Emocje bez maski…

Mój łeb wciąż się podnosi w stronę słońca, choć czasem to łatwe nie jest, kiedy na horyzoncie same chmurzyska. Pozwalam sobie tu na blogu posmęcić, choć może nie powinnam, bo lepiej „światu” przekazywać radość, uśmiech, życzliwość, siłę… Tylko, czy to byłabym prawdziwa ja? I tak jest mnie tu tylko jakaś cząstka, ale niech w niej będzie całe spektrum autentycznych emocji. Bo czy w życiu nie one są najważniejsze? Odczuwanie… przeżywanie… miłość, przyjaźń, radość, gniew, złość, niezgoda… smutek. I choć czasem otulam się pierzyną utkaną z melancholii w smutnych kolorach, to nie pozwalam, żeby całkowicie mną ten stan zawładnął. Wciąż dostrzegam radość każdego dnia, choćby z tego powodu, że ten dzień się rozpoczął i skończył.

I nie zdradzę tu żadnej tajemnicy, że zwierzaki i małe dzieci, to są najlepsze rozweselacze na tym bożym świecie. Kto ma, ten wie 😉

A wsparciem miłość, przyjaźń, życzliwość, uśmiech. Dziękuję, że jesteście! 🙂

W kupie raźniej! 😉

45996682_197789004470364_7006881857979547648_n

To nic, że kiedyś i tak cię pożrą robale ;pp

P.S. 1

Ach, jak się wzruszyłam i ucieszyłam, że na świecie tak pięknie zaakcentowano nasze stulecie niepodległości  🙂

Na FB o marszu w stolicy:

Według danych policji 250 tysięcy! To jest prawdziwa siła! 🇵🇱 💪
Liczba odnotowanych incydentów: 
Wybite szyby – 0 
Zniszczone auta – 0 
Pobicia – 0 
Ranni – 0
Zatrzymani – 0
Ucz się Europo i cały wolny świecie!”

Dodam tylko od siebie: w kordonie wojska, policji, służb specjalnych (CBA), żeby Polak Polakowi nie zrobił krzywdy…

P.S.2

W ogrodzie mam świeżutki, młodziutki koperek!!! A tu zimą straszą na weekend!

Uśmiechniętego tygodnia! 🙂

 

Reklamy

Zaprzeczenie…

Chciałabym kurczowo chwycić pomocną dłoń zaprzeczenia. Ale nie potrafię. Ani zaprzeczyć, ani wyprzeć. Czarne literki składające się w słowa i zdania, choć dla innych nie do końca zrozumiałe dla mnie nie są tajemnicą. Przekleństwo doświadczenia. Lawiruję słowami. Nie chcę, nie potrafię pozbawić nadziei, której przecież sama się trzymam mocno. Zasady, że dopóki nie ma ostatecznej decyzji to… Martwić się jeszcze zdążymy.

Jestem zmęczona. Psychicznie. Staram się oddychać, rozmawiać, śmiać, spać, jeść… żyć.  Normalnie. Zagłuszyć nieustępliwą myśl, że o to właśnie trafiła nam się kumulacja. Niestety nie w totolotka.

Nie ogarniam przyszłości. Nie chcę użyć wyobraźni. Nie wybiegam nawet o milimetr wprzód. Jest dziś i ewentualnie jutro. Jutro to proszony obiad. LP zadbała, żebym się wyspała i odpoczęła… i nie została z myślami sama…

No kurczę, nie wiem, czy się nie utopię w tym oceanie smutku, który mnie właśnie pochłania… Może za dzień, za dwa znajdę siłę i zbuduję jakąś tratwę…

 

W czwartek odeszła Renatka- moja czytelniczka, komentatorka, ale też i czytelniczka niektórych z Was. Miałam z nią kontakt przez FB i telefoniczny. Bardzo kochała swoje wnusie i kwiaty. Ogromnie życzliwy człowiek. Dzielnie zmagała się z chorobą nowotworową i do końca nie traciła nadziei. Niech spoczywa w pokoju…

 

Nasz, wasz, czyli…

Czyj? No właśnie. Zamieszanie totalne. Współczuję warszawiakom, sobie ciut również, bo chciałabym w dniu 11 listopada zobaczyć radosnych rodaków, młodszych i starszych, małych i dużych, kolorowych, maszerujących ramię w ramię bezpiecznie ulicami stolicy, świętując stulecie niepodległości. Co zobaczę? Nie wiem. Jedno wiem na pewno, że to jakiś cyrk z organizacją tego święta. Na ostatnią chwilę. I o to paradoksalnie odbędzie się marsz państwowy, który by się nie odbył, gdyby nie zakaz cyklicznego marszu niepodległości przez panią prezydent miasta. Pytanie, czy PAD znów będzie zapraszał i kto to zaproszenie przyjmie. I czy wystarczy policjantów do ochrony uczestników. Smutne to jakieś. Żenujące. No, ale na pocieszenie (niektórzy) dostali poniedziałek wolny. Tekst, że raz na sto lat niech Polacy sobie po-świętują, mnie rozbraja 😉 Byłabym zapomniała! Marszałek Piłsudski ma już towarzysza. I znów pytanie, czy godnego. Tak że tak… na stulecie odzyskania niepodległości Polacy dostali pomnik (kolejny), bo sobie zasłużyli, a tacy Finowie na przykład, przepiękny, nowoczesny budynek biblioteki, który nie tylko będzie miejscem wypożyczania książek i ich czytania, ale także studiem nagraniowym i kinem. Władze Finlandii ów prezent szeroko konsultowały ze swoim społeczeństwem. Chyba odkryli tajemnicę dużo wcześniej, nie tak jak nasz rząd trzy tygodnie przed świętem, że to w tym roku wypada stulecie wyzwolenia od jarzma rosyjskiego.

Zaś w przedszkolach, w szkołach dzieci świętują po swojemu: występując w przedstawieniach, maszerując przez miasto z uszytą flagą, uczestnicząc w różnych projektach. (Czasem nudnych, pompatycznych, ale bywają też kreatywne). Pamiętacie śmichy i chichy z prezydenckiego orła z czekolady? Ha, lepszy czekoladowy orzeł niż wizja orła upadłego… 😉

45621902_301675340443451_9150353388049793024_n

No cóż, to tylko praca jakiegoś dziecka… Mnie symbolizuje, jaka ta nasza demokracja nieopierzona, papierowa- wystarczy iskra… szczerze jednak przyznaję, że ta praca wzruszyła mnie najbardziej 🙂

Ale żeby nie było, inne wizje też są- mniej dramatyczne 😉

45395829_328546701276364_5862141518747271168_n

Mamy wolność, więc każdy świętuje jak chce i czy chce. Tylko że jakoś smętnie się robi na myśl, że jesteśmy podzielni jak nigdy wcześniej, odkąd jesteśmy uwolnieni od komunizmu. Dziś jeden pan mi powiedział, że za komuny ludzie trzymali się razem, bo wróg był jeden, wspólny.

A Wy, świętujecie jakoś szczególnie niepodległą?

Dom wypucowany, a ja się wyfryzowałam i jadę na zlot. (Nie)patriotyczny Czarownic. Jakby co, to wszystkie płacimy podatki (nawet mi z renty odciągają ;)), więc jak najbardziej jesteśmy patriotkami. Nie wiem, czy na ustach będą pieśni odpowiednie, ale kto wie, co nam strzeli do głowy ;p

Miłego dla Was 🙂

***

Upraszam się o ogromne moce (pomyślcie ciepło). Jutro Mam będzie miała robioną biopsję na Genetyce. Trzymajcie kciuki, żeby udało się pobrać materiał, bez otwierania brzucha. Paradoksalnie na TK wyszło, że z wątrobą wszystko okej (co wstępnie po wynikach z krwi podejrzewałyśmy), za to nadnercza… Nie widziałam tego wyniku, ale z pośpiechu doktorów wnioskuję, że coś jest na rzeczy, wszak markery jajnikowe wysokie…Na pewno jest stan zapalny.

 

 

 

Ten krwiopijca…

Kto? Jak to kto? PRACODAWCA!

Tak, są różni. I nie ma świętych. Bywają jednak przyzwoici, uczciwi. Problem, gdy są wymagający.

Kilka miesięcy temu, żona mojego kuzyna oznajmiła mi, że jej mąż tyrał na całą naszą rodzinę. Miałam ochotę odpowiedzieć, że ależ oczywiście, a szef- w tej roli mój Tata- w tym czasie leżał na plaży na Hawajach i popijał drinka z palemką. No żeż! Ugryzłam się w język, a raczej powstrzymałam palce i skończyłam pisemną dyskusję. I nie tylko dyskusję. Z betonem nie wygrasz, on wie swoje.

Niedawno PT przytoczyła mi rozmowę z pacjentem, który zazdrościł swojemu szefowi stanu posiadania, po czym sam doszedł do wniosku, że nie zamieniłby się z nim, bo nie chciałby mieć na barkach jego odpowiedzialności, tego stresu… I kiedy się wścieka, że musi pracować na kogoś- jakie to jest powszechne myślenie pracownika zatrudnionego w sektorze prywatnym, prawda?- od razu się strofuje, że przecież nie chciałby myśleć o robocie przez 24 godziny i dźwigać na swoich barkach tego wszystkiego. Bo tak jest, jeśli się swą pracę i pracowników traktuje poważnie. Odpowiedzialnie. Pracownik ma 26 dni urlopu, często wolny weekend,  po ośmiu godzinach zatrzaśnie drzwi i ma spokój. Jeśli mu nie odpowiada praca, to może ją zmienić. Pójść na zwolnienie. OM pracuje 7 dni w tygodniu, rzadko ma wolną niedzielę, Zięć 6 dni, Tata 5 dni, ale on ma już 75 lat. Zresztą weekendy spędzał na wsi, przy pszczołach i skrzydlatych, dziś jeździ na ranczo i nie leży tam brzuchem do góry. O urlopach nie wspomnę, bo…szkoda gadać… Z chorowaniem… OM nawet z zapaleniem płuc pracował- leżał tylko trzy dni- z sanatorium się urywał w weekendy, Zięć nigdy nie bierze zwolnienia, a Tata nie choruje, bo katar, kaszel i gorączka to nie jest choroba… Tak, trafili mi się pracoholicy 😉

Właśnie się dowiedziałam, że w naszej wsi został zlicytowany dom za długi. Młodzi, przed czterdziestką ludzie (bywali u Tuśki) z firmą zatrudniającą pracowników. Coś poszło nie tak. Firmę zamknęli z potężnymi długami, piękny dom poszedł na licytacje, oni z dwójką dzieci zostali z niczym. Dzieciaki w szkole śmieją się z ich starszego syna, że jego ojciec jest bankrutem… Wcześniej pewnie mu zazdrościli. A może nie oni, ale ich rodzice, bo przecież to od nich musieli się dowiedzieć o bankructwie. W takich sytuacjach wieś jest okrutna, choć można żyć i nie interesować się życiem innych. Tuśka nie mogła uwierzyć, że o niczym nie wiedziałam, bo to stało się rok temu. A skąd? Sama mi nie powiedziała, dziś wyszło przez przypadek, podczas rozmowy o wyborach i nowym wójcie, bo to szwagier tej koleżanki.

*

Jest pięknie… Jesień w tym roku czaruje ciepłem i słońcem, kolorami. Złotem. Szeleszczącymi liśćmi pod stopami. Chichrająca się do mnie Zońcia, uśmiechnięty szczerbaty Pańcio (wypadła górna jedynka), psy i koty… codzienny cud dnia. I dynia, nad którą się zastanawiam czy ją pożreć, czy jednak nie. Podobno można ją skonsumować w całości, ze skórką. Jakieś pomysły, oprócz zupy?

45470954_478413009351654_6741079706558267392_n

Halloween już był 😉

 

Leniwiec mną zawładnął…;)

Totalny. Ani ręką, ani nogą nie chce mi się ruszyć. Gadać również. Pisać też…

Zbyt intensywnie było przez te cztery dni. Zaczęło się w lekkich nerwach jeszcze przed samym wyjazdem, bo koło domu Dziecków Starszych był tragiczny wypadek na torach kolejowych, akurat w momencie, kiedy R. wyjeżdżał z domu, szynobus z posesji był tak widoczny, że wyglądało to, iż uderzył na głównym przejeździe, tym przez który miał przejechać, telefonu nie odbierał… a teściowa oznajmiła, że nie dojechał do nich… Szybko jednak się wyjaśniło (Tuśka przeżyła chwile zgrozy), że to był ten przejazd bliżej ich domu (w drugą stronę), a R. jak wyjeżdżał z bramy, to widział moment uderzenia pociągu w auto, więc skręcił w drugą stronę, podjechał kawałek i … pomagał wydostać kobiety i dziecko z auta, które po uderzaniu stoczyło się ze skarpy i koziołkowało. Jedna osoba poniosła śmierć na miejscu, dwie i dziecko zabrano do szpitala- mieszkanki sąsiedniej wsi. Krótka chwila, zbieg okoliczności, błąd- niezatrzymanie się na znaku stop- i czyjeś życie się skończyło. Matki kobiety za kierownicą…

 

Doszłam do wniosków, że nie potrafię już i nie nadaję się do robienia zakupów. Typowy shopping, jaki zawsze uprawiałam, wykorzystując pobyt u Przyjaciół w Niemczech, już nie dla mnie. Czasy się zresztą mocno zmieniły i nie trzeba kupować hurtowo np. butów, bo u nas dostęp jest do wszystkich produktów, choćby przez on-line, ceny mniej więcej podobne… Buty sobie jednak kupiłam i rękawiczki. Taa… buty wygodne do łażenia i prowadzenia auta i faktycznie w dobrej cenie (Timberland), takie do kostki, więc na teraz, a rękawiczki wełna połączona ze skórą, nareszcie dobrze przylegające do dłoni i nie muszę wypychać palców watą ;p Mam nadzieję, że będę je nosić, bo przez to, że pięciopalcowe ze skóry do tej pory zawsze miałam za duże, to nie lubiłam ich zakładać, a ręce grzałam w kieszeniach. Oczywiście najłatwiej robi się zakupy dla najmłodszych, więc dla Zońci dwie sukienusie i buciki (na roczek) zakupiłam bez problemu 🙂 A i cała duża torba (papierowa!) słodyczy z Lindta- tu szalał OM, no ale znaleźliśmy się w ich outletowym  sklepie… ;D Tłumy wszędzie, kawka, kiełbaska- tradycyjnie i do mieszkania, do którego ciągnęło mnie jak nigdy. Chyba mnie też trochę przybiły już świąteczne rzeczy na sprzedaż, uświadamiając, że czas nieubłaganie pędzi…

Kilka godzin bez kontaktu z Tuśką czekając na wiadomość po badaniach z Genetyki, też zrobiły swoje, mimo iż intuicyjnie czułam, że nic złego nie może być, to jednak niepokój zawsze jakiś jest. Szczerze mówiąc, to chyba jak nigdy nie cieszyłam się z powrotu do domu. Trochę przeziębienie, w sumie niegroźne, bo tylko katar, ale mi dokuczało, niewyspanie, bo przecież późnowieczorne pogaduchy, więc decyzja, że po śniadaniu w niedzielę wyruszamy, a nie później bardzo mnie ucieszyła. Marzyło mi się własne łóżko. No, ale najpierw obywatelski obowiązek, więc prosto z drogi zajechaliśmy oddać swój głos na wójta- opłacało się, bo już wczoraj poznaliśmy wyniki- nasz kandydat wygrał. Po drodze spotkaliśmy Tuśkę z wózkiem, która wracała z wyborów, więc zaszła od razu do nas i ledwo przekroczyłam próg domu to już mogłam przytulić uśmiechniętą Zońcię. Ach, ach, ach… ten uśmiech niweluje wszelkie zuo! A potem przyjechał jeszcze Pańcio, więc uścisków nie było końca, który w ogóle nie chciał wracać do swojego domu, tak więc moje marzenie o zaleganiu we własnym łożu mocno przesunęło się w czacie. Szkoda, że Dziecka Młodsze, które były u nas weekend, zdążyły już wyjechać do DM, ale też jeszcze musieli zdążyć zagłosować. Fajnie wracać do domu, w którym na ciebie czekają 😉

Mama dziś u mojej doktor onkolog. Zobaczymy z czym wyjdzie. Na wynik TK czekamy, będzie w tym tygodniu. Wyniki z krwi ma w normie, również te wątrobowe i marker CA19-9 bardzo niski, oprócz  podwyższonego WBC, nic niepokojącego z krwi nie wynika.

Na Fejsie dziś rano u córki mojego brata (kuzyna) zobaczyłam podlinkowanego J. Ziębę wypowiadającego się na temat epidemii odry, z tekstem, że poleca również ” Ukryte terapie” tego pana. Nie wchodziłam i nie słuchałam oszołoma, bo dla mnie to szkoda czasu i nerwów, ale nie mogłam nie zareagować, kiedy ktoś bliski błądzi, więc wysłałam w komentarzu link do posta dr. Ciemięgi. Może dziewczę przeczyta, może coś zrozumie. Nie jestem z tych, co swoje racje forsuje pod każdym postem, nakazując „włączyć myślenie”, bo ktoś myśli inaczej, co zdarza się niektórym, przekonanym, że to oni mają monopol na myślenie, a reszta to idioci zmanipulowani przez firmy farmaceutyczne i całe te szczepienia, epidemie, to wielka ściema… i koniecznie te swoje prawdy objawione muszą przekazać światu. To nie mój styl. Dziewczyna ma sporo znajomych, więc przekaz idzie w świat, więc dobrze jest podać link do kogoś, kto się na tym zna, jest lekarzem- dosadny argument na te bzdury, co twierdzi Zięba. Niech sama wyciąga wnioski, a przy okazji inni. Udowadnianie, że to ja jestem z tych myślących, jakoś mnie nie podnieca ;p Cieszy mnie też fakt, że minister zdrowia w końcu jasno i ostro wypowiedział się na temat szczepień. Jak również główny inspektor sanitarny. Czasem się tak zastanawiam, czym teorie spiskowe na temat katastrofy smoleńskiej różnią się od tych na temat szczepionek. Dla mnie mają zbliżoną genezę…

Miłego tygodnia! 🙂 Aby do piątku- mam zlot Czarownic 🙂

Taki czas…

Świat skąpany w jesiennych barwach z widocznym akcentem przy bramach cmentarnych- obfitość doniczek z chryzantemami przypomina, że do święta zmarłych już blisko. Mijam wsie i miasteczka, ruch wzmożony właśnie przy okolicy cmentarzy- kto żyw czyści, stroi groby swoich bliskich. Taki czas. W mijanych lasach widzę zaparkowane auta, to znak, że grzyby jednak są, a przynajmniej ich poszukiwacze wyruszyli na łowy. Lubię tę powtarzalność, co roku…

Nie pojadę na groby dziadków. Nie pójdę pierwszego listopada na cmentarz w pobliskim Miasteczku, gdzie są groby bliskich OM. Postanowiliśmy się wyrwać na moment i wyjechać na przedłużony weekend do Przyjaciół za zachodnią granicę. Zmienić otoczenie. Odetchnąć. Nagadać się. Pobyć razem. Ot, tak zwyczajnie, zostawić troski za sobą.

Wyjeżdżałam w momencie ujawnionego mordu, jaki się u nas dokonał. Zbiorowy. Grasuje seryjny morderca, co to bez skrupułów na jednej ofierze nie poprzestał. Wciąż jeszcze niezidentyfikowany, choć podejrzenia są, że to on albo ona. W każdym razie sprytne i bezlitosne stworzenie, które pozostawiło po sobie jeszcze ciepłe truchła,  kompletnie ignorując zacieranie jakichkolwiek śladów, wiedząc, że i tak nie zostanie schwytane. Pozostaje tylko nieutulony żal i żałoba. W kurniku.

Jak już wiecie wyszłam ze szpitala, obdarowana pigułami. Pobyt był lajtowy, bo rozłożyłam się na łóżku z książką, więc nawet nie wiem, kiedy minął czas jak przyszła do mnie Pielęgniarka z lekiem. Siedząc na korytarzu na twardym krześle ten czas jednak płynie inaczej. Szczególnie gdy samopoczucie z powodu zatkanego nosa do bani, i nie bardzo chce się go wyściubić na zewnątrz. (Zrezygnowałam nawet z wyjścia do Dziecków Młodszych na obiad przez nich upichcony, bo jak już się znalazłam w mieszkaniu pod kocykiem, to nic nie było w stanie mnie spod niego wyciągnąć- w poniedziałek było tylko 6. Wypisu nie mam, ale mam za to poprzedni, więc czerwone krwinki już są z trójką z przodu (nieważne, że zero obok), a hgb przekroczyła siedem i zbliża się do wartości w normie. Chociaż na tym polu ciut optymistycznej. A propos pola, po tygodniu zawirowań pogodowych, ciut  zmarnowane, ale wciąż są, więc się zatrzymałam i dla Was strzeliłam fotę (w drodze do DM, więc w totalną zawieruchę i zimno- doceńcie poświęcenie ;p).

44916335_261323487906760_1854415081383657472_n

To czas refleksji, zadumy, wspomnień. Spotkań rodzinnych. Niech będą słoneczne! Uśmiechnięte. Mimo bólu, poczucia straty, tęsknoty… Życie jest dla żywych, tych co odeszli miejsce jest w naszych sercach i pamięci.

Wyliczono, że w tych dniach pójdzie z dymem miliard złotych. Taka tradycja. Choć sama jestem zwolenniczką minimalizmu, prostoty na cmentarzu, to późnowieczorny i nocny widok rozświetlonego przez tysiące migoczących światełek, robi niesamowite wrażenie…

Poniedziałkowy maraton…

Straciłam już rachubę. Nie wiem, który z rzędu to już poniedziałek spędzę w DM. Tym razem na korytarzach szpitalnego oddziału, więc wyruszam dziś. W pierwszej chwili chciałam namówić OM, żeby jechał ze mną rankiem i w tym samym dniu bym wróciła do domu, ale kiedy po wizycie Mam u hepatolożki wyszedł wtorkowy termin TK, to postanowiłam, że przyjadę sama i zostanę, aby potowarzyszyć Mam. Nie przewidziałam tylko, że wirusy mnie dopadną. Czuję się kiepsko, tyle że temperatury nie mam.

W mieszkaniu czeka już na mnie nowa kanapa, fotel ma być zakupiony dziś i przywieziony przez Dziecka Starsze za tydzień, bo Tuśka dostała pilne wezwanie na Genetykę. Rezonans wyszedł zły, cokolwiek to znaczy, i ma konsultacje z lekarzem oraz usg. Trzymamy się wersji, że dopiero co rodziła, więc pewnie jakieś zmiany są i chcą się upewnić. Ale niepokój został zasiany, bo przecież nie może być chwili spokoju. O nie…

Nasza Księżniczka nie tylko już gada, ale i chodzi 😉 Wprawdzie na pleckach, ale potrafi się już kawałek przemieścić- leżąc na macie, zejść z niej pod stolik stojący obok ;D Mam tego relację fotograficzną, ale to cudowne uczucie, kiedy wiem, że wystarczą 3 minuty i już jestem u niej 🙂 W sumie to pięknie się ułożyło, że moje Dziecka tak się rozdzieliły i jedno mieszka w (nie)mojej wsi, a drugie w moim mieście 🙂

 

Ostatnio z PT rozmawiałyśmy o młodzieży chowaniu. W kontekście ostatnich wydarzeń, czyli wyborów i odnoszącego sukces oglądalności filmu „Kler”. Usłyszała od pewnego pana, zbulwersowanego, że frekwencja, mimo iż wyższa to i tak niska, że chodzenie na wybory powinno być obowiązkowe. Nic błędnego. Bo nawet jeśli zmusi się kogoś do pójścia do lokalu wyborczego i do odhaczenia się na liście, to nie zmusi się, żeby zagłosował. W najlepszym razie narysuje bałwanka obok czyjegoś nazwiska, w innym napisze bądź namaluje dosadnie co o tym myśli. Zmuszanie nic nie daje, jak już, to efekt przeciwny. Uświadamianie od dziecka, w domu, w szkole, że państwo to my wszyscy, że trzeba i warto uczestniczyć w jego tworzeniu, poprzez oddany demokratycznie głos w wyborach. Młodzi generalnie nie głosują, w większości mają na to „wywalone”, czasem w  necie sobie po gardłują, pośmieją się z memów, i tyle. Nie wynieśli poczucia  obowiązku obywatelskiego z domu ani ze szkół. Nie mają się przeciwko czemu buntować, dziś wolność daje im net…

Koleżanka córci PT, w wieku naszych dzieci (mojego Miśka), poszła obejrzeć „Kler” i jedyną refleksją, jaką się podzieliła, to było ale po co taki film, przecież i tak nic nie zmieni. Na wybory poszła, ale zapytała się PT, na kogo zagłosować (koleżanka tymczasowo zamieszkała u PT). Fajna dziewczyna, empatyczna, studiująca… I tu refleksja starszego brata, syna PT, który zna dziewczę od lat, mocno zdziwionego indolencją obywatelską, mimo iż obracała się w tym samym środowisku (gimnazjum, liceum), skwitował to tak, że chyba w domu nie czytało się gazet, nie oglądało się publicystycznych programów, nie dyskutowało, a ewentualna lektura to tylko ta obowiązkowa bądź lekka i przyjemna. Niestety, i tu jest smutna refleksja, że jeśli w domu z dorastającymi dziećmi rozmawiamy tylko na tematy przyziemne typu, żeby nie odmroziło sobie uszów, to mamy tego efekty.

Wciąż nie mogę zrozumieć Kościoła, który brnie w swojej nietolerancji i hipokryzji coraz bardziej, tym razem potępiając „tęczowy piątek”. Kościół powinien zadbać o ludzi wykluczonych, spychanych na margines społeczeństwa, tylko dlatego, że są innej orientacji seksualnej. Nauczać ludzi tolerancji i piętnować homofobię, ksenofobię, nie tylko z tego powodu, że sami mają w swoich szeregach homoseksualistów. „Tęczowy piątek” to lekcja na temat równości. Każdy powinien ją odebrać i wziąć sobie do serca. Brak zrozumienia nie tylko prowadzi do wykluczenia tych osób, ale agresji wobec nich. Jak czytam, że kiedyś czegoś takiego nie było, to mi witki opadają. Czego nie było? Homoseksualizmu? Czy wykluczenia?

*

Trzymajcie kciukasy za moją poniedziałkową kreatyninę. Nie, żeby mi źle było bez piguł i tęsknię za nimi, ale przynajmniej trzymały w ryzach gen obżarstwa nocnego ;p