Geriatryczni…

Wokół nas…

Jeszcze  niedawno rozpoczynał sezon pływacki w okolicy, jako ten pierwszy odważny i zdeterminowany. Grał w tenisa. Typ sportowca, choć lekko zaniedbanego, bo z piwnym brzuszkiem, gdyż ten trunek upodobał sobie namiętnie i jest mu wierny od lat. Już nie w takich ilościach jak kiedyś, bo…kłopoty ze zdrowiem, ale w wieku 71. lat, rzadko kto ich nie ma. Aczkolwiek nie każdego zaraz dopada skorupiak i na pamiątkę zostawia „torebeczkę”. Porzucił sport, pozostał przy bursztynowo-złotym napoju i swojej miłości do komputera i filmów.  Taka zmiana stylu życia dość szybko się  odbiła na zdrowiu, do tego doszły inne powikłania, wizyty w szpitalach i choć umysł wciąż sprawny, to fizyczność zaczyna sprawiać kłopoty.

Kłopot też  ma właścicielka domu, w którym wynajmuje pokój na piętrze, bo boi się, że opieka nad lokatorem z automatu  spadnie na nią- przynajmniej w jakimś sensie. Dopiero co pochowała męża, którym przez jakiś czas musiała się intensywnie opiekować w czasie jego choroby, więc wie czym to „pachnie’. Zawczasu chce się jakoś zabezpieczyć, wzywając jego jedynego przyjaciela na rozmowę, żeby ten przekonał lokatora do powrotu  do swojego kraju i tam poszukaniu profesjonalnej opieki, wszak Niemcy  z niej słyną.   A i owszem, tyle że tak jak u nas, nie każdego na nią stać, wbrew pozorom.  Przyjaciel OM jest byłym enerdowcem z niewysoką emeryturą na warunki niemieckie, a wystarczającą na polskie, dlatego po śmierci żony- Polki- postanowił jednak zostać w Polsce.  Tak że żyje tu sobie sam, bez rodziny (ma dorosłego syna i córkę, z którą nie ma żadnych kontaktów, odkąd ustawowo przestał płacić alimenty), leczy zaś się w swoim rodowitym kraju. I słusznie! Zameldowany jest u nas, pokój wynajmuje w gospodarstwie agroturystycznym w sąsiedniej wiosce.

Jest to problem, zresztą niejedyny, jeśli chodzi o opiekę, bo przecież jest jeszcze Mama OM. Na razie ogarniamy sytuację, a raczej ogarnia ją OM z Ciocią- siostrą teściowej- i  Rodzinną. Teściowa oprócz takiego ogólnego osłabienia i apatii, towarzyszących chorób ze starości. jest dość  sprawna; nawet  demencja nie taka straszna, bo wciąż wszystkich rozpoznaje i można z nią się dogadać. Aczkolwiek widać, że umysł już nie taki i czasem mocno się „zawiesza”, ma też coś podobnego do urojeń, np., że ktoś chodzi po domu i ją okrada…Nie jest łatwo, wręcz przeciwnie, bo świadomi jesteśmy, że może już być tylko gorzej…

Ostatnio OM zaproponował Cioci, żeby na stałe się przeniosła do siostry, bo i tak w tygodniu w swoim mieszkaniu w Miasteczku spędza tylko dobę z soboty na niedzielę.  (Mieszkanie mogłaby ewentualnie wynająć). Ciocia, burknęła coś pod nosem i zanim go ofukała, to OM zdążył wtrącić, że prędzej czy później i tak będzie przy nim, bo przy kim innym? Ty się o mnie tak nie martw- usłyszał, i został zbesztany. Stwierdził, że on już tego tematu nie poruszy.

Podobny problem  ma rodzina z dwójką dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym,  z dużym domem, ogrodem- na pierwszy rzut oka z doskonałymi warunkami do przyjęcia matki, teściowej, babci w jednym. Matki jedynaka, która nie dość, że już zaawansowaną demencją, to jeszcze unieruchomiona przez niedopilnowanie personelu w szpitalu, czego skutkiem było złamanie biodra i potłuczenie. Poza tym, organizm silny i zdrowy. ..i złośliwy. Syn był późnym dzieckiem, nieoczekiwanym, co przyznawała głośno. Typ księżniczki, bo to mąż i syn o nią dbali, bez wzajemności, a nawet okazywania zadowolenia, bo najczęściej nic jej się nie podobało- wiecznie narzekała i krytykowała.

Zalecenie szpitalne: pacjentka absolutnie nie może zostawać sama. Syn i synowa pracują; o tyle dobrze, że  każde na swoim, więc w  jakimś zakresie mogą przesuwać godziny pracy,  ale i tak potrzebują kogoś obcego do opieki. Z tym też mogą mieć problem, bo panią, która przez kilka godzin opiekowała się kobietą, po powrocie  zastali całą we łzach. Tak jej dokuczyła starasza, chora osoba…Oni sami nie wiedzą ile w tym wszystkim jest demencji, a ile udawania i złośliwości.

W przyszłości, może wcale nie tak odległej, będą musieli poszukać jakiegoś ośrodka. Taki stan może trwać latami…Syn z tym jest sam, bo jako jedynak, nie ma nawet z kim porozmawiać o opiece nad matką, a co dopiero się  nią podzielić. I mimo że niewiele ciepła i zrozumienia otrzymał od swojej rodzicielki, to oddanie matki, wcale nie jest dla niego takie oczywiste…

Niedawno  oglądałam   program o domach spokojnej starości w naszym kraju. Pokazane w nim były nowoczesne budynki, kolorowe, wyposażone w sale do rehabilitacji, niektóre z basenem, dwu- jednoosobowe pokoje a nawet w apartamenty. Oczywiście całodobowa opieka, lekarz kilka razy w tygodniu, pielęgniarki, świetlica, różne zajęcia stymulujące do aktywnego życia. Pensjonariusze zadowoleni, uśmiechnięci – bajka! Tyle że dość kosztowna, bo taki full wypas to tak około 5-7,5 tys. na miesiąc.  Niewielu emerytów na to stać, nawet przy pomocy rodziny. Nawet na taki najtańszy prywatny dom starości, w którym koszt zaczyna się od 2,5 tysiąca. Tych państwowych jest wciąż za mało, często oddalone są w dużej odległości od miejsc zamieszkania rodziny. I to oprócz finansowego jest kolejny problem.

Nie chcę roztrząsać osobistych dylematów tych, którzy muszą się zmierzyć z zarzutem oddania rodzica do odpowiedniej placówki. Wciąż takie się pojawiają, mimo różnych okoliczności, ale zapewnienie profesjonalnej opieki poza domem, nie ma nic wspólnego z porzuceniem czy oddaniem, choć pewnie są wyjątki. Porzucają ci, co to podrzucają swoich starszych bliskich do szpitali i nie odbierają ich w terminie wypisu.

Nie jesteśmy bogatym krajem, opieka zdrowotna jaka jest każdy widzi, więc szansa na dopłaty do prywatnych domów opieki jest znikoma, a tylko takie mają szanse powstawać, aby zaspokoić potrzebę miejsc. Bo jak się okazuje, nawet do prywatnego  jest jakiś czas oczekiwania. Społeczeństwo nam się starzeje, jednocześnie domów wielopokoleniowych coraz mniej, gdzie naturalną rzeczą była opieka nad seniorami, więc jak do samotność starszej osoby dojdzie jeszcze choroba, niedołężność, to opieka jest utrudniona, a czasem niemożliwa. W każdym razie może rodzinie przemeblować życie…a na pewno mocno je utrudnić. I najsmutniejsze jest to, że bliscy często zwyczajnie nie mają wyboru.

Wesołe jest życie staruszka-  dopóki jest zdrowy psychicznie i fizycznie. A i to nie zawsze, bo bywa, że samotność doskwiera, kiedy bliscy daleko, bądź o nim zapomnieli. Takich najczęściej widać w kolejkach do lekarzy, bo tam przynajmniej przez jakiś czas mogą poczuć się, że wciąż są w tym społeczeństwie i zamienić z kimś kilka zdań. Niektórzy  potrafią się zaktywować, chodzą do różnych klubów, na warsztaty, czy inne zajęcia, ale taką możliwość mają mieszkańcy większych miast, i w miarę sprawni fizycznie. Z pogodnym usposobieniem, poszukujący alternatywy na starość w naszej rzeczywistości.

Rządzący zapowiedzieli program Senior + …może to jakieś światełko w tunelu…że w końcu państwo nie tylko dostrzeże problem, ale i zacznie działać w tym kierunku.

Reklamy

Zmrożona…

Zimno. Bardzo zimno, choć u nas chyba i tak najcieplej, ale minus 11 o dziewiątej rano mimo słoneczka nie zachęca do wyściubienia nosa za drzwi. Ba! Nawet spod kołdry, jak się kicha, prycha i kaszle. W sumie katar jest najbardziej uciążliwy. Odwrotnie jak inni, ja się czuję gorzej rano, potem dolegliwości przechodzą albo są dużo łagodniejsze.

Zimno. Mniej jakby bardziej. Anemia niestety powoduje, że jestem niedogrzana i kompletnie nie przeszkadzało mi to, że na imprezie siedziałam sobie przy gorącym kaloryferze, kiedy całe towarzystwo narzekało, iż gospodarze za mocno nahajcowali w piecu 😉

Spadły mi czerwone krwinki poniżej normy, hemoglobina niewiele, ale też w dół, jeszcze to wszystko nie do toczenia, a do zwiększenia ilość  żelaza do łykania w postaci różowych pigułek… Płytki za to na granicy normy-  jest to mój najlepszy wynik od…niepamiętanych czasów.

Na izbie przyjęć byłam już przed szóstą, wywołując pielęgniarkę z dyżurki, która akurat właśnie wyciągała nogi  uważam, że dobry uczynek zrobiłam, bo jakby tak naprawdę wyciągnęła to dopiero by było  ,co nie omieszkała mi  powiedzieć, i dodała, że i owszem ma odnotowane, że jakaś pacjentka zgłosi się o siódmej, więc ona nie wie, co ja tu robię prawie w środku nocy! Odpowiedziałam, że taki miałam prykaz i nie tylko ja, bo przyjdzie jeszcze jedna. Wezwany lekarz też nie był uszczęśliwiony, że musi wygrzebać się spod kocyka i zejść na dół, bo przecież dopiero co był półgodziny temu na izbie, a tu znów musi, więc odgrażał się, że sprawdzi, kto nam nakazał o tak idiotycznej godzinie przyjść do szpitala. Oczywiście to wszystko było z uśmiechem na twarzy, zresztą medialnej, bo pan doktor Rezydent, z tych, co to się udzielali przy negocjacjach z ministerstwem zdrowia w świetle jupiterów.

Na oddziale, ach, ach, ach…dostałam łózko, więc nawet tych moich „achów” nie przyćmił fakt, że p. pielęgniarce z nocnej zmiany nie udało się wkłuć do kontrastu, pobrała krew z drugiej ręki (tej, którą ewentualnie mogę podawać do spuszczenia krwi, ale nie do podawania kontrastu czy chemii) i stwierdziła, że przyjdą „dzienne dziewczyny”, to niech się męczą. Popijałam sobie miksturę na łóżku, kiedy zostałam wezwana do dyżurki na kłucie, bo zaraz karetką mieli nas przewieźć na radiologię. Z wiarą w umiejętność dziewczyn, z mniejszą w moje żyły poddałam się próbom założenia wenflonu. Siedmiu!- cztery pielęgniarki z dziennej zmiany po razie i wezwana z bloku pielęgniarka anestezjologiczna, która po trzech podejściach skapitulowała, mówiąc, że żyły mam jak ciasto. Oskarowa się zlitowała i zadzwoniła na radiologię, że im podrzuca „gorącego kartofla”, czyli mnie i niech działają. Tam pielęgniarka, widząc moją pokutą  rękę jak u narkomana, nawet nie podjęła próby, twierdząc, że żyły mam jak u niemowlaka, od razu wezwała doktora anestezjologa. Pan Doktor podjął jeszcze próbę wkłucia się w stopę, ale tylko wizualnie sobie na nią popatrzył i…zrezygnował. Wkuł się w szyję z prawej strony. Podziękowałam i udałam się na prześwietlenie, a tam leżąc już pod tubą, podczas podłączenia mnie do kontrastu i przepłukania, oduczyłam ból i pielęgniarka stwierdziła, że nic z tego nie wyjdzie i  wysyłała  mnie z powrotem na przekłucie. Wezwany p. Doktor wkuł się w szyję z lewej strony i zapowiedział, że więcej tego robić nie będzie, więc zaklinałam w duchu, żeby tym razem moja żyła wytrzymała. Wytrzymała. Badanie się odbyło, a ja wróciłam na łóżko na oddział, aby czekać na wynik z TK i z krwi.  Chyba nawet się zdrzemnęłam, bo byłam wykończona, choć wydawało mi się, że wszystko słyszę.

Piguły dostałam. Wynik z TK długaśny w swym opisie, ale przezornie najpierw spojrzałam na koniec, czyli na wnioski, a te są takie, że nie odbiega znacząco od poprzedniego. Namnożyło mi się różnych takich na różnych narządach, ale na razie małe i wyglądające łagodnie. Wynik z krwi potwierdził zaś, że moje moce osłabły, więc nie ma co się dziwić, iż po 300m czuję się tak, jakbym co najmniej przebiegła półmaraton. Znając schemat powtarzający się, że po toczeniu następuje spadek, aż do decyzji kolejnego transfuzji krwi, więc za cztery tygodnie wyniki będą jeszcze gorsze, wysiadłam wcześniej, żeby odwiedzić jeden sklep (kupiłam sobie płaszczyk wiosenny i spodnie dresowe młode to w takich zapewne po ulicy by śmigały oraz oczywiście spodnie i sweterek dla Pańcia) i pieszo udałam się do mieszkania. Było to możliwe tylko dzięki temu, że miałam łózko w szpitalu i 4 godziny polegiwania dały mi możliwość odpoczęcia, oraz to, że ustał wiatr i mimo minusowej temperatury było bardzo przyjemnie. Może to głupie, płytkie i takie tam, ale idąc do Mam- gdzie czekał już na mnie obiad- z torbą z zakupami, czułam się normalnym, zdrowym człowiekiem, wystawiając twarz do słońca i uśmiechając się do przechodniów! Pewnie wyglądałam jak fariatka, co to mruczy coś do siebie szczerząc zęby jak  głodny do sera.Kiedyś wykorzystałabym to, że jestem w mieście i pewnie zaliczyłabym co najmniej kilka sklepów w centrum handlowym, dziś- jeśli już- wchodzę tylko do jednego, w konkretnym celu.

U OM sytuacja…nie do końca wiadoma. Okazało się, że to, co odczytano na usg., nie było tym. Ba! W ogóle tego nie było, ale był stan zapalny, wzięto więc wycinki do badania. Wyszło za to zupełnie co innego. Również nieleczone może zezłośliwieć, ale wszelkie decyzje co do leczenia  będą podjęte po uzyskaniu wyniku hist. Pan Doktor chce widzieć pacjenta, choć w pierwszej chwili poinformowali, że wynik przyślą pocztą. No i mimo iż zgłosił się jako pacjent prywatny, to podciągnięto zabieg pod NFZ, więc tyle dobrze, że nie musiał płacić. Klinika prywatna, ale ma podpisane na niektóre zabiegi z NFZ.  Piszę o tym, bo niektórzy nie wiedzą i czekają w ogromnych kolejkach w publicznych placówkach.

 

Słoneczka dla Was w te mroźne dni! 🙂

 

Ja dziś leniuchuję, ogrzewając się uśmiechem i przytulankami z Pańciem 🙂 Muszę odleżeć trzydniowy pobyt w DM i wczorajszą imprezkę 😉

Za wszystkie kciuki wielkie dzięki! One zawsze  mnie rozgrzewają od środka.

*

A w Hajnówce marsz Narodowców. Haniebny, gdyż według mnie (i nie tylko, bo historycznie zostało udowodnione) Bury nie był narodowym bohaterem. W miejscu, gdzie inni czczą ofiary mordu tego żołnierza wyklętego, gdzie pamięć o tym, co się wydarzyło, jest wciąż żywa.

I powiem tak, nie chcąc absolutnie porównywać, ale jeśli od władzy się słyszy, że i owszem, to nie jest poparcie wszystkiego, co tacy ludzie dokonali (przykładowe niefortunne złożenie wieńca przez Premiera na grobach żołnierzy z Brygady Świętokrzyskiej), to dziwię się, skąd się bierze to święte oburzenie na Ukraińców za Banderę, bo jak widać słowo „bohater”, ma różny wydźwięk. Często ten sam człowiek ma piękną i czarną kartę, bo historia nie tylko polska, jest trudna, i nie zero-jedynkowa. W jednej osobie mógł być i bohater i bandyta.

Kiedy słońce świeci, chęci są większe…

Tylko możliwości pozostają takie same…

 

Po dwóch dniach pięknego słońca dziś przywitało mnie pochmurne niebo, adekwatne do mojego nastawienia. Do wyjazdu. Ale jak mus to mus. Mam cały dzień, żeby dojechać, bo dopiero jutro mam się stawić do szpitala na godzinę, o zgrozo!, szóstą. Lepsze to niż nocleg w szpitalu, jak to odbywało się wcześniej, kiedy miałam TK.  I tak muszę przejść przez izbę przyjęć, następnie na oddziale przygotować się do badania, a potem karetką zawożą nas na radiologię. Gorsze, bo będzie to bardziej męczący dzień, bez możliwości polegiwania na łóżku w oczekiwaniu na wyniki, a co za tym idzie na wypis i piguły. Potem odsapnę w mieszkaniu w całkiem miłym towarzystwie, a w sobotę wyruszę do domu. Może zostałabym dłużej, ale sobotni wieczór już jest zaplanowany- wyjście na urodziny do przyjaciół.

Nigdy nie przypuszczałam, że wyjazd do DM będzie ode mnie wymagał, aż tak dużej  mobilizacji. OM nie może mnie zawieźć, bo bladym świtem udał się zupełnie w przeciwnym kierunku, na zabieg, który miał się odbyć w zeszłym tygodniu. Nie odbył się, mimo iż pacjent oczekiwał przygotowany w jednoosobowej sali, bo…lekarz się nie pojawił. Tak, tak, w prywatnej klinice też się dzieją takie rzeczy. Lekarz podobno się rozchorował, ale to dziwne, że do godziny 12 wciąż informowali, że zabieg się odbędzie, tylko OM jakoś intuicyjnie wyczuwał, że to raczej niemożliwe. Wściekły za marnowanie mu czasu, spakował się i wrócił do domu, z ustalonym nowym terminem.  Z nie lepszym nastawieniem niż  moje pojechał dzisiaj…

We wtorek razem z OM pojechaliśmy do ŚM, najpierw do laboratorium, bo OM się zaszczepić, a ja zrobić wynik kreatyniny do TK. Wchodzimy do przychodni, udając się   korytarzem prosto do windy, bo laboratorium na trzecim piętrze. Czekamy aż zjedzie z góry, w tym momencie  podchodzi do nas facet mniej więcej w naszym wieku, OM otwiera przede mną drzwi windy i…facet wpycha się pierwszy, zanim zdążyłam zrobić krok. Tak nas to zaskoczyło, że oboje się roześmialiśmy. Nie wiem, czy facet usłyszał, bo miał słuchawki na uszach…Gdyby ich nie miał, pewnie nie omieszkałabym powiedzieć coś o kulturze, a może nie? Wysiadł na drugim piętrze.

OM nie został zaszczepiony, bo nie miał skierowania, więc zadzwonił do Rodzinnej, że zaraz (za 50km) będzie u niej, a ja udałam się spacerkiem ( jakieś 300m) na ścięcie do salonu fryzjerskiego. A tam jak ten kuń z klapkami, udałam się kurcgalopkiem w stronę przepierzenia ( ściana na środku salonu)  i… macam, macam..Pewnie tylko ja chciałam otworzyć sekretne drzwi w ściance o grubości 10cm w czarnym kolorze, gdyż wcześniej była tam szafa na wierzchnie ubrania. Właścicielka salonu i moja osobista fryzjerka, łagodnym głosem oznajmiła mi, że szafa została przeniesiona i obecnie znajduje się przy samym wejściu. Nie wiem jakim cudem udało mi się nie zauważyć, że przepierzenie jest chudsze o szerokość szafy, a kolor jest matowy a nie z połyskiem…Tiaaa bystrzak ze mnie 😉

Jak już wypiękniała moja głowa i ja przy okazji, to zadzwoniłam do OM, coby go zlokalizować jakoś. Wracał już, ale około półgodziny potrzebował na dotarcie do mnie, więc uzgodniliśmy, że podjadę taksówką do Maca na wylocie. Salon położony tak, że i do centrum kawałek i na wylotówkę również, ale słoneczko pięknie świeciło, więc nie przyznawałam się do mojego pomysłu OM, że chciałam dojść do miejsca spotkania pieszo.

Oj chciałam, chciałam..Pokonawszy  z powrotem te 300m, tyle że pod górę, do miejsca, w którym się rozstaliśmy, byłam już tak zmachana, nałykawszy się przy okazji zimnego powietrza, że udałam się na poszukiwanie postoju taksówek, wiedząc, że taki musi być gdzieś w pobliżu przychodni, w której byliśmy wcześniej. Był. Wsiadłam do taksówki, pan po przywitaniu od razu pożyczył mi dużo zdrowia- nie wiem, może niepotrzebnie ubrałam czapkę, pod którą schowany był mój fryz, a nie zdążyłam założyć okularów słonecznych mimo oślepiającego słońca, pewnie bladość mojej twarzy oraz szklistość moich oczu  go przeraziła niczym zombie 😉

W ŚM zawsze poruszam się autem, nigdy nie korzystałam z żadnych innych środków transportu. Zresztą w DM, oprócz taksówek, również rzadko albo wcale korzystam z tramwaju czy autobusu. Ale przynajmniej wiem, którym gdzie się dojedzie, a numer korporacji taxi mam w telefonie. W ŚM jak zostałam bez auta, to czułam się jak dziecko błąkające się we mgle.

Długo nie czekałam na OM, przy cieście z truskawkami i galaretką, kątem oka zarobaczyłam mojego Julka ( auto OM było chwilowo w warsztacie, stąd ten wspólny wyjazd).

Ech, czas się zbierać…tylko ja wiem, jak bardzo mi się nie chce.

 

***

Jak wszystkim (tym myślącym, a nie fanatykom „dobrej zmiany”) jest wiadomo, iż  wdrażanie nowych praw, nowelizacja starych przez posłów z partii rządzącej i samych rządzących jest, delikatnie mówiąc, jednym wielkim chaosem, co to więcej szkód niż pożytku niesie. Niechlujstwo, niedopracowanie, luki powodują nadinterpretacje, a co za tym idzie nadużycie urzędnika wobec obywatela, organizacji. Przez ostatnie dwa lata mamy wiele na to przykładów.  Przykładów na psucie państwa.

Szykują się zmiany w ustawie o zbiórkach publicznych, i tu  cytuję:…„to minister rozstrzygnie, czy cel danej zbiórki zgłoszonej na portalu rządowym nie jest sprzeczny z zasadami życia społecznego lub nie narusza ważnego interesu publicznego. Jeśli uzna, że takie okoliczności występują, to na mocy decyzji administracyjnej wykreśla informację o takiej zbiórce z portalu rządowego. Wówczas organizator w terminie trzech dni będzie mógł wskazać inny cel zbiórki i poinformować o tym resort. Jeśli tego nie zrobi, to zbiórka publiczna zostanie zablokowana, a zebrane już środki zostaną przekazane na cel wskazany przez ministra administracji.”

Wiecie, co to oznacza? W ogóle nie dziwię się, że Jurek Owsiak wyszedł z apelem do obywateli, żebyśmy dali wyraźny sprzeciw takim zapisom. Bo to nie tylko WOŚP może być zagrożone, ale wiele innych organizacji pozarządowych, kiedy taki minister uzna, że zbiórkę może jedynie prowadzić…Caritas bądź inna, jedyna słuszna katolicka fundacja.

W tym kontekście jakby  zrozumialej się wkomponowują wypowiedziane jakiś czas temu słowa Jakiego: „Pieniądze ze zbiórki (WOŚP) idą też na organizację Przystanku Woodstock, gdzie promuje się politykę śmierci, m.in. aborcję dzieci chorych na Downa.”

Przypadek?

 

Pustka…

Dobrze jest zostać babcią…Dziadkiem zresztą też.

Dyżurnym tematem moich rozmów z PT są nasze dzieci. Nawet najkrótsza rozmowa kończy się zapytaniem i relacją co u nich.  Nic dziwnego, przyjaźnimy się od czasów, kiedy jeszcze nie było ich na  świecie, a że są mniej więcej w tym samym wieku, to i radości, problemy podobne ( syn PT jest starszy od Tuśki dwa lata, a po czterech latach w tym samym miesiącu urodził się Misiek a tydzień później na świat przyszła córcia PT). Cała czwórka skończyła to samo liceum, studia już każde wybrało inne. Dzieci PT za nauką wyższą wyjechały do innych miast.

Z całej czwórki tylko Tuśka założyła rodzinę, nad czym PT ubolewa, twierdząc, że przynajmniej na jej syna już czas. I pewnie nie martwiłaby się jego obecnym stanem singla, gdyby ten stan nie trwał już któryś z kolei rok, po rozstaniu z dziewczyną, którą kochał od liceum i wiązał z nią poważne plany. Gdyby po niej miał drugą, trzecią, czwartą, co spokojnie mogło się stać, gdyż powodzenie u płci przeciwnej ma ogromne. Córcia również rozstała się ze swoim chłopakiem, który obecnie zdążył się zaręczyć z inną. Również nie narzeka na brak adoratorów, ale poważnego na horyzoncie wciąż brak. PT jak to matka, chciałaby, żeby jej dziecka miały już ustabilizowane życie rodzinne- przynajmniej kochającego partnera u boku.

Niedawno jak rozmawiałyśmy, to powiedziała mi, że do jej koleżanki przyszedł chłopak córki i zapytał się o zgodę na oświadczyny.  I wiesz, on- ten chłopak- jest w wieku naszych dzieci. Po czym usłyszałam, że może tak powinnam dać sygnał Miśkowi, że nie mam nic przeciwko, a wręcz odwrotnie. Bo wiesz, peroruje dalej, przegapi czas, a nie ma na co czekać…w ich wieku rówieśnicy już się deklarują.  I namieszała mi w głowie, bo ja nie mam w zwyczaju mieszać się do związków swych dzieci. Każdą decyzję przyjmuję i akceptuję, bo to ich życie nie moje. Z drugiej strony…To właśnie  m.in przez brak deklaracji ze strony Miśka, rozpadł się jego prawie pięcioletni związek. I choć w jego wieku OM był już żonaty i na świat przyszła Tuśka, to nie widzę potrzeby „poganiania” do ożenku…własnego syna.

 

Trend jest taki, że coraz później ludzie łączą się w pary, zawierają związek małżeński, decydują się na dzieci. Statystyki potwierdzają, że maleje przyrost pierwszych dzieci, za to nastąpił wzrost kolejnych w rodzinie. Być może to efekt 500plus, ale myślę sobie, że w dłuższej perspektywie wcale nie jest dobrze, jak dziecko jest jedynakiem, dlatego rodzice często decydują się na drugie i kolejne. Nic nie mam przeciwko jedynakom, sama nie mam rodzeństwa i przyjaźnie się od dziecka z dwiema takimi co również go nie mają. Jednak uważam, że w rodzinie jest siła, a los potrafi nieźle w naszym życiu namieszać.

Weźmy takiego singla, obojętnie jakiej płci, któremu nawet się dobrze wiedzie zawodowo, prywatnie ma przyjaciół, a rodzinnie tylko rodziców. Lata mijają, rodzice odchodzą za wcześnie i taki ktoś nagle zostaje sam. Z dalszą rodziną wcześniej też nie miał kontaktu, więc tym dotkliwiej odczuwa pustkę emocjonalną. I nie chodzi o to, by na siłę łączyć się w pary, płodzić dzieci, żeby uciec przed samotnością. Tylko żeby nie przegapić, nie żałować potem, nie patrzeć z zazdrością na pary i na cudze dzieci.

Oczywiście  singlem też fajnie jest być, można realizować się poprzez swoje pasje, rozwijać się zawodowo, podróżować, żyć po swojemu bez większych kompromisów.  Tylko prawda jest taka, że fajnie, jeśli naprawdę tego oczekujemy od życia, a nie akceptujemy to, co „zgotował” dla nas los. Bo potem dopada pustka…

 

W niedzielę obejrzałam ( w ramach resocjalizacji i powrotu na jasną stronę mocy ;))  bardzo wzruszający film familijny „Był sobie pies”, w którym pokazany jest sens życia według psa i pada tam znamienne zdanie, że żaden pies, żaden człowiek nie powinien być sam. Film polecam przede wszystkim  małych widzom, bo pokazuje różne strony odpowiedzialności za zwierzaka. Ostrzegam, że można się spłakać, ale uśmiechnąć również i to bardzo!

Słowo, słowa…

Każdy ma prawo do obrony własnego dobrego imienia. Bezsprzecznie.

Czasem jednak w tej obronie im głąbiej w las tym gęściej zaplątanych słów. Niezrozumiałych.  Odebranych niezgodnie z intencją.

Mądry powinien wiedzieć, kiedy trzeba odpuścić i przestać na siłę udowadniać, że nie jest się wielbłądem. Bo czasami w tym udowadnianiu wyjdzie, że jest, i to z czterema garbami.

Chyba każdy z nas zetknął się z tym, że jego własne słowa były opacznie zrozumiane, źle zinterpretowane, wzięte bezpośrednio do siebie, i im dłużej się z nich człowiek tłumaczył, tym większy rósł mur, bo tak naprawdę to nie było  dobrej woli zrozumienia.

Nie wiem, czy jestem mądra, ale odpuszczam…nawet jak się we mnie wszystko gotuje. Jeśli widzę, że nie ma chęci zrozumienia, że napotykam na…beton. Beton bywa dwojaki: niemyślący, zwyczajnie głupi, i inteligentny, który manipuluje i kalkuluje pod siebie. Oba jednak mają wspólną cechę: poczucie bycia ofiarą w sporze.

 

W przestrzeni publicznej mamy nieustającą burzę, a im więcej wypowiadanych słów, tym więcej grzmotów i błyskawic. Wywołana przez ustawę o IPN, podtrzymywana wypowiadanymi słowami przez polityków z rządu. Mimo dobrych intencji, zamiast łagodzić kryzys, to wciąż go się roznieca, kolejnymi niefortunnymi słowami. Nie wiem, czy to brak wrażliwości, czy też nieznajomość historii, a raczej traktowania jej wybiórczo. Interpretacji  słowa holokaust.

Na czele rządu stoi człowiek wykształcony, historyk, który twierdzi, że w 1968 roku nie było Polski i całe zło Żydom wyrządzili komuniści nie Polska. Taki przekaz poszedł w świat. Trudno się dziwić, że kolejne jego słowa- odnośnie do holokaustu- wywołują napięcie w relacjach polsko-żydowskich.

Idąc tym torem, to Polska jest dopiero od 1989 roku, a niepodległość odzyskała w 2015. Absurd goni absurd. A wszystko to w obronie dobrego imienia naszego kraju.

 

***

Pierwsze zęby  za płoty- dorośleje nam chłopak 🙂 Wczoraj przysłał mi zdjęcia na WA ze szczerbatym uśmiechem 😀 Ma swój telefon, bo bywa tak, że na chwilę zostaje sam- często rano, jak jeszcze śpi, a Tuśka wyskakuje do pracy. Dzwoni wtedy, że już się obudził i wstał.  Wiem, że w dzisiejszych czasach to jest nie do pomyślenia, aby dziecko zostało samo bez opieki. Ale czy nie jest tak, że wychowujemy pokolenie niesamodzielnych, nieodpowiedzialnych dzieci?  Dzieci odprowadzane do szkoły, podwożone pod same drzwi, które potem nie potrafią zachować się na ulicy. Era dzieciaków z kluczem na szyi odeszła do lamusa. Mam tu na myśli tych w klasach 1-3.

 

 

Zapach przemijania…

Szare zimne dni mijają jeden za drugim. Każdy jak kalka, czasem tylko przesunięta, wiec zdarza się kleks- urozmaicenie. Każdego wieczoru przed zaśnięciem  robię plan na następny dzień, nie przejmując się tym, że i tak  niewiele z niego zrealizuję.  W tych planach jest sporo do zrobienia, jak na obecną rzeczywistość, i prawie nic na tę, która  minęła bezpowrotnie.  I nawet to „nic” jest trudne do osiągnięcia; dzień ucieka, przemija, zanim zdołam się zmobilizować. I zamiast planu A jest plan B- samorealizujące się NIC.

Coraz większe poczucie marnowania czasu jest deprymujące.  Gdzieś ulotnił  się optymizm, a radość schowała się pod kołdrę, spod której  trudno się wygrzebać, nie tylko jej.  Coraz trudniej jest wstać rano i pewnie przeciągnęłabym to w czasie, gdyby nie potrzeba skorzystania z łazienki. Automatycznie wrzucam coś do żołądka, żeby piguły miały podkład i znowu chowam się pod kołdrą. Czytam albo oglądam. Staram się już nie dosypiać – paradoksalnie, żeby nie marnować dnia. Wybór pada na mroczne klimaty i dochodzę do wniosku, że chyba coś ze mną nie tak, iż zamiast radosnych komedii, kolorowych obrazów oraz lekkiej  i przyjemnej literatury ja zagłębiam się kolejny raz w mroczne zakamarki duszy człowieka, zdolnego do okrucieństwa. Na ekranie szaro-czarno- biała zimna Norwegia, a na papierowych stronach Zapach (i Smak ) Suszy– samobójstwo, pedofilia,  sutenerstwo, zamach…

 

Na szczęście jelitówka nie trwa wiecznie i Pańcio, który ma moc stawiania mnie do pionu jak nikt inny,  znowu przychodzi codziennie w pełni mnie mobilizując do typowych zajęć przedszkolaka 🙂 Dziwię się, że mnie nic nie bierze, oprócz pokasływania i kichania trzymam się dzielnie. Inne dolegliwości  jakby wpisane już na stałe, więc nie poświęcam im uwagi. Fakt, że z obawy  przed załapaniem choróbska, nie bywam nigdzie, unikając skupisk ludzkich jak zarazy, poza wyjątkiem  wspólnego wypadu z Pańciem i zaprzyjaźnionymi dziećmi wraz z ich opiekunkami do kina. W końcu ile można siedzieć w domu, grać w różne gry, pisać i rysować.  Zimy białej jak nie było, tak nie ma i dzieci, zamiast w ferie szaleć na sankach, zbijają bąki w domu. Taki klimat. I taki czas, że nie możemy rzucić wszystko i wyruszyć tam, gdzie śniegu pod dostatkiem. No to wyruszyliśmy do ŚM, coby zażyć trochę rozrywki i nawet nam słońce przyświecało, termometr skoczył na plus osiem i zrobiło się jakoś tak…weselej 😀

 

Coś mnie tknęło  i w walentynkowy wieczór wybrałam się na zakupy…on-line. Korzystając  z rabatów kupiłam…spodnie i bluzę dla Pańcia, a sobie…pięć książek, załatwiając transakcję dziesięć minut przed północą, ciesząc się, że udało mi się skorzystać z walentynkowej promocji :)))

Dobrego weekendu! 🙂

 

 

 

 

Miłość do…

Ludzie najczęściej łączą się w pary z powodu miłości. Do siebie. I trwają w swych związkach (nie)wiernie również z jej powodu. Choć zapewne nie tylko, bo równie silnie scementować związek może nie tylko miłość. Tylko czy bycie razem, życie we dwoje ma sens bez odwzajemnionej miłości? Albo bez miłości w ogóle?

Naprawdę uważam, że życie to rzecz dla dwojga, że potrzeba miłości jest tak samo naturalna, jak konieczność oddychania. 

Ale! Czy za wszelką cenę warto iść przez życie we dwoje? Oczywiście, że ta cena, dla każdego ma inną wartość, że w imię miłości, a raczej strachu przed samotnością, układaniem sobie życia na nowo, można mniej lub więcej poświęcić, zaakceptować, znieść. Wypracować kompromis, po to tylko, aby życie pozornie nie uległo zmianie.

Trudno jest ocenić obiektywnie czyjś związek, czyjeś życie, motywy postępowania. W sumie powiedzenie jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz ma sens, a innym nic do tego.

Tyle że…

Na wsi jesteś na świeczniku, czy chcesz czy nie. Och, owszem, są tacy, o których się nie mówi wcale bądź rzadko,  bo nie zagląda im setka par oczu pod kołdrę, no, chyba że są to oczy najbliższych sąsiadów. Gdyby tak popełnili jakiś mord, to pewnie pozostali pluliby sobie w brodę, że się wcześniej nie zainteresowali i nie są w centrum sensacji, pierwszym źródłem informacji.

Na wsi  nic się nie ukryje- no prawie nic- prędzej czy później i tak wszyscy wiedzą. Najczęściej więcej i lepiej.

Również w tym przypadku wszyscy wiedzą, że On zdradza Ją- kiedy, gdzie i  z kim.  Sama zdradzana też wie i nic z tym nie robi, choć trwa to już kilka lat. Co  ją trzyma przy niewiernym partnerze, z którym nie ma ślubu ani dzieci?  Miłość? Przyzwyczajenie kilkunastoletniego związku? A może status? Pieniądze? Wygodne życie na wysokim poziomie?

Kiedy się z nim związała, był wdowcem z dwójką dzieci, które po śmierci matki wychowywali byli teściowie.  W trakcie rozwijania prężnej  firmy, przynoszącej duże dochody.  Ona nic nie miała, oprócz swej młodości i urody.  Po jakimś czasie zatrudnił ją u siebie, a raczej  otworzył kolejną firmę-córkę- na jej nazwisko. Pewnie to ich połączyło skuteczniej niż zawarcie małżeństwa. Biznes, układy, drobne machlojki, tajemnice…Ot, życie.

Zdradza ją z rozwódką starszą od niej o kilka lat.  Nie kryjąc się z tym za bardzo: wiedzą o tym dorosłe dzieci obojga kochanków. Panie dość często  widują się na naturalnym gruncie, choć gdyby tylko chciała, uniknęłaby większości  spotkań, ale być może sprawia jej satysfakcję, że to Ona wciąż go posiada ( wszak wraca do domu)  a nie tamta, więc  z podniesioną głową, z fryzurą jakby dopiero co wyszła od stylistki, modnie ubrana, z szerokim uśmiechem  przyklejonym do twarzy wysiada z wypasionego suva i wchodzi w „paszę lwa”.  Od czasu do czasu  przejdzie się w miejscu publicznym pod rękę z niemężem, żeby zamknąć usta tym, którzy na ich związku postawili już krzyżyk.

A gawiedź ma temat do gadania 😉 Wszak miłość jest ślepa, ale czy aż tak? I czy to wciąż jest miłość do niego czy raczej do czegoś?

*

Święto miłości, świętować czy nie?  Jasne, że to dzień mocno skomercjalizowany, co drażni wielu- bo miłość od święta, na pokaz, bo zapożyczone i takie tam. Nie muszę świętować, żeby się w tym dniu uśmiechać, bo to radosny dzień. Zamiast krytykować, kup sobie lizaka w kształcie serca i uśmiechnij się 😉

Dużo miłości dla Was!

Moja PT z zawodu terapeutka ciągle powtarza, że parom teraz nie chce się odbudowywać związków, pracować nad relacjami. Dziś dużo łatwiej jest odejść, jak coś  nie pasuje, uwiera, a nie daj buk, jak pojawi się fascynacja kimś innym. Tyle że nie ma gwarancji, że ten drugi/druga spełni nasze oczekiwania, dlatego warto popełnić wysiłek i zamiast od razu przekreślać, wyrzucać z życia, to odkurzyć, przypomnieć sobie wszystko to, co kiedyś nas w partnerze/partnerce pociągało…Zastanowić się, czy aż tak bardzo się zmieniliśmy, że już nie potrafimy żyć ze sobą, czy raczej tylko na chwilę oddaliliśmy się od siebie…

 

27971630_1692320267503221_5013981301557305067_n

 

Pamiętacie tę pierwszą, najpierwszą?

Jak byłam na uroczystościach z okazji Dnia Babci i Dziadka w przedszkolu, to pani Przedszkolanka powiedziała,  że w grupie jest para  wierna sobie już trzeci rok :))) Ja w tym wieku ( przedszkolnym)  miałam już przygodę…łóżkową 😀  Wpakowałam się do łóżka kumplowi ( mieszkał w tym samym domu, dzielił nas tylko korytarz, więc mogłam wpadać do niego zaraz po przebudzeniu się; razem chodziliśmy do przedszkola, a nasze mamy się przyjaźniły i pracowały razem), a na sugestię jego mamy, że to nie wypada, odparłam, że mama  z tatą mogą to ja też;p Aczkolwiek chyba bardziej go traktowałam jako starszego o rok brata niż kandydata na męża.;) W każdym razie miłość do płci przeciwnej pojawia się dość wcześnie, ale powiem Wam, że ostatnio mnie zatkało, jak dowiedziałam się, że chłopak zrezygnował z treningów piłki nożnej z powodu…dziewczyny. I może nie byłoby to tak dziwne, ale chłopak ma niecałe 9 lat 😀