Coraz mniej…

Podczas ostatniej rozmowy telefonicznej z Ciocią poruszyłyśmy między innymi temat minionych świąt. I przy tej okazji usłyszałam, że spędzając tym razem w DM i będąc w kościele, uderzył ją fakt, iż niewiele osób uczestniczyło w ciągu tych dni świątecznych w nabożeństwach. Wtrąciłam uwagę, że w okolicy mieszkania rodziców oraz wujostwa (dzielą ich dwa krótkie przystanki tramwajowe), kiedyś były tylko dwa kościoły, a dziś jest ich cztery. W śródmieściu. Ale po skończonej rozmowie wpadł mi w oczy artykuł o tym, że coraz mniej ludzi chodzi do kościoła- o czym wiedziałam- a w zachodniopomorskim najmniej, czyli 24% deklarowanych katolików. (W moim województwie niewiele więcej, bo 29%). I od razu przypomniał mi się protest mieszkańców pewnego osiedla w DM, którzy domagali się zmian w planach przestrzennego zabudowania, gdyż nie chcieli dopuścić, żeby w promieniu dwóch kilometrów powstał piąty kościół. Tym bardziej że miasto miało oddać teren pod budowę świątyni z 99,7-procentową bonifikatą. Dla mnie to nie do końca zrozumiałe, że w czasach, kiedy coraz mniej jest wierzących praktykujących, co roku nabór do seminariów jest mniejszy, a co za tym idzie liczba kleryków i księży spada, wciąż się buduje nowe kościoły. Fakt, finansowane są z datków parafian, ale tereny pod budowę miasto oddaje prawie za darmo.

Gdyby Kościół się zgodził na wyprowadzenie religii ze szkół, to podejrzewam- tak jak większość- że również drastycznie zmniejszyłaby się liczba dzieci uczęszczających na lekcje religii, która obecnie, w zależności od województwa wynosi 73-85%, więc jest dosyć wysoka. Ostatnio czytałam artykuł, że zawarcie małżeństwa kościelnego będzie trudniejsze, bo KEP opublikowała dekret z nowymi zasadami przeprowadzania rozmów przedmałżeńskich. Szczegółowych. Również na tematy intymne. Podobno to wszystko ma uchronić od rozpadów małżeństw zawieranych w Kościele i być odpowiedzią w obliczu nowych wyzwań, które powstały na skutek zmieniającej się sytuacji społecznej i religijnej.

*

Dni mi umykają okrutnie szybko. Za szybko. Dziś tak jak wczoraj obudziło mnie piękne słońce za oknem. Środowe powietrze było wręcz już wiosenne w swych powiewach łagodności i zapachu… Za wcześnie.

Z sercem granie…

Róbmy swoje. Dziś. Jutro. Pojutrze. Zawsze. Nie doszukując się zła, jakiegoś drugiego dna tam, gdzie niesiona jest pomoc dla potrzebujących. Współczuję tym, którzy (wszędzie) zamiast dobra, widzą złe intencje. To bardzo ogranicza wszelkie sensowne działania. Pomagać można na wiele sposobów, nie narzucając nikomu, jak i kiedy ma to robić. Ale od 28 lat, raz w roku jest niedziela, która jest świadectwem poczucia wspólnoty, przynależności, solidarności… i otwartości miliona serc na innych. Grania z miłością. Radośnie. Niektórzy sami się z tego wykluczają- nie do końca to rozumiem, ale to ich sprawa. Byle nie dyskredytowali… nie przeszkadzali. W tym fenomenie jakim jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy!

Serduszkowej niedzieli ❤️❤️❤️❤️❤️

Zawód…

Jak często brakuje nam odwagi, żeby swym wyborem sprawić komuś zawód? Szczególnie komuś bliskiemu… Podobno nigdy nie jest za późno, żeby się „zbuntować”, pójść własną wymarzoną drogą, choćby pełną błędów, ale z przekonaniem, że właśnie tego chcemy.
Świadomość przemijania z każdym rokiem staje się coraz bardziej natarczywa.
Posuwamy się krok za krokiem ku końcowi… szybciej, wolniej, tracąc po drodze wszystko… bo nic nie można zabrać ze sobą na tę drugą stronę. Może więc warto bardziej żyć w zgodzie ze sobą niż zgodnie z oczekiwaniem innych…

 

Ciężka noc po wyczerpującym dniu; natrętne myśli atakowały i nie dawały spokoju, sen się rwał na kawałki… Dzień jednak powstał z nadzieją na spokój. Bo to właśnie spokój ducha jest wartością bezcenną. Choćby tylko ten względny…

Piekło na Ziemi…

Abstrahując od tego, czy ktoś wierzy w piekło i niebo po śmierci, to wszystko wskazuje na to, że może doświadczyć tego piekła już za życia… I nie jako karę wymierzoną ręką Boga, ale przez działalność własnych rąk…

Zamiast zimowej aury deszczowo i wietrznie. Australia płonie- niewyobrażalna tragedia dla fauny i flory, a co za tym idzie dla człowieka…  Śnieg w Grecji dokuczliwy dla uchodźców koczujących w namiotach. Niepokojące doniesienia z Iranu… Świat robi się coraz mniej piękny i przyjazny. Powoli dla wszystkich, nie tylko gdzieś tam w odległych zakątkach naszej planety. Mnie to przeraża, tak jak deszcz, który zawiera mikroplastik, ale przede wszystkim bezczynność polityków wobec kryzysu klimatycznego. Pozorne urzędnicze działania, mało znaczące, kiedy potrzebne są radykalne zmiany. Człowiekowi się wydaje, że jest bezpieczny w swoich przytulnych czterech ścianach, daleko od wszelkich kataklizmów klimatycznych czy zbrojnych, ale to tylko złudzenie. W ciągu jednej dekady tak wiele się zmieniło, tak mocno przyspieszyło, szczególnie w degradacji środowiska, rabunkowej gospodarki. Czy wiecie, że są miejsca, gdzie nie tylko zasoby wody pitnej są zagrożone, ale również piasku? Już znikają całe plaże i wyspy, toczą się nawet wojny o ten surowiec.

Właściwie to w tej sytuacji to tylko mogę się cieszyć, że pół wieku życia mam już za sobą. Abstrahując od stanu zdrowia, to i tak już przeżyłam jego większość w bezpiecznym i przyjaznym świecie. Biorąc jednak pod uwagę tempo zmian, to mam ogromne obawy,  że ani dzieci, ani wnuki już tego nie doświadczą.

Powinnam być w nastroju przedświątecznym, poczynić jakieś przygotowywania, ale nie jestem. Bo jak tu być, jeśli w trakcie odbędzie się ostatnie pożegnanie… Nie wiem jak, gdzie, z kim… Nawet nie rozmawiamy… Jestem zmęczona. Bardzo.

Dziękuję Wszystkim za ciepłe słowa otuchy.

Przyszła…

Śmierć najczęściej jest zbyt wczesna, nawet jeśli skraca cierpienie… Niepożądana, nawet jeśli oswojona… Ostateczna. Bezwzględna.
Smutny początek roku, z ogromną stratą dla Starszych Dzieci i Najmłodszych… Dla wszystkich kochających…lubiących… szanujących…

 

 

 

Krok w Nowy Rok…

Pomiędzy świątecznymi dniami na szpitalnych korytarzach mniej tłocznie, ciszej, nawet światło przygaszone, bo nie wszystkie lampy się świecą… za to migocą się światełka na sztucznej choince postawionej na stoliku. Spokojniej. Przyjaźniej. Szkoda tylko, że mniej pacjentów na izbie i oddziale nie jest równoważne z mniejszą zachorowalnością… Ot, taki czas, gdzie personelu mniej, bo lekarz też człowiek i potrzebuje odpoczynku, a okres świąteczno- noworoczny temu sprzyja. W górach spadł śnieg, można wybrać się na narty… albo skoczyć na kilka dni w tropiki. Ja akurat nie narzekam, że w tym czasie musiałam udać się po piguły, bo dzięki temu spędziłam tylko dwie i pół godziny w szpitalnych murach. Szok. Jak Oskarowa stanęła przede mną z kartonikiem, nie wierzyłam własnym oczom, że tak szybko. Fakt. Czas mi szybko zleciał, bo w tej ciszy mogłam sobie poczytać, a i pogadać z …Miśkiem, który wpadł, bo potrzebował mojego podpisu. Przy okazji odkrył, że miałam trzy urządzenia podłączone do swojego telefonu (hasło zmieniłam dzień wcześniej), opierniczył, że gdzieś musiałam bezmyślnie poklikać, jeśli ktoś przejął moje ID i hasło… Taa… Jasne, od razu…Ha! Jak zobaczyłam, że wciąż mój stary iPhone jest podłączony, to zagadka się rozwiązała skąd jakieś obce maki się do mnie… tfu… do telefonu podłączyły. Kto jest sprawcą tego niefrasobliwego klikania. Moja wina to tylko taka, że zareagowałam dopiero na trzeci komunikat od Apple. Ale też, nie za bardzo miałam się czego obawiać, bo w zupełnej przeciwności do Miśkowego, mój telefon nie posiada wiedzy o kodach dostępu, które gdyby dostały się w niepowołane ręce, to mogłyby spowodować zubożenie mojego konta posiadania, a co za tym idzie czarnej dziury ;p No ale i tak się cieszę, że spokojna o swoje finanse i tajemnice (dostęp do bloga ;pp) mogę wkroczyć w ten Nowy Rok… 😉

A wkraczać będę spokojnie, w towarzystwie Przyjaciół na domówce. Z dobrym domowym jedzenie i humorem, bo nie mam zamiaru smucić się w ostatnim dniu roku, który nie był rokiem zupełnie szczęśliwym. Szczęście to rzecz względna i bardzo ulotna, choć trwa krótkie chwile, to one się pojawiają, nawet kiedy doświadczamy tych trudnych, z pozoru niemożliwych do udźwignięcia… Nie, nie odetchnę z ulgą, że rok się skończył, bo to tylko cyfra i nic więcej… Ważna dla tych, którzy lubią robić podsumowania i postanowienia. Ja niekoniecznie. Nie myślę też, co może przynieść ten rok, bo wiem, że będą i łzy wzruszenia i łzy smutku, śmiech i radość…jak co roku. Straty i zyski. Oby tylko tych szczęśliwych, spokojnych, normalnych, radosnych chwil było więcej. I zdrowych! I tego WAM wszystkim z całego serca życzę! I szampańskiego humoru w ten wieczór, nawet jeśli nie jest zakrapiany bąbelkami czy innymi procentami, nieprzetańczony, bez fajerwerków i toastów. Po prostu uśmiechajcie się i patrzcie z nadzieją na jutro! Dopóki ono nadchodzi, to już jest szczęście…

DO SIEGO 2020!

Przeminęły…

Wszystko przemija… Najtrwalsza jest zawsze pamięć… ale tylko ta pielęgnowana.

Wyspana, ale wciąż czująca zmęczenie, mimo iż w drugi dzień świąt to tylko błogie lenistwo i spokój. Nie jak kiedyś, gdy był to czas odwiedzin u Przyjaciół, gwarny, przy stole, w towarzystwie ich licznej rodziny, wypełniony śmiechem. Wesoły. Nie mam na to już sił, ale również żalu w sobie, ceniąc te spokojne chwile pod kocem, w blasku światełek, oglądając film za filmem…

Objedzona, że aż strach wejść na wagę- co zrobić muszę, ale dopiero w niedzielę, żeby podać aktualną na izbie przyjęć w poniedziałek. Nie wiem, jak to się dzieje, ale zawsze jest za dużo jedzenia, choć uszka, ruskie pierogi i karp (przepysznyyyy) zjedzone do ostatniego kawałeczka. Skąd u nas się wzięło 7 rodzajów ciasta, w rodzinie bez tradycji pieczenia nawet na święta? Misiek przywiózł trzy (dwa od Sowy jedno sami upiekli), Tuśkowy sernik własnoręcznie zrobiony i cztery w prezencie od zaprzyjaźnionej piekarni. O słodki jeżu… teraz wyszło, że nie siedem a osiem. Rozpusta!!! Ale i tak najsłodsza jest nasza Księżniczka. To najfajniejszy wiek dziecka. To ona ze swoim starszym bratem skupiali naszą uwagę, wywołując śmiech zamiast łez…

Trudne i piękne chwile…

Jak złożyć życzenia świąteczne, Osobie, której za chwilę skurczy się świat… Nie da się bez morza łez po obu stronach słuchawki. Kiedy zapłakane dziecko staje w drzwiach w wigilijny wieczór…Gdy siadamy niekompletni do stołu… Spojrzenie na wypchaną buzię Zońci zajadanym ze smakiem pierogiem, niecierpliwość Pańcia, bo przecież prezenty czekają nierozpakowane, wygłupy i radość Najmłodszych, która udziela się wszystkim… Chwila u Prababci, która już nie wie za bardzo, kto jest kto, ale siedzi z uśmiechem, bo nikt jej nie męczy „a pamiętasz?, więc dziękuje za odwiedziny, chwila z kolędnikami, którzy przyszli złożyć życzenia…

Świąteczne chwile… inne niż te codzienne, tak bardzo potrzebne, żeby kolejny raz przekonać się, że w rodzinie jest siła, która pozwala przeżyć każdy czas…

 

P.S. Mikołaj w tym roku chyba wkradł się do moich myśli 😉

A jak u Was?

No i gdzie spędzacie Sylwestra?