Tajemnicze zniknięcie…

Japonek typu Havaianas.

(No co? Nie śmiać się, bo sprawa poważna ;p)

O to dowód, że nie powinnam pakować się zbyt wcześnie.  A to zbyt wcześnie ograniczyło się do jednej rzeczy kilka godzin przed pakowaniem się- jedynym i ostatecznym- po którym tylko już tylko lulu, następnie wstanie bladym świtem i wpakowanie  bagaży do auta.

Miałam je na nogach jeszcze przed południem, bo myłam podłogę w łazience, a porządne mycie to nie mopem a na kolanach ze ścierką w dłoni- jakby kto nie wiedział, no!- i wtedy ubieram  gumowe klapki, na nogi rzecz jasna, zapominając o gumowych rękawiczkach. Tym razem nie chciało mi się lecieć na dół po robocze, więc ubrałam te, które jeżdżą ze mną wszędzie, gdzie są przydatne- ostatnio najczęściej po różnych szpitalach. Tym razem miały udać się ze mną na wakacje. Dlatego też, żeby o nich nie zapomnieć od razu wsadziłam do torebki foliowej i …no właśnie…! NIE PAMIĘTAM co dalej. Byłam przekonana, że wtedy wyciągnęłam moją walizeczkę i wsadziłam je w kieszeń na zamek, tam gdzie najczęściej odbywały każdą podróż. Dlatego ogromnie się zdziwiłam, kiedy po przybyciu na miejsce ich tam nie było. Nie było też ich w drugiej torbie, gdzie miałam pozostałe obuwie, ani w torbach OM.  Jak nic musiały jakimś cudem zostać w domu, mimo że jak znosiliśmy bagaże, nic  nie zostało w holu na górze. Jednak nadzieję, że nie wyparowały, miałam do końca. Po powrocie przeszukałam caluśki dom i …NIE MA!  Napisałam do Miśka czy przypadkiem jemu nie wlazły w oczy, ale nie. (Od razu oddzwonił, bo rodzinnie lubimy te japonki, i wyraził współczucie ;ppp) No nic, zamówiłam nowe…Aczkolwiek nurtuje mnie pytanie, co się z nimi stało.

 

Chyba przywiozłam pogodę z południa 🙂 I dobrze! Lato musi być ciepłe. Wprawdzie ja każdą chmurkę wypatruję i witam opętańczą radością, ale to nie znaczy, że ma być od razu zimno, a nawet chłodniej. Odbijam sobie zeszłoroczne lato, czyli to napięcie pomiędzy operacjami i chemią, ciesząc się każdą chwilą- intensywną bądź leniwą-  spokojem- nieraz zakłóconym  natrętną myślą- wierząc, że będzie tak do końca wakacji i nawet dłużej.  Z sił opadam każdego dnia, odczuwając swą niemoc coraz bardziej, ale akceptuję to, szczególnie że potrafię  zmobilizować się do działania na przekór temu, co me ciało do mnie gada. Tak też było na wyjeździe, że po intensywnym dniu nie miałam siły  na drugi dzień wstać  z łóżka, po czym powstawałam  i z uśmiecham na ustach przyjmowałam to, co  przynosił kolejny dzień.  Po niedzieli jadę już do DM i wtedy poznam moje życiowe parametry.  I tak jestem dumna i wdzięczna losowi, że nic się do mnie nie przyplątało oprócz tego, że coś mnie pogryzło albo poparzyło na obu nogach jak  w zachwycie „latałam”  po bieszczadzkich łąkach.

Ogólnie pobyt był upalny nawet do 34 stopni, deszcz padał w nocy, o ile padał, ale raz burza przeszła w ciągu dnia. Kupowaliśmy namiętnie czereśnie, czarne i ogromne o smaku takim jak zapamiętałam z każdego pobytu na południu-  najlepsze na świecie! I bób. Dużo bobu! I zostałam okrzyknięta, że najlepiej go gotuję 😉 A ja myślę, że to  nie z powodu gotowania ( jaka to filozofia ugotować bób?;p), ale zwyczajnie: młody bób zawsze dobrze smakuje, szczególnie zajadany w towarzystwie 🙂  I piłam…piwo bezalkoholowe. Bo jak  tu do grilla bez piwa? No nie dało się ;p No i muszę wspomnieć o rewelacyjnych kartofelkach mytych tylko a nie skrobanych  z masełkiem i koperkiem, które pożeraliśmy tonami.  Obierała je tylko PT, czym wprowadziła nas w zdumienie z nutą zniesmaczenia, bo dla nas to prawie profanacja była ;ppp Wybaczyliśmy te obierki na talerzu, bo ceniliśmy sobie bardziej zdrowy rozsądek i żołądek PT ;D

 

Dwie noce mieliśmy zabukowane w ośrodku ze SPA. Ja nie korzystałam, bo wszelkie masaże nie dla mnie, a poprawiać urody nie muszę przecież;pp  Ale po powrocie do naszych Przyjaciół, obie z PT skorzystałyśmy z tego, że Donia naszych Hospodarzy  jest właścicielką salonu kosmetycznego i z chęcią nam otworzyła w niedzielę i zajęła się naszymi…brwiami. Ucieszyło mnie, że nie muszę się umawiać i czekać na termin do swojej, żeby zrobić kolejną korektę permanentnego, którą powinnam zrobić już w listopadzie, ale wtedy brałam chemię dożylną i moja kosmetyczka za nic na świecie nie zgodziłaby się na poprawki, a mnie nawet przez myśl wtedy nie przeszło, żeby się upiększać, no i termin szlag trafił. Trafiła mi się okazja, więc skorzystałam i miałam swą chwilę dla urody ;p

Odzwyczaiłam się od telewizora. I dobrze mi z tym 🙂 Fakt, mieliśmy takowy w pokoju, ale nie używaliśmy, choć OM raz włączył i się okazało, że nad Soliną nie mają rządowej telewizji. Żadnego programu! :))) Ciekawa jestem czy ktoś z tego terenu płaci abonament. Wzięłam ze sobą dwie książki, choć w tym samym czasie, kiedy spędzam wakacje za granicą, przeczytam cztery. Tym razem, nawet nie wyjęłam z walizki. Fakt, przeczytałam dwa artykuły z tygodnika, i tyle…Nie miałam kiedy!

Nie zdążyłam się stęsknić za domem, ale za Pańciem i owszem 🙂  Nauczył się wyraźnie wymawiać literkę „r” i …jazdy na rowerze na dwóch kołach. ( Co chwilę puszczam sobie filmik jak po trawie jedzie Pańcio na rowerze, za nim biegnie jego Tata, a za nimi ich pies- wilczur:)) Normalnie dorośleje nam chłopak :)) Tuśka już go nie puszcza do przedszkola, żeby miał wakacje, więc mamy więcej okazji do przebywania ze sobą. Wczoraj graliśmy w domino, a potem na naszym podwórku w piłkę nożną. Nie padłam trupem, bo po kilku minutach  usiadłam ” w bramce” na ogrodowym krzesełku ;ppp

Siedzi OM na kanapie, pochylony do przodu i trzyma się za głowę. Myślałam, że coś się stało, a on mi oznajmia, że dzwonił do kliniki w DM i do końca roku nie ma terminów na dwa badania, na które dostał wczoraj skierowanie od Rodzinnej. Ha! Ja się dziwię, że on się dziwi…nic to, podzwonimy po innych  a jak nie, to prywatnie- standard. Jeśli ktoś w tej kwestii wciąż oczekuje „dobrej zmiany”, to prędzej się doczeka jakiegoś choróbska…ech.

Reklamy

Sentymentalny kawałek podróży…

Na wakacje wyjeżdżaliśmy wraz ze wschodem słońca. Wspominam o tym, bo był to przepiękny widok: mgła unosząca się nad polami i łąkami, budzące się do życia słońce…Trzymałam termiczny kubek z gorącą kawą w ręku, a powinnam trzymać aparat fotograficzny i robić zdjęcia. Tyle że OM się nie zatrzymał- nawet nie prosiłam- bo zatrzymywać się zaraz po wyruszeniu, kiedy ma się przed sobą wielogodzinną podróż, to szaleństwo 😉 Ale pomyślałam sobie, że może warto- po powrocie- raz wstać bladym świtem i wyruszyć na okoliczne łąki i pola :). Jak wracaliśmy, tak pomiędzy Krakowem a Katowicami byliśmy świadkami jak słońce przecudnie zachodziło. Był taki moment, że przed sobą, zupełnie na wprost, mieliśmy ogromną pomarańczową kulę. Widok nieziemski, „za piękny”- jak to powiedziała PT siedząca z tyłu- żeby zrobić zdjęcie, bo trwałam w stuporze pełna zachwytu ( OM prowadził, a PT w tym czasie rozmawiała przez telefon, więc żadne z nas nie  uwieczniło tego zjawiska).  Do domu dotarliśmy przed 3. bez żadnych niespodzianek, choć był taki moment, że po jeździe 200 km/h ( PT dostała rozwolnienia z wrażenia) jechaliśmy 20km/h, albo staliśmy w miejscu, bo był korek przed Krakowem ( zwężenie do jednego pasa ruchu ze względu na roboty). O ósmej już pobudka, bo ja piguły, a PT na  pociąg )do DM- zawiozła ( 25 km)Tuśka, która już była wcześniej uprzedzona. Końcówka wakacji była szalona, trochę na wariackich papierach, ale to właśnie zawsze było naszą- tego towarzystwa- domeną, więc…ech 😀 I znowu będzie co wspominać :).

Jak krótki, ale jednak pobyt we wsi moich Dziadków, czyli ” po naszemu” na batkiwszczynZajechaliśmy tam, bo być tak blisko i nie zobaczyć, nie uwiecznić tego miejsca to byłoby zaniechaniem nie do wybaczenia. Wysiadłam z auta i szłam przez wieś pieszo…Chłonąc całą sobą. Wjechaliśmy na górę, a raczej OM wjechał a ja doszłam robiąc zdjęcia, a potem podjechaliśmy pod cerkiew. Tam spotkaliśmy ludzi z Pomorza, którzy na cmentarzu szukali grobów swoich bliskich i…okazało się, że moje nazwisko panieńskie jest im znane, bo od strony mojego Dziadka, to również do nich rodzina. Mieliśmy szczęście, że na cmentarzu była młoda dziewczyna z młodszą siostrą, która miała klucze do cerkwi, więc nam ją otworzyła. A potem zgodziła się z nami pojechać- wskazać drogę- do domu, w którym byłam 40 lat temu wraz z Rodzicami, u rodziny ze strony Babci, gdzie jadłam najwspanialszy chleb na świecie z niezapomnianym masłem od czerwonych krów i śmietaną, którą można było kroić.  Nie pamiętałam gdzie  stoi, wiedziałam tylko, że za nim jest góra, na której stał ( został spalony) pierwszy dom rodzinny mojego Taty. Nie byłam też pewna, czy dotrzemy do tego, o który mnie chodziło, bo rodzin z tym nazwiskiem ( rodzina od strony Babci- mamy Taty- która wróciła po wysiedleniu)   we wsi sporo, ale  spytaliśmy się  o osobę najstarszą. I trafiliśmy, choć był tylko syn ( starszy ode mnie), bo matka akurat dzień wcześniej wyjechała do rodziny na zachód. Ale pamiętał pobyt mojego Wujka z Kanady (brata mojej Babci, który nie żyje już ze 20 lat), jak był w odwiedzinach…Opowiadał, że byli na górze, w miejscu gdzie kiedyś stał rodzinny dom i Wujek zabrał trochę ziemi stamtąd  za ocean…

Po tej wizycie, krótkiej, ale przepełnionej emocjami, wróciliśmy do miejsca, z którego rozpoczęliśmy naszą wędrówkę, aby na koniec cieszyć się nie tylko okolicznościami przyrody, ale obecnością  tych, z którymi niejedną drogę przeszliśmy, i zawsze nam „po drodze”…

 

Pewnie jeszcze nie raz nie dwa wspomnę w kolejnej notce ten wyjazd, ale teraz muszę się ogarnąć. Się, bo dom zostałam ogarnięty na błysk 🙂 Z jednym wyjątkiem…Na samo wspomnienie śmiać mi się chce, choć powinnam być wkurzona. Misiek, który był na weekend ze swoją dziewczyną- Atą- i Kotą u nas, zamknął tę drugą w pokoju na półpiętrze, kiedy przed wyjazdem mył podłogi. Kota na złość zrobiła kupę na łóżku z pościelą ( brązową), więc nie zauważył. Zauważył OM, bo to on ( oprócz gości) śpi najczęściej w tym pokoju, gdy danej nocy musi wyjechać, a po przyjeździe i ogarnięciu rozpiski kto, co i jak, pewnie chciał się na dwie godziny położyć….A tu taka niespodzianka ;p

Powoli będę nadrabiać też blogowe zaległości 🙂

Ranny ptaszek…

Z musu!

Pani to taki ranny ptaszek–  usłyszałam od pani siedzącej w recepcji-restauracji, kiedy parę minut po ósmej zjawiłam się na śniadaniu. Sama, bo OM załatwiał milion dwieście  spraw przez telefon i jeszcze nie wygrzebał się z pościeli. Mnie z niej wygoniły piguły. Nie, żebym trzymała się kurczowo ram czasowych, co do minuty. Akademicki kwadrans wte czy wewte nie robi różnicy. Sam fakt, że na wakacjach dzwoni budzik jest…nienormalne ;p A to, że będę za każdym razem pierwsza i przez dłuższy czas jedyna w sali restauracyjnej, to kiedyś dla mnie nie do pomyślenia ;). Ale oczywiście są też plusy tego wczesnego wstawania 🙂

W myślach już byłam na szczycie…a fizycznie…hmm doszłam tylko do zalesionej części szlaku, gdzie już robiło się stromo- jak dla mnie w tej chwili.  Zawróciliśmy, choć jeszcze próbowałam przekonać OM, że może… Z drugiej strony, muszę unikać fizycznego zmęczenia, a mając naocznego świadka, nie dało się oszukać nawet siebie.  Mimo że wybraliśmy krótszy szlak na Tarnicę, bo z Wołosatego, to jednak na szczyt nie dotarliśmy. Ale poczułam ten klimat górskiej wędrówki, gdzie na szlaku każdy się wita z uśmiechem 🙂 I to jest piękne! Piękne, że nie było/nie ma tłumów, a pogoda przecudna (jestem chyba jedyną osobą, która każdą chmurkę na niebie wita z dziką radością).  Posiedzieliśmy sobie dłuższą chwilę na ławce, zanim wróciliśmy do punktu kasowego. No i zakochałam się w łąkach bieszczadzkich, szczególnie tych pod Tarnicą. Gdybym teraz miała podjąć decyzję, gdzie byłby mój kawałek podłogi, to jednak zdecydowanie w górach. I żadnych innych, tylko właśnie w Bieszczadach. Gdzie z każdej strony  swą zielenią otulają cię góry, a potoki szumią jak cudowna muzyka dla ucha. Gdzie jedząc w knajpce pierogi z oscypkiem, śpiewamy wraz z puszczoną muzyką: hej horiłko biła-biła 🙂 I czujemy się jak u siebie 🙂 Czas się zatrzymał…

Mam tu piękny czas, w każdej minucie, w każdym oddechu…

Na krańcu świata…

To już była ostatnia setka z tych ośmiu do pierwszego naszego miejsca pobytu, kiedy zauważyłam, że na drodze zrobiło się…pusto. Mknęliśmy autostradą A4 w stronę słońca, ku granicy z Ukrainą. Przez brak kompletnego ruchu na drodze (porównując  odcinek Wrocław – Kraków aż do zjazdu na Tarnów, gdzie natężenie ruchu było ogromne), miałam wrażenie, że jesteśmy na końcu świata :)– niesamowite doznanie 🙂 Zjazd na Przemyśl, przejazd przez miasto i skręt na południe, by za chwilę znaleźć się w ramionach Hospodyni. Dom na wzgórzu pod lasem, który się rozrósł od czasu ostatniej naszej bytności, a przede wszystkim drzewa, krzewy na posesji, no zwyczajnie zaparły dech 🙂  Tak  się zmieniły okoliczności przyrody- miejsce tak malownicze jakby stworzone na potrzebę powieści. A Oni wciąż tacy sami: Hospodyni i Hospodar na Dybawci : )  ( Dom, w którym żyły cztery pokolenia nie mógł nagle opustoszeć, gdy bliscy odeszli a dzieci się usamodzielniły i pozakładały własne rodziny- pomysł na agroturystykę to strzał w dziesiątkę).

Pokój dostaliśmy w części domowej, żeby być bliżej siebie 🙂 Wspólny obiad, a potem wspólne grillowanie, w międzyczasie odpoczynek na hamaku ( po 9 godzinach podróży z 3 przerwami, spuchły mi stopy :/ ) pogaduchy w podgrupach i wszyscy razem aż do późnych godzin nocnych. Noc gwieździsta, ciepła, dająca wytchnienie po 30. stopniowym upale. Czas płynął w cudownej atmosferze, tak jakby nie dzieliło nas prawie 20 lat przerwy w bezpośrednich kontaktach-  fakt, OM odwiedził ich tegoroczną zimą.

Łączy nas wiele: te same korzenie, młodzieńcze lata przeżyte w  tym samym mieście, wspólne grono przyjaciół, znajomych i dalszych znajomych. To  osoby, z którymi każdy temat można przegadać i ma się wrażenie, że rozmowa jest kontynuacją. Ciągiem dalszym. Człowiek czuje się jak u siebie, a jednocześnie otulony serdecznością, zaopiekowany szczodrością. Ogromna  radość z przebywania w swoim towarzystwie.

Na śniadanie twaróg i ser żółty domowej roboty dostarczony przez „producentkę”- lokalne pyszności. Bezchmurne niebo, więc biesiada na tarasie, kawa, owoce…pogaduchy i…zbieramy się z OM nad Solinę, gdzie mamy zabukowane noclegi, ale na weekend wracamy do naszych ludej, gdzie z DM -z przystankiem w stolycy- dołączy do nas moja PT 🙂

Godzinna podróż serpentynami i już odpoczywam na leżaku w cieniu, słuchając szumu potoku przepływającego obok. OM wybrał słońce…Jazda sprawiła mi ogromną radość, oczy śmiały się do widoków, a dusza wzruszona, bo uruchomiły się wspomnienia. Te związane z wyjazdami z Rodzicami jako dziecko i nastolatka, a potem z OM jeszcze przed ślubem i po…Przejeżdżaliśmy 6km od seła mojego Taty, z którego został wysiedlony wraz z rodzicami i młodszym bratem na zachód.

Po leżakowaniu i obiedzie poszliśmy na zaporę 🙂 Jutro może popływamy po jeziorze, a potem udamy się na prawdziwy koniec…Polski, czyli do Ustrzyk Górnych i okolic- miejsc, w których spędzałam niejedne wakacje.  OM już planuje- od wczoraj-  przyjazd wrześniowy i wspólne wypady w słowackie Bieszczady oraz…do Lwowa- moje marzenie. Wprawdzie wzięliśmy paszporty ze sobą, ale czas nie jest z gumy i nie da się być wszędzie. A nawet jakby dało się, to ja wysiadam przy tak napiętym grafiku turystycznym 😉 Choć nie powiem, gdyby nie pomysł przyjazdu we wrześniu, to pewnie i o Lwów byśmy zahaczyli. Choć w tak słoneczną i gorącą pogodę, to nie wyobrażam sobie ganiania po mieście, aby jak najwięcej zobaczyć, nawet jakby miało to być z noclegiem.  Mimo że nie wiem co i jak będzie za 2 miesiące, to mam nadzieję, że moje moce nie zastrajkują i cieszę się, że będzie „powód” kolejnego przyjazdu.  W te miejsca, do osób nam bliskich 🙂

Net w zależności gdzie jestem, to mi hula albo nie, ale i tak nie mam za bardzo czasu, no chyba, że przed snem, tak jak dzisiaj, wykorzystując, że jest zasięg i nie rozłącza. Piguły już połknięte, oczy się same zamykają, więc gaszę światło i przywołam  pod powieki obrazy dzisiejszego intensywnego dnia 🙂 Jutro też będzie pięknie! 🙂

buziaki dla Was 🙂

 

Przystanki…

Lubię czas wakacyjny w mieście…Te wszystkie długie weekendy, które wyganiają mieszczuchów na łono przyrody, nie zważając na (nie)pogodę. Lubię ten leniwy- w tym czasie- rytm miejski i…wolne parkingi gdziekolwiek nie pojadę ;p (nikt mi nie zwinął całego worka mielonych kotletów, gdy zapomniałam zamknąć okno w Julku, kiedy brałam bilet parkingowy). Lubię czas z Czarownicami, kiedy minuty i godziny, dni wypełnione są rozmufkami  na błahe i niebłahe tematy (jedna z Czarownic idzie pod nóż w poniedziałek, i choć to nieonkologiczna przyczyna, to badać będą, czy aby na pewno), przeplatany serdecznym śmiechem. Wspominki, bo przecież niejedną przygodę przeżyłyśmy razem, szczególnie że niektóre z nas znają się od…podstawówki 🙂 Wspólne wspomnienia łączą na zawsze, a te, które połączone są serdeczną, przyjazną nicią, nie rwą się z byle powodu. Życie bez życia towarzyskiego byłoby nudne ;). Tam gdzie jadę, również czeka na mnie spotkanie, takie po latach niewidzenia się, ale zakorzenione we wspomnieniach, które zawsze wywołują uśmiech i…tęsknotę. Można tęsknić za szczególnym miejscem, i to niejednym, ale najbardziej tęskni się za ludźmi, z którymi przeżyło się fantastyczne chwile, w różnych życiowych okolicznościach. Cieszę się, że już za chwilę tę tęsknotę zaspokoję. Na ten przystanek w naszej podróży…

Uczę się niespieszenia. Wciąż zapominam, że nic mnie nie goni, że mogę się w każdej chwili zatrzymać. Choć nie zatrzymam czasu, ale uważniej go przeżyję, z uśmiechem. Każdy kolejny dzień, mimo że noc potrafi przynieść ból, który- nie wiem dlaczego- pojawia się tylko nocą. Nawet nie wiem, co mnie boli. Dopóki pojawia się co kilka dni, na krótko, to ignoruję. I powstaję z uśmiechem gotowa na wszystko 🙂

Zatrzymałam się po drodze w drodze ,żałując- jak zwykle- że nie mam ze sobą aparatu. Pokonałam nawet rów z pokrzywami, żeby znaleźć się na makowym polu 😉 Potem jeszcze w miejscowości nad jeziorem, a kolejny raz widząc stokrotkowe pole 😉 Trzy przystanki…całe lata mi zajęło, żeby na tej trasie się zatrzymać na chwilę…po to, żeby  złapać ulotne chwile…bo następnym razem jak będę jechać, okoliczności będą już inne. Czas nie stoi w miejscu.

***

Ministerstwo Zdrowia proponuje nowelizację ustawy o służbie zdrowia, która umożliwi szpitalom publicznym świadczyć usługi medyczne odpłatnie, czyli inaczej mówiąc, ktoś, kto nie ma czasu/zdrowia  stać w kolejce, a ma pieniądze, będzie mógł zapłacić za szybszą obsługę…Czyli masz pieniądze, to będziesz leczony! W sumie, mimo że uważam, że publiczna służba zdrowia powinna być dostępna bezpłatnie na równych warunkach dla każdego obywatela, to nie oburza mnie ten pomysł, dlatego, że i tak się to dzieje-  kto z nas nie korzysta z prywatnej służby zdrowia?  Ta nowelizacja przynajmniej w teorii, a mam nadzieję, że i w praktyce, podreperuje finanse szpitali i przychodni z korzyścią dla ich pacjentów, którzy nie są w stanie leczyć się prywatnie. Dopóki nasz system zdrowotny jest niewydolny, to takie rozwiązanie ma sens. Choć niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwo. Z drugiej strony, już dawno należałoby przestać udawać, że publiczna służba zdrowia może być całkowicie bezpłatna, mimo naszych składek zdrowotnych.

Nobla temu, kto zreformuje tak, aby miało to ręce i nogi;)

****

dopisek:

Zaczynam się ogarniać na wyjazd. Zaczęłam od kosmetyczki i…chodzę z bananem na ustach od ucha do ucha. Ileż to radości może przysporzyć wrzucenie jednorazowej maszynki do golenia i szczotki do włosów ;ppp

I nie wiem, dlaczego te z Was, które mogły komentować u mnie z telefonu, teraz nie mogą. Nie pierwszy taki sygnał dostaję, ale nic na to poradzić nie mogę 😦

Gorączka przedwyjazdowa…

Bynajmniej nie u mnie!

OM zwariował i jak tylko się pozbył oparów sennych w czwartkowe przedpołudnie, zaczął mnie molestować o pakowanie się na wyjazd. Popatrzyłam na niego, jakby się z choinki urwał, a przynajmniej nie znał mnie od trzech dekad i  nie wiedział, że ja się pakuję chwilę przed wyjazdem, obojętnie na ile i dokąd wyjeżdżam. Ale wyjeżdżamy o 4 rano- usłyszałam.  Ale za 4 dni!!!  A  wcześniej jadę jeszcze do DM na plenerowy spęd Czarownic! Pomijam już, że po ostatnim pobycie w DM   jeszcze się nie rozpakowałam  do końca, a ten już mi marudzi o pakowaniu się na wyjazd w góry. Szalony!  No i zaczął się pakować, w czym mu nie przeszkadzałam 😉 Fakt, musi mierzyć górne części garderoby czy mu  się ręka w rękawie zmieści, żeby potem nie było jakieś niespodzianki. Na co ja skwitowałam, że najważniejsze to wziąć ze sobą dokumenty i pieniądze, w końcu na pustyni nie wylądujemy. I wyraziłam zaniepokojenie czy da radę tyle godzin za kierownicą z wyłączoną prawą ręką. Żachnął się, że pytam się o tak oczywistą rzecz, no ale jak stęka, że boli go i w łokciu, i w barku, i w nadgarstku, to co się dziwi? Na zdjęcie tego ustrojstwa marne szanse, choć dziś ma wizytę u lekarza.

Mogę z całą stanowczością nie bacząc na pogodę (wczoraj upalnie, dziś co chwilę leje) i datę w kalendarzu, oznajmić, że mamy już lato! Miska bobu została pochłonięta w pięć minut przez Tatę, OM i mnie ;p Jak już jest młody bób, to i lato jest 🙂

I czas wakacji…:)

Macie jakieś plany wakacyjne?

 

***

I tak w ogóle nie w nastroju wakacyjnym:

Trwa seria odmów odznaczeń państwowych od głowy państwa w demokratycznym państwie- jeszcze. No cóż, niektórzy mają odwagę i honor, więc nie przyjmują od kogoś, kto łamie wszelkie standardy demokracji, mimo że to ku chwale i splendorowi. Co chwilę wypływa jakieś nazwisko zasłużonego w walce i budowie demokracji naszego kraju, które nie zgadza się z tym, że głowa państwa zamiast stać na straży konstytucji, łamie ją i depcze z głupkowatym uśmiechem na ustach. Brawo dla tych odważnych i prawych!

Ku świetności, chluby i pamięci zapewne jest dla poety znalezienie się na liście obowiązkowych lektur w szkołach średnich. Jak widać w państwie PIS niekoniecznie, bo i tu są protesty.  A oni ślepi, zacięci, robią swoje…!

Tytuł się myśli…

Są sytuacje, kiedy człowiek ma ochotę ostro zareagować na niegodziwość, zakrzyczeć kłamstwo. Tak! zakrzyczeć, bo spokojne argumenty odbijają się jak piłka o ścianę. Nic dziwnego, w końcu ma z betonem do czynienia. I dlatego odpuszcza- słusznie czy nie-  zdając sobie sprawę, że tylko by sobie ulżył, choć i to wątpliwe, a rzeczywistości i tak by nie zmienił. Bo nie da się zawrócić rzeki kijem…Choć tym kijem to najchętniej by przyłożył, taka go złość bierze na ludzką nikczemność.

Jeśli ktoś grozi bliskiej mi osobie, to tak jakby groził mi osobiście. No!

 

Czuję, że siły mnie opuszczają jak ulatniające się powietrze przez niewidoczną dziurkę z nadmuchanego materaca. Cobym nie jadła, ile bym nie odpoczywałam, piguły robią swoje. Niełatwo się z tym pogodzić, szczególnie gdy co jakiś czas- zbyt krótki- mam  więcej mocy za sprawą transfuzji albo encortonu. I ten czas wykorzystuję na maksa…

Pojechałam na zakupy, bo ten tydzień mocno imieninowy jest, a mam wśród swoich bliskich osoby, które imieniny wyprawiają, mimo że trend od lat idzie ku uroczystościom urodzinowym. Właściwie to dziwnie jest z tymi imieninami, bo dopiero w dorosłym życiu tak naprawdę i to pod „naciskiem” innych zaczęłam świętować swoje. Moje dziecka do tej pory nie bardzo -chyba??- wiedzą, kiedy wypadają  ich, bo nikt w rodzinie o nich nie pamięta. I tak mi się wydaje, że to świętowanie imienin pozostało reliktem poprzedniej epoki. Że młodsze pokolenie nie obchodzi…A może się mylę?

W poniedziałki do południa w centrach handlowych są pustki- sprawdzone przez lata- więc udałam się Julkiem do ŚM, tym radośniej, że w domu miało nie być prądu przez kilka godzin- OM opróżnił lodówkę i wyniósł wszystko do chłodni. Zakupiłam to, co miałam w planie  i tego, czego nie miałam również, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam na jakiś zakupach ciuchowych (nie licząc netu), więc wykorzystałam sytuację, bo nie wiem, kiedy następna się nadarzy- czyt. kiedy będą miała siły i ochotę. Po powrocie zastałam czyściutką lodówkę, i zastanawiałam się, jak to OM wykonał jedną ręką. Zagadka się rozwiązała: dwoje rąk użyła Tuśka 🙂 A późnym popołudniem LP podrzuciła mi kurki prosto z lasu :). Pierwsze tego roku!

Piguły powodują, że czasem zakręci mi się w głowie. I ostatnio tak mną zakręciło w łazience, że wpadłam na szafkę stojącą, a ta się zachybotała i poleciało z niej co nieco na terakotę. W tym, co nieco była woda po goleniu OM…no pięknie pachnie w całej łazience:)) Zastanawiam się, czy prać dywaniki ;p

To, że na głowę działają, to napisane jest w ulotce, ale na słuch??? Siedzę sobie na tarasie  z książką w ręku i nagle zaczyna coś intensywnie piszczeć. W pierwszej chwili pomyślałam, że któryś z sąsiadów włączył coś na odstraszenie szpaków, ale jak tylko o tym pomyślałam, to uznałam, że ten pisk wkomponował się w świergolenie, i że to zapewne jakiś ptak nadaje. Długo. Bardzo długo. Dziwne, że nie zdarł sobie  gardła ;). Zaczęło mnie to zastanawiać i …I poszłam do kuchni wyłączyć czajnik …z gwizdkiem.

 

Kiedy słyszę rzecznika rządu, że przyjęcie 20-100 uchodźców niczego nie zmieni, to ciekawa jestem czy to samo by powiedzieli ci, którzy koczują gdzieś w obozach w nieludzkich warunkach. Dla tej setki to szansa na normalne życie. I ciekawa jestem, czy gdyby ten wymuskany, uśmiechnięty  od ucha do ucha były prezenter pogody, który wspiął się po pisowskich szczeblach kariery, znalazł się na miejscu któregoś z nich, nagle nie zmienił zdania. Taa…

Wieje…raz dzień upalny, raz chłodniejszy z wiatrem, który budzi, bo szumi jak wzburzone morze…Mnie ta huśtawka pogodowa nie przeszkadza, dopóki mogę chodzić bez skarpet i…nie przepalać w piecu ;p