Niepokojące słowa…

Fachowiec przyszedł dzień wcześniej, czym mnie zdumiał do imentu, potem lekko wystraszył, że jak mu zabronię wiercić (wysłałam OM do kotłowni, aby wynegocjował dwu i półgodzinną ciszę, bo tyle mniej więcej trwa drzemka Zońci), to sobie pójdzie i nie wróci, ale to słowa najbardziej nie dają mi spokoju, które usłyszałam w odpowiedzi na pewne moje sugestie, a mianowicie, że będziemy mieć dużo czasu na ustalenia…

I na to się zanosi, widząc tempo prac…

Drugi dzień w większości spędziłam u Najmłodszych. Tuśka radziła mi pozostać, Pańcio namawiał na nocleg, a Zońcia się tylko tuliła i uśmiechała. Zięcia nie było, ale pewnie by mnie pogonił. Mnie zaś nie uśmiechało spanie nie w swoim łóżku, a po telefonie do OM i wypytaniu co się dzieje na froncie robót, stwierdziłam, że wracam na łono domowe. Wprawdzie korzystanie z kibelka było trochę ograniczone, bo musiałam najpierw sprawdzić gdzie są fachowcy, coby nie świecić im gołym tyłkiem jak zadrą głowę do góry, na ten przykład, ale jakoś udało mi się uchronić ich od tych wątpliwych widoków ;p Głównie dzięki temu, że jeden z nich to gaduła, więc choć nie zawsze byli widoczni, ale za to słyszalni.

Trzeci dzień, zapewniona przez Fachowca, że o każdych przerwach w dostawie wody będzie mnie uprzedzał, również postanowiłam zostać w domu, choćby po to, żeby ugotować gar zupy z wkładką, aby panowie- Fachowiec i jego pomocnik- mogli również się posilić, bo pracują do wieczora; na szczęście nie przyjeżdżają bladym świtem, choć i tak codziennie zastają mnie jeszcze w negliżu 😉 Także chwilę spędziłam w kuchni, po czym z laptopem (serial), książką (trolle, fake newsy i bezrefleksyjni użytkownicy szczególnie mediów społecznościowych oraz jak niebezpieczne może być głosowanie przez internet) i telefonem (blogi) osiadłam w sypialni i zamknęłam drzwi, udając, że żadnego remontu w domu nie ma.

Dziś jest czwarty dzień. Coś (wymiana rur) co według OM miało trwać dwa dni, nie ma końca. Podejrzewam, że nawet jeszcze środka. Za to panowie już wczoraj oznajmili, że na cały dzień odłączą wodę. Ciepłej nie mam od wczorajszego popołudnia. Nie zaprotestowałam, bo to w słusznym celu. Zadzwoniłam do LP, że zwalam się jej na chatę. Ucieszyła się. Zaproponowała wikt i opierunek. Mnie wystarczyłby tylko bezstresowy dostęp do kibelka 😉

Ale! Nie wiem, czy nie skusimy się na opicie wczorajszej wiadomości dnia! Co tam dnia! Ostatnich (prawie)trzech lat! Syna wziął i się oświadczył. Jest szansa, że po raz drugi zostanę teściową, co akurat nie jest w tym najważniejsze. Bo najważniejsze jest to, że Dziecka Młodsze myślą być już ze sobą na zawsze. A to poważna sprawa: miłość! I oby za jej sprawą udało im się wprowadzić to w czyn!

Aaa… patriotycznie do od piątku wcinam rogale świętomarcińskie 🙂

Dobrego dnia! Dla wszystkich! 🙂

Tęsknota za tym co już było…

Któż jej nie doświadcza…?

Fenomen tak dużego poparcia dla partii rządzącej jest zawarty w nutach tęsknoty za czasami słusznie minionymi, za młodością przypadającą na okres peerelu. Wysnułam taki wniosek, po przeczytaniu komentarzy pod postem, który zawierał pytanie o plusy tych czasów-  ogromna większość komentujących wymieniała je bez liku, gloryfikując przeszłość. Byli też tacy, którzy uważali, że w tamtych czasach były same plusy. Nagle okazuje się, że wszystko było inne, lepsze: nie było złodziei (kradli wszyscy, bo przecież państwowe to niczyje), wszyscy mieli pracę (czy się stoi, czy się leży), nikt głodny nie chodził (mimo kolejek, pustych półek sklepowych, kartek żywnościowych), mieszkania spółdzielcze po kilku latach oczekiwania to nic, że klitki i często zasiedlone przez trzy pokolenia), nikt nie narzucał im, jak mają żyć (była jedna partia, jedyna słuszna linia), a o zamkniętych granicach i tęsknocie za wolnością … zapomnieli.

Nie, nie uważam, że wszystko było złe, że nie było żadnych wartości, ale ze zdumieniem czytałam, jak to kiedyś było lepiej. Bo to nie były tylko wymieniane plusy, ale przy okazji minusy obecnej rzeczywistości. Tak, ja rozumiem, że smak lodów bambino kupowanych na nadmorskiej plaży, jagodzianek jedzonych opędzając się od os, lizaków „kojak” w sklepiku w miejscowości kolonijnej oraz pomarańczy na święta był zupełnie inny niż dziś… Ale, żeby aż tak tęsknić by popierać politykę (scentralizowaną, jedynowładztwo) PRL-bis, to nie rozumiem.

A Wy za czym tęsknicie z tamtych czasów, i czy w ogóle?

Z ulgą przyjęłam decyzję Donalda Tuska o niekandydowaniu na urząd prezydenta RP. Z ulgą, choć uważam, że w obecnej chwili nie ma lepszego kandydata, jeśli chodzi o kompetencje, osobowość etc… Tyle że z tak dużym elektoratem negatywnym wobec tej osoby, z miernotą kampanijną KO, raczej nie miał szansy na sukces. W moim odczuciu, bez tej kandydatury opozycja ma szansę przerwać tę groteskową, pełnioną na kolanach wobec Prezesa jedynej słusznej partii prezydenturę.

*

Nieoczekiwanie od weekendu czeka mnie remontowa historia. Oby tylko nie niekończąca się 😉 Ale już się boję, bo zapowiadają się chwile bez wody i…dostępu do kibelków, zimna chata i takie klimaty. OM sugerował, żebym sobie zrobiła wakacje. Kusząca propozycja, ale uznałam, że może lepiej trzymać rękę na pulsie i stać na straży porządku i ładu 😉

Nieodzowna córka swego ojca…;)

Dlaczego nie mam okularów? Zapytałam się moich chłopaków, jak już z całym majdanem dotarliśmy na grób Mam, od którego mieliśmy zacząć swą wędrówkę po cmentarzu (na szczęście tylko jednym) bladym świtem tak gdzieś koło 9.30. Przez moment pomyślałam, że może zsunęły mi się z nosa i je zwyczajnie zgubiłam, ale od razu odsunęłam tę absurdalną myśl, łapiąc się kurczowo innej, że zostawiłam w domu, gdy przed wyjściem wciągałam sweter przez głowę. Misiek stwierdził, że jak „zgubiłam”w domu to się znajdą i zajęliśmy się wsadzaniem kwiatów do wazonu, w którym poprzednie ciut trochę przymarzły. Ustawiliśmy donicę z chryzantemami i zapaliliśmy świeczkę, po czym udaliśmy się w głąb cmentarza na kolejne groby- sztuk 4.

Kiedy już wróciliśmy, ja poszłam od razu do domu, a OM z Miśkiem do Babci. Już w korytarzu przy wieszaku zobaczywszy, że okularów nie ma na szafce, pomyślałam sobie, że jednak musiałam je zgubić. Aczkolwiek przeszukałam górę i dół łudząc się jeszcze, że być może dopadła mnie pomroczność jasna i nie pamiętam, co z nimi zrobiłam. Taaa… Chce mi się ryczeć, ale Kota mi nie pozwala, ładując się na kolana, łasząc się i mrucząc i domagając się głaskania. Dzwonię do Miśka z informacją, że patrzałki dalej mają status zaginione, syna deklaruje przeszukanie auta i podwórka. Dzwonię do Taty, który kotłował się ze mną przy wyjściu, ale nie jechał z nami, tylko pieszo szedł do Dziecków Starszych, żeby przeszukał wszystkie swoje kieszenie. W nim moja ostatnia nadzieja. Płonna. Wsiąkły jak kamfora. OM mi nie wierzy, że znikły z mojego nosa, a ja z każdą chwilą jestem coraz bardziej przekonana, że tak właśnie się stało i to na trasie auto- grób. Ale! Jak można nie zauważyć momentu, w którym opuściły mój nos? Syna moja kochana wierzy mamusi i od razu (uprzednio jeszcze raz sprawdziwszy cały dom) wyraża gotowość jazdy w celu przeszukania każdego centymetra kwadratowego odcinka trasy, którą przeszliśmy od zaparkowanego auta. Minęły już co najmniej dwie godziny… Misiek pojechał, ja zaczęłam szykować do obiadu, bo Dziecka Starsze z Najmłodszymi wraz z Wujostwem mieli przyjechać po bytności na cmentarzu do nas. Zeszłam po ziemniaki, a po chwili zbiega do mnie OM i podtyka mi mój telefon pod nos, bo przyszedł MMS od Miśka. Przecież nie widzę, mówię do niego ciut podenerwowana, bojąc się tego co zobaczę powykręcane, połamane, zbite szkła bądź całkiem obce, ale przecież jest możliwość powiększenia zdjęcia. Tak naprawdę to nie jestem pewna, no ale jakie jest prawdopodobieństwo zgubienia okularów na określonym odcinku drogi w tym samym dniu i o tej samej porze przez inne osoby? Zero! To muszą być moje.

Zniecierpliwiona czekam na powrót syna, jeszcze nie do końca dowierzając, że za chwilę będę miała swoje patrzałki, i kiedy staję w drzwiach, słyszę: tylko się mamuś nie denerwuj. Matkojedyna… myślę sobie… zjechały z mojego nosa prosto na chodnik, przez który przemaszerowały całe tłumy, depcząc po stokroć albo i więcej… ale przecież widziałam zdjęcie, wprawdzie bez okularów na oczach, ale szkła wyglądały na całe i trzymające się w oprawkach. Dostaję je w końcu w swoje ręce i widzę, że jeden zausznik całkiem wykrzywiony, nie da się ich założyć, ale tak poza tym to nie doznały jakiegoś większego uszczerbku. Trudno, będę musiała nazajutrz pojechać do optyka, mówię, i cieszę się, że czeka mnie tylko jeden dzień bez czytania czegokolwiek. OM chyba w ramach rehabilitacji, że mi nie uwierzył, iż okulary znikły bezpośrednio z mojego nosa, wziął w swoje ręce i trochę je naprostował, na tyle, że mogłam je założyć. Wizyta u mojego optyka i tak mnie nie ominie (w ŚM tylko nieznacznie mi poprawili, zasłaniając się, że może pęknąć oprawka, więc powinnam to zlecić u tego optyka, u którego robiłam okulary), ale najważniejsze, że się znalazły, bo nie dość, że musiałabym wyłożyć sporą kasę na nowe, to jeszcze pewnie z dwa tygodnie nie tylko drobny, ale i gruby druk byłby dla mnie niedostępny.

Ech… to chyba obrazuje gdzie i z kim moje myśli były i wciąż są właściwie przez ten czas. Niełatwy. Skupiony też na Tacie, któremu tylko na wspomnienie o Mam łamie się głos. Jeszcze nie potrafimy rozmawiać, wrzucamy jakieś wspomnienie i zmieniamy temat… Obecność Najmłodszych bardzo pomaga.

P.S. Macie jakieś przygody z okularami w roli głównej? 😉 Pochwalcie się, żebym nie wyszła na jedyną niezgułę ;p

 

Nostalgia…

Pod stopami szeleszczące liście…W zielonym grubym swetrze z golfem i otulona płaszczem w kolorze kurkumy idę przez cmentarz. Słońce próbuje ogrzać moje policzki i zziębnięte dłonie. Zimno. Zapalam świeczkę w jednym z dwóch stojących zniczy. Szklanych. Minimalizm. I tak przecież ich przybędzie. Dziś. Jutro. Będą wszyscy najbliżsi. Żadnych sztuczności. Żywe kwiaty, mimo minusów nocnych.

Coraz więcej zniczodzielni przy cmentarzach. To świetna inicjatywa, gdy niezużyte jeszcze znicze nie lądują na wysypisku śmieci. Dostają kolejne życie. Jeszcze chwilę temu zastanawiałam się, czy zanieść zbędny znicz z jednego grobu (zamiast kupić nowy) na drugi, gdzie nie ma żadnego, w którym można zapalić świeczkę. Już nie mam takiego dylematu. Trzeba dbać o środowisko. Kolejne pokolenia.

W domu ciepło, a ja wciąż siedzę otulona…nostalgią. Dopadła mnie i każdego dnia trzyma w silniejszym uścisku. Inna niż dotychczas…W garze pyrka rosół z kaczki francuskiej… W drugim warzywa do sałatki. Tak normalnie, po domowemu. Jakby nic się nie zmieniło. Ale to nie ja jadę do rodziny przy okazji bytności na grobach jednych czy drugich dziadków. Nadszedł czas, wcześniej niewyobrażalny, jeszcze nie do końca oswojony, wciąż bolesny, ale rzeczywisty. Momentami paraliżujący, odrealniony, tak jakbym gdzieś tkwiła poza nim…

Uczę się, poznaję, jak to jest, gdy nie idzie się tylko z kwiatkiem i zniczem, jak to mieć kawałek siebie w tym miejscu… Ciocia zapytała się o której msza, a ja zdałam sobie sprawę, że przez lata całe ta wiedza nie była mi potrzebna. Zdumiona ilością aut wokół cmentarza dzień przed i to jeszcze przed południem, nie zaskakuje mnie kierowca, który nie zauważył zmiany organizacji ruchu, i grzecznie musiał się wycofać, uprzednio nie pozwalając mi przejechać. Wiem jak to jest z jazdą na pamięć… W miasteczku, przez które przejeżdżam w drodze do DM niedawno ulicę z pierwszeństwem połączono z nowowybudowaną obwodnicą i postawiono znak „droga podporządkowana”. Już dwa razy zdarzyło mi się przejechać „po staremu”, tak jak jeździłam przez 30 lat.

 

Ze szpitala wyszłam z pigułami. Następnym razem kolejny tomograf. Tato zaopiekowany przez H., spędził kilka godzin na powtórnych badaniach, i wizja szpitalnego łóżka odsunęła się w czasie- nie trzeba udrażniać tętnic szyjnych, ale muszą być pod kontrolą. Uff… bez czekania, niepotrzebnych nerwów, wiadomo na czym stoi- tak procentują wieloletnie przyjaźnie, które przechodzą na kolejne pokolenia.

Syna został kocim bohaterem. Swojej dziewczyny, co oznajmiła na fejsie podlinkując oficjalne podziękowania od stowarzyszenia, które ratuje koty. Zawiózł do KociArki pojemniki styropianowe, które posłużą jako wkłady do kocich budek. Idzie zima…

Jeden z trzech uratowanych, który znalazł dom na Miśkowych strychu, właśnie śpi za ścianą mojej sypialni. Przyjechała, bo to panna Michy, z miasta na wieś połapać myszy 😉

 

 

 

 

Drobnym drukiem… ;)

Czytacie to, co jest napisane drobnym drukiem? No właśnie, a nie czytając, można narazić się na dotkliwe konsekwencje. Na przykład przy takiej instrukcji czy umowie. Bo to co najważniejsze często jest niewidoczne, a raczej mało widoczne dla oka. Taaa odkąd mam okulary, małe literki mi nie straszne, więc przeczytałam, zakodowałam, a właściwie wbiłam sobie mocno w głowę. I tak o to na imprezę przyjechałam dzień wcześniej. Bo tylko ja mogłam wziąć napis „piątek 19.00” pod tytułem grupy nazwanej specjalnie na daną okoliczność, a zmieniany przynajmniej raz (dopisano nazwę lokalu), wziąć za zmianę terminu. Na usprawiedliwienie mam to, że na początku, zanim nie ustaliliśmy, że to sobota, to była brana pod uwagę jeszcze środa i piątek. Jubilatka pracuje w każdy z tych dni, więc uznałam, że jednak termin się zmienił z jakiegoś tam powodu, który też mi umknął. Zamiast się dopytać (już nie mówię o czytaniu ze zrozumieniem ;pp) poinformowałam całą moją rodzinę, że wybywam i przybywam wcześniej do DM.

Na osiedlu czekałam, aż się zwolni miejsce parkingowe, więc wyciągnęłam telefon z torebki, a tam alarm, że co, jak i w ogóle impreza jest jutro!!! Przecież. Padłabym, gdybym nie siedziała. W aucie. Pod blokiem. W DM. O słodki jeżu, a ja jeszcze wracałam się po piguły, bo za moją wsią się zorientowałam, że ich nie wzięłam. Zapomniałam też o płaszczu, który leżał na kanapie, o czym dopiero się przekonałam, wchodząc do domu; choć w dzień cieplutko, to wieczorami i nocą już niekoniecznie, pewnie bym klęła na czym świat stoi, a tu proszę, tyłek mi nie zmarznie ;p Gdybym wtedy zajrzała w telefon… Taaa

Córcia PT dzwoni, przejęta, czy to dla mnie jakiś problem. Żaden. Już zdążyłam się umówić na wieczór na dobre jedzonko z Dzieckami Młodszymi, a na sobotę do południa z moją Aliś. Akurat trafiłam na p. Irę sprzątającą u Taty, więc dogadałyśmy się co do okien również w kawalerce. Tacie wyprasowałam koszule. Nie ma tego złego…;)

Impreza oczywiście w cudownej atmosferze, prześmiana, przegadana, okraszona przepysznym tortem jagodowym (Sowim) z mojego polecenia- zakochałam się w tym smaku na Tuśkowym weselu ;p Noc ciepła, więc ze znajomymi postanowiliśmy wracać pieszo, przez park- odprowadzili mnie pod sam blok. W łóżku znalazłam się kilka minut po pierwszej, mając świadomość, że tak jakby to jest dopiero północ, więc sporo godzin do budzika na piguły. Taaa…. Z czeluści głębokiego snu wyrwało mnie walenie pukanie do drzwi. W progu stał Tata cały w tiulach… hmm… słodki jeżu czy mi się to śni??? Ty śpisz jeszcze?– słyszę. Matkojedyna nie wiem– mruczę i ewakuuje się do łóżka. Słyszę odgłosy dochodzące z łazienki i już nie mogę zasnąć… Wstaję, zaglądam… a jakże. Pralka chodzi, a w niej firanka, druga leży w wannie. Kto robi pranie w niedzielę o siódmej rano!!! I po co ja się odzywałam przy Tacie do p. Iry odnośnie zdjęcia z okien i wyprania firan. Idę do mieszkania obok zrobić sobie śniadanie, a Tata się chwali, że lodówkę umył. Z nudów. Sam nie wpadł na pomysł, tylko słyszał jak zlecałam to p. Irze. (Następnym razem, to będę z nią konspirowała na temat ;pp)  Ech… Po czym oznajmił mi, że jedzie na budowę. W niedzielę. Od piątku nikt z pracowników tam nie był, więc nic się nie zmieniło. W sobotę też był. To jest już jednostka chorobowa…;D  A tak poważnie, to czeka Tatę szpital- ma skierowanie na chirurgię naczyniową. Na szczęście mamy tam kolejne pokolenie zaprzyjaźnionych doktorów.

Dzwonię z trasy, ale jeszcze nie wrócił do mieszkania. Zakazuję wchodzić na drabinę i wieszać firany, ale po głosie słyszę, że raczej mnie nie posłucha… Na własnym podwórku wita mnie biegnący Pańcio od strony domu Prababci, okrzykiem: baaaaabciaaa przyjechała!! I po sekundzie się ściskamy 🙂 Zalegam na kanapie z kubkiem zielonej herbaty i rogalem Marcińskim- jak dobrze być już w domu… W środę po piguły jadę z Tuśką, co mnie cieszy okrutnie, bo tydzień zapowiada się intensywny, a ja jednak każdą „eskapadę” muszę odleżeć pokotem 😉

Dzwonię wieczorem do Taty z informacją, w jaki dzień ma się zgłosić do kliniki w celu uzgodnienia co i jak, i otrzymuję informację zwrotną: firanki już powiesiłem, a wiesz jakie czyste… ;))) No przecież… tyle proszku co wsypał, że musiałam dwa razy włączyć dodatkowe płukanie, to spróbowałby nie być, no! I mogę spać bez wizji upadającego na głowę rodzica spokojnie, aż rano nie obudzi mnie budzik, a na nogi nie postawi szczebiotanie Zońci, która w poniedziałki nie chodzi do przedszkola, czego jej starszy brat skrycie zazdrości 😉

Dobrego tygodnia! 🙂

Knucie…

Za mną kilka dni konspiracji i knucia… w doborowym towarzystwie. Różnorodnym. Mieszanym. Poprzez utworzoną grupę w mesendżerze na fejsie szło nam to knucie dosyć sprawnie. W wyniku tegoż w piątek gonię do DM, aby spotkać się z uczestnikami konspiry oraz z głównym powodem a raczej powódką onego. Wszak raz osiąga się wiek emerytalny przywrócony dzięki dobrej zmianie 😉 Jest co świętować! Jubilatka o niczym nie wie, bo to zapracowany człowiek, i nie zamierza rzucać pracy z powodu wieku. Co innego złożyć wniosek do ZUS-u, bo dlaczego nie? Państwo daje wybór!

Będzie klimatyczny lokal o nazwie legendarnego pirata z naszego miasta, który w 1126 roku na czele 6 okrętów udał się na wyprawę łupieżczą, mieszczący się w piwnicy XV-wiecznego Ratusza Staromiejskiego, z nagradzanym piwem rzemieślniczym, w którym ugościmy Jubilatkę, sprawiając jej niespodziankę. Będą też prezenty, a jednym z nich, to lot moto-paralotnią:D (Lot balonem już zaliczyła w sierpniu :)) I oczywiście tort też będzie, uprzednio skrupulatnie testowany w sowiej cukierni przez dwie młode dziewczyny, którym nie grożą takie ekscesy pójściem w boczki ;p

PT jest jeszcze bardziej zakręcona niż ja, więc na pewno niczego się takiego nie spodziewa, a już na pewno nas- bliskich- w takiej ilości ok. 20 sztuk. Szczególnie że są i tacy jak ja, którzy muszą pokonać ponad setkę kilometrów w dzień roboczy. Wiem z autopsji, że takie totalne zaskoczenie jest możliwe, bo sama je przeżyłam 5 lat temu. Był to czwartek, bliskich ponad 30 osób a 2/3 z DM. Za tą niespodzianką stał OM, a ja nawet wjeżdżając na podwórko, niczego się nie spodziewałam. PT też wtedy była, a jakże! Dlatego, mimo iż żołądek za sprawą wirusa (chyba!, bo Tuśka też cierpiała) dał mi do wiwatu tak, że najchętniej leżałabym plackiem- nie dla mnie też nawet najlepsze piwo w mieście- ale!… chyba tylko zbyt wczesne pójście do nieba, mogłoby spowodować moją nieobecność. Na wszelki jednak wypadek, zaklepałam sobie kierowcę na środowy wypad do szpitala, żeby obrócić w ciągu jednego dnia i nie musieć go odchorować następnego, co zawsze mi się zdarza, odkąd wyjazd po piguły skróciłam z trzech do dwóch dni.

 

Co knuje PIS w sprawie Senatu, to aż się boję myśleć. Wśród moich bliskich, z którymi mam kontakt, nie ma zwolenników PIS-u i dziękować losowi. Dlaczego? Bo to naprawdę fanatycy. Sąsiad, kolega OM z ławy szkolnej podstawówki, groził podaniem do sądu mego ślubnego, jak ten niepochlebnie (zaczepiony przez onego; a mówiłam, żeby nie dyskutował z wyznawcami jedynej słusznej partii) wyraził się na temat obecnego rządu. Serio! Fotograf w Miasteczku (nie wiedziałam, że fanatyk) jak weszłam to akurat uświadamiał klientkę, jakie to szczęście nas spotkało dzięki miłościwie nam panującemu. Oniemiałam. Pani rzuciła znaczące spojrzenie w moją stronę, które zrozumiałam w mig -Fotograf akurat obrabiał jej zdjęcie do dowodu, a mnie czekało stanięcie przed obiektywem i uwidocznienie mojej facjaty na lata w dokumencie, więc lepiej nie otwierać ust i nie denerwować pana. Pokornie wysłuchać peanów. Ale! kiedy zaczął chwalić Rydzyka*, który według niego ma poparcie u samego Papieża, to nie wytrzymałam, Pani mi zawtórowała… Już wiecie, jak wyszłam na zdjęciu… wkurzony podatnik- to łagodne określenie samego Fotografa ;D

Milego dla WAS 🙂

*Nie wytrzymałam, bo tak się to zbiegło z doniesieniami o zamykanych oddziałach w szpitalach, niewykorzystywanych sal operacyjnych i ogólnie rosnącym zadłużeniu szpitali, które wzmogło się jeszcze bardziej po pisowskiej reformie i przystąpieniu do” sieci szpitali”. Nigdy nie pojmę tego, że szpital nie operuje, bo wyczerpał już swój limit! A do biznesmena w sutannie idą miliony! wrrr!!!

Wszystkim zwolennikom nieustająco życzę zdrowia! Szczerze.

Nie tylko liście tańczą… ;)

Tydzień minął w rytmie każda mała pszczółka na zabawę pędzi już… nadchodzi Maja… szubidubidu…a teraz obrót…, i w górę ręce… przy akompaniamencie entuzjastycznego śmiechu, wniebowziętego spojrzenia, kołysania bioderkami i tupotem nóżek przeszczęśliwej Zońci. (Babcia też śpiewała i tańczyła, a co!). Był też” kundel bury”, „idziemy na jagody”, „jadą, jadą misie”…cała wiązanka piosenek, które towarzyszyły kiedyś moim dzieciom i wciąż są słuchane i śpiewane przez następne pokolenia, ale to Maja skradła serce Zońci (jakby inaczej- prawnuczka pszczelarza ;)) i razem codziennie robiły niezły show:D Zońcia z powodu kaszlu i inhalacji nie chodziła do przedszkola cały tydzień, więc Tuśka przyprowadzała ją do nas.

Księżniczka lubi już rządzić; widząc dziadka, przegania go do pokoju z komputerem, gdzie razem siadają na obrotowym krześle prezesa bądź do stołu z papierzyskami- w końcu przyszła z mamą do pracy 😉 Ogólnie nie usiedzi w miejscu, trenując naszą cierpliwość, kolejny raz stając na swoim plastikowym foteliku dumna ze swojej sprawności. Ile razy ganiam za nią po schodach, to nie zliczę, więc jak przychodzi pora drzemki, to obie padamy- Zońcia w łóżeczku turystycznym, a ja na kanapie z książką. Pańciem niewiele starszym (miał półtora roku) opiekowałam się trzy dni w tygodniu po 9 godzin, czasem dłużej, a Zońcią co najwyżej 5 godzin, ale widać różnicę, jeśli chodzi o moją kondycję. Ale przede wszystko to ogrom radości, szczególnie że z każdym dniem dziecko nabywa nowych umiejętności w komunikowaniu się, co często bawi i wzrusza.

 

Pogoda sprzyja, wręcz zachęca, żeby jak najwięcej spędzać czasu na świeżym powietrzu, chodzić na spacery, ale też złapać za grabie i pograbić liście, których coraz więcej na trawie a mniej na drzewach. Jeżdżę też na cmentarz, siadam na ławeczce na naszym miejscu obok, pod którą podłoże wysypane jest drobnymi kamykami; wcześniej zmieniam wodę w wazonie, bo choć wszędzie wokół groby pysznią się sztucznością, to ja chcę jak najdłużej przynosić świeże kwiaty. Nie wiem, co wymyślę do wazonu jak przyjdą przymrozki, ale właśnie wpadłam na pomysł, że w doniczki po wrzosach wsadzę laurowiśnię zimozieloną, potem na lato wkopię ją do ogrodu, jeśli przeżyje… Prace przy grobie prawie już ukończone, bo i podłoże wokół grobu z łamanego granitu też, ale trzeba jeszcze go wyczyścić z zaprawy i chyba wy-spoinować (umówiłyśmy się na telefon z odbiorem, więc jak nie dzwoni to znaczy, że jeszcze coś będą robić). W każdym razie wygląda to już dobrze, myję na razie tylko pomnik i nie mam parcia, żeby go zasłonić czy obstawić zniczami, donicami, figurkami…i buk wie czym… a już na pewno nie wywieszę ścierek do suszenia. Tak!- nie przecierajcie szkieł, tylko ewentualnie oczy ze zdumienia:D  Jako i ja przetarłam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam powiewający kawałek prześcieradła(?) dość już zużytego. I to nie przy jednym grobie takie atrakcje- z tyłu ławeczki rozwieszony sznurek i przypięta klamerką ścierka. Ktoś wpadł na taki pomysł, inny skopiował i poszło… nowa moda cmentarna 😉

I taką mam refleksję… nie jestem już tak często jak latem na cmentarzu i odkąd jest pomnik, choć wciąż przynajmniej raz w tygodniu rzadziej dwa razy, czasem zastąpi mnie Tuśka innym razem deszcz w podlaniu, ale odkąd obok też postawiono pomniki, to za każdym razem spotykam kogoś z rodziny (akurat żony), a przez kilka miesięcy nie spotkałam nikogo…

 

Tata kolejny raz zaskoczył nas swą wizytą, dobijając się do głównych drzwi, których ja niekoniecznie chciałam otworzyć, bo mimo południa wciąż w piżamie, a OM stwierdził, że to umówiony(??!!) hydraulik, więc zszedł piwnicą… Tatuśko beztrosko oznajmił, że przyjechał, gdyż wczoraj (piątek) rozwalił kolejny raz auto i stwierdził, że jednak zaraz nie będzie mógł jeździć, choć Profesor jest innego zdania. Wypytany, przyznał się, że na dłuższe trasy zakleja sobie oko, a na krótkie odcinki już niekoniecznie- wjechał w słupek na parkingu, kiedy chciał przestawić auto.

Zońcia na widoki Pradziadka wtuliła się w niego na dobre kilka minut. Nic dziwnego, ona kocha ludzi, łącznie z paniami w przedszkolu, więc kilka dni absencji nie robi problemu z ponownym przystosowaniem się do pobytu w nim, ani tym bardziej tulenia się do Pradziadka, mimo iż co najmniej nie widziała go miesiąc, co dla takiego małego dziecka jest długim okresem.

Słonecznych dni dla Was 🙂

U mnie kolejny raz (chyba już ostatni) pachnie grzybami prosto z lasu- niezawodna LP zajechała po drodze i zostawiła pełną miskę.