Strach i bezpieczeństwo…

No to dałam się zaszczepić po raz trzeci. Tak mi nakazywał rozsądek. Własny. Czy to coś zmienia w moim zachowaniu i podejściu do pandemii? Nie. Jednak nie da się ukryć, że oswoiłam już fakt, iż patogen, tak czy inaczej zmutowany, będzie z nami jeszcze jakiś czas, więc ten strach, który towarzyszył na początku pandemii ewoluował, pozwalając w miarę zdroworozsądkowo oceniać sytuację na bieżąco. I się dostosowywać w miarę możliwości.

Za to strach przed szczepieniem całkowicie odleciał w niebyt. To normalne, że za pierwszym razem był niepokój, który za drugim był lżejszy, a dziś…no cóż nawet tych 15 minut (ja mam zalecane pół godziny) nie odczekałam po szczepieniu, tylko wiałam z przychodni, bo tam pierdylion dzieci czekających aż je zbada lekarz. Tym bardziej że wczoraj odebrałam Zońcie z przedszkola, która z każdą godziną bardziej kichała i kaszlała. Dziś Tuśka została z nią w domu, robiąc inhalacje i dając jakiś przeciwwirusowy lek na kaszel. Dziecko bez temperatury, żywe i wesołe, ale odpowiedzialność nie tylko za nią, ale też za inne dzieci, wymusiła jedynie słuszną decyzję.

Wczoraj miałam oto taką sytuację na drodze zabudowanej, jadąc po Pańcia do szkoły: jechałam przepisową prędkością, nie spiesząc się, i nawet zwolniłam, bo zbliżałam się do jadącej przede mną rowerzystki, którą mogłam wyprzedzić, ale z naprzeciwka jechała również rowerzystka, i mimo iż spokojnie zmieściłabym się między nimi, to nie zrobiłam tego manewru. Na szczęście! Bo pani, która jechała przede mną, nagle, bez żadnego uprzedzenia skręciła w lewo i przejechała tuż przed maską Ceśki, gdyż chciała sobie pogadać z rowerzystką, która jechała z naprzeciwka. Noszzzz…

Byłam w naszej wiejskiej bibliotece. Po raz pierwszy, a to za sprawą lektury dla Pańcia. Z listy dla trzecioklasistów w domu miałam tylko „Karolcie”, choć byłam przekonana, że co najmniej jeszcze dwie pozycje są w moim posiadaniu. Niestety, tak to jest, jak się pożycza książki, które potem często nie wracają. Przy okazji się zapisałam i od razu wypożyczyłam. Dwie. Bo na stoliku cały stos, a w zamiarze jest kupno kolejnych. Ale przecież nie muszę mieć wszystkich, a i do biblioteki specjalnie nie muszę jechać, tylko przy okazji odbioru Zońci z przedszkola. Wygodnie. Za to specjalnie pojechaliśmy do biblioteki w sąsiedniej wsi, bo w naszej książki, którą Pańcią miał wypożyczyć, nie było. I w drodze powrotnej kolejna drogowa sytuacja. Ciągnik zaparkowany na skrzyżowaniu na zakręcie. Trąbię. Zirytowana. Wybiega ze sklepu dość młody człowiek i się tłumaczy, że stały tu wcześniej auta, więc nie miał jak zaparkować. I że wszyscy tu tak parkują, udając się do sklepu. No to się spytałam, że jak wszyscy będą skakać w ogień, to czy on też skoczy. Rezolutnie mi odpowiedział, że tak, dla ratowania innych. No to się pytam: kogo on tu ratuje parkując tak, że zagraża innym użytkownikom drogi- na zakręcie stoi budynek, zasłaniający widok, czy ktoś z prawej strony nadjeżdża.

Jesień mocno się rozpycha przeganiając lato, które jeszcze nie chce odejść. Dziś kolejny pięknie ciepły dzień. Tata kończy 78 lat 🙂

Piję kawę, jem pączusie i mam nadzieję, że trzecia dawka obejdzie się ze mną łagodnie 😉

Przezornym być…;)

OM umówił nas w UW, a konkretnie w Biurze Paszportowym, by ów dokument wyrobić, gdyż nasze stare paszporty straciły ważność. (Oprócz nas również LP z mężem i ich nieletnim dzieckiem; śmiejemy się z LP, że będziemy przygotowani na ucieczkę przed wojną hybrydową, jaką ponoć nie tylko Białoruś z Rosją, ale również UE prowadzi wobec naszego kraju ;)). Zrobił to za moimi plecami, informując trzy dni przed, kiedy to i o której mam się zgłosić. Zaprotestowałam, bo na ten dzień miałam już umówioną wizytę w salonie fryzjerskim i kosmetycznym i za nic nie mogłam ani nie chciałam przełożyć, gdyż wiązałoby się to z odległymi terminami. Jedynym wyjściem było zmienienie godziny udania się do BP. Udało się, bo miał tam swojego człowieka, który trochę pomarudził, że z kobietami to tak zawsze, i czy na pewno 40 minut mi wystarczy na załatwienie sprawy i przemieszczenie się po ŚM. Pozostała tylko kwestia zdjęcia. Ucieszyłam się, że całkiem niedawno- półtora roku temu- wyrabiałam dowód, więc posiadam. Wszak przez ten czas facjata mi się nie zmieniła, zmarszczek mi nie przybyło ;p Komisyjnie z OM obejrzeliśmy i stwierdziliśmy, że na zdjęciu to wciąż obecna ja, a w razie czego uprę się, że zdjęcie robione 2-3 miesiące temu. Po czym wieczorem, dzień przed złożeniem wniosku, olśniło mnie, że będę musiała podać dowód osobisty, na którym jest data jego wydania i zostanę złapana na kłamstwie. I oczywiście zdjęcie nie przejdzie, bo w przepisie jest, że ma być aktualne- jak się nie mylę to do pół roku. Na szczęście miałam rano zapas czasowy, więc zrobienie zdjęcia nie było problemem, tyle że doszedł kolejny punkt programu na ten dzień ściśle określony w ramach czasowych.

Wszystko poszło dobrze, nigdzie się nie spóźniłam (nie lubię), a mając jeszcze 15 minut zapasu do wizyty u kosmetyczki, zajechałam do kwiaciarni i kupiłam wrzosy oraz trawę… Przyrzekając sobie, że to już ostatnie zakupy do ogrodu, i jak na razie dotrzymuję słowa, choć już się kopie kolejny dołek (tak tak, sam się nie kopie, bo nie ma w co ;)), tyle że nie wiem, czy coś nowego zakupię w to miejsce, czy przesadzę młodą samosiejkę rosnącego już kilka lat krzewu.

tu widać też żurawki 🙂

Przy okazji, bo akurat był wolny termin u notariusza, sporządziliśmy testament wzajemny. Już jakiś czas temu postanowiliśmy, że to będzie najprostsze rozwiązanie. Wprawdzie w prawie polskim niestety sam akt testamentu nie jest wystarczający, żeby po śmierci jednego z małżonków uruchomić wszystkie wspólne środki i jest potrzebna kolejna wizyta w sądzie czy u notariusza, żeby testament wszedł w życie, i to z dziećmi, którym ustawowo przysługuje zachowek, ale to już żaden problem. I niewielkie koszty.

Ale! Na razie to cieszymy się życiem, zabezpieczając tyły, że tak powiem 😀 Pięknie ciepłym i słonecznym wrześniem, mimo iż czas umyka w zastraszającym wręcz tempie. Ciągle jest już piątek… i koniec kolejnego tygodnia…

Mam już termin trzeciej dawki szczepienia, sama go sobie ustaliłam, i obym tylko w zdrowiu dotrwała do niego. I zrezygnowałam z testów na przeciwciała, po rozmowie z Rodzinną.

A może grzyby i ryby…

I morze. Ale najpierw był las. PT przyjechała już w piątek. W konkretnym celu. Tyle że cel odpłynął w niebyt uległ trzydniowej amnezji, bo na pierwszy plan wysunęły się przyjemności. Jeszcze tego samego dnia, kiedy Tuśka odebrała Najmłodszych, którzy po szkole i przedszkolu czekali u nas na powrót mamy ze służbowego wyjazdu, my udałyśmy się do lasu. A tam, zaraz po wyjściu z samochodu przy samym trakcie leśnym w wysokiej trawie znalazłyśmy maślaki. Radość była ogromna, bo tydzień temu żadnego grzyba nie było! Zresztą co się dziwić jak u nas sucho, sucho, sucho 😦

Z lasu wygonił nas zapadający powoli zmrok. Grzybków (bo większość malutkie i normalnie to powinny jeszcze sobie rosnąć) nazbierałyśmy niewiele, ale po powrocie od razu znalazły się na patelni, a potem wylądowały na talerzu jako przystawka przed daniem głównym…

Maślaki to nie podgrzybki czy prawdziwki, ale zapach i smak to była wisienka na torcie długiego i wyczerpującego spaceru po lesie.

Na sobotę tak na pół spontanicznie zaplanowałyśmy wypad nad morze. Tuśka podchwyciła (miałyśmy kierowcę ;p), OM się wymiksował obowiązkami, więc wyruszyłyśmy jednym autem. Zadzwoniłam do Dzieci Młodszych, bo wyczułam, że chcą mi zrobić niespodziankę i przyjechać na wieś, żeby udali się w zupełnie w przeciwnym kierunku i dołączyli do nas, i w ten oto sposób spędziłam kolejne urodziny wśród Bliskich z szumem morza w tle. Rok temu, kiedy zmieniały mi się cyferki, byłam w tym samym miejscu i mam podobne zdjęcie jak to poniżej 😉

Spędziliśmy bardzo aktywnie czas, spacerując brzegiem morza, rozmawiając, śmiejąc się; Pańcio z Zońcią jeżdżąc na swoich hulajnogach, wypożyczonym gokarcie (brat woził siostrę) oraz na elektrycznej hulajnodze. Tak wniebowziętej miny Pańcia nie widziałam dawno, gdy wrócił z przejażdżki z wujkiem hulajnogą skuterem. Wszyscy wybuchliśmy śmiechem, taki był rozanielony. Wujek pozwolił mu samemu kierować po chwili, kiedy już stwierdził, że bardzo dobrze sobie radzi i jest uważny na czyhające niebezpieczeństwa. Za to ja w pierwszej chwili zamarłam, bo przypomniał mi się od razu wypadek Miśka na skuterze…

I oczywiście zaprosiłam wszystkich do Gwiazdy Morza, bo tęskniłam za tymi krewetkami i kalmarami na białym winie przez cały rok ;p

Łosoś też był smaczny… wcześniej jedliśmy dorsza z pieca…

Ale najsłodszym prezentem to było spędzić ten dzień w cudnych okolicznościach przyrody pośród uśmiechniętych, szczęśliwych dużych i małych dzieci oraz PT… Nawet słońce wyszło, bo na początku było pochmurnie…

To mój pierwszy kontakt z morzem w tym roku, ale mam nadzieję, że nie ostatni. Bo ja nasze morze kocham niezależnie od pory roku, choć nie ukrywam, że od jakiegoś czasu najbardziej poza sezonem. I warto choćby tylko na jeden dzień wyskoczyć i napawać się takimi widokami. A każdy posiłek zjedzony przy akompaniamencie szumu fal smakuje bardziej…

Wyczerpani, odurzeni dobrymi, radosnymi emocjami bardzo późnym wieczorem dotarliśmy do domu. O północy już byłyśmy z PT w łóżkach, nie mając siły na długie rozmowy. Wszak w niedzielę czekał las…szczególnie że pogoda iście letnia i wakacyjna…

A w lesie…

I jeszcze więcej jadalnych grzybów…

I tym razem udało się z nich zrobić danie główne 😀

To był cudnie żywiołowy weekend. Acz wyczerpał moje wszystkie zasoby energii. Może też dlatego, że cały tydzień był intensywny, o czym może jeszcze wspomnę później. Jak nie zapomnę.

Tydzień zapowiada się ciepły i słoneczny, a ja mam w planach leniuchowanie i wewnętrzny zakaz wyjazdu do sklepów ogrodniczych ;p

Miłego dla Was 🙂

Mimozami…

jesień się zaczyna… a tak naprawdę nawłocią i to pospolitą, tak twierdzą botanicy, gdyż roślina, która przez większość uznawana jest za mimozę, nią nie jest.

I oto prysł ukorzeniony czar żółtych kwiatów rosnących w ogródkach i na ugorach w całym kraju 😉 Nawłoć jest trudna do wytępienia, a mimoza to kwiat wrażliwy na dotyk i raczej nie występujący u nas w naturze- no cóż…

Złotawa krucha i miła… Jesień w swej pięknie ubarwionej szacie potrafi zachwycić, szczególnie kiedy dni wciąż słoneczne i ciepłe… Niby wciąż mamy kalendarzowe lato, ale meteorologicznie właśnie się rozpoczęła jesień, którą już widać i czuć… i można nawet smakować 😉

Byłam na cmentarzu zawieźć świeży bukiet kwiatów do wazonu. Ktoś ułamał dwie gałęzie klonu rosnącego przy grobie. Jego los jest już przesądzony, ale nie spodziewałam się, że znajdzie się jakiś wandal, zanim zostanie usunięty… Tata, jak był ostatnio, to podziwiał, jak pięknie wyrósł. Kiedy mu powiedziałam, że w październiku zostanie wykopany, bo korzenie mogą podważyć pomnik, to stwierdził, że on wolałby klon niż pomnik. Ja też. Czy nie pięknie by było, gdyby nasze prochy znajdowały się pod takim klonem? Bezproblemowym. Pod nim kamień i niewielkie tabliczki z wygrawerowanym imieniem i nazwiskiem. Ech…

Przy okazji w kwiaciarni kupiłam kilka wrzosów do betonowych gazonów, które zostały wkopane, żeby utrudnić Mysi kopanie dołów w tym miejscu. Acz coś mi się wydaje, że to nie będzie dla niej żadna przeszkoda… a wrzosy będą musiały przeżyć nie jedną piaskową ziemną burzę ;p

Zońci w przedszkolu bardzo się podobało. To, że zostanie w nim bez problemu, to było raczej oczywiste, ale w końcu to wciąż mała dziewczynka więc mogła zatęsknić, bo dzień przecież długi. Odebrał ją tata, ale Tuśce przez telefon powiedziała, że jutro też idzie do dzieci… Ona jest bardzo kontaktowym dzieckiem. Zaś Pańcio napisał mi, że średnio jest zadowolony z pierwszego dnia w szkole 😉

Ten ostatni…

Las woła/czeka nas… tak w uproszczeniu można zatytułować ostatni weekend sierpnia. Od rana w sobotę czekałam na przyjazd PT, a na nas czekał las. To już rytuał, że kiedy przyjeżdża do nas na wieś, to idziemy na długi, co najmniej pięciokilometrowy spacer po lesie… Dobrze nam się rozmawia, maszerując traktem leśnym, wśród szumu drzew i ich zapachu.

Dzień powstał cudnie słoneczny, ale gdzieś tak po południu zrobiło się pochmurno, choć wciąż było (jak na najzimniejszy sierpień od 24 lat ;p) dość ciepło…

Słońce nie dawało za wygraną i próbowało się przebić…

I w końcu mu się udało…

I jak tu nie przystanąć na chwilę, kiedy na swojej drodze przysiądzie takie cudo…

Ale choć chciałoby się rzec chwilo trwaj i maszerować przed siebie jak najdłużej, to trzeba było wracać, bo na wieczór miałyśmy zaplanowane spotkanie pod tytułem: wszyscy mamy urodziny. Zjazd rodzinny bliskich znajomych, na który zostałyśmy zaproszone (OM również, ale nie skorzystał, mając co innego w planach) odbył się w uroczym Folwarku w miejscowości nad jeziorem. Dwóch sędziwych jubilatów dla których był on zorganizowany, w ostatniej chwili odmówiło uczestnictwa, więc, żeby nie rezygnować ze spotkania rodzinnego tudzież znajomych wymyślono, że każdy ma przecież urodziny 😀 Jubilatom odśpiewaliśmy Mnohaja Lita dwa razy- z szampanem w ręku oraz przy ogromny torcie, nagrywając wszystko i wysyłając do adresatów. Były rozmowy, śpiewy i tańce… I pyszne jedzenie. Ale przede wszystkim cudnie się patrzyło i uczestniczyło w takim spotkaniu trzypokoleniowym rozgałęzionym wszerz- tylko z jednej strony- rodziny, którą zna się ponad trzydzieści lat.

Wróciłyśmy około północy, a spać się położyłyśmy po drugiej, stwierdziwszy, że czas na sen, bo jutro też jest dzień. Na spacer po lesie i pogaduchy. Znów zrobiłyśmy ponad 5 kilometrów, końcówkę szybkim truchtem, bo się zachmurzyło na deszcz. Pierwsze kropelki spadły na nas przy aucie, a na dobre rozpadało się, jak już siedziałyśmy w kuchni przy żurku, a potem herbacie i obdarowanym nas cieście wraz z kawałkiem tortu z imprezy oraz drożdżowcem ze śliwkami od Rodzinnej.

To był rozgadany, smaczny, ze śpiewem i muzyką w tle weekend… A dziś do snu mnie ukołysze jakże cudna dla mych uszów melodia bębniącego o parapet deszczu… Tym cudniejsza, że trwająca już kolejną godzinę. Ziemia aż woła o wodę, w lesie sucho, grzybów nie ma i nie wiadomo czy będą, bo choć zapowiedzi deszczu w minionym tygodniu były praktycznie codziennie, to albo nie padało wcale, albo chwilę i z taką intensywnością, że można było przejść między kroplami nie zmoczywszy się 😉

Dobrego tygodnia. U mnie będzie to bardzo intensywny (jak dla mnie) tydzień… ale weekend znów się zapowiada ciekawie 😉

Aaa i intensywnie myślę o doszczepieniu się, szczególnie że dla mnie (z obniżoną odpornością w w trakcie leczenia) włączono zielone światło dla trzeciej dawki, a od drugiej zaraz minie pół roku.

A pamiętasz…

To było spotkanie wspomnień przeplatane gromkim śmiechem, mimo iż każda z nas ma osobisty bagaż trosk i niepokojów, to udało nam się spędzić ten czas w cudownej, radosnej atmosferze. Dwie wdowy, jedna i pół rozwódka, dwie i pół w mniej lub bardziej szczęśliwych ponad trzydziestoletnich związkach małżeńskich, cztery babcie w tym trzy podwójne, a wszystkie młode, piękne, zadbane i uśmiechnięte. Pomimo iż jednej z nich w tym dniu pogotowie zabrało matkę do szpitala, siostra 4 miesiące temu zmarła na covid, a drugiej ojciec od tygodnia przebywa w prywatnym domu opieki, to humor dopisywał. Potrzebowałyśmy tego spotkania nie po to, by wylewać swe troski i żale oraz stękać nad własnymi dolegliwościami, ale po to, by się odstresować, zrelaksować i uśmiać do wypęku z bólem brzucha włącznie. To było popołudnie i wieczór wspominkowy, ale jak to przy winie to i wypominkowy ;p I tak w rozmowie pojawił się tajemniczy Roman, niedoszły amant, z którym jedna miała ochotę pójść na studniówkę, a druga z nim poszła, mimo iż miała swojego chłopaka i kompletnie dziś nie pamięta, kim był Roman i dlaczego jej chłopak za którego potem wyszła za mąż, urodziła trójkę dzieci i się rozwiodła nie był z nią na studniówce. Po czym następna mnie się pyta, dlaczego ona była na studniówce z moim chłopakiem i z kim ja byłam. Pamiętałam z kim i dlaczego, ale w odpowiedzi usłyszała, że widocznie taka była ówczesna moda studniówkowa na cudzych chłopaków ;pp Roman został zagwozdką do samego końca, bo na sześć bab pamiętała go tylko jedna- niedoszła studniówkowa partnerka.

U PT wylądowałam po północy, bo się wcześniej umówiłyśmy, że będę u niej nocować, i tak przy naleweczce z Bieszczad (nie pamiętam z czego) gadałyśmy do drugiej w nocy i pewnie zeszłoby nam dłużej, ale każda z nas musiała rano wstać… Rano doszło do mnie, że ja się wybrałam tym razem na imprezę a nie do szpitala, gdyż nie wzięłam dokumentów- wypisu. Pomyślałam, że będąc stałą cykliczną pacjentką, to przyjmą mnie na gębę. Uśmiechniętą pod maseczką. I tak się stało. Wyniki krwi mnie zaskoczyły, gdyż odebrawszy ostatni wypis, zobaczyłam, że leukocyty były na pograniczu odstawienia piguł (badanie było na kilka dni przed weselem) i obawiałam się jak jest obecnie, a tu okazało się, że po 4 tygodniach poszybowały w górę. TK też nie wykazał istotnych zmian, więc wyszłam z pigułami. Napisałam do Dzieci Młodszych SMS-a że nie wracam do mieszkania, tylko prosto jadę do domu. To była taka godzina, że miałam szanse przebić się na Prawobrzeże nie stojąc w korkach. I tak się stało, więc tam zatrzymałam się na kawę i obiad i małe zakupy.

Do domu dotarłam ledwo żywa, niewyspana, ale z bananem na ustach. To był fajny wyjazd, w końcu taki jak kiedyś, kiedy gwoździem programu nie był szpital, tylko obowiązkowym dodatkiem 😉 Nie odkładajcie spotkań, wyjazdów, podróży, póki jeszcze można czuć się w miarę bezpiecznie. Bo rzeczywistość jest nieprzewidywalna, a czas biegnie.

Dawno nie było… jak mnie radują tańczące motyle, które mogę obserwować z okna czy będąc w ogrodzie…

Lato jakby w odwrocie. Dziś powstał słoneczny dzień, ale chłodny… Od jutra ma być deszczowo, co akurat mnie zupełnie nie martwi, wręcz przeciwnie. Byle tylko, żeby nie nastały już jesienne temperatury…

Miłego, ciepłego, słonecznie uśmiechniętego dla Was 🙂

Idę do ogrodu… mam do wkopania kępę trawy i dwa bluszcze, które zamówiłam (bluszcze) w necie. Pierwszy raz zamówiłam roślinki i więcej tego nie zrobię.

Daremny trud…

Syzyfowa praca, szczególnie kiedy umysł adwersarza jest zamknięty na cztery spusty i pogrążony w odmętach głupoty i absurdu, homofobii, nietolerancji…

Nie ma sensu odpowiadać ludziom, którzy na widok koczujących migrantów na granicy mają tylko jeden problem: dlaczego młodzi mężczyźni nie zostali w kraju, walcząc i broniąc go przed Talibami. Nie zrozumieją. Dla nich nie jest najważniejszy człowiek.

I to dotyczy każdych kwestii. Tych fundamentalnych i tych błahych.

*

Wybierałyśmy się tam z LP od tygodni, choć to tylko rzut beretem od naszej wsi. Oczywiście nie po to, by zażywać kąpieli- wodnej czy słonecznej- ale w pięknych okolicznościach przyrody wypić kawę i coś przekąsić. Odkąd Tuśka dała mi cynk, że karmią tam całkiem nieźle, postanowiłyśmy przetestować na własnych kubkach smakowych.

To jedno z tych jezior, nad którym przebywaliśmy dość często w przeszłości z dzieciakami i przyjaciółmi, którzy do nas przyjeżdżali na wakacje. Z upływem lat coraz rzadziej, bo zrobił się wokół niego mały kurort, innymi słowy tłocznie. W okolicy mniej więcej w podobnych odległościach jest co najmniej 6 jezior, jest w czym wybierać 😉 To nie był koniec naszej „wycieczki”, bo spontanicznie postanowiłyśmy udać się, co wcale nie było „po drodze”, do ŚM do centrum ogrodniczego. I w ten oto sposób zaopatrzyłam się w dwie laurowiśnie i kolejną hortensję. LP pomogła mi je zapakować i wypakować, a ja ochoczo zabrałam się za pogłębianie dołków… po czym szybko sklęsłam… Ale! Z łapanki (spod sklepu) dorwałam pewnego jegomościa, który zgodził się dokończyć dzieła. I tak udało mi się przed piątkowym deszczem (eufemizm, bo to był deszczyk ledwo zauważalny, ale mjut na moje serce i korzonki roślinek ;)) wkopać krzewy. Hortensja wciąż czeka na swoją kolej, a raczej na odpowiednią ziemię. Dołączyłam do grupy „inspiracje ogrodowe”, i czaszka mi dymi..;p Od wiedzy. Sprzecznej. W temacie. Ale o ile jest przyjemniej czytać komentarze o roślinach, kwiatach, krzewach i drzewach niż o bieżącej rzeczywistości ;pp

A tu ostatni wkop…i ilustracja do moich komentarzy pod poprzednim postem…

dalej w szeregu są dwie budleje, za nimi wcześniej mieliśmy szpaler kilku dorodnych świerków, zostały po nich korzenie plus korzenie, które przechodzą od sąsiada, więc trudno cokolwiek tam wsadzić…dlatego cieszyłam się z bluszczu…do czasu 😦

Te dwie pierwsze laury wiśniowe to świeżynki. Dzięki LP mogłam kupić okazy wielkością zbliżoną do tych, które już u mnie zimować będą trzeci sezon. I jak widać na załączonym obrazku, że mam co zasłaniać, choć muszę przyznać, że wiosną było zielono i kwitnąco na żółto przez roślinkę bliżej nieokreśloną, która przedarła się od sąsiada…

A tu jesteśmy całkiem zasłonięci… uwielbiam ten widok. Z kanapy, siedząc przy stole w pokoju czy kuchni, mieszając w garach… wystarczy podnieść wzrok i gęba się cieszy 😉 Myśka też lubi i ma swoją miejscówkę na leżaku 😀

Zakątek…

Własny. Niejedyny. Mam ich kilka, takich miejsc (w domu i zagrodzie), w których lubię się zaszyć i…odpłynąć. Czy to w myślach dryfujących nie do końca uczesanych, czy też z książką w ręku bądź telefonem czytając w nim różne informacje z kraju i ze świata lub prowadząc rozmowy…

Jest mi błogo, bo na ten tydzień zaplanowałam nicnierobienie! (No dobra, w poniedziałek się nie udało i uchechłana po kokardkę wróciłam wieczorem z ogrodu, mimo iż miałam pomocnika, który najgorszą robotę, bo karczowanie terenu zrobił sam)…

własnymi rękami posadzona hortensja dębolistna…

Bez wyjazdów, bez załatwiania pierdyliona spraw, bez dłubania w ziemi. Zeszły tydzień był intensywny, a ja cały czas zmagam się z lekkim przeziębieniem. Może powinnam bardziej na się uważać, ale katar czy kaszel to nie choroba, kiedy się nie ma temperatury ;p Organizm się jakoś broni, bo wyszło mi kolejne zimno, ale wolę już to niż gorączkę. Serię inhalacji wzięłam, osłuchuję płuca i… zobaczymy. Za tydzień tomograf…

Będą w ŚM po drodze zajechałam do ogrodnika i trafiłam na słodkie i aromatyczne truskawki…

Całą drogę obłędnie mi pachniało w Ceśce, nie mogłam się doczekać, kiedy się dorwę do jedzenia, szczególnie że towarzyszyły im…

Zanim trafiły na patelnię i zostały polane śmietaną, to ja już kilka zdążyłam pożreć… We Wrocławiu jadłam pączka z nadzieniem jagodowym. No mówię wam: SZTOS! Ale, pierogi to pierogi- nie ma lata bez pierogów jagodowych i placków ziemniaczanych z sosem kurkowym!

Czas z Dzieckami Młodszymi upłyną szybko. Powspominaliśmy wesele. Młodzi bardzo zadowoleni- to cieszy!

W ogrodzie kwitną mieczyki, o których nie miałam pojęcia, że są…

Bo to poletko (przy domu teściowej) uprawia Ciocia… Ale! Gdzie ogrodników sześciu… no! Wróciłam ja ci z wojaży i… jeden piękny krzak hortensji bukietowej mi wypadł, bo wziął i usechł… Fakt, był posadzony w niezbyt sprzyjającym mu miejscu, ale… Uschła mi też piękna tawułka jedna… Został też wycięty zimozielony bluszcz okalający siatkę i mur dużej wiaty na auta…wrrr!!! Ale to co mnie najbardziej wkurzyło, to wycięcie pnących zimozielonych krzewów o barwie żółtozielonej okalających inne i przykrywających naszą beznadziejną ziemię, która jak jest sucho, to wygląda jak popiół… I to na froncie domu! Prowadzę dochodzenie, kto (mnie) im zrobił taką krzywdę! No, aż mi się płakać chciało… Przeżyłabym zasuszenie kwiatów na tarasie, ale takich szkód powstałych bezmyślnie, to no zdzierżyć nie mogę! Z tego wszystkiego, to zaczęłam chodzić i szukać miejsc, gdzie cokolwiek można wkopać zielonego bez narażenia na inwazje szalejących „ogrodników” …

Może nie zauważą ;ppp Zdjęcie zrobione przy otwarte bramie…

A tak w ogóle to już spadają śliwki z drzew…w powietrzu już czuć schyłek lata… Wczoraj powiało wieczorem, ale chmury rozwiało i zapowiadany deszcz nie spadł. Nie ma sprawiedliwości: u nas susza, trawa żółta, ziemia jak popiół na pół metra w dół (taki dołek został wykopany), a na południu zielono i mokro, aż za mokro… Dzisiejszy deszcz też już odwołany 😦

*

Świat zmaga się z pożarami, mniejszymi, większymi… Trwają wojny. Ta w Afganistanie nie leży już w interesie Amerykanów. I słusznie. Za serce ściska tylko los kobiet. Politycznych ofiar wojny, którą rozpoczęli mężczyźni. Talibowie nienawidzą kobiet. Dla nich prawa kobiet nie istnieją. Kobieta to nie tożsame co człowiek. U nas minister edukacji i jego otoczenie wraz z dużą częścią wierchuszki kleru również ma zapędy w podporządkowaniu kobiet do własnej wizji ich postrzegania. To zawsze jest niebezpieczne, nawet jeśli wciąż możesz założyć sukienkę mini w kolorze słońca… W końcu zawsze jest jakiś początek…

W deszczu i słońcu…

Trzynaście lat. Kto by pomyślał. Ja nie. Trzynaście lat temu pomyślałam, żeby chociaż te sześć lat wyrwać gadowi… Ta cyfra nie wzięła się z kosmosu ani ze statystyk, ale konkretnie… z życia, które skorupiak przerwał.

Muszę przyznać, że moja miłość do miast, mimo ponad 30 lat spędzonych na mojej-nie-mojej wsi, ani odrobinę się nie przykurzyła. Oczywiście moje DM darzę najgorętszym uczuciem, bo tam mieszkają moi bliscy, bo to stamtąd barwnymi nićmi tkany jest największy, najpiękniejszy kobierzec wspomnień… Moim marzeniem jest doczekać się powrotu, najpóźniej za 7 lat…

Wrocław jest jednym z trzech miast, a drugim po Trójmieście, w którym zamiast w DM mogłabym zamieszkać, porzucając obecną lokalizację. Z dzieciństwa kojarzył mi się z czerwonymi murami i niebieskimi tramwajami, oglądanymi z okna samochodu w drodze na wakacje w górach. Potem był wrocławski szpital i cudowny chirurg plastyk. Trzy operacje i comiesięczne wizyty przez rok. Zaprzyjaźnienie się z rodowitą wrocławianką i przyjazd do niej połączony ze zwiedzaniem miasta. To był ostatni raz, kiedy byłam we Wrocku, mieście mostów i krasnali. (Ela wyjechała za miłością do Stanów, gdzie dorwał ją po raz drugi skorupiak… wróciła by odejść wśród bliskich w ukochanym mieście).

Wypad do Zoo z noclegiem zaplanowałyśmy w momencie planowania wakacji w górach. Chciałyśmy chociaż nacieszyć oczy Starym Miastem, bo na więcej to ani sił, ani czasu nam by z nie starczyło. Dzień wcześniej zabukowałyśmy i opłaciłyśmy apartament blisko Rynku, ale passa z kłopotami lokalowymi trwała nadal, bo w drodze do stolicy Dolnego Śląska przyszła informacja, że w wybranym apartamencie akurat są jakieś kłopoty techniczne, więc proponują nam inną lokalizację. Tuśka stwierdziła, że sprawdzi i odpowie, jak już będziemy na parkingu przed ZOO, bo w trasie nie będzie się irytować na daną sytuację. Okazało się, że w zastępstwie mamy mieszkanie 65m kw. – dwie sypialnie, dwie łazienki, pokój i kuchnia, bliżej Rynku niż poprzednie. Tyle że kamienica wyglądała na szemraną, ale zdjęcia samego mieszkania były rewelacyjne. Szybka decyzja, że bierzemy, i już spokojne, że z Najmłodszymi nie będziemy musiały spać pod którymś z mostów, bądź w miejscu oddalonym o pierdylion kilometrów od Starego Miasta, udałyśmy się do ZOO… Potem na Rynek, żeby przede wszystkim coś zjeść…dla dzieci odstałyśmy kolejkę do restauracji Pierogarnia, którą polecam, bo takich pieczonych ruskich pierogów to ja dawno nie jadłam…

Nim zrobiłam zdjęcie to większość zdążyła zniknąć ;p Do tego grzane piwo, bo Rynek przywitał nas siąpiącym deszczem…

A potem przeniosłyśmy się do restauracji Greco, choć w pierwszej chwili chciałyśmy iść na krwiste steki, tam gdzie Chyłka chadza, ale to nie miejsce dla Najmłodszych 😉 Nie ukrywam, że będąc na wyjazdach, lubię kosztować dobrego jedzenia. Też polecam, bo gyros i kalmary były pyszne…

Drugi dzień w mieście przywitał nas zachmurzonym niebem, ale bez opadów…

taki oto tramwaj po wyjściu z kamienicy, niestety w nocy jeździły te mechaniczne ;p

Śniadanie w Charlotte (chleb i wino) gdzie pieczywo odegrało główną rolę (Najmłodsi oczywiście croissanty), ale mus z wątróbek i pieczone warzywa sprostały oczekiwaniom. I wyszło słońce…

To był intensywnie spędzony czas, którego skutki odczuwam do dziś, ale było warto. I jasne, że za krótki na to piękne miasto, którego Rynek ociupinkę przypomina mi ten Lwowski…Jestem ciekawa, czy mimo pandemii tętni on życiem, tak jak przed zarazą, niezależnie od pory roku i pogody… Na Ukrainie zaszczepionych jest 5% społeczeństwa.

Dziś się dowiedziałam, że siostra mojej koleżanki, którą znałam od ponad 40 lat, zmarła w kwietniu na covid…

Pięknego weekendu. Nasz będzie piękny, bo czekamy na syna i synową, czyli Dzieci Młodsze 🙂

Idziemy…

…do zoo, zoo, zoo (kto ma małe dzieci pewnie zna)- ta piosenka nam towarzyszyła przez całą długaśną drogę z Karpacza do Wrocławia. Długaśną, bo 130km jechałyśmy ponad trzy godziny. Za to mimo siąpiącej z nieba mżawki widoki miałyśmy nieziemskie, pomykając miejscami serpentynami. Pierwszy raz jechałam tą drogą, więc ja z Najmłodszymi syciłam oczy cudnymi okolicznościami przyrody, a Tuśka była skupiona na drodze i nawigacji. Dzieci były podekscytowane, szczególnie Zońcia, która cały czas pytała się o słonia… Dzięki niesprzyjającej pogodzie w ZOO nie było tłumów. Deszcz raz padał raz nie, ale nawet jak padał, to tak niezauważalnie.

W poszukiwaniu słoni…

na początku przywitaliśmy się z żyrafami…
wilki podglądane przez szybę…
lwy przedstawiły nam cudny spektakl,…
ale Zońcia była bardziej zachwycona lemurami 🙂

To oczywiście nie są wszystkie zwierzęta, jakie widzieliśmy, spędzając w ZOO cztery intensywne godziny. Byliśmy też w Oceanarium (Afrykarium), które robi wrażenie, a dzięki (nie)pogodzie, nie było do niego tłumów i ominęła nas kolejka przy wejściu. Pani przy wejściu zwracała wszystkim uwagę, żeby założyli maseczkę, ale w środku widziałam, że sporo osób już jej nie miało na twarzy. Ot, nonszalancja i cwaniactwo….

tak sobie wyobrażam wkurzoną rybenkę ;pp

I na sam koniec w końcu dotarliśmy do słoni…

Dzieciom bardzo się podobało, Pańcio był nie raz w zoo, nawet w tym wrocławskim już po raz drugi, ale świat zwierząt, nawet w niewoli jest fascynujący. Zońcia w sklepiku z pamiątkami wybrała sobie zestaw figurek zwierząt z farbami do pomalowania.

*

Na FB czytam post przesympatycznej, wesołej, mądrej, uzdolnionej i kreatywnej artystycznie kobiety, o postrzeganiu jej osoby. O wizycie, którą odbyła, bo tak trzeba, a w zamian usłyszała, że jest za gruba, nie takie nogi…etc… Znam B. osobiście, bo jest rodziną do OM, więc i moją. To, co napisałam o niej w pierwszym zdaniu, to moje subiektywne spostrzeżenie jej osoby. Nigdy mi jej tusza, z którą walczy od lat, nie przeszkadzała, była wręcz niezauważalna… Co się dzieje z tymi ludźmi, że dają sobie prawo oceniania, strofowania czyjegoś wyglądu? W swoim wiejskim grajdołku dowiaduję się o porzuceniu przez męża innej fantastycznej kobiety…z tuszą. Takie rzeczy się zdarzają. Zdrady. Rozstania. Rozwody. Ale jak słyszę od innych kobiet, że się nie dziwią, bo gruba, i po domu chodzi w tiszercie i dresach…no to mnie wkurw bierze. Na te baby paplające farmazony.

OM dziś w ŚM manifestował w obronie wolności słowa i wolnych mediów. Wieczorem odwiedził nas przyjaciel wieszczący, że ta władza ma się już ku końcowi. Z racji wykonywanego zawodu ma kontakt z wieloma ludźmi o różnych poglądach i właśnie oznajmił, że dwóch biznesmenów z naszej wsi, do tej pory zagorzałych zwolenników miłościwie nam panującej partii, dostało lekkiego wkurwu na ten pisowski ład… No cóż… policzyli…