Sielanka nie trwa wiecznie…

W wielodzietnych rodzinach duża różnica wieku pomiędzy najstarszym rodzeństwem a najmłodszym to rzecz oczywista. (Tata od swojej najmłodszej siostry jest starszy o 17 lat). Rzeczą naturalną jest, że to się przekłada też na kuzynostwo.

Dziesięć lat sąsiedztwa i koleżeństwa, które z każdym minionym miesiącem i rokiem zacieśniało się w coraz większą zażyłość- przyjaźń. Wspólne kawki, herbatki, biesiady przy mocniejszych trunkach, pomoc w różnych życiowych sytuacjach. Dzielenie radości i smutków. I przyszedł moment, kiedy to wszystko się skończyło. Ból i rozczarowanie, milczący telefon, nieodpowiadanie na zaproszenie, brak reakcji na przeprosiny, na wyciągniętą do zgody rękę. Sielanka pomiędzy sąsiadami skończyła się, kiedy zostało wyrażone zdanie na temat związku dużo młodszej kuzynki jednego z dorosłym synem drugiego, a mianowicie kuzyn oblubienicy stwierdził, że chłopak na męża się nie nadaje. Zdenerwowało to kandydatka na męża i wyraził to w dosadnych słowach tak, że pół ulicy je słyszało. Podobno.

Wysłuchałam. Uśmiechnęłam się, bo jak dla mnie to żaden powód, żeby zakończyć dobre relacje sąsiedzkie. W końcu wybuchowo i dobitnie swe zdanie co myśli o sąsiedzie wyraził syn, który nie życzy sobie wtrącania się w jego związek, a nie jego rodzice. Dorosłe dziecko to byt osobny, nawet jeśli wciąż mieszka pod jednym dachem z rodzicami. I cóż to za przyjaźń, jeśli nie można porozmawiać, wyjaśnić, przeprosić, bo druga strona się obraża.

Znam życie. I często trzeba dać czas drugiej stronie na ochłonięcie. Może już nie będzie tak serdecznie, a przynajmniej nie od razu, bo kwas już się rozlał, ale jeśli jest duża wola z jednej strony na ratowanie tej relacji, to nabranie dystansu i przeczekanie przyniesie efekt.

Pocieszyłam. Poradziłam. Telefon zadzwonił. Ulga, bo wiele stresu, smutku i łez zostało wylanych. Miałaś rację – słyszę. Uśmiecham się.

Smutno mi, kiedy ludzie nie potrafią zawalczyć o dobre relacje, odpuszczają, tak jakby wspólnej przeszłości nie było… Jesteśmy różni, różnie reagujemy na konflikt bądź, kiedy niepostrzeżenie więzi się rozluźniają. Przeżyłam taką sytuację w dalekiej przeszłości, kiedy po raz pierwszy zachorowałam na skorupiaka. Miałam wokół siebie przyjaciół i mnóstwo znajomych wspierających, pomagających, ale kogoś zabrakło. Wszyscy się dziwili tą nieobecnością. Być może, gdybym była skupiona tylko na sobie, to poczułabym żal i rozczarowanie. Ale wiedziałam, że jej w tym samym momencie zawalił się świat i skupiła całą swoją energię na ratowaniu go, izolując się od wszystkiego i wszystkich. To nie była walka o życie i skończyła się porażką i wyrzutami sumienia wobec mnie. Niepotrzebnymi. Nie było nic do wybaczania, tylko do zrozumienia.

I dla oka- kwitnące rododendrony w zaczarowanym ogrodzie, których było mnóstwo i nie sposób wszystkie sfotografować 😉

Mnie jednakowoż zachwyciły kwieciste łąki…

zalec na takiej i zbijać bąki ;p

To jeszcze nie koniec przepięknych miejsc tego czarującego ogrodu….

A w poniedziałek…

Dla większości i przez większość życia poniedziałek to początek pracowitego tygodnia. Najpierw związanego z nauką, a potem już z regularną pracą. Kolejnego… i tak przez wiele, wiele lat… Od prawie siedmiu lat mnie to nie dotyczy, gdyż całkowicie zawodowo się wyłączyłam. Firmę na swoich barkach dźwiga OM, który lubi to co robi, i wiedząc ile stresu, energii i siły pochłania ta praca, chroni mnie nie tylko fizycznie, ale również psychicznie nie mówiąc o wszystkich problemach. Ale! Nie o tym ja chciałam… Drugą czynnością, jaką wykonuję po przebudzeniu (pierwsza to sięgnięcie po wodę), jest spojrzenie w telefon na wszelkie wiadomości, które przyszły, kiedy spałam. A kiedy już ogarnę śniadanie to rzucam się na FB z prasówką 😉 Nie inaczej było wczoraj. Dobrze, że rano piję tylko wodę, bo prawie oplułam ze śmiechu telefon… gdyż fejsbuk stwierdził, że dość obijania się, totalnego lenistwa, śniadań w łóżku… i na „dzień dobry” rzucił we mnie propozycją 😀

I teraz pluję sobie w brodę, że spędzając wakacje u babci na wsi „doiłam” pszczoły, a nie krowy. Miałabym wyuczony fach w ręku, a zarobek godny biorąc pod uwagę rozpędzoną inflację, która zżera moją skromną rentę na waciki ;p Na szczęście z głodu nie przymieram, gdyż każde wyjście do ogrodu powoduje, że coś tam przeżuwam…

Buraczki też już wzeszły, więc plewienie będzie na swoim 🙂

A tak serio to tęsknię za czasem, kiedy praca układała mi grafik dnia. Wypełniając go intensywnie, ale i przyjaźnie, bo mogłam planować podług siebie, choć nie zawsze aż tak elastycznie jakby się chciało. Często w nocy…ale ja to lubiłam. Z drugiej strony doceniam ten wymuszony wolny czas, w którym dni się mylą podobne jeden do drugiego. Myślę, że to brak równowagi doskwiera, że ten „odpoczynek” przyszedł za wcześnie i niezasłużenie…

A w ogrodzie… mym własnym, kwitną irysy…

Piwonie dopiero w nienapęczniałych pąkach- chwilę trzeba będzie poczekać… Ale i tak codziennie zrywam bukiet pt. Plony ziemi, który potem zjadam…

Pięknego czerwcowego tygodnia dla Was 🙂

ps. Szczepmy się! Doniesienia z UK o indyjskiej mutacji wirusa brzmią niepokojąco. Czas wakacji to czas totalnego poluzowania nie tylko w obostrzeniach, ale przede wszystkim w zachowaniach ludzi… Jakaż to fala oburzenia i zarzut segregowania ludzi spłynęła na organizatora Pol’and’Rock Festival, który według wytycznych MZ i za aprobatą publiczności, która w głosowaniu wybrała taką właśnie opcję, że festiwal dla większej liczby osób (20 tys.), ale zaszczepionych- widać, że sporo osób jeszcze nie dorosło do rzeczywistości, w jakiej przyszło nam żyć.

Czarujące okoliczności…

Przyroda nie musi być nużąca dla dwunastolatka, dziewięciolatka i trzylatki. W tym wieku dzieci jeszcze są ciekawe otaczającego ich świata, nawet jeśli to świat kilkadziesiąt kilometrów od domu. Dla chłopców, którzy już fura, komóra, koledzy, rower, hulajnoga, komputer- spacer wśród pięknych okoliczności przyrody jest wciąż przygodą. Dla dziewczynki to zaczarowany ogród pełny tajemnic odkrywanych na każdym kroku. I fajnie jest zejść z utartych ścieżek…

Nawet, kiedy pod stopami są kamienie i jest pod górkę…

To starszy brat zawsze poda pomocną rękę…

Razem też można poobserwować pawie, które jak rasowe modele prężyły swe wdzięki…

Pawie skradły serca i uwagę dzieci, ale nie tylko im. Oswojone przedstawiły swoisty taneczny spektakl, więc wszyscy byliśmy oczarowani. Posiłek w ich towarzystwie, pyszna kawa i ciasto dodały normalności, której tak brakowało przez ostatni czas…

Rododendrony i inne kwiecia, krzewy i drzewa, które swoim zapachem osnuły każdą ścieżkę, każdy zakątek ogrodu pewnie jeszcze pokażę w następnym poście. Dziś czeka mnie kolejny intensywny dzień, zakończony przyjacielskim spotkaniem przy grillu. Typowym z karkówką i boczusiem. I z piwem. Jak dla mnie bezalkoholowym. (A tej nocy miałam koncert, bynajmniej nie słowiczy, z fajerwerkami wrr wieś pije i tańczy – szkoda tylko, że muzyka nie w moim guście ;p, na szczęście sen przyszedł szybko, mimo dwóch wypitych kaw tego dnia).

Mam nadzieję, że Wam też ten wolny czas mija czarująco. Bo pogoda jest wyśmienita. Ciepło i słonecznie, a kilkugodzinny brak słońca podczas pobytu w dendrologicznym ogrodzie był przez nas prawie wymodlony 😉 Ucieszyłyśmy się z LP, bo choć drzew tam pod dostatkiem i pewnie zdjęcia byłyby piękniejsze, to jednak umordowałybyśmy się bardziej, gdyby padał żar z nieba…

Uśmiechu dla Was 🙂

Być dzieckiem..

Zafundować sobie w Dniu Dziecka wizytę u stomatologa, to tylko ja mogłam wpaść na taki pomysł. Zamiast rozpieszczania/pielęgnowania tego, co zachowało się we mnie z dziecka, poddałam się torturom. Niby poszłam tylko na przegląd i czyszczenie po dłuższej przerwie i skontrolowanie, czy ból, który się pojawił jakiś czas temu, spowodował niemiłe konsekwencje. Pani doktor wysłała mnie na prześwietlenie, bo jej (nie pierwszy raz) kości się nie podobają. No cóż. Z robiłam z marszu, mimo iż rejestracja tylko przez telefon, ale jak już wlazłam, to miła pani z obsługi aparatu powiedziała, że z robi od ręki. Miłe. Przynajmniej nie muszę w tę i z powrotem gnać do ŚM w innym terminie. Od razu też zabukowałam sobie kolejny termin u pani doktor.

Macie w sobie coś z dziecka? Jestem przekonana, że każdy ma. U mnie chyba na pierwszym planie jest radość z drobiazgów. A najbardziej żałuję utraty beztroski- myślę, że to jednak jest nieuniknione, jak się wkracza w dorosłość.

Choć po/w drodze beztrosko poszwendałam się po chaszczach i w nagrodę uwieczniłam pierwsze maki…

Dla dorosłych dzieci mam słodkie conieco zakręcone w słoikach…

lekki podręczny stoliczek od Dzieci Młodszych na taras i do ogrodu, żeby sobie postawić przy leżaku 🙂 a miody smakowe zakupiłam po raz pierwszy, choć zawsze przywożę do domu miód z różnych regionów, jeśli gdzieś jestem w podróży.

Najmłodsi obdarowani zostaną z jednodniowym poślizgiem, bo ten radosny dzień spędzili u Taty. Rodzice opiekują się nimi naprzemiennie i od samego początku ustalili, że nie jest to tydzień na tydzień, dlatego nie widzą dzieci najdłużej tylko przez pełne dwa dni z rzędu- i są to sobota i niedziela co drugi tydzień.

Trudno być rodzicem. A kiedy dzieci mają dwa równoległe domy, jeszcze trudniej.

Bzy powoli przekwitają, ale są takie, które dopiero co zaczynają kwitnąć…

bezik przed domem LP 🙂

Kawa z przyjaciółką pośród zapachów z ogrodu w otoczeniu bujnej zieleni zrodziła plan wycieczki w miejsce urocze i mocno pachnące. W piątek. Mam pewne obawy, bo zabieramy Najmłodszych plus synka LP. Na wszelki wypadek zapakujemy wózek dla Zońci (i kartonowe nocniki ;p) Ale to niejedyny plan, bo zarezerwowałyśmy z Tuśką pobyt w górach. Nigdy nie planowałam tak konkretnie wakacji z dwumiesięcznym wyprzedzeniem. No dobra raz. Ale wtedy leciałam za ocean i potrzebowałam wizy dla się i dziecka. W pandemii jednak terminy rozchodzą się jak świeże bułeczki…

Krzyk…

Przebijający granice usłyszał cały świat. Krzyk białoruskiej aktywistki. Krzyk pojawia się w momentach bezradności i wkurzenia. Zmęczenia sytuacją. Sam krzyk nie wystarczy, nawet kiedy przyłączą się do niego inni. Tylko działanie, czyny, zmiana. Tak jest w każdej sytuacji… Ale jest impulsem do działania. Nawet jeśli byłby to kolejny zryw w tym ultramaratonie do wolności, do wyzwolenia się z reżimu dyktatury, nieprzynoszący oczekiwanych skutków. W staniku czy bez. Szczerze mówiąc, nie potrafię zrozumieć posłanki lewicy, która się skupiła na prześwitujących cyckach aktywistki-artystki intermedialnej. Nie usłyszała krzyku? Dlaczego tak często odbiorcy skupiają się na wyglądzie jako kluczowym przekazie zamiast wsłuchać się w słowa? Nawet niemy krzyk ma swój przekaz.

Czasem się zastanawiam, czy w Polsce jeszcze jest lewica.

Krzyk… o strój.

Dla większości strój powinien być odpowiedni do okoliczności. Tak często pojawiają się nagłówki, że ten czy ta nieodpowiednio ubrali się na pogrzeb, ślub czy inną uroczystość. Do pracy, na uczelnię. Słusznie? Kto a może co narzuca nam dress code? Stereotypy czy savoir-vivre? Jedno jest pewne na manify czy protesty nie obowiązuje żaden kod kulturowy. A tak swoją drogą, to gdyby kobiety zawsze przestrzegały kodu kulturowego, to wciąż tkwiłyby w kuchni przy garach we własnych domach w spódnicach po kostki 😉

A tak w kontekście biustu, to dziś jest Międzynarodowy Dzień bez stanika 🙂 A sama idea porzucenia biustonoszy powstała w latach 60. i 70. ubiegłego wieku. Mnie się zdarza nie założyć.

Uciekające majowe dni…

Za szybko. I to jedyny mankament tegorocznego maja. Nie potrafię narzekać na pogodę, która dla większości jest kapryśna, mokra i zimna. Mnie satysfakcjonuje, w końcu nie muszę narzekać na suszę 😉 I wolę temperatury 15-20 stopni, niż 25-30. Deszcz mi nie przeszkadza, bo nie było ani jednego dnia, żeby lało bez przerwy i nie można było wyjść do ogrodu. Mogę to robić o różnych porach dnia, a swoje zajęcia dopasowywać do pogody. Nawet jeśli nie uda się zjeść śniadania na tarasie, bo poranny chłód doskwiera, to po kilku godzinach znajdzie się taki moment, gdy słońce przygrzeje mocniej, wiatr się uspokoi. Jestem czujna i wykorzystuję takie chwile… 😉

w oczekiwaniu na kawę…

Jedyny żal, to że maj już się kończy…mógłby trwać przynajmniej dwa razy dłużej. W tamtym roku zostałam z niego okradziona, spędzając ten czas w mieście zamkniętym obostrzeniami, to w tym cieszę się jak głupia. Czas, kiedy mogę wyjść przez taras do ogrodu, uważam za najpiękniejszy w roku.

od Tuśki…

Tęsknię… jeszcze bez łez nie potrafię myśleć, pisać…

Niedawno koszona trawa już wymaga ponownego strzyżenia. A tu kolejne kwiatki się rozpanoszyły po całej posesji…

zawilce?
nawet pod ogonem Mysi 😉

Mysi po ablucji i strzyżeniu w profesjonalnym salonie w pierwszej chwili nie poznałam i kiedy wysiadłam z auta, pomyślałam, że obcy pies mi wbiegł przez otwartą bramę.

tegoroczna krzewuszka, stare krzewy zostały wycięte kilka lat temu 😦 za nią rośnie czarny bez, a za nim biały i fioletowy…

W tamtym roku o tej porze jadłam czereśnie prosto z drzewa. To nic, poczekam cierpliwie, aż dojrzeją, szczególnie że…

Znów mnie dopadł ból żołądka, identyczny jak poprzedni. Wyciął mi czwartek z życiorysu… Wokół wszyscy zdrowi. Nie mam pojęcia, z jakiej przyczyny się pojawił. Żołądek się uspokoił, ale za to obudziłam się z bólem głowy. Właściwie to obudził mnie telefon Tuśki z nieoczekiwaną, ale miłą wiadomością.

Pogodnego i uśmiechniętego weekendu 🙂

Niezależność…

Jak dobrze ją mieć… Obecnie dla mnie to przede wszystkim samodzielność w kontekście choroby przewlekłej. Niekoniecznie samowystarczalność w każdym aspekcie życia. Ale na przykład samostanowienie już tak. O sobie. Ważna też jest niezależność finansowa. I nie chodzi o osobne konta.

Bardzo bliska mi osoba wiele razy mówiła, że odeszłaby od męża, gdyby nie zależność finansowa. Tak wiele kobiet tkwi w nieudanych związkach, bo nie mają środków, żeby to zmienić. Niestety, najczęściej to właśnie kobiety są uzależnione od portfela męża, partnera, nawet jeśli same też zarabiają. Niektórzy panowie są przekonani, że bez ich wsparcia finansowego ich partnerki sobie nie poradzą, więc nie chcą tworzyć relacji partnerskiej- współzależności. Dysproporcje finansowe w związku, który nie jest oparty na szacunku bez względu na to, kto i ile zarabia, bywają mocno odczuwalne dla osoby zależnej finansowo. Proszenie się, tłumaczenie się, a z drugiej strony wydzielanie, wypominanie, nawet w sposób subtelny może prowadzić do głębokiej frustracji.

Dobrze być niezależnym nie tylko w kontekście związku, gdzie miłość bez wolności tak naprawdę nie istnieje.

Niezależność kojarzy mi się też z dystansem. I podam tu przykład Czech i pewnej instalacji (rzeźby) fontanny w postaci dwóch sikających facetów do basenu, który ma kształt konturu Republiki Czeskiej. Z tego co wiem, nikt z czeskich władz nie ciągał artysty za obrazę majestatu, jakim powinien być dla obywatela jego kraj. Nie osądzono go w mediach od czci i wiary (co akurat nie dziwi, bo to w większości ateistyczny kraj, może dlatego mają dystans do siebie i poczucie humoru).

ZUS to jednak instytucja przewidywalna. Wprawdzie w pierwszej chwili widząc grubą kopertą A4, pomyślałam, że jednak to nie jest decyzja, a z jakiegoś powodu zwrócono mi dokumenty medyczne, ale po otworzeniu, okazało się, że jest i ona. Przewidywalna. Renta na dwa lata, a ściślej to na rok i 11 miesięcy. Rodzinna obstawiała, że dostanę już bezterminową. Taaa… Do emerytury zostało mi trzy lata z kawałkiem. Nie przewidywałam, że zostanę pozbawiona mej niezależności finansowej ;), ale na wszelki wypadek poczyniłam tej wiosny pewne inwestycje i proszę bardzo… sałata już jest 😀

Pisałam o wyciętym klonie przy ogrodzeniu cmentarza, jedynym drzewie w tej części. Odrodził się przy grobie Mam. Odrodził, bo choć wyrósł już w tamtym roku, jeszcze przed ścięciem drzewa-matki, to jednak zimą został połamany. Trzy tygodnie temu sterczały dwa niepozorne badyle, a wczoraj zobaczyłam cudnego klonika…

Morderczo, wzruszająco, śmiesznie…

Każdy morderca powinien stanąć przed sądem i zostać odpowiednio ukarany. A ten, który z premedytacją pozbawił życia 7 milionów skrzydlatych istnień, najsurowiej jak tylko prawo pozwala. Dla przykładu. Rolnicy przez lata trują pszczoły, całe pasieki. Bezkarnie. Z lenistwa, niedouczenia, ignorancji, głupoty, niefrasobliwości. Za każdym razem, kiedy słyszę o czymś takim, to serce mi pęka i nóż w kieszeni otwiera i uruchamia instynkt morderczy.
I wzrusza historia, która przydarzyła się Tacie, a mianowicie konsultant przy dużej inwestycji nie chciał wziąć pieniędzy za poradę, tylko poprosił jeden ul z pszczołami. Tata obiecał mu go dostarczyć, więc z czwartku na piątek z Miśkiem jako kierowcą udali się w podróż do miasta oddalonego o ponad 400 km.

Mord w oczach miałam, kiedy to wracając umordowana na grządkach (siałam fasolkę i buraczki) zastałam Panią pielącą pod tarasem (jeżyny i ozdobne krzaczki). Bynajmniej nie chciałam mordować kobiety pracującej, tylko własnego OM, że mnie nie uprzedził- odpuściłabym sobie robótki ziemne. Nie, że nie lubię. Lubię nawet bardzo, ale niekoniecznie ponad moje siły (pielenie grządek). W tej chwili. Bo ja wierzę w swoją moc, że w końcu nadejdzie. Czasem ta psychiczna nie wystarcza, bo chciałoby się podziałać coś więcej.

Ale kiedy wstaje słoneczny dzień, a drugie Słoneczko w ogrodzie pod czereśnią zbiera kwiatki dla babci, to wszelkie mordy odpuszczasz sobie i łagodność cię przenika każdą cząstką ciała i duszy- śmiejesz się całą sobą 🙂


Zaś potem ogarnął mnie pusty śmiech, zobaczywszy naszą reprezentantkę Miss Uniwersum na wybiegu w USA, której z ramion wyrosły skrzydła husarii, a z tyłu powiewała flaga narodowa. Polka musi być Polską 😉

I może Was uśmiechnę… Przygrzałam sobie kaszankę po meksykańsku i na gazie postawiłam niewielki garnczek z zupą pomidorową o objętości kubka, bo tyle zostało po nakarmieniu Zońci, więc stwierdziłam, że skonsumuję bez makaronu (u Was pomidorowa z ryżem czy makaronem?) w formie pitnej. Do tej kaszanki. Usiadłam przy stole, gapiąc się na bez, bokiem do kuchenki…

widok z małego okna w kuchni, z dużego widzę biały…

Zaczęłam konsumować, po jakieś chwili przyszła myśl, że coś się gotuje…niemożliwe, przecież nic nie gotuję… Zjadłam. Odstawiam talerz do maryśki i spoglądam na kuchenkę. Obyłam się zapachem. Pomidorowego bzu…;p

Uśmiechu i słońca dla Was 🙂


Rozlana żółć…

Przeczołgał mnie własny żołądek tak, że jak spojrzałam w lustro w salonie fryzjerskim, to zaniemówiłam. Nie z wrażenia nad fryzurą, ale jak wyglądała moja twarz- wykrzywiona cierpieniem i blada jak u kościotrupa. Zresztą niewiele się zmieniło na drugi dzień, bo mimo maseczki za sam wygląd dostałam łóżko na korytarzu szpitalnym. Przeżyłam badania, wyszłam z pigułami, kolejny dzień w mieszkaniu, bo nie miałam siły na powrót, choć w końcu mogłam zamówić coś do zjedzenia. Padło na sushi. Z perspektywy czasu to dobrze zrobiłam, że nie odwołałam żadnej z wizyt, bo jakoś tam dałam radę, ale łatwo nie było i mogło się skończyć niefajnie. Musiałam się mocno skupić na drodze, bo były momenty, że odjeżdżałam, udało mi się nawet zbłądzić, ale za to poczyniłam fascynujące odkrycie, że na starej drodze pomiędzy punktem A i B ruch jak na trasie szybkiego ruchu, mimo iż ta biegła równolegle. W pierwszej chwili pomyślałam sobie jaki grzyb… no, a po chwili, właśnie jak te grzyby po deszczu ukazały mi się panie w ilości hurtowej. Tak co 100-500 metrów. Stały, niektóre siedziały na turystycznych krzesełkach, były też same krzesełka, ale wtedy w głębi stało jakieś auto. Ale ogólnie to ja podziwiałam kwitnące bzy 😉

Środa urody doda i tak się stało, choć jeszcze osłabiona, to już bez skręcającego kiszki bólu. Zanim wyjechałam do domu, to wykorzystałam syna, żeby podrzucił dwie duże torby z książkami do PT, które zostaną wywiezione w góry, aby obdarować nimi chętnych. Cieszę się, że dostaną drugie życie, bo nie potrafiłabym wyrzucić, a do domu wzięłam tylko kilka w tym piękny album o Lwowie w języku ukraińskim.

W powrotnej drodze zaś, bardziej niż bzy przykuła mą uwagę rozlana żółć po polach.

jak obraz malowany na szybie…
nie wychodząc z auta…

Lubię żółty. Miałam kiedyś cudną w tym kolorze kurtkę wiosenno-letnią, mam skórzaną dużą torbę, miałam Julka Żółtka- moją miłość; niekoniecznie lubię żółty kolor na ścianie, a żółci u ludzi nie trawię. A wystarczyłoby życzliwie spojrzeć na drugą osobę. Na to co powie, napisze. Nie doszukiwać się czegoś, czego nie ma. Odbiór drugiej osoby, szczególnie kiedy nie ma się bezpośredniego kontaktu, często zależy od naszego nastawienia.

I uśmiałam się w środowe późne popołudnie do łez. Otóż zadzwoniła moja przyjaciółka, która barwnie opisała, jak wywinęła orła z przytupem, wchodząc do punktu szczepień po drugą dawkę. Jak żołnierze rzucili się do ratowania jej życia, a inni pacjenci zbierali rozrzucone rzeczy w promieniu kilku metrów, które wcześniej trzymała w ręce. Ja wiem, że się nie śmieje z czyjegoś bolesnego upadku, ale obie rżałyśmy jak głupie. Jak mi ten śmiech był potrzebny.

Słońca i uśmiechu dla Was 🙂

ps. Nikt mi nawet nie zmierzył temperatury, wpuszczając mnie na teren szpitala, na izbie też zapomnieli, za to w covidowym wywiadzie jest tabelka na temat szczepienia i trzeba wpisać czy i jaką szczepionką jest się zaszczepionym oraz datę ostatniej dawki. Miałam dużą satysfakcję, że mogłam to zrobić 🙂

W chaosie jest metoda…

Nie wgłębiałam się za bardzo, bo kiedy wyszedł stetryczały przywódca narodu, który nieudolnie próbował wykrzesać z siebie jakiś entuzjazm, który byłby tłem dla tej komunistycznej mowy pełnej obietnic bez żadnego pokrycia, to wyszłam do ogrodu. Ale! Chaos Nowego Ładu i tak do mnie dotarł, tyle że z opóźnieniem. Nooo proszę państwa, to jest kolejna zapowiedź rozkładu państwa. Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Ale gawiedź się już cieszy. Tak jak się raduje z tych wybudowanych obiecanych 5 lat temu mieszkań i widokiem elektrycznych pojazdów na drogach. Rządzący pewnie już zabrali się do roboty, żeby te obietnice spełnić i w drukarniach wrze praca, żeby od września każdy uczeń dostał swoją nową historię o kraju zwanym Polską. Pieniądze też dodrukują. Podatki podniosą, bo żeby dać jednym, trzeba zabrać drugim. I tylko martwię się tym, że społeczeństwo na to pozwoli… na ten niby (k)raj, co to ma nam zapanować wraz z nowym (nie)ładem.

niedzielne niebo po deszczu… na posesji mamy dwa krzewy białe i dwa fioletowe…

A w ogrodzie opętańczo pachną bzy. I ziemia po świeżo skoszonej trawie i tak bardzo oczekiwanym deszczu. Lubię majowe przelotne deszcze, które podleją za mnie grządki, rabatki i inne rośliny i dadzą im i mnie odpocząć od słońca. Lubię taką umiarkowaną w temperatury wiosnę, gdy człowiek przy ogródkowej robocie się nie spoci, a odpocząć można na ławeczce pod drzewem lub na leżaku na tarasie… niekoniecznie rozebranym jak do rosołu 😉 Rosół tym razem ugotowała Tuśka i powiozła wraz z Najmłodszymi do DM dla Taty. Żyję od lat w pewnym grafiku, który ustaliły piguły i wizyty w szpitalu. Dość sztywnym, ale to nie oznacza, że nie ma ustępstw, choć najczęściej jak już, to wymuszonymi okolicznościami, a nie widzimisię. Często muszę spoglądać w kalendarz, umawiając się na coś z wyprzedzeniem. I od kilku miesięcy patrząc na kalendarz w telefonie, moje myśli dryfują ku Najmłodszym. A dziś w końcu umówiony fryzjer po ponad 4 miesiącach- to jak święto 🙂 Potem prosto śmigam do DM.

zachody już nie w pełnej krasie, bo się rozszalała zieleń (brzoza i lipa), ale nie żałuję…