Powrót lata…

… zbiegł się z moim złym samopoczuciem. Nie wiem, czy to OM sprzedał mi swoje zarazki/bakterie/wirusy, czy raczej sama załatwiłam się, uporczywie biegając boso po zimnym podłożu- podłodze/kafelkach/płytkach tarasowych- i raz przewiało mnie na Cmentarzu, na którym albo spiekota, albo wiatr hula… ech. Sama postawiłam sobie diagnozę- zatoki. Dlatego też spokojnie przyjęłam telefon od fachowca, że i on nie bardzo dysponowany, bo go przewiało- pewnie od klimy-  i wlazło w brak, że rękę nie może podnieść do góry, więc założenie klimatyzacji odłożymy na poniedziałek. Zaraz zaczęłam wyszukiwać plusy tej sytuacji, że dopiero co w czwartek dom został wysprzątany nawet z umyciem tarasowego okna, więc szkoda go tak szybko zakurzyć wiercąc dziury w dwóch ścianach. Z doświadczenia wiem, że jak się biega dół- góra- dół- góra- dół i tak pierdylion razy, przez taras, więc i przez salon, a na dach się wchodzi z pokoju na półpiętrze, to tak naprawdę wszędzie jest nabrudzone, mimo użycia odkurzacza przy wierceniu. Dlatego też przez chwilę odetchnęłam z ulgą. Jeszcze tego tak do końca nie przetrawiłam- czy cieszyć się, czy jednak niekoniecznie, bo to wiadomo, jak będzie w poniedziałek?- jak fachowiec zadzwonił, że jednak po końskiej dawce przeciwbólowych zaserwowanych mu przez osobistą pielęgniarkę małżonkę, chłopie do roboty, a nie zachciewa ci się mieć wolną sobotę, trzeba tyrać od rana do wieczora, ludzie chłodu potrzebują, a ja wakacji na Seszelach przyjedzie do nas. I poczułam ulgę, bo przecież lato wróciło z przytupem, więc dobrze wiedzieć, że w każdej chwili mogę wziąć pilota do ręki i schłodzić przede wszystkim sypialnię.

Roboty trwały cztery godziny z przerwą na świeżo zmieloną i zaparzoną kawę z ciasteczkami, skonsumowanymi na tarasie. (Gołębica w gnieździe spojrzała z góry i ostentacyjnie odwróciła się zadem na te fanaberie). Panowie po sobie posprzątali, ale bez mycia podłóg na mokro, za co przeprosili, że tak się zmywają, ale temu drugiemu, młodszemu- choć teraz na oko to trudno tak ocenić- się spieszyło do dziewczyny/partnerki/żony; pewnie mieli jakieś plany na sobotnie popołudnie, a tu szef zaniemógł, więc zamiast od rana to zaczęli robotę w samo gorące południe.

Pytam się o płatność, bo wiem, że w domu są pieniądze przeznaczone na ten cel, ale słyszę, że jeśli chodzi o kasę to w przypadku mojego męża to najmniejszy problem (jak miło), a umówili się z mężem na przelew; wręczył fakturę i podbitą gwarancję. Powtórzyłam te słowa mężowatemu jak wrócił z poleconym lekiem dla mnie (Ajda, dzięki:**) i zupą od LP, a ten jak żmija kąśliwie skwitował, żeby tak fachowiec terminów dotrzymywał, tak jak on płatności- no cóż, poślizg tylko czteromiesięczny ;p Ale ja i tak szczęśliwa, bo zdążył przed nagrzaniem się domu przez kolejną falę upałów.

I czmychnęłam pod koc, bo mi się zimno zrobiło ;p

 

Ach, i Pan zaszczepił w nas myśl na wymianę ogrzewania na pompę cieplną; sam w tym roku montuje w swoim domu. Ktoś może ma albo zna takich, co już użytkują? OM już wcześniej myślał na ten temat, jak jego znajomi kilkanaście lat temu zamontowali, ale to stary typ, dziś to już całkiem inna technologia. Wprawdzie mówi się na wsi, że w tym roku mają gaz ciągnąć i w pierwszej kolejności podłączać przedsiębiorców- ale ja nie jestem taką optymistką, bo już trzeci raz wypełnialiśmy papiery i jak do tej pory cisza. Kilkanaście lat temu mój Tata z kolegą z branży chcieli położyć sieć gazową we wsi, ale napotkali się ze sprzeciwem mieszkańców, którzy nie wyrazili zgody na przejście rury gazowej przez ich posesje, argumentując, że po co im gaz, jak mają butle 😦 Dlatego sceptycznie podchodzę, że w końcu zrealizują, a poważnie myślimy o zmianie ogrzewania i trzeba będzie się na coś zdecydować.

Pięknego, słonecznego, wakacyjnego tygodnia! 🙂

 

Reklamy

(Nie)pamięć na zawsze…

Zamieniam podeschnięte czerwone róże na bukiet żółtych kwiatów prosto z ogródka. Wodą z wazonu podlewam margerytki w doniczce i begonie rosnące w ziemi. Do wazonu wlewam świeżą wodę z dwóch półtoralitrowych butelek, którą przywiozłam ze sobą. Zapalam jeden, dwa, trzy znicze… Rytuał. Powtarzalność. W szmacianej torbie, którą zawsze wożę w aucie, mam rękawiczki, zmiotkę, zapalniczkę i dwie butelki po Muszyniance. Napełniam je przed wyjazdem. Przeważnie to wystarczy, bo jestem dość często, ale znów zrobiło się upalnie, a ja nie wiem, czy będę za dwa czy trzy dni- zresztą coś czuję po kościach, że OM sprzedał mi choróbsko. Idę więc alejką między grobami do studni z kranem napełnić butelki, by obficiej podlać kwiaty, które przez cały dzień kąpią się w słonecznych promieniach. Mój wzrok pada (nie pierwszy raz) na dwa groby obok siebie; podchodzę bliżej. Na tym już kilkunastoletnim z pomnikiem, na czarnym zakurzonym tle wyryte epitafium: pamięć na zawsze. Obok tegoroczny grób- żona spoczęła nieopodal męża. Smętnie… Jeden wypalony znicz i mała doniczka ze sztucznym świerkiem. Wokół pomnika trawa powyżej kolan… bez życia, sucha… Znam ich syna jedynaka… Zakręciły mi się łzy, że ta pamięć taka ułomna. Że po co te groby, o których się potem nie pamięta. Obowiązek, który nie zawsze można wypełnić, a czasem po prostu nie ma się takiej potrzeby.

Obok Mam, a właściwie mojej kwatery, leży Pan Stefan. Od pogrzebu grób nieuprzątnięty, więc pomiędzy sztucznymi wieńcami wyrosło zielsko na prawie metr, wokół usypanego grobu również i zaczęło się plenić. Wprawdzie nasze puste miejsce zabezpieczone jest zieloną matą, właśnie po to, aby trawa i chwasty się nie rozpanoszyły, lecz i tak już musiałam przy pomocy łopaty i OM usunąć kilka, bo tak się rozkrzewiły z sąsiedniego grobu.

Zaś z drugiej strony (lewej), kilka dni temu postawiono pomnik, co mnie ucieszyło z dwóch powodów: grób kopany był później, więc to żadne szaleństwo, stawianie nagrobku przed upływem roku, i że będzie łatwiej utrzymać porządek wokół grobu Mam, bo choć sam pomnik mocno udziwniony (rzecz gustu i nie w tym rzecz), to zapewne po jakimś czasie zostanie też zrobione podłoże wokół niego, a co za tym idzie, ewentualne chwasty nie będą miały szans.

To jest ten najistotniejszy powód, dlaczego samej jest mi spieszno do postawienia pomnika- dużo łatwiejsze będzie dbanie o grób.

 

Minęło pięć miesięcy… Za każdym razem nie dowierzam, że to już tyle czasu… tu przychodzę. Wiesz, Misiek w pięknym stylu dopisał sobie magistra do inżyniera. Wszyscy jesteśmy dumni, ale najbardziej szczęśliwy jest Dziadek. Oczywiście w swoim niepowtarzalnym stylu, ale Ty wiesz to najlepiej.

To był przecież bardzo trudny czas…

 

 

 

 

Gadulec przetkanych zapachami…

Pod stopami piach naprzemiennie z utwardzoną drogą drobnymi kamykami- podobno dobre dla stóp, więc i dla całego ciała. Niespiesznie, krok za krokiem, skupiając się bardziej na tym co wkoło, niż na leniwie toczącej się rozmowie, co chwilę biorąc głęboki oddech tak, aż się zakręci w nosie i w głowie od zapachów, jakie ofiaruje las… Pocięte drewno ułożone w stosy pachnie obłędnie żywicą…

67121141_2228779000568363_1485438954994925568_n

Przydrożny oset już z oddali kusi swym słodkim zapachem, więc zanurzam w nim swój nos, zatracając się w nim przez chwilę…

66472664_2341383819316215_1188301877528231936_n

Zerwany dziurawiec i rumianek tworzy zdrowy bukiet leśnych kwiatów…

66452414_1359276634210012_1648753084970565632_n

pięknie wygląda w rękach PT 🙂
więcej KLIK

Nie, nie do wazonu. Ususzony, a potem zaparzony będzie wspomnieniem rozmów na tarasie do pierwszej w nocy, obserwacji wiewiórki ganiającej po orzechu i modrzewiach,  wyścigu z Myśką, kto pierwszy zajmie leżak, odkrycia gołębicy wysiadującej jaja w gnieździe utkanym na pnączu pod tarasowym dachem, wspólnego pichcenia zupy śmietnik, siedmiu tysięcy kroków leśnym duktem, obserwacji wędrującego księżyca… Dwóch wspólnych dni napędzanych zachwytem… (Jak moja Ceśka, a raczej jej siostra bliźniaczka występująca w reklamie ;p hmm… czy ja nie powinnam mieć z tego powodu jakichś profitów? ;pp) o smaku jagodowych bułek i dojrzałych śliwek prosto z drzewa. I…

…Telefonu, pierwszego jak już wynurzyłyśmy się z lasu i byłyśmy przy Ceśce, z którego dowiedziałam się, że Tata wracając ze sklepu, przewrócił się, bo nie zauważył krawężnika i stłukł sobie nogę. Drugiego o czwartej rano, również od Taty, z informacją, że jest w szpitalu i czeka na wynik prześwietlenia. Co przeżyłam, widząc na wyświetlaczu godzinę i kto dzwoni… to moje. Pomijam, że zadzwonił, nie wiedząc jeszcze, czy go zostawią czy nie, ale zadeklarował, że ewentualnie wróci taksówką (na SOR zawiozło go wezwane pogotowie- swym uporem przekonał dyspozytora, bo uczciwie przyznał się, że upadek nastąpił kilka godzin wcześniej i sam doszedł do mieszkania, więc oczywiście wysyłano go do rodzinnego), bo Misiek akurat był poza miastem w odległości większej niż ja (oczywiście o tej samej godzinie zadzwonił do niego, z tą różnicą, że nie wyrwał go z głębokiego snu, bo dziecko dopiero co się kładło właśnie ;p) i z pytaniem, czy PT opuściła mój dom, bo może wykupiłaby mu receptę, jeśli taką dostanie. PT spała snem sprawiedliwym za ścianą, więc… Miał zadzwonić, jak już będzie decyzja, ale tego nie zrobił, więc jak w końcu zasnęłam i obudziłam się o dziewiątej, to zadzwoniłam sama. Był w domu, dali mu zastrzyk, złamania nie ma, robi okłady z lodu i będzie czekał, kto się pojawi prędzej, żeby wykupić mu receptę, ale pośpiechu nie ma. (Taaa, ale postawić nas o czwartej rano do pionu było koniecznością, przecież ;)). Pierwszy był Misiek, PT zaś dojechała wieczorem przywożąc za to świeżo upichconą zupę 🙂 Naprzemienne rozmowy z Miśkiem i PT przez telefon zakończyły dzień o 23 i padłam… znów śpiąc do dziewiątej, ale w końcu odespałam zarwane dwie noce z rzędu… i dni pełne wrażeń 😉

 

 

 

Czas miniony..

Wyjechał w nocy z niedzieli na poniedziałek do pracy i do dziś nie wrócił 😉 Zostałam słomianą wdową na włościach, czy jak to tam się mówi, z planami, co to ja teraz z tym czasem nie zrobię, a tak naprawdę to czas mi umyka błyskawicznie nie wiem na czym 😉 To znaczy, wiem. Na tym co do tej pory, wyeliminowałam tylko gotowanie. Dla się, się nie chce, więc nawet wątróbka, zamiast wraz z cebulką wylądować na patelni, została wrzucona do garnka, a potem do misek piesów. Sandwicze na ciepło naprzemiennie z pierogami oraz dużo owoców przegryzanych kalarepą. No cóż, główny zaopatrzyciel w produkty naszego domu, wziął sobie urlop i wyjechał… No to w końcu się zebrałam w sobie i wyruszyłam do Miasteczka na poszukiwanie… truskawek i moreli. A konkretnie na rynek, a raczej ryneczek, bo trzy stoiska warzywno- owocowe trudno inaczej nazwać. Zdobyłam tylko truskawki.

Kiedyś w samym centrum Miasteczka był plac, a na nim stragany z przeróżnym towarem, ale królowały warzywa, owoce i kwiaty. Plac był kolorowy, gwarny, tętniło życie. Dziś wciąż jest plac, ale zabetonowany, ze sezonową knajpką z piwem. Jest schludnie i pusto. Od czasu do czasu ożywa, jak są organizowane koncerty. Targ przeniesiono w inne miejsce, w którym z roku na rok zaczął się kurczyć- ubywało handlujących. Nie, nie uważam że źle zrobiono, bo ten plac to wizytówka Miasteczka. Miejski Rynek. Ale, szkoda, że na placu nie ma zieleni, drzew… Skwer byłyby chyba lepszym pomysłem, szczególnie że większe koncerty i tak odbywają się na stadionie lokalnej drużyny. I smutno mi, że czas, przemiany, zmieniły upodobania i teraz większość kupuje w hipermarketach, a małe i większe ryneczki giną z mapy miasteczek.

Mam miała swój ulubiony ryneczek niedaleko osiedla. Warzywa, owoce, ale i mięso kupowała tylko tam. Kilka alejek do przejścia, kolory i zapachy… Też to lubię, ale nie mam okazji, bo OM do domu przywozi z giełdy w ŚM, często prosto od rolnika, wszystko o co go poproszę. Jak się nadarzyła, to okazało się, że za bardzo nie mam gdzie… Ech…

*

Nie oglądam telewizji, ale co nieco do mnie dociera. Bardzo współczuje dzieciakom i rodzicom z podwójnego rocznika. Zamiast cieszyć się wakacjami, to przeżywają stres związany z rekrutacją. Jak słyszę, że każdy uczeń w końcu trafi do szkoły…jakiejś…to zgrzytam zębami. Pamiętam stres Miśka, który w DM złożył tylko do jednego liceum, i było to jego być albo nie być w DM. W południe wiedzieliśmy już, że dostał się do wszystkich trzech najlepszych liceów w ŚM, ale dopiero zakwitł mu banan na ustach trzy godziny później, gdy było już wiadomo, że pójdzie śladami starszej siostry… Współczuję, bo znalezienie się na liście to jedno, a drugie to nauka w szkole, w której ilość klas i uczniów w nich bardzo się powiększyła, co automatycznie pogarsza warunki nauki.

Ach, i rząd daje kolejne 500plus, tym razem niepełnosprawnym dorosłym. Ludzkie pany! Z ciężką ręką, która wyznaczyła próg dochodowy. Trudno to nawet skomentować.

Zawsze lubiłaś… 6.07.

Rześkość powietrza i przelotny deszcz, a właściwie deszczyk, którego ani nie widać, ani nie słychać cieszy mnie jak dziecko, które za dobre sprawowanie dostało różowy balonik szczęścia. Ulotny, ale w tej chwili trzyma go mocno, podskakując z radości… Pogoda wpisała się w nastrój ostatnich dni, odrobinę melancholijny z dawką łez i uśmiechu… I paradoksalnie, zamiast przygnębiać, to ona trzyma mnie w pionie.

W tym dniu- jak co roku- mieszkanie w dużym mieście otulał zapach różnorodnych kwiatów. Pragnęłam, na przekór wiedzy, jaką posiadałam, żeby w tym roku było tak samo… Wyparłam ją ze swej świadomości, nie godząc się na to, co było nieuniknione… Dlatego ten ostatni oddech był dla mnie tak dużym zaskoczeniem- przecież do lipca było jeszcze daleko… Moja wiara w to, że dotrwasz do swych 76. urodzin, była iluzoryczna, ale trzymałam się jej kurczowo. Przecież szóstka, siódemka i ta przeklęta dziewiątka- zawsze miały znaczenie wyznaczeniu kresu… Kiedyś w to nie wierzyłam, aż do momentu, kiedy tylko one karmiły moją nadzieję… Tobie świat się kurczył już od jakiegoś czasu, mnie się skurczył w tamtym dniu… Nagle.

Przynieśliśmy Ci kwiaty i teraz… Twoi najbliżsi… A potem usiedliśmy przy kawie i czekoladowej babce z malinami przy moim kuchennym stole. Tak jak zawsze to robiliśmy, w innej rzeczywistość… w kuchni Twojego wiejskiego domu, kiedy przyjeżdżało Wujostwo i toczyły się ważne i mniej ważne rozmowy. Gdzie śmiech i miłość grały pierwsze skrzypce, zagłuszając kłótnie i swary… Gdzie zawsze pachniało jedzeniem i nikt nie odchodził głodny.

Ten czas minął już bezpowrotnie, ale wciąż jesteś z nami. W uśmiechniętych ustach i mokrych oczach…

Roszczenia od czapy…

OM skomentował, słowami: to się nadaje do psychiatryka…

Ja się śmieję naprzemiennie z lekkim wkur… i jednoczesnym niedowierzaniem…

Byłam pewna, że tego dnia już nic nie przebije opowiedzianej historii z wypiętym gołym tyłkiem w tle… a jednak!

Siostra mojego Taty, z którą od dwóch lat nie ma(m) kontaktu- bo sobie tak nagrabiła, przy okazji szargając nerwy całej naszej rodzinie- zadzwoniła do Cioci (bratowej Mam) i oznajmiła, że śniła jej się moja mama… W tym śnie (Mam) była okropnie na mnie zła, że nie dałam jej słuchawki telefonu, jak Ciotka zadzwoniła na aparat domowy (fakt- z automatu ją pogoniłam, po czym zaraz się zreflektowałam i zapytałam się Mam, czy może chciała rozmawiać- nie chciała), a tak w ogóle, to w tym śnie (Mam) przekazuje wszystkie swoje sukienki dla niej… Ciotka wytłumaczyła tę „decyzję” Cioci tym, że niektóre z nich kupowały razem, bo na prawobrzeżu gdzie mieszka jest butik z ekskluzywną garderobą, do którego swojego czasu zaprowadziła moją mamę. Ale to nie wszystko, co jej  przekazuje, bo jeszcze połowę złota. I w tym momencie wybuchnęłam śmiechem. Ciocia mi to wszystko przekazała przez telefon, nawet nie zapytałam się, kiedy to było i co odpowiedziała, bo absurdalność i bezczelność tego przekazu przekroczyła moje zdolności pojmowania. Rzeczywistości. Normalnie myślałam, że mi się ta rozmowa śni… bo Ciocia czegoś takiego by nie wymyśliła. W ogóle to się zastanawiała czy mi  powiedzieć, zła, że odebrała w ogóle ten telefon, ale nie wiedziała, kto dzwoni.

To nie był sen. Ani mój, ani tym bardziej Ciotki. Tylko perfidny plan, nie pierwszy zresztą. Z przejęciem firmy przez jej synalka nic nie wyszło, to wymyśliła surrealny plan, żeby dobrać się do szaf Mam. Wiedząc dobrze, co w nich jest, w końcu sprzątała kilka razy w roku oba mieszkania- za sowite wynagrodzenie, nieraz wychodząc z jakimś dodatkowym łupem- chyba z żalu ścisnął jej się tyłek…

Tacie nawet o tym nie wspomnę, bo szkoda mi jego zdrowia…

Jak myślicie? Wystąpi na drogę sądową ? 😉 Za to my się zastanawiamy czy nie wystąpić na takową. Ha! Wszak ponieśliśmy koszty nie tylko związane z uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym… ;pp  Izba Skarbowa przysłała pismo, iż odrzuca decyzję Urzędu Skarbowego i całkowicie umarza postępowanie. Po ponad pięciu latach szarpania się i udowadniania, że w naszym ogródku nie ma żadnego ukrytego skarbu, za który nie zapłaciliśmy należnego podatku, żeby (nie)wspierać te wszystkie plusy…

P.S. Krwinki dalej lecą sobie w kulki, bo z 2,33 łaskawie wdrapały się na 2,43. Całe szczęście, że kwalifikowała mnie Doktorowa, więc chwyciłam piguły i w nogi, bo na izbie przyjęć, inna Doktorka postraszyła mnie toczeniem- widząc moje niskie ciśnienie i ostatnie wyniki- a ja nie miałam w planach kolejnego noclegu w DM, tym razem na szpitalnym łóżku. Choć na onym sobie poleżałam, czekając na wyniki, zamiast jak to zwykle bywa- siedząc na korytarzu na twardym krześle. A obok mnie Julia-moja-Julia, ależ żeśmy się wyściskały z tej radości widzenia się, nie bacząc na okoliczności. (Julia teraz bierze chemię przez pięć dni co trzy tygodnie i jest to już czwarta chemia 6-cyklowa, właściwie bez dłuższych przerw pomiędzy, a jest starsza ode mnie i to sporo, bo przekroczyła siedemdziesiątkę- podziwiam za siłę i wytrwałość).  I jeszcze dwie panie, które dopiero zaczęły swoją przygodę z pigułami- jedna drugi cykl, a druga czwarty- które przywitały mnie słowami, a to pani jest tą… Tak, tą co najdłużej bierze i jest nadzieją dla innych 🙂

To był dzień dobrych i absurdalnych wiadomości oraz wydarzeń. Wszystkie mnie uśmiechnęły, bez wyjątku.

Wszystkim trzymającym kciuki i kopiącym moje krwinki (musicie z większą siłą następnym razem ;pp) ogromne podziękowania:*** To piękne uczucie mieć w Was wsparcie:***

Wróciłam do budzikowego schematu dnia i łykania piguł…

Kacza akcja!…

Nie zginie kaczy ród, tak mi dopomóż…

Alarm podnieśli klienci sklepu, którzy na ławeczce spożywali niskoprocentowe zimne napoje dla ochłodzenia organizmu, kiedy zamiast białych myszek zobaczyli żółciutkie kaczątka. Ktoś doniósł do OM, a ten do mnie, że chyba kaczki się wykluły… Noszzzz, a jak na złość obaj pracownicy w terenie!

… dopomógł sąsiad.

W pocie czoła połapaliśmy całe rozpierzchłe towarzystwo do dużego kartonu, a matki sztuk dwie zresztą maleństw zagoniliśmy do osobnego pomieszczenia w kurniku, i oddając im ich potomstwo, doprowadziliśmy do szczęśliwego połączenia rodzicielek z dziećmi. (Ojcostwa nie ustalaliśmy; cztery kaczory akurat miały sjestę pod jabłonką, nie było sensu im jej zakłócać ;pp). Po wycince drzew u sąsiada, kiedy rozwalono nam zagrodę dla kaczek, a lis zamordował około 20 kur, to całe pierzaste towarzystwo było razem, co wcześniej nie miało miejsca- kaczki miały swoje pomieszczenie i oddzielny kaczy wybieg. Był porządek. Za czasów, kiedy to Tata trzymał pieczę nad wszystkim…

Mogłabym zlecić wybicie wszystkiego i mieć święty spokój, ale nie po to mieszkam na wsi, żeby nie mieć swojego jajka czy kaczki na rosół. Tak było zawsze, odkąd tu zamieszkałam. Nie udawałam „paniusi” z miasta ani tym bardziej, że się znam na hodowli czy uprawie, wszak nigdy nie mieliśmy nawet działki w DM, jednak nie wyobrażałam sobie, żeby jajka kupować w sklepie, a rosół gotować z kurczaka nafaszerowanego antybiotykami. Dlatego też mój ogród, to nie ozdobne drzewa i krzewy, ale czereśnie, wiśnie, śliwy, jabłonie, grusze, orzechy i leszczyny. I pierzaste. Owszem, jest bez, magnolia, hortensja i kilka iglaków, kwiaty samosiejki… Pomiędzy. Jest tez niewielki warzywniak. Cukinie już owocują, właściwie to już mogę zrywać- nie mogę się doczekać pierwszych placuszków 🙂 Śliwy uginają się pod owocami, których ciężar łamie gałęzie. Ostatnia, najmłodsza czereśnia wciąż owocuje. To wszystko stwarza wrażenie półdzikości… Żadnego projektowania… Może się narażę, ale nie robią na mnie większego wrażenia wymuskane pod linijkę ogrody z tujami i trawnikiem równo przystrzyżonym pośrodku. Taki ma Tuśka, jedyny plus tego wszystkiego, że drzewka i krzewy owocowe rosną za ogrodzeniem z jednej strony, a za nimi rzędy sosen, a z drugiej- też za ogrodzeniem- lipy i sosny… a pomiędzy nimi wysoka trawa z makami i chabrami… Bo to działka 1,5 hektarowa. Owszem, takie wymuskane ogrody są piękne, bo roślinność sama w sobie jest piękna, nawet może i piękniejsze, bo obfitsze w różnorodną zadbaną, wymuskaną roślinność, lecz nie ma w nich żadnej tajemniczości, spontaniczności, naturalności…

OM nie ma czasu zajmować się pierzastymi, ja sił, więc robi to jeden z naszych pracowników w ramach pracy dodatkowej. Różnie z tym bywa, ale mimo iż Tata już prawie rok nie przyjeżdża co weekend na wieś, to wciąż mogę zawieźć mu jajka i ugotowany  rosół z własnego chowu. I nie ukrywałam satysfakcji w głosie, jak mu opowiadałam przez telefon o „kaczej akcji”… Bo Tata nie wierzył, że cokolwiek się wykluje, jak kury z kaczkami się wymieszały. A teraz wszystko w kaczych rękach, tfu to nie polityka przecież skrzydłach, żeby maleństwa odchować. Wikt mają zapewniony.

*

Tydzień minął jak z bicza strzelił i znów jadę badać poziom czerwonych krwinek. Oby wskoczyły na odpowiedni level do wydania mi piguł 😉 Nic bardziej mnie nie cieszy, jak ochłodzenie akurat 🙂 (Pogoda głupieje, bo różnica może być nawet 18-stopniowa). Może uda się wychłodzić mieszkanie, a przede wszystkim posprzątać u Taty, bo tydzień temu nawet palcem nie kiwnęłam, żeby cokolwiek zrobić. Samo przemieszczanie się wysysało wszystkie siły, a niedobór krwinek niczego nie ułatwia…