Uroda…

Pojęcie względne, ale wystarczająco znamienne w naszym życiu. Bo zawsze jest jakieś „za”… Za gruba, za chuda, za wysoka, za niska, za blada… etc… i się jej czepiamy całkiem niepotrzebnie. Żeby tylko własnej urody, braków wydumanych bądź nie, ale jakże lubimy komentować czyjąś, wbić szpilę, skrytykować…

Siwe włosy, mimo iż od dłuższego czasu nie są powodem by je ukrywać pod farbą, to wciąż powodują brak akceptacji. Żeby tylko na własnej głowie, ale i u innych kobiet. Podstawowy argument to ten, że dodają lat. Być może w czyichś oczach postarzają, ale nie zapominajmy, że nieważne na ile lat wyglądamy, ważne na ile lat się czujemy. I czy w tej naturalności czujemy się dobrze. Wiele kobiet w tym również znane aktorki postawiły na „ekstrawagancję”, i nie przejmując się krytyką, z dumą obnoszą swoje posiwiałe głowy. Naturalność jest hitem i być może coraz więcej kobiet pójdzie w ich ślady. Co wcale łatwe nie jest, bo choć wiele ma na to ochotę, to brak akceptacji najbliższego otoczenia, i wieczne przeglądanie się w oczach innych powstrzymuje od podjęcia decyzji niefarbowania włosów. Fryzjerzy też nie ułatwiają i nie wspierają. No cóż, oni akurat mają w tym interes 😉 Przekonałam się sama o tym, kiedy sześć lat temu uległam, a asertywności wystarczyło mi tylko na tyle, żeby nie była to farba. Dwa lata później, jak mi kolejny raz zaczęły odrastać włosy, zmieniłam salon fryzjerski i postanowiłam na swoim. I tak piąty już rok żyłam ze siwizną na głowie i dobrze mi z tym było. Do czwartku. Nie, żebym nagle źle się poczuła z własną naturalnością. I też nie naszła mnie nieodparta chęć zmiany wizerunku. Wręcz przeciwnie. Motałam się z myślami długo, mimo iż brałam tylko pod uwagę tonowanie, a nie farbowanie. Acz stwierdziłam, że ślub Dzieci Młodszych to dobry pretekst zafundować sobie pewne zabiegi. I stało się. Mam ambiwalentne uczucie. Jest ładnie. Ale wiem też, że jednak wbrew sobie uczyniłam, bo absolutnie nie czuję się lepiej bez siwych kosmyków. A co śmieszniejsze, ani Tuśka, ani OM nie zauważyli zmiany na mojej głowie 😀 Ale jest też plus- przez to, że został uwydatniony mój naturalny kolor, to widzę odrastające włosy, co budzi we mnie uśmiech, po tym jak garściami mi zaczęły wypadać, a przez choróbsko musiałam zrezygnować z trychologicznych zabiegów.

Po 29 dniach nie brania słodyczy do ust, na widok jagodzianki zaczęłam się ślinić i nie mogłam się doczekać, aż ją pożrę…

co oczywiście uczyniłam ;p A dziś będę pożerać jagodowy tort urodzinowy 😉 Do pełnego szczęścia brakuje mi tylko pierogów z jagodami ;D

Łakomy kąsek…

Czas świetności ma już za sobą. Kiedyś wysportowany -pływanie, tenis- dziś przerzedzona skroń, obwisłe mięśnie, trudy poważnej choroby wypisane na twarzy. Wszak jest starszym panem po siedemdziesiątce, wciąż sprawnym intelektualnie, mimo iż polski język to nie ojczysta mowa, ale posługuje się nim zrozumiale i sporo rozumie. Wszak mieszka w tym kraju już długi czas, miał żonę Polkę.

Dostaliśmy niepokojący telefon od właścicielki domu, w którym wynajmuje pokój. Zawsze był podatny na kobiece wdzięki. Szczególnie na te dużo młodsze od siebie. Wszak druga żona była młodsza od niego 19 lat. Odkąd został wdowcem, czarował bez zobowiązań młode dziewczyny, kobiety, a ostatnio ekspedientki w sklepie, bo to jedyne miejsce, gdzie się teraz udziela towarzysko, przesypiając większość dni, noce spędzając przed komputerem. Tę dziewczynę znał jako dziecko, gdyż mieszkała naprzeciwko rodzinnego domu żony, w którym mieszkali aż do jej śmierci. Dziś już kobieta, z nieciekawą przeszłością. Okradła ojca, sąsiadów, jest uzależniona od alkoholu. Mieszka gdzieś na melinie w Miasteczku. I w tym Miasteczku ją spotkał, wysłuchał, zaprosił do siebie, oferując pomoc. Finansową. Starszy pan z emeryturą w euro.

OM zadzwonił, w trybie pilnym pojechał, wytłumaczył, ale nie wiadomo z jakim skutkiem, gdyż usłyszał, że on jej pomoże, bo tej dziewczynie teraz jest ciężko w życiu, a on ją przecież dobrze zna. Owszem. Takie życie wybrała… Jedyne co ustalili, że nie może jej zapraszać na stancję. Właścicielka domu jest naszą dobrą znajomą, wdową, która od lat wynajmuje pokoje lokatorom sezonowym. Nasz przyjaciel Niemiec jest jej stałym lokatorem od kilkunastu już lat.

*

Czas biegnie nieubłagalnie… w ogrodzie sezon truskawkowo-czereśniowy się skończył, ale wciąż jest coś do smakowania. Nawet moje rachityczne krzaki porzeczek obrodziły…

Są też już jabłka, na razie papierówki; dojrzałe spadają z drzewa, gdzie poobijane podżerają je robaczki. No cóż, każdy chce żyć 😉

I pełno w ogrodzie motyli…

Tańczące swój motyli taniec na wietrze, przysiadające na chwilę, nieuchwytne…

Zońcia też jak ten motyl- biega po całym ogrodzie, to za piłką, psem, z motylkami gra w berka 😉

Uśmiechniętego czasu 🙂

Dom…

… malwami malowany…

Kiedy sprowadziłam się na wieś (najpierw do domu teściów- rok razem mieszkaliśmy- bo obok trwała budowa naszego domu), to zastałam las malw w różnych kolorach okalający jedną ze ścian domu rodzinnego OM, tę od strony ulicy. Swojsko i anielsko. W domu pachniało pieczonym chlebem, szarlotką, babką piaskową (choć i tak to torty spod ręki Teściowej były najlepsze), i grzybami… Obfitość ich w lasach przekładała się na zapełnioną po brzegi zamrażarkę w postaci mrożonych grzybów, jak i pierogów z nimi. Mogłam te pierogi jeść na śniadanie, obiad i kolację.

Niestety, po jakimś czasie malwy zastąpił świerk. No cóż, taka moda… Najpierw znikł zapach pieczonego chleba, potem zatarł się smak przepysznych tortów, a własnoręcznie ukręconą babkę zastąpiła baba ze sklepu. Świerk wyrósł na rozłożyste dorodne drzewo, zasłaniając słońce wpadające przez dwa okna do dużego pokoju. Poszedł pod topór…

Nie mam pojęcia, kto posadził znów malwy- czy Teściowa, czy może Ciocia, a może skądś przyniósł nasiona wiatr… To wciąż namiastka tego, co było…

Cieszą moje oko… są dobrym wspomnieniem. I żal tylko, że do domu wkradła się podstępna demencja i zawładnęła umysłem właścicielki…

*

Moje dni zdominowała cukinia, która obrodziła jak szalona z czterech tylko sadzonek- smażąc placki w dwóch wersjach, grillując, robiąc cukiniowe leczo, a nawet w wersji małosolnej…

przepis jak na małosolne, można dodać ulubione zioła do smaku- ja dodałam ostrą paprykę.

Kiedy ja w pocie czoła przy tych garach ;P…

To w tym czasie mój OM na protestach… Tu w mieście najlepszych pierników, ponoć 😉

Sądownictwo o tyle mu jest bliskie, że dawno, dawno temu otrzymał za masło licencję syndyka. Z tego też powodu ma różne kontakty w tym środowisku.

Wakacyjnego weekendu dla Was 🙂

ps.1. za dwa tygodnie będę się weselić…

ps.2. w naszym kraju dzieci mają niedorzecznego, coby nie napisać idiotę, rzecznika!

Przeszłość z teraźniejszością…

Mając sporo czasu, uczę się nie odkładać niczego na później. To wcale nie jest łatwe, bo nie zawsze się chce, nie zawsze się ma siły. Wiem jak szybko można popaść w marazm, kiedy nie ma człowiek w sobie energii. I jaka jest różnica w jakości życia, kiedy dostaje doładowanie. Do wszystkiego idzie się przyzwyczaić, ale czasem jest to droga na skróty prowadząca na manowce.

Szłam po zacienionej stronie ulicy w bardzo upalny poniedziałek. Minęłam „Zaczarowany Ołówek”, w którym trwa remont. Czy wciąż tam będzie sklep papierniczy jak za mojego dzieciństwa? Na rogu nie ma już banku, w którym Mam bez wiedzy Taty wzięła kredyt, ani sklepu rybnego, przed którym sprzedawano karpie na święta. Ryneczek się skurczył, większość bud pozamykanych- sprzedawcy przenieśli się na pobliskich Manhattan. Mijam fotografa, który był od zawsze w tym miejscu. Bar mleczny Kogel- Mogel i nie mogę sobie przypomnieć czy istniał w przeszłości. Fakt, nie przepadam za mlecznymi specjałami, za ich zapachem, więc… Po drugiej stronie na rogu wciąż istnieje sklep „Kleks”, ale nie ma już cukiernio-lodziarni, w której zawsze po wyjściu z parku bądź kościoła czekała słodka nagroda. Zamiast słodkości teraz szkolą tam kierowców. To nie była długa trasa, jaką pokonałam, żeby znaleźć się w cieniu parkowych drzew: jesionów, platanów, dębów, sosen, cisów, brzóz, wierzb, buków… Wspięłam się na „naszą górkę”, odwiedziłam stare miejsca… Park rozciąga się na powierzchni 27 ha, a w połączeniu z Lasem Arkońskim tworzą zespół przyrodniczo-krajobrazowy 95 ha, a ja, jeśli się już do niego wybrałam w minionym czasie, to tylko na Jasne Błonia, nie zapuszczając się dalej. A zawsze miałam na to ochotę. Zrobiłam 7234 kroków, przysiadając co chwilę na ławeczkach pod drzewami. Odbyłam wspominkową rozmowę z przyjaciółką, która przerażona, że… przyszłam z mieszkania pieszo, zamiast podjechać autem, namawiała mnie, żeby w drodze powrotnej podjechać ten jeden przystanek tramwajem. Tyle że przystanku w tym miejscu już nie ma. Zmiany są widoczne, ale to rzecz naturalna. Wciąż jednak są jeszcze punkty stałe, łączące przeszłość z przyszłością.

Na zdjęciach tylko niewielki wycinek przy jeziorku ‚Rusałka”…

Mnie to się jednak imają dziwne przypadłości. Na Onecie przez telefon mimo wpisywania dobrego hasła, często mam blokadę na pocztę, nie zawsze mogę komentować z telefonu na blogspot, a to znów próby nielegalnego włamania na instagram, którego nie używam, ale przy okazji zmieniłam hasło na moją główną pocztę…mając nadzieję, że mogę spać spokojnie. Taa… kupując prezent na urodziny Zońci tknęło mnie, że nie słyszę powiadomienia poczty. Jak tylko spojrzałam w telefon, to od razu pomyślałam, że coś jest nie halo, bo zniknęła liczba ponad 400 nieodebranych emilek. Próbuję się zalogować a tu nic z tego i komunikat, że jak nie zweryfikuję swojego wieku, to mi usuną konto w ciągu 24 dni. Dobrze, że nie w ciągu 24 godzin, kurza twarz! Bo gdyby nie poczyniony zakup, to pewnie nie zwróciłabym na to uwagi… Myślałam, ze to znów jakieś hakerstwo czy inne takie, ale na każdym z laptopów i na komputerze stacjonarnym to samo- chcieli weryfikacji wieku, bo podobno jestem za młoda. Ba… 😀 Dzwonię do Miśka, żeby sprawdził, czy to nie jakiś żart… bo do weryfikacji potrzebna karta kredytowa bądź dowód osobisty. Właściwie już pożegnałam się z kontem, bo przecież nie będę podawać swoich newralgicznych danych niewiadomokomu, ale uświadomiłam sobie jakie komplikacje się z tym wiążą. Największe to z Iphone by były. Łomatko. Misiek doradził, żeby podać kartę, i jak mam obawy to od razu zastrzec, ale ja zeskanowałam dowód, bo wystarczyło tylko z jednej strony. Odblokowali. Od razu. Pewnie wystraszyli się mojej groźnej miny. Ale ja mam teraz zagwozdkę, czy na taki jednostronny, zeskanowany można wziąć kredyt? I jak tu spać spokojnie?

Właściwie podejście…

Kiedyś wszyscy mieszkańcy wsi postanowili pomodlić się o deszcz. W dniu modlitwy wszyscy się zebrali, ale tylko jeden chłopiec przyszedł z parasolem. To jest wiara.

Gdy podrzucasz dzieci do góry, one się śmieją, bo wiedzą, że je złapiesz. To jest zaufanie.

Co wieczór kładziemy się spać bez żadnej pewności, że rano obudzimy się żywi, ale mimo to nastawiamy budziki. To jest nadzieja.

Mamy wielkie plany na jutro, choć nic nie wiemy o przyszłości. To jest pewność.

Widzimy jak świat cierpi, a mimo to żenimy się i mamy dzieci. To jest miłość.

Na koszulce starszej kobiety było napisane: jestem słodką szesnastką z 64-letnim doświadczeniem. To jest właściwe podejście.*

Kiedy do życia ma się właściwe podejście, to przeżycie go staje się znośne, a nawet ekscytujące 😉

perz im nie przeszkodził ;p

Być może zaczął już się sezon ogórkowy, ale u mnie od kilku dni króluje cukinia. Na razie młodą i małą grilluję na potęgę i zajadam samą albo wrzucam do różnych sałat. Wczoraj wyszłam na chwilkę do ogrodu, a tu cukinie i fasolka zakryły mi całkiem buraczki…które nieopatrznie posiałam pomiędzy.

Ale to nic, bo rosną też w innym miejscu, a te wykorzystam na botwinkę.

to nie chwasty wbrew pozorom, tylko plony: dwie sałaty, trzy cukinie, cebula ze szczypiorem, koper, pietruszka 🙂

Dziś duże cukinie wykorzystam do leczo. Niesamowite jak proste gotowanie potrafi sprawić człowiekowi radość. Czynność, za którą nie przepadam, przecież. OM upolował 1,8 kilograma wołu, więc obiad był krwisty, czyli pod gust moich krwinek.

Wraca normalność, ta moja…

Z wczoraj o 21.30… leżąc na łóżku w sypialni, okno szeroko otwarte, na wsi cisza, którą zakłóca od czasu do czasu szczekanie psów… ptaki świergolą, ale nie jakoś intensywnie, chyba już mają porę spania…

niewyraźne, bo w oknie moskitiera; kiedy pomiędzy sosną a lipą rósł dorodny świerk, nie widziałam nieba…

Pan Suski swoją wypowiedzią kolejny raz wzbił się na wyżyny. Pewnie zadzwoniła do niego Caryca Katarzyna i uprzedziła, że jej rodacy chcą wykupić niezależne media w naszym kraju, dlatego pod osłoną nocy wpłynął nowy projekt o ustawie radiofonii i telewizji do Sejmu. Bo przecież to tylko przypadek, że od lutego TVN nie dostaje zgody na przedłużenie koncesji nadawania. Oni naprawdę myślą, że ten naród to sami idioci…

Uśmiechniętego weekendu! 🙂

*Ten tekst podesłała mi bliska osoba, a autor jest nieznany.

Na od(pod)słuchu…

Od wczoraj w domu mamy nowe urządzenie… Takiego robota, co wykona specjalistyczną pracę niezależnie od twoich kwalifikacji.

niestety to nie jest iRobot 😉 podłogi nie wysprząta ;pp

Wystarczy, że przyłożysz w sześciu odpowiednich miejscach za każdym razem na 20 sekund i sobie głęboko pooddychasz, a potem przez aplikację DomowaOpiekaZdrowotna, wyślesz do swojego lekarza, czyli Rodzinnej. Pierwsza próba już się odbyła z udziałem Rodzinnej, bo w końcu pojechałam do niej na osłuch moich płuc. Różnica pomiędzy stetoskopem a tym gadżetem, który sprowadziła za unijne pieniądze jakaś firma w ramach walki z powikłaniami covidowymi, dając lekarzom po 20 sztuk, żeby na tylu pacjentach robić pomiary, była słyszalna. Takich pomiarów musi być 30, niekoniecznie codziennie, ale bez dłuższych przerw, tak aby badanie zakończyć w 2-2,5 miesiąca. Ale, żeby wiedzieć, że ten gadżet jest przydatny, to trzeba najpierw przetestować na większej liczbie pacjentów. No to się załapałam, a raczej moje płuca, które w lutym bystre oko TK określiło, że są jak matowa szyba. No i na bieżąco Rodzinna będzie je monitorować, czy się mój stan pogarsza czy nie. Bo na razie to drepczę w miejscu: już było lepiej, teraz jest gorzej, i jakieś szmery są, choć to nie jest zapalenie płuc.

O północy robiłam kolejną inhalację- tak wyszło- no to przy okazji skrobnęłam na temat bieżący, choć znów miało być zupełnie o czymś innym. Ale! Teraz moim lekarzem będzie OM, chcąc nie chcąc, bo sama na plecach sobie nie przyłożę tego ustrojstwa. Więc osłuch będzie wtedy, kiedy go dorwę w domu. Na szczęście nie trzeba robić tego o stałych porach dniach.

Męczy mnie już to chorowanie Nie wspomnę, jak mi mocno namieszało w terminarzu.

Dotarły do mnie słowa prezesa o nepotyzmie, który trzeba ukrócić, bo opozycja na tym korzysta. Tego nawet nie ma jak skomentować. I słyszałam dwie odpowiedzi Tuska na pytanie zadane przez dziennikarza TVP. Jedno o syna w kontekście nepotyzmu właśnie, drugie o stocznię w moim DM. Po tych dwóch wypowiedziach widać przepaść, jaka dzieli tych dwóch polityków.

(Nie)pozytywnie…

To byłaby ironia losu, jego złośliwy chichot, gdyby test na covid okazał się pozytywny. Byłam przekonana, że nie będzie, ale cieszę się, że go zrobiłam dla pewności. Bo nic nie ma gorszego niż podejrzenia i niepewność. Nie żyję w izolacji przecież. To jest właśnie odpowiedzialność. Wszak ostatnio byłam bardziej mobilna, spotykałam się z wieloma osobami, trzy razy szpital, byłam na zakupach. Wszystko mogło się wydarzyć. Bardziej mnie jednak przekonywało to, że mnie gdzieś owiało, różnica temperatur-klimatyzacja, przy moim osłabieniu byle co mogło mnie dorwać. Rok temu miałam o tej porze zapalenie oskrzeli. Wprawdzie zrobienie wymazu to pokonanie 50km, ale przy okazji moje oprawki zostały naprawione u optyka, bo sobie spektakularnie siadłam na okulary. Z przytupem, mimo wagi piórkowej ;P Ucieszyło mnie to, bo odłożyłam wizytę u okulisty na lepszy, luźniejszy czas. Zresztą doktor ma w lipcu urlop.

OM się tak zdenerwował akcją „covid”, że zrobił akcję w firmie: szczepimy się! I tych pracowników, którzy jeszcze się nie zaszczepili, chce wywieźć do Rodzinnej i hurtem zaszczepić. Nie ma zmiłuj! 😉

Dwa dni walczyłam dzielnie z temperaturą i tak naprawdę, kiedy została zbita, czułam się w miarę dobrze, tyle że osłabiona. Drugi dzień przyniósł nadzieję, że idzie ku lepszemu. Niestety złudną. No to biorę ten antybiotyk. Dla piguł bardziej niekorzystna jest wysoka temperatura- zakaz brania- niż antybiotyki, szczególnie te, które ja mogę brać ze względu na alergię. Trochę te moje objawy wskazują na zatoki, ale kaszel, który mi towarzyszył już wcześniej, się nasilił, więc trzeba reagować.

no i ten ślub… za cztery tygodnie już będzie po weselu… Nie mogę wywinąć jakiegoś numeru dzieciom!

Kompletnie do mnie nie dociera, że to się w końcu wydarzy. Ani we mnie wielkiej radości, ani podekscytowania… choć wiem i cieszę się, że będą wraz ze mną towarzyszyć Dzieciom Młodszym w tym dla nich ważnym dniu moi Przyjaciele, Bliscy… W tym trzy pary Przyjaciół, dwóch Przyjaciół, Przyjaciółka- wszyscy bawili się prawie 34 lata temu na naszym z OM weselu. To pokazuje, jaka jest siła przyjaźni, jak silne więzi tworzy się w dzieciństwie i w młodych latach, które późniejsze lata, życiowe zawirowania nie przykurzą, nie zatrą, nie przerwą…

Nie mam konserwatywnego stosunku do ślubu. Nie musi być kościelny, cerkiewny czy cywilny. Mógłby być nawet symboliczny. Albo w ogóle. To para powinna decydować. Bez nacisku rodziny. Ślub nie daje żadnej gwarancji, żadnego poczucia bezpieczeństwa, nie w tych czasach. Ciężar tradycji wciąż dominuje, ale też i potrzeba powielania pewnych wzorców, które dają złudną stabilizację. Złudną, bo 1/3 małżeństw się rozwodzi. Pytanie ile tkwi w nieudanych związkach? To wcale nie znaczy, że kochający się partnerzy nagle powinni zrezygnować z formalizowania związku. Nie. Czy z tej przepięknej oprawy, jaką jest wyznanie sobie miłości i przysięgi.

Ale ciekawą alternatywą jest ślub symboliczny… Czy zdominuje wszystkie śluby? Wątpię.

I znów miałam pisać zupełnie o czymś innym, no to przynajmniej wrzucę zdjęcia… siedziałam sobie na górce w parku, z której kiedyś zjeżdżałam zimą na sankach, przychodziłam na koncerty odbywające się w amfiteatrze obok i patrząc na rzeźbę ptaków, która pojawiła się już po moim wyjeździe z miasta, stwierdziłam z nostalgią, że wszystko ma obecnie inny wymiar… ale patrząc na młodzież, która się tam grupkami przewijała, rozkładając koce, przesiadując na murkach bądź na drewnianych hamakach czy leżakach- nowe czasy- mówiłam do Aliś przez telefon, że kolejne pokolenie tworzy swoje wspomnienia… w naszym miejscu.

Spokojnego weekendu 🙂 Pogodowo. Patrzę jak mi moje DM zalało, na wysokie temperatury w Kanadzie i się zastanawiam, co nas czeka?

Mam na imię…

Nadzieja.

Miałam pisać o cudownym spacerze w przeszłość- i pewnie to zrobię (jak nie zapomnę ;pp)- o poniedziałku rozpalonym słońcem i wspomnieniami, ale to znów wtorek zdominuje moje dzisiejsze literki… Ku pamięci.

Wiesia jest piękną, wysoką zadbaną, szczupłą kobietą. Przysiadła koło mnie na izbie przyjęć w bezpiecznej odległości i zagadała. Odłożyłam książkę… Ileż można razy opowiadać swoją historię? Ale kiedy w czasie jej słuchania komuś nagle zaczynają się śmiać oczy, a usta układają się w kształt banana, to nie ma zmiłuj, opowiadasz. I słyszysz, nie pierwszy raz, i pewnie nie ostatni, że jesteś nadzieją, dajesz ją, cudownym przykładem. Wiesia o sobie mówi, że była motylem. I na motyla wygląda w powabnej zielonej w kolorowe kwiaty sukience i pomarańczowych balerinach. Całe życie optymistka, nawet jak coś nie wychodziło, to się potem ułożyło. Trzy lata temu dopadł ją skorupiak, po półtora roku wznowa, teraz jest na podobnym leku co ja, tylko dla nieobciążonych genetycznie, więc ma duże obawy, bo w szpitalnej aptece zapas jest tylko na kolejne dwa miesiące za sprawą ministerstwa zdrowia. Opowiada, jak już zrobiła „porządki” w papierach, w szafach z ubraniami, przygotowując się… To jeszcze nie czas, śmieję się, zawsze zdążmy to zrobić. A jak nie, jak nie będzie sił? To kogoś poprosimy, pokażemy palcem, wydamy polecenia, ale też nic się nie stanie jak zostawimy bałagan. Gdyby nie choroba żyłabym sobie szczęśliwie, jak do tej pory. Ale my żyjemy szczęśliwie. Tylko mniej zdrowo. Przecież życie samo w sobie jest niezdrowe.

Trochę w innym rytmie z pewnymi ograniczeniami, ale i tak jest pięknie, wzruszająco, wkurwiająco… na maksa… Nieprawdaż? Czym się różni od Waszego, kochani? No, właśnie…

Przegadałyśmy całą wizytę w szpitalu. O wszystkim, nie tylko o skorupiaku. O koleżankach, które nie zawsze potrafią zrozumieć; jak zachować się asertywnie, kreatywnie, żeby jednak czerpać radość ze wspólnych spotkań, a nie padać na twarz. O ogrodach… bo Wiesia kilka lat temu przeprowadziła się ze śródmieścia do podmiejskiej miejscowości, w której ja mieszkałam do 6 roku życia… a w której wciąż mieszka emerytowany lekarz- przyjaciel rodziców. I popłynęły wspomnienia i opowieści… O jej absolwencie, lekarzu na naszym oddziale, i że nasz uroczo miły, ale taki już misiowaty i powyginany profesor- kierownik katedry- był kiedyś taaaaki przystojny. Te moje trzynaście lat (w sierpniu) tchnęło w nią życie, na które ma wciąż ogromny apetyt. Mimo (?) swoich 70 lat, na które nie wygląda.

Kiedy Profesor powiedziała, że musi być dobrze, bo szykujemy się na ślub, to wiedziałam, że tak będzie 🙂 Obie dostałyśmy leki i ten sam termin ponownej wizyty, co Wiesię uradowało. Kiedy grubo po 14 zbierałam się do wyjścia, słyszę, że ktoś się o mnie pyta Giny. Widząc Doktora z plikiem papierów, pytam się, czy może ma wypis, bo nie ukrywam, ciekawa byłam, na jakie to wyżyny po sterydach i tonie mięsa wspięły się moje krwinki tudzież inne parametry. I słyszę, że nie, że to są papiery przyjęcia, którego nie było, bo Doktor na izbie się nie zjawił i pielęgniarka w końcu wysłała nas na oddział, bo byśmy pewnie tam zaraz zapuściły korzenie 😉 Aaa to ja podziękuję i ulotniłam się z prędkością konika polnego, czyli w podskokach ;D

Taksówką pojechałam prosto na kawę i po pizzę, a kiedy wróciłam do mieszkania, było chłodno, bo Dzieci Młodsze zainstalowały klimatyzator, proponując, że mogę zostać jeszcze jedną noc. Nie miałam tego w planach. Absolutnie. Zresztą również z powodu dzieci, bo u siebie mają duży remont, więc z trzema kotami koczują w kawalerce obok, korzystając jednak z mieszkania, choćby sypialni (wygodniejsze duże łóżko) i łazienki, no, ale jak ja czy Tuśka przyjeżdżamy, to nie ma zmiłuj…

Dziś obudziłam się z bólem głowy. Przed chwilą wzięłam piguły (wczoraj sobie odpuściłam wieczorem) i czekam na zapowiadany deszcz… Panów od fotowoltaiki jeszcze nie ma- przyjeżdżają późno, ale nie aż tak- wyrabiali się przed 10. Za to dziś odebrałam milionowy telefon z propozycją darmowej wyceny zaoszczędzenia energii.

I przesmak tego, o czym miałam pisać, ale wyszło co innego 😉

żeberka jagnięce i grillowane warzywa. Polecam czytaczom z mojego DM i wszystkim potencjalnym bywalcom 🙂
widok na hotel z restauracją…
siedziałam pod parasolem (zasłoniętym drzewem) z prawej i było mi błogo mimo upału…

I się doczekałam, pada niezauważalnie, spokojny drobny deszczyk. Oby jak najdłużej, a najlepiej cały dzień…

Miłego 🙂

Prawie idylla… ;)

Miałam zamiar radośnie i z entuzjazmem podejść do dzisiejszych literek jeszcze na haju z wczorajszego ciepłego słonecznego popołudnia i gorącego, żywiołowego długiego wieczoru… a tu… gardło mnie pobolewa, katar z nosa się leje… ech… Jak do tego dodam jutrzejszy wyjazd do ŚM, a potem prosto do DM, w którym to na te dwa dni zapowiedź jest bezchmurnego nieba z temperaturą 29 stopni i które to wcale mnie tak mocno nie uśmiechają, to mój entuzjazm ulotnił się jak powietrze z przekłutego balonika. Może limit śmiechu i beztroski wyczerpałam już wczoraj?

Garden Party pełen wigoru, śmiechu, plusków i pisków. Tak, tak za sprawą dzieci. W ogrodzie postawiono duży akwen wodny ;p. Kiedy Tuśka przywiozła Pańcia, który miał z nami zostać na imprezie, to Zońcia najpierw się zdziwiła, że w obcym domu wita ją babcia, a potem widząc basen, stanęła koło niego z miną Shreka, po chwili próbując wdrapać się do niego i prosząc werbalnie, że ona chce pływać. W tym wieku brak stroju nie przeszkadza, ale do basenu jako asekurant musiał wskoczyć starszy brat, przygotowany na tę okoliczność.

Ale nie tylko za sprawą dzieci było radośnie, których w sumie po zabraniu Zońci do domu przez Tuśkę było sztuk sześć, bo dorosłym ten wigor i pierwszy dzień wakacji mocno się udzielił. Żartów i śmiechów nie było końca, przy dobrym jedzeniu bez poważnych tematów, politykowania- ot, beztroski czas. Choć trudno było uniknąć jednego tematu- szczepień. Powód?- oczywiście podróże, wakacje! Kolejna fala, nowa mutacja. Byłam zaskoczona pozytywnie, bo nie było nikogo przy stole, kto byłby im przeciwny. Fakt, dwie osoby jeszcze niezaszczepione, ale reszta przynajmniej po pierwszej dawce lub w pełni. Szczepionki czekają, można w każdej chwili podjechać i w tym samym dniu się zaszczepić. LP czekała na odzew z naszej wiejskiej przychodni, bo był komunikat, że jak się uzbiera 10 osób, to będzie można zaszczepić się jednorazową J&J. Zgłosiły się tylko dwie osoby. Wyszukałam, że w Domu Kultury w Miasteczku jest punkt szczepień, w którym szczepienia odbywają się codziennie bez rejestracji. Zajechałyśmy tam w drodze powrotnej z ŚM. LP poszła się dowiedzieć, a ja…no sami zobaczcie, w jakich pięknych okolicznościach moja przyjaciółka dostała czipa… ;pp

miastowa kwiecista łąka 🙂

Czyż nie piękniej wygląda niż krótko przystrzyżony trawnik przez brak deszczu spalony słońcem? No ba!!!Ja się zachwyciłam. A na cmentarzu wzruszył mnie mój „dzieciak” jak go nazwała Aliś… I jak tu zaprzeczyć, że dzieci rosną jak na drożdżach… 😉

Obawiam się o jego los, ale na razie cieszę się widokiem. Ławeczkę mam zaraz obok na tych kamyczkach- śmieję się, że mnie jeszcze cienia nie daje, ale Mam już tak…

A tu moje ogrodowe makówki.

jest ich dużo więcej, na kompocik starczy ;pp

Pięknej niedzieli, dobrego tygodnia dla Was- słońca ma nie zabraknąć, więc tylko wystarczy postarać się o uśmiech 🙂

ps. oparłam się wczoraj trzem rodzajom ciasta- szok. Pan doktor kazał mi jeść dużo mięsa, a ja ostatnio jakoś tak niechętnie, za to zieleninę i owoce owszem. Ale! Również i słodkie, więc zapychałam się, tracąc apetyt na treściwy pokarm z żelazem i kwasem foliowym. No to się wyrzekłam. Nawet lodów! Dziś już będzie piąty dzień. Ale absolutnie nie na stałe i w jakimś długim ciągu abstynencji.

Fontanna łez… i śmiechu też…

Masz już wszystko poukładane, poustawiane, wyznaczone terminy. Kosmetyczkę, fryzjerkę, dentystkę, trycholożkę… I kolejny raz nie dostajesz piguł, więc wszystko się sypie. Próbujesz ratować misterny plan przesuwając o jeden dzień przyjazd do DM- przynajmniej nie będzie już wtorków-potworków. Nie ma problemu, bo jesteś stałą klientką tfu, długoletnią pacjentką, ale nie ma takiej potrzeby, bo pani trycholog robi dla mnie wyjątek i przyjmuje mnie w tę środę zamiast w przyszły wtorek. To miłe. Recepcjonistka z gabinetu dentystycznego przesuwa mi wizytę na lipiec, dziękując, że dzwonię z wyprzedzeniem. Dla mnie to normalne, żeby powiadomić jak najszybciej, iż nie mogę być w ustalonym terminie. I tak nie wychodząc ze szpitala wykonawszy pierdylion telefonów logistycznie poukładałam sobie nowe terminy, jak również odbyłam rozmowy z Bliskim sztuk sześć, bo mój przymusowy przyjazd do DM w następny poniedziałek pokrzyżował niektórym plany… A pan Doktor się dziwi, jak ja funkcjonuję z takimi wynikami już piąty rok, bo on przeanalizował i… Pani Profesor proponuje, żeby coś tam i żebym została jeden dzień dłużej, ale protestuję, bo dopiero co poukładałam na nowo klocki z terminami. Zostałabym tylko na toczenie, ale krwinki czerwone zaszalały i wskoczyły z 2,13 na 2,23, a HGB wspięła się na wyżyny z 5,5 i osiągnęła szczyt 5,8, więc tocznie nie przysługuje. Tym razem to białe zawaliły sprawę i postawiły kropkę nad i. I tak bym wyszła ze sterydami i odroczonymi pigułami, bo system nie przepuści takich wartości i nie otworzy szlabanu na piguły.

W najdłuższy wieczór roku siedzimy z PT przy fontannach wsłuchując się w muzykę, która wdziera nam się pomiędzy słowa. Mamy mnóstwo relacji do przekazania sobie, wreszcie twarzą w twarz. Ostatnio siedziałyśmy tu dwa albo trzy lata temu, tyle że w sierpniu, a potem pojechałyśmy, no wiesz… mówię. No wiem. Na Wały, ale to nie były Wały. Bulwary. Tak, ale one inaczej się nazywają, bo są po drugiej stronie. Stara Rzeźnia. No jest tam, a raczej może była, bo chyba zamknęła się, byłyśmy owszem, ale to nie o nią chodzi. Wiem. No to jak to się nazywa? Na literę „p”. I nie Wyspa Grodzka. Siedziałyśmy w kawiarni na statku. Tak. Pamiętam. No to gdzie byłyśmy? Po godzinie podczas, której nazwa nie wróciła do naszej pamięci, w końcu sprawdziłam w necie. Łasztownia!! Popatrzyłyśmy na siebie najpierw ze zgrozą, a potem wybuchłyśmy śmiechem. Opowiedziałam to pani psycholog na oddziale i się uśmiałyśmy. Zrewanżowała się historią pacjentek, które składały się na prezent: ekspres do kawy. I zapomniały słowo „ekspres” opisując barwnie i namietnie maszynę, co to wypluwa kawę. Ale historia pacjenta covidowego, który zapomniał imienia i nazwiska własnej córki już nie śmieszy, tylko przeraża…

Kondycja mojego włosa a właściwie struktura nie jest taka zła po wszystkim, co przeszłam. Co zaskoczyło specjalistkę. I potwierdziły się moje przypuszczenia, że wypadanie (łysienie góry i boków) może mieć wiele przyczyn. W moim przypadku nie mogę łykać żadnych piguł, ale wyszłam z zestawem: pianka do wcierania w głowę, szampon i odżywka. Plus dziesięć zabiegów, na sześć z nich ustaliłam już terminy. Taa… A zaklinałam się jak żaba błota do LP, która mnie zawiozła do Kliniki Włosa, że nie będę tracić kasy na zabiegi, bo w każdej chwili mogę mieć zmianę leczenia z konsekwencjami bycia całkowicie łysą po raz piąty. I pewnie wytrwałabym w swym postanowieniu, gdyby nie ślub i wesele Dzieci Młodszych. Po wyjściu dostałam głupawki, i rechotałyśmy z LP, że jak nie pomoże, to kupimy sobie identyczne peruki i wyjedziemy na pocieszenie na długie wakacje.

ps. to nie był ewidentnie polski dzień w sporcie 😦