Uległość…

Mnie opanowała. Wobec prezentacji. Ha! Prawda, że zupełnie to brzmi inaczej niż uległość reklamie? Bo też nie chodzi tu o konkretny produkt. Prędzej dla kogo. Wyskakują mi takie cudeńka co chwilę, więc wchodzę, rzadko wychodząc nie zrobiwszy żadnego zakupu. A zaczęło się od tego, że potrzebowałam skarpet powyżej kostki. Żadnych jakichś specjalnych, więc zakup dokonałam w znanej sieciówce gdzie, obojętnie za jaką kwotę zrobię zakupy to dostawa gratis. Ale! No z samymi skarpetkami będę kuriera fatygować? No głupio tak. No to dokupiłam dla Zońci dresik. Ogólnie to chciałam sukienkę, ale żadna mi się nie spodobała w tym sklepie. Jednak w sieci nic nie ginie, nawet twoje ukryte pragnienia ;P Sukienki zaczęły mi wyskakiwać jak filip z konopi pomiędzy polityką a innymi treściami. Z boku, z góry, z dołu w środku… totalny atak. Niektóre tak piękne, że klikałam, a tam jeszcze inne śliczne rzeczy. Zakupiłam. Odpowiednio na wiek i na wyrost. Niektóre, tłumacząc sobie, że będą na prezent, kiedy z tyłu głowy coś mi krzyczało: dość już! I tak już mam obstawionego zajączka, dzień dziecka, urodziny, mikołajki, a nawet pod choinkę. Problem w tym, że jeśli daję coś z ubrania w prezencie, to tylko jako dodatek do prezentu głównego, bo akurat kupiłam, więc dorzucę. Ubrania Najmłodszym kupuję ot tak, bo mi się coś spodoba- dla własnej przyjemności ;p- choć zdarza się też, że po konsultacji z Tuśką, bo być może coś jest potrzebne, i nie czekają one gdzieś zakamuflowane na specjalną okazję. (Jakbym miała obstawiać, to te też nie poczekają ;)) Najchętniej w sklepach, ale od roku robię to tylko online, gdzie czyhają na mnie pułapki typu: do darmowej dostawy brakuj jeszcze…, aby uzyskać bon… etc … 😀

Właśnie kupiłam dwie letnie sukienki… dla Zońci rzecz jasna ;p

Wczoraj zima się u mnie skończyła, ale jeszcze uchwyciłam Rudą na jej tle, z którą widujemy się codziennie.

Ozdobione świąteczne gałązki sosny zniknęły z wazonów, a po godzinie zastąpiły je żółte tulipany od Pańcia…

wiosna w domu 🙂

Dziś słonecznie, wietrznie i 11 stopni na plusie… Trochę za wcześnie na szukanie wiosny na dworze, szczególnie że jutro zapowiadają śnieg z deszczem…

U Taty w pracy potwierdzony covid. No to się będziemy denerwować do poniedziałku tak mniej więcej… Ech…

Pogodnego weekendu 🙂

Ułuda…

Wyjechałam podczas ostrej zimy (-9), a wróciłam niemal wiosną (+7), no dobra przedwiośniem, a raptem nie było mnie dwie doby.

moja dzielnia w poniedziałkowy wieczór 😉

Kiedy bliskie mi osoby lamentują, że podczas tej zarazy muszę regularnie bywać w szpitalu, narażając się na bukwico, to ja za każdym razem mam większy stres jak idę do fryzjera, niż jak zgłaszam się na oddział. No taki paradoks. Ale autentycznie czułam się bezpieczna, widząc całe te procedury od środka. Taa… Dziwnie cicho i pusto na oddziale- we wtorek, który wcale nie okazał się potworkiem- w dyżurce pielęgniarek tylko Gosia, która z marszu pobrała mi krew na badanie i kazała zmykać na salę. Uśmiechnęłam się, bo przynajmniej oczekiwanie na wyniki i decyzję przebiegnie na wpółleżąco, a nie na twardym zydelku na korytarzu. Luksus ten zawdzięczałam…covidowi, który przetrzebił personel, a co za tym idzie zmniejszył „dostawę” pacjentek. Tydzień wcześniej w ogóle wstrzymano przyjęcia, a kogo tylko mogli wysłali do domu, bo personel na kwarantannie i odbywała się dezynfekcja całego oddziału. Pytam się jak się czują „zesłańcy”- w miarę dobrze, oprócz Giny, która dogorywa a zdążyła się zaszczepić, ale… Zarażała chemiczna pacjentka z ujemnym wynikiem testu. Po opuszczeniu szpitala, w którym przebywała dwa dni, miała wizytę w innym szpitalu, gdzie również zrobiono jej test- tym razem wyszedł dodatni.

Trochę mina mi zrzedła, bo wkroczyłam z uśmiechem, przemaglowana na izbie przyjęć (bo przypadek ciekawy, a tu zagraniczni studenci) i z zielonym światłem od młodej pani doktor na zaszczepienie się przeciw covidowi. No! Wiałam z oddziału, jak tylko dostałam piguły, zjadłszy uprzednio zupę, za którą kolejny raz dostałam burę od PT- bo jak już musisz tam być, to nie dotykaj i nic nie jedz szpitalnego! Pewnie bym i nie jadła, ale wspieranie lokalnej gastronomi miałam w zamiarze dopiero wieczorem, razem z Dziećmi Młodszymi, robiącymi za dostawców. W poniedziałek była kuchnia japońska, we wtorek włoska.

gnocchi con funghi e spinaci… zapach i smak leśnych grzybów obłędny! posypane jeszcze parmezanem..

PT mogła się zarejestrować na szczepienie jako pracownik medyczny, ale nie wiedziała o tym i zarejestrowała się jako niemedyczny. Czeka na odzew. Na razie nie ma szczepionek, a niektórzy tak jak OM dostali już termin. Po wyjaśnieniu został anulowany. Wracając do domu, usłyszałam w radiu, że osoby chore przewlekle- w tym na nowotwory w trakcie leczenia- będą szczepione przed służbami mundurowymi. Banan mi się pokazał na twarzy, ale wiedząc, że moja radość może być złudna, bo do tego czasu wyjdzie minister, bądź jego przedstawiciel i oznajmi zupełnie co innego, to cieszę się umiarkowanie. O! Tak, wiem, że być może mój organizm nie wytworzy przeciwciał, ale poprzez zaszczepienie się zwiększam swoją szansą. Nie szczepić się, to tak jak czekać na wygraną w lotto, nie wypełniając kuponu- zero szansy! I może strach ma zbyt duże oczy, ale wolałabym się zaszczepić szczepionką mRNA, niż inną. I szybciej niż później. Zanim do tego dojdzie, to jeszcze się zdążę skonsultować z Profesor.

Na sali były ze mną trzy pacjentki, które oprócz olaparibu (w mniejszej dawce) dostają avastin, bo są w pierwszej linii terapii. Jedna z nich przeszła covid. Żadna jak na razie nie wyraziła chęci na szczepienie. Razem z panią onkopsycholog* (zaszczepioną) przedstawiłyśmy nasz punk widzenia, dlaczego wybrałyśmy szczepienie się. Bez nacisku, namów, po prostu… zwykła rozmowa. Każdy sam musi podjąć decyzję. Jak to mówi PT, która unika konwencjonalnej medycyny jak ognia, to w tym przypadku jest to konieczność wyższa. I już! Jestem z niej dumna.

*Pani psycholog w podwójnej maseczce (pierwsza z filtrami, druga chirurgiczna) powiedziała, że pomimo iż dwa tygodnie po zaszczepieniu się dostała zawrotów głowy (dostała tabletki i zawroty już mijają), to zaszczepiłaby się ponownie mimo tych najprawdopodobniej skutków poszczepiennych. Bo po pierwsze, bardziej obawia się skutków pocovidowych, a jeszcze bardziej, że pracując z pacjentkami już i tak mocno dotkniętymi chorobą, mogłaby ich zarazić nieświadomie (mimo iż testy wykonywane ma co tydzień, jak cały personel medyczny), a gdyby tak się stało, i miałaby kogoś na sumieniu, to zawodowo by się „posypała’… Zna swoje ograniczenia i słabe punkty…

PS. Ach ach… Lady Gaga i The Star-Spangled Banner- i jak tu się nie wzruszyć…Idę spać jakby spokojniejsza o jutrzejszy poranek 😉

Rury pękają, narody klękają…

A co tam! Tytuł od czapy, ale dlaczego nie? Wszak niektórzy czytają tylko nagłówki i nie przeszkadza im to twórczo komentować 😉 A rury faktycznie pękają, choćby w DM, pozbawiając ciepełka mieszkańców. Pal licho ciepła woda, ale zimne kaloryfery?? Awaria goni awarię, i to na lewobrzeżu gdzie się udaję. Babcia Marta długo ubolewała nad tym, że jej jedyna córka (miała jeszcze trzech synów) wyjechała na zachód i to za Odrę. Bo jak Niemiec przyjdzie… a tu jeszcze most zwodzony… Rurami żywo się zainteresowałam (Niemców się nie obawiam- nomen omen SEC został przejęty przez nich już dawno ;p), bo trafił mi się jak ślepej kurze ziarno wyjazd akurat w największe mrozy tej zimy. Zawsze tak trafiam, że co czterotygodniowy wyjazd przypada mi w czasie największego upału w mieście, a wtedy mieszkanie spełnia funkcję swoistego piekarnika, albo kiedy w obu mieszkaniach grzeje tylko jeden kaloryfer- w łazience- a na zewnątrz zima pełną gębą i wita mnie lodówka. Ale! Nie narzekam (przynajmniej nie mieszkam na wschodzie ;p), bo poprosiłam synę, żeby mi te kaloryfery dziś odkręcił. Żeliwne. Tata zakazał wymieniać, gdyż trzymają dłużej ciepło. Taaa, ale też dłużej się nagrzewają. I trochę czasu już minęło, powstały nowe technologie, więc tylko chyba z sentymentu te kaloryfery jeszcze są, za czasami, jak jeden spadł mu na nogę przy montażu, a było to w mieszkaniu wykładowczyni matematyki na Politechnice, która potem na studiach uczyła go matmy; rozpoznała, zaprzyjaźniła się z naszą trzyosobową rodziną, i kiedy Tata ślęczał nad zadaniami- ona z Mam popijała koniaczek 😉 I to dzięki niej (już później), żadne zadanie z całkami nie było mi straszne 😉 Spędziliśmy wspólnie z jej synem (była rozwódką) wigilię, kiedy raz w życiu zostaliśmy na święta w DM.

Ze wspomnieniami jest jak z dominem, każde uruchamia następne 😉 Tyle że zapomniałam, o czym miałam pisać ;p

No to napiszę za pewnym portalem, że w kurii zielonogórsko-gorzowskiej w 2020 zmarło 19 księży z regionu lubuskiego. W sile wieku, bo ponad połowa nie przekroczyła 63 lat. No cóż, ani modlitwa, ani tym bardziej święcona woda bez zachowania dystansu i rozsądku nie uchroni przed covidem.

Dziecka już są w systemie, wyrażając chęć zaszczepienia się (wraz z ponad milionem światłych obywateli, którzy są poza pierwszą grupą i zapisali się w pierwszej dobie takiej możliwości). Naszymi chęciami pilotuje Rodzinna, bo oboje z OM takie mamy. Ale najpierw zostaną zaszczepieni nasi bliscy seniorzy. Ja tylko muszę się upewnić, że dostanę zielone światło od onko.

Tęsknota za…

Przewidywalność w naszym życiu została mocno zachwiana. Tęsknię za nią, jednocześnie boksując się z marazmem, którego macki coraz bardziej mnie oplatają. Uciekam w świat seriali, książek- w opowieści różnych treści, oglądając i czytając. Przed zaśnięciem często się łapię na myśli, że to się nie dzieje naprawdę. Ta rzeczywistość. Pandemiczna. Że nie dotyka tak strasznie… A kiedy przychodzi ranek i nastaje dzień- kolejny z obostrzeniami i zakazami- to trudno nie myśleć o małych i dużych stratach, które nas dotknęły. Wszystkich. Choć wiele rzeczy możemy zrobić online, to całego życia, całej swej dotychczasowej aktywności na ten tryb nie przeniesiemy.

Dzień po tym, jak minister zdrowia ogłosił, że najmłodsi wracają do szkół, podano dwa razy większą liczbę zakażeń i dużo większą liczbę zgonów niż dnia poprzedniego. Dla dzieciaków to dobra decyzja. I tyle. Bo trudno nie mieć obaw, jeśli robi się to zaraz po feriach, kiedy dzieci wraz ze swoimi rodzicami miały szerokie kontakty- wyjazdy na ferie, które mimo zakazów się odbywały. I bez szczepień nauczycieli. Akcja szczepień (dotychczasowa) mnie nie nastraja optymistycznie, jedynie co cieszy, to coraz większa liczba osób, która chce się zaszczepić. (Spotkałam panią 70plus, z którą się „kumpluję” od 30 lat- już się zapisała w naszym ośrodku na szczepienie :)). Wiedza i nauka bierze górę. Ale! Myślę, że w końcu dociera jak covid-19 przemeblował nam życie i ilu osobom- również pośrednio- je odebrał. Że powrót do normalności, która i tak długo nie będzie tą sprzed pojawieniem się wirusa, prowadzi tylko jedna droga- odporność zbiorowa, którą da nam zaszczepienie się. Można uważać, że wirus nie okazał się tak zabójczy jak przewidywano, czy może oczekiwano, jak twierdzą niektórzy, bo statystyki pokazują, że od początku pandemii średnio dziennie umiera 102 osoby zakażone. (Ta liczba niestety z każdym ubywającym dniem będzie wyższa). Cóż to jest do tego, że na raka dziennie umiera 2,5 razy więcej? Otóż jest. I jeśli ktoś tego nie potrafi zrozumieć, to… nie będę emanować czytelników niewybrednymi epitetami 😉

Brakuje mi słońca, co normalne o tej porze i na tej szerokości i długości geograficznej 😉 Szczególnie kiedy dzień mroźny, a śnieg mógłby lśnić w słońcu jak brokat i dodawać bajkowego blichtru tej ponurej scenerii. Dlatego jak się pokazało na chwilę tuż przed zachodem to, zamiast złapać trzy kubki, które miałam zanieść do zmywarki, złapałam za telefon, żeby pstryknąć zdjęcia, być może takie jedyne tej zimy… Złapane chwile…

z okna na górze…

Pięknych chwil dla Was 🙂

PS.

Obejrzałam Czarno na białym poświęcone zamordowanemu Prezydentowi Gdańska. Łez znów nie dało się powstrzymać. Nie odrabiamy tej lekcji. Niczego nas nie nauczyła ta śmierć. I nie mam tu na myśli perfidną nagonkę na przeciwników, jaką do dziś stosuje telewizja państwowa, i nie tylko ona. Ale suwerena. Zwykłego człowieka. Wystarczy mieć inne poglądy, różnić się, a z drugiej strony otrzyma się tylko słowa pogardy i nienawiści. Wstyd. Internet obnaża nas bardziej, niż się komuś to wydaje. Warto się trzy razy zastanowić, zanim umieści się komentarz. Wszyscy popełniamy błędy, złościmy się, coś nas mniej lub bardziej irytuje. Bulwersuje. Ale to nie usprawiedliwia pogardy wobec człowieka, którego tak naprawdę nie znamy…

Oby słowa odzyskały dawny sens…

Jaka…

…zima taki bałwan…

😀

Nie narzekam, bo sobotni poranek przywitał mnie słonecznie. Po ciągu pochmurnych i mokrych dni to jakaś pozytywna zmiana. Bo gorsze jest, jak pada śnieg i od razu topnieje, w nocy minusowe temperatury powodują gołoledź, więc ani to zima, ani wydra, że tak powiem… Nie powiem, że nie oczekiwałam więcej śniegu, niedużego mrozu i słońca… ech… Zimy rozciapanej, z kępkami czegoś co wcześniej było bialy puchem, błotnistej, brzydkiej nie cierpię bardziej niż samej zimy 😉 No i kiedy jak nie teraz ma ona być? Ta śnieżna. Za miesiąc to już tylko o wiośnie człowiek będzie myślał, wypatrywał, wyczekiwał…

Koniec świętowania. I dobrze, bo pod koniec było ono już ciężkie 😉 Nie zawsze co się miło zaczyna tak samo się kończy.

Trampowi zablokowano konto na Twitterze. Prawica już grzmi o wolności słowa. Mam do tego ambiwalentny stosunek. Z jednej strony rozumiem motywy, bo kreatywna twórczość już (prawie) byłego prezydenta przyniosła skutki w postaci ataku na Kapitol. I uważam za słuszną decyzję, bo to tak jak komuś zabrać zapalniczkę w momencie, kiedy stoi nad cysterną z paliwem. Z drugiej strony, jest realna możliwość, że powstanie jego własna platforma, na której będzie rósł w siłę. Niestety. Chyba że się obrazi na Amerykę i wycofa z polityki. Oby! Jak niebezpieczni potrafią być ci, którzy nie potrafią przyznać się do porażki, to mamy również przykład na naszym rodzimym podwórku. Kierowani zemstą i nienawiścią coraz bardziej polaryzują społeczeństwo. Jak w soczewce widać to choćby w sieci. Nie raz już pisałam, że mierzi mnie każda dyskusja, która właściwie nie jest żadną dyskusją, jeśli komentator jedynie co ma do powiedzenia to inwektywy wobec swojego przeciwnika. Niektórzy tym się właśnie karmią. Z jednej i drugiej strony.

I mamy kolejną inwencję twórczą „dobrej zmiany”, tak zwaną poselską- projekt ustawy, która uniemożliwi odmówienie przyjęcia mandatu karnego. Wiadomo o co w tym wszystkim chodzi. Większość przepisów covidowych jest wprowadzonych bezprawnie, więc ci, którzy odmawiają przyjęcia mandatu, pozwani sądownie często wygrywają sprawę. No to teraz sami będą musieli udowodnić swą niewinność i dopóki tego nie zrobią, będą według tej ustawy winni. W demokratycznym wymiarze sprawiedliwości obywatel jest niewinny, dopóki mu tej winny nie udowodni sąd. I to ma się właśnie zmienić, bo PIS tak chce…

I jeszcze jedna noworoczna perełka, tym razem od NFZ. Zmniejszono dofinansowanie na: chemioterapię (102,3 mln), psychiatrę (110,9 mln), programy lekowe (365,3 mln), refundacje apteczne (577,3 mln) … Ale pisowcy w mediach będą grzmieć, że wzrost przychodów funduszu to 5 miliardów. Pewnie kasa pójdzie na wynagrodzenia i nagrody za ciężką pracę. Urzędników. Bo lekarzom, też nie dali, a przynajmniej nie wszystkim. No i dumę rządzących- tymczasowy narodowy szpital- generujący koszty, z czegoś trzeba utrzymać…

Uśmiechu dla Was 🙂

PS. Rodzinna już zaszczepiona! I żyje ;p Szwagier również.

Wyszło jak zwykle…

Po narodowemu. Któż to widział robić gównoburzę w kraju, gdzie kolesiostwo, znajomości, „spod lady” jest tak mocno zakorzenione, że wyplenić tego nie da rady żadna tam demokracja. Zasady. Praworządność. Sprawiedliwość. Wszak jakie rządy tacy obywatele… Czy kogoś dziwi, że zostali zaszczepieni poza kolejnością „znani i lubiani” oraz mniej znani, ale z tak zwanymi „dojściami”? Bo mnie nie. I w sumie choć uważam, że absolutnie nie powinno to mieć miejsca, to jednak bardziej mnie interesuje, ile osób jest dziennie zaszczepionych i czy szczepionki nie będą marnotrawione. Z zazdrością patrzę na Izrael w tej kwestii. A jeśli chodzi o organizację i logistykę w narodowym wydaniu, to zdaję sobie sprawę, że to wszystko jest ” na gębę” i pięknie i sprawnie tylko na konferencjach medialnych, a w rzeczywistości, każda placówka medyczna musi sobie poradzić sama, szczególnie z bzdurnymi procedurami. Ale nie żeby w tych placówkach było lepiej, jeśli chodzi o logistykę. Nie! Przez dwie dekady, kiedy systematycznie i często muszę bywać i korzystać z usług medycznych, niewiele się zmieniło, a bywa, że i owszem, ale na gorsze. Taki mamy system, który nie do końca widzi pacjenta, nie zawsze kasa się zgadza, ale któż by tam myślał o reformowaniu tak, żeby to pacjent był priorytetem w tym systemie.

Kilkanaście znanych- wszem wobec- osób zostało już zaszczepionych. Rodzinna jeszcze nie zna terminu swojego szczepienia. I nie chodzi mi, że powinna być zaszczepiona w swojej pipidówce przed „warszawską elitą” jak ich nazwał ten lepszy sort, ale że powinna wiedzieć KIEDY i GDZIE. Ta niewiedza pokazuje, jaki mamy chaos i rodzi obawy, nie przed tym, że ktoś zostanie zaszczepiony w innej kolejności, niż to ustalił rząd, ale że tak naprawdę, nie ma żadnego konkretnego planu szczepień. Narodowego.

*

Dom się znów wysprzątał, jak to przed świętami 😉 Rękoma nowej Pani, bo z poprzednią się grzecznie pożegnałam, zostawiając uchyloną furtkę- jakby co… Nie byłam zadowolona, i na tym poprzestanę. To czwarta (nie licząc tych w DM) osoba sprzątająca zatrudniona na systematyczne co dwutygodniowe porządki. Dwie pierwsze odeszły z powodów zawodowych i zdrowotnych, (jedna z nich przysłała za siebie zastępstwo, i to z tą osobą się pożegnałam), i obie rzetelnie wykonywały swoją pracę- teraz liczę, że też tak będzie.

Tuśka policzyła uszka- 86. A zrobiłam mniej farszu niż na pierwszą wigilię. Damy radę, szczególnie że będzie nas o jedną osobę więcej! O ciasto jak zwykle zatroszczyła się zaprzyjaźniona piekarnia. Miało być nas mniej, a wyszło jak zwykle, bo syna stwierdził, że przyjadą na święta, bo potem to już nie wie kiedy… Czas będzie na zaległy egzamin (o ile go zorganizują!) i organizację ślubu, a może i wesela? Któż to wie…

Przyjadą i pojadą. Ale trochę poświstujemy– na co Aliś opluła ekran własnego telefonu. No cóż, niech się przyzwyczaja do słowa pisanego przez telefon, bo do tej pory uskuteczniałyśmy tylko werbalne gadulce; teraz odkąd w końcu przekonała się do Messengera niejeden powód będzie do oplucia uśmiechnięcia z powodu niesubordynacji literek 😉

No to czas na kolejne świętowanie 🙂 (Uszka z barszczem, pierogi i karp też będą, i oczywiście sałatka tradycyjna ;))

**

Dzwoni Tata: śpisz już?... nieee śmieję się, bo to godzina jak się okazało na „M jak miłość”, gdyż dalej pada pytanie, czy wiem, dlaczego nie ma kolejnego odcinka. Tato, nie wiem, już śmieję się na głos, nie oglądam tego od lat– to, że Hanka zginęła w kartonach dowiedziałam się z nagłówek gazet ;pp; nawet to, że do obsady dołączyła osoba, którą znam osobiście, nie wymusiło na mnie oglądanie serialu. A nie wiesz, gdzie to można zadzwonić, żeby się dowiedzieć? Albo sprawdź w tych internetach. Sprawdzam. Serial powróci za tydzień… (Przy okazji dowiedziałam się, że jest więcej zbulwersowanych widzów tym faktem). A widzisz, dobrze, że zadzwoniłem do ciebie, bo chciałem do Miśka, ale by mnie wyśmiał. Tato, Misiek nie wiedziałby co to jest „M jak miłość” :DDD

Jutro różni się od wczoraj…

Koniec starego i początek nowego…

w mojej wsi u sąsiada kwitną róże przez cały rok!
i znowu pocukrzyło ku radości Najmłodszych 🙂

Oby 2021 różnił się od 2020 jak te dwa zdjęcia, robione w odstępie niecałej doby na przełomie starego i nowego…

W Nowy Rok weszłam bez długów rzutem na taśmę. Nie, żeby mi zadłużenie sen z powiek spędzało, wręcz przeciwnie, śpię spokojnie. Ale! Ponieważ kompletnie nie byłam świadoma, że mam dług. I dalej nie byłabym, gdyby nie powiadomienie z Wydziału… Abonament RTV. Tak, tak, jestem tą frajerką, która płaci na telewizję rządową, nie oglądając NICZEGO na kanałach TVP, nawet jak ma w tytule „Osiecka”. Nie bo nie! A konkretnie…noszzz kurka wodna, wystarczy, że im płacę, więc nie będę im jeszcze robić oglądalności. I nie można być gołosłownym- trochę oglądać, a trochę nie… Nie oglądam, ale… No nie ma żadnego ale! To wszystko jest kurwizja. Kropka.

Ale do brzegu, a raczej do długu… Gdzieś nie wiadomo gdzie i jak zawieruszyło im się całe 11,60 złotych na przełomie 2018/19. I jedna miesięczna opłata za ubiegły rok. O niej akurat wiedziałam, że mi się przeoczyło, ale z premedytacją nie płaciłam, mając złudną satysfakcję, że płacę im z miesięcznym poślizgiem. Zgrzytając zębami (nie chodzi o kwotę, tylko sam fakt) puściłam przelew, pocieszając się, że oto wchodzę w Nowy Rok bez zaległych zobowiązań. Chociaż tyle.

Pierwszy zakup w tym roku też już poczyniłam. Czajnik z gwizdkiem na gaz. Nie że mam ochotę gwizdać na wszystko, ale OM uparcie nie korzysta z czajnika elektrycznego. I gwiżdże na moje utyskiwania. Za to te z gwizdkiem sukcesywnie wykańcza, nastawiając w nich wodę, po czym beztrosko zasypiając bądź wychodząc z domu na czas nieokreślony. Żeby jeszcze ta para szła w ten gwizdek. Ale, gdzie tam, idzie na cały dom, woda się wygotowuje… czasem zdążę wyłączyć, czasem nie…

Mnie zaś sukcesywnie wykończy Tata. W Sylwestra oznajmił, że przyjedzie w Nowy Rok, ale poprosiłam, żeby wziął pod uwagę pogodę, bo prognozy były typowo zimowe. Po czym rano ustaliliśmy, że jednak jest śnieżnie i ślisko, więc nie przyjedzie. Odetchnęłam z ulgą. Po czym po kilku godzinach, kiedy Najmłodsi z Tuśką zbierali się do domu, słyszę jak Pańcio krzyczy, że dziadek jest w kotłowni. Przyjechał do mojego i Tuśkowgo pieca. Nakarmiłam i dałam nocleg… 😉

PS.

Magia pierwszego wieczoru w tym roku…

wyjść czy nie wyjść, o to jest pytanie 😉

Śnieg nie zniknął w sobotni poranek. To pierwszy cud tego roku 😉 Radość- bo jakże miło usiąść na kanapie z widokiem ośnieżonego ogrodu, trzymając gorący kubek z kawą przy naleśnikach z konfiturą wiśniową w towarzystwie Taty- i niepokój- co do drogi powrotnej, szczególnie leśnego jej odcinka…

Pięknego pierwszego weekendu tego roku! 🙂

Nie będzie…

Podsumowań.

Planów.

Postanowień.

Ani toastu lampką szampana czy wyśmienitym winem.

Do Siego Roku!

Nad czym ubolewam, bo alkohol jednak mi nie służy, a wino było wyśmienite. Może dlatego, że ostatni raz wypiłam lampkę grzanego wina, cudownie aromatycznego w cudownym towarzystwie, siedząc na plaży, przy akompaniamencie morskich fal, więc całe wieki temu- dlatego ta świąteczna lampka smakowała wybornie 😉

Tak, w tym trudnym roku, było mnóstwo pięknych chwil. I to one dodają sił, żeby mierzyć się z przeciwnościami, które nie znikną tylko dlatego, że zmieni się kartka w kalendarzu. To w nas samych jest siła, by im sprostać, nie poddać się, uśmiechać jak najczęściej.

Życzę Wam, żebyście odnaleźli w sobie siłę na życie. Po swojemu. Z całym bagażem, jakie ono niesie. Z dnia na dzień. Z planami czy bez planów. Z marzeniami lub bez marzeń. Tak jak Wam jest wygodnie. Tak jak pragniecie.

I jak najwięcej dobrych ludzi wokół! Oni są również motorem naszej własnej siły!

Ps. i nie ubolewajcie, że ten Sylwester jest inny, że kolejny rok niepewny… mnie się zdarzyło spędzić tę noc w szpitalu, a w swej sylwestrowej kartotece mam huczne bale, w większym i mniejszym gronie domówki, we dwoje i raz tylko, 22 lata temu ze świadomością, że czeka mnie i moją rodzinę poważne wyzwanie… które cały czas trwa. Dajemy radę! Wy też dacie 🙂

ps. 2 a Wy, macie plany i postanowienia na ten 2021?

Konfrontacja…

Cztery osoby przy stole, dwie strony sporu, jedna para decydująca. Rozmowa. Emocje. Jednym szeroko otwierają się oczy, drugim opadają szczęki. Spadają maski. Już wiadomo, że nie ma żadnych odcieni szarości ani innych kolorów, że tylko jest czarno-białe. W tę albo we w tę. Z szantażem w tle. Najspokojniejszy człowiek w tym towarzystwie wstaje i wyprowadza osobę, którą potem w relacji określa jako zarazę. Trucicielkę. Jest zszokowany. Jest autentycznie wyprowadzony z równowagi.

A mnie zszokowały słowa o cyrku. Wy też uważacie, że jak byli małżonkowie będą razem chodzić na różne uroczystości i ważne wydarzenia swojego dziecka, to będą w ten sposób odstawiać jakiś cyrk?

Czasami potrzeba wielu rozmów, żeby dojść do kompromisu. Do zgody. A do pogodzenia się, nie wystarczą same rozmowy. Nie wystarczą słowa o dokonanej zmianie, szczególnie że za chwilę kolejne jej zaprzeczają.

*

http://dydaktykacovid.ump.edu.pl/aktualnosci/szczepienia-covid-19?fbclid=IwAR3DwblKRo2-Z3NonwAixagvHP5NKxIb0UueoZ4SQTsfnKJsb-C4Zz8pfuU

Szczepimy się! Jak piszę ten post, to na całym świecie zaszczepiło się już około 5 miliona ludzi. To kropla w oceanie, ale codziennie będzie ich przybywać. I w naszym kraju również. Jestem zdziwiona, że niektórzy ludzie boją się szczepień bardziej niż covid-19. Strach się bierze z niewiedzy. I można to zrozumieć. Za czorta jednak nie pojmę tych wszystkich bzdur wypowiadanych na temat szczepionek- tej czy innych. Warto posłuchać tych, którzy się na tym znają. Zaufać. Jest wiele źródeł. To powyżej jest jednym z nich.

Uśmiechniętego poświątecznego poniedziałku i kolejnych dni! Ostatnich w tym jakże trudnym roku. Jest nadzieja, że następny już będzie łatwiejszy, ale to tylko od nas samych zależy. Bądźmy rozsądni! Bądźmy solidarni! Bądźmy odpowiedzialni!

Mniej lub bardziej świątecznie…

Anioł, ty weź się do roboty!

Wtorek…

Deszcz bębniący o szyby przy temperaturze dwunastu stopni, wycieraczki chodzące bezustannie całą drogę z mieszkania do szpitala, ze szpitala do domu, więc gdy słyszę z radia muzykę i słowa… Ale kto wie, czy za rogiem nie stoją Anioł z Bogiem; i warto mieć marzenia, doczekać ich spełnienia… to myślę sobie, że bardziej do nastroju, który szeroko mija się z tym świątecznym, pasowałaby inna piosenka… Gdy już zapada zmierzch i znów pada deszcz; gdy znów braknie słów tobie też, tobie też; gdy już pusty jest jak staw pełen łez; jak twój i mój dom, ulic mrok, place też… z deszczowej piosenki, bo wtorek jak zwykle okazał się potworkiem. Nie dlatego, że spędziłam pięć godzin w szpitalu, patrząc na wkurw Giny, która z reguły jest żartująca, gadatliwa, a tym razem drażniła ją nawet wystrojona choinka na korytarzu, przy której przykucnęłam, czekając najpierw na pobranie krwi, potem na wyniki, decyzję lekarza i na samym końcu prawie dwie godziny na wypisanie recepty na piguły, bo bez tego Gina nie mogła nikogo wysłać po chemię. Dla mnie i dwóch dziewczyn, które kiedy ja już siedziałam w aucie z pigułami- szczęśliwa jakbym dostała bezcenny prezent pod choinkę- to one dopiero dostały swoje wlewy. Na korytarzu na twardym zydelku. Było już grubo po godzinie drugiej… Brak słów. Ale obsuwa to nic takiego w porównaniu do wstrzymania (tak niedawno wdrożonego) przez MZ olaparibu dla pacjentek pierwszego rzutu. Zmieniono nazwę programu na „ratujący” (dobrze, że nie na narodowy, no, ale program dotyczy kobiet i tylko tych z mutacją) i pod płaszczykiem tych zmian, nie wydano żadnych decyzji. (Ratuje chyba tylko kasę NFZ, po tych wszystkich machlojkach biznesowych poprzedniego ministra…). Anioł, ty weź się do roboty! Drę japę w aucie, żeby przy okazji się otrząsnąć ze znużenia…

Środa…

Zaczyna się pogodnie- świeci słońce!- i smacznie. Najpierw dostaję wiadomość od Tuśki, że w kuchni czekają na mnie paszteciki, a jak schodzę, to OM oznajmia, że zaprzyjaźniona piekarnia obdarowała nas ciastem. Jak co roku, na wszystkie (podwójnie) święta. Po wzięciu piguł czuję się źle… jest mi niedobrze i powrócił specyficzny ból głowy. Ale zabieram się do zapakowania olbrzymiego pudła- prezentu dla Zońci, jedynego wymagającego użycia papieru ozdobnego. Telefon. Jeden, drugi. Od B., której leki kończą się 28 grudnia i jest pełna niepokoju w ten przedświąteczny czas. Doradzam wizytę na Genetyce i podaję telefon do świetnego Profesora od chemioterapii. Nie mam pojęcia, czy coś zaradzą. Ale próbować można, może, zanim w ministerstwie się obudzą, to dzięki grantom (Genetyka takie posiada) te kilka pacjentek dostanie lek. Tym większy mam(y) wkurw, że dwa miliardy poszły na kurwizję, kolejne przyznane, a tu wstrzymują program, który sami nazwali „ratujący”… To tylko Polska… Pacjent zostaje sam. Anioł, ty weź się do roboty! Bo wielu ma tylko jedno marzenie na te święta… dostać leki, rozpocząć bądź kontynuować terapię.

Sprawiam karpia. Trzy. Na szczęście już pokrojonego w półdzwonki, więc tylko pozostaje mi doczyścić i przyprawić. Pewnie trochę zamrożę, ale to się okaże później. Wieczorem wpada św. Mikołaj z półmiskami, miseczkami, talerzami wypełnionymi świątecznymi smakołykami. To LP z mężowatym, zatrudnionym jako osobisty pomocnik świętego. Jestem wzruszona. Jak co roku- trzeci raz. Odkąd to nie Mam przygotowuje wigilię i święta… Dziecka Młodsze wysyłają zdjęcia dwóch upieczonych przez się ciast i dwóch pojemników sałatki tradycyjnej.

Wieczór. O szyby znów bębni deszcz… światełka migoczą, ręce grzeje kubek z owocową herbatą, leżę pod kocem z książką, zajadając pierniczki. Błogo. Myślę już tylko o świętach, o jutrzejszym spotkaniu w gronie najbliższych. Patrzę na zegar… i ręka z piernikiem nieruchomieje. No basta!, za godzinę łykam piguły. To nic. Mnie jeszcze ich nie odebrano.

Anioł, ty weź się do roboty!

Wigilia.

Jest noc. Kilkanaście minut po północy… Za chwilę magia tego długiego wieczoru spędzonego razem zamieni się w cudne wspomnienie. Pięknego, bogatego w tradycyjne potrawy stołu, śmiechu, kiedy to Zońca nie chciała się wystroić w przyszykowaną sukienkę i kazała didowi dmuchać koło na plażę, biegając rozebrana jak do rosołu, który pyrkał na gazie na świąteczny obiad dnia następnego, zabawy z Najmłodszymi, którzy cieszyli z prezentów tak, jak tylko dzieci potrafią się cieszyć. My też przez chwilę staliśmy się dziećmi. Kolędy w tle… Radość. Łagodność. Miłość…

Drugie święta bez Mam. Dajemy radę. Wspominamy…

Czas na sen, a po przebudzeniu magia powróci. Bo taki to jest czas…magiczny!