozwinąć skrzydła, a kiedy świat się wali na głowę, pomogą go odbudować. Ten mikro.

 

Genetyka odhaczona; nie spodziewałam się złych wieści, ale i tak diagnoza zbiła mnie z pantałyku: cycki do wymiany! I co ja mam z tym fantem zrobić? Normalnie to nawet bym się ucieszyła na nowy biust, ale w mojej rzeczywistości przechodzić kolejne operacje? Bez gwarancji, że będę się nim cieszyć tak długo jak obecnie, czyli 16 lat. Muszę to przemyśleć, a na razie zwariowałam i kupiłam sobie… dwie sukienki. Chyba się starzeję ;p

*

I tak jeszcze z narodowego podwórka, czyli z kraju, który z ruiny, a nie bo to tylko taka wyborcza retoryka- sam premier to przyznał, dla nie idiotów powstał z kolan, dzięki obecnemu rządowi, który m.in. zatrzymał wysprzedawanie polskich zakładów, które poprzednicy oddawali w obce kapitalistyczne ręce. No to ja się pytam, jak ma się do tego sprzedaż 100% udziałów największego producenta soku jabłkowego Chińczykom. No iście swoista depolonizacja, tak hucznie zapowiadana.

*

TU tak trochę nostalgicznie, złapane przez Julkowe okno podczas powrotu do domu. I mogłam dziś do tego domu nie dotrzeć, bo jakiś kretyn dostawczym autem skosił zakręt. Całe szczęście, że choć w miejscu zalesionym, gdzie zakręt pogania zakręt i jest ograniczenie do 70 km/h była wysepka, wprawdzie nieasfaltowa, ale mocno utwardzona i Julek nie stracił przyczepności, a ja nie straciłam zimnej krwi. Ale moje serce o mało co nie wyskoczyło, bo o jedno skręcenie kierownicą mniej i znalazłabym się na drzewie.