Korona w rodzinie…

Prędzej czy później będzie w każdej. To raczej nieuniknione, chyba że wszyscy pozostaniemy w izolacji. Syna ma covid-19 z objawami. Rodzinna jak na razie nie, ale test dodatni. Z Miśkiem miałam kontakt ja, z Rodzinną OM. Ja zjadłam tylko placek przez nią upieczony 😉 Jestem… nie potrafię znaleźć odpowiedniego słowa. Zaskoczona? No nie, bo przecież słucham wirusologów, lekarzy i wiem, że wirus jest teraz wielokrotnie bardziej zaraźliwy niż wtedy na wiosnę. Pocieszenie, że mniej zjadliwy. Nie dla wszystkich, niestety.

Izolujemy się od siebie z OM. Opracowaliśmy plan. Wytyczyliśmy strefy. Mijamy się czasowo. Czas pokaże…

Martwię się o Tatę. Dzwonię do niego, widząc kilka połączeń, kiedy mój telefon został uwięziony w aucie, i słyszę, mimo iż jest już grubo po 20., że jedzie autem. Był u klienta na węźle, po to tylko, żeby wcisnąć jeden guzik. Wezwany, bo awaria. Facet nawet nie przeczytał instrukcji! Tata spokojnie uświadomił go, do czego służy, a następnym razem do włączenia guzika nie przyjedzie. To się nazywa asertywność ;pp Kolejnego dnia zdziwiona, że Tata jeszcze nie dzwoni (rzadko mi się udaje pierwszej zadzwonić do niego), sięgam po telefon. Znów słyszę obce odgłosy. Gdzie jesteś? (Godzina 19.). Na budowie. Piątek. Uważaj na siebie.

Już myślałam, że uściskam wirtualnie Pinokia za uziemienie 70-latków plus. Najlepiej pod groźbą więzienia. Niestety, to tylko apel, na dodatek z wyjątkami na sprawy zawodowe, kościółek i w ogóle jakieś niesprecyzowane niezbędne czynności życiowe.

Mam ból głowy, mięśni rąk i kaszel. Już jakiś czas, więc… nawet nie mam siły się porządnie wkur… na to, co się teraz dzieje, ale rządzących uznaję za zbrodniarzy!!! Prezes nad prezesami zamiast z wirusem walczy z kobietami. Dziś protesty, ale ta władza to przeczeka. Potraktuje gazem, mandatami, aresztowaniem. Protesty na nią nie działają. Czas na czyny.

Gęby ponure, spojrzenia tępe.

Z czym to walczycie bracia?-

Z postępem!

K. I. Gałczyński

Bądźcie zdrowi! 🙂

taras w jesiennej odsłonie… a tymczasem w ogrodzie…
jedna jaskółka wiosny nie czyni, jeden mlecz nie zrobi maj w październiku…

Szczęście w pechu…

…czyli ciąg dalszy perypetii z zastępczym autem.

Wiecie, co szczęśliwego jest w zatrzaśnięciu rzeczy w aucie? Ano to, że to auto stoi na własnym podwórku. Poza tym, że bezradnie nie stoisz gdzieś na odludziu, bez telefonu, OKULARÓW, dokumentów, z myślą, że nikt ci nie przywiezie klucza zapasowego- nawet jak ktoś się zatrzyma i użyczy ci swojego telefonu- bo go nie posiadasz- NIC więcej!

Piękna pogoda, na nosie okulary przeciwsłoneczne, w torebce te na co dzień. Ochoczo wyruszam w teren, mając do załatwienia kilka spraw z dystansem. Zastępcze auto nie stoi pod wiatą tylko przed domem, klucze na siedzeniu. Otwieram drzwi od pasażera, rzucam torebkę, torbę, pilot od bramy, zatrzaskuję drzwi. Obchodzę auto i… drzwi od strony kierowcy się nie otwierają. Noszzz żadne się nie otwierają. Zapadam w stupor. No nie wierzę! Sprawdzam jeszcze raz. Kolejny. Zaklęcia typu sezamie otwórz się, też nie działają. Na szczęście pamiętam tylko jeden telefon, ten właściwy. Co z tego jak z domowego nie udaje mi się dodzwonić. Idę do Dziewczyn, po służbowy telefon. OM nie mniej zdziwiony jak ja, choć takie rzeczy też mu się przytrafiały. W PRZESZŁOŚCI! No ja pierniczę.

Dobrze mieć progresywne szkła w okularach przeciwsłonecznych, bo do tego wszystkiego byłabym jeszcze ślepa.

Los chyba daje mi do zrozumienia, że mam siedzieć na doopie w domu..

*

To cholerne łajdactwo zajmować się dziś ustawą aborcyjną, kiedy pandemia szaleje, ale jeszcze większym łajdactwem jest wydanie orzeczenia przez Trybunał Konstytucyjny. Brak słów!

Wtorek to jednak potworek!…

A środa (zamiast urody) głupotę doda. Ale po kolei…

Poniedziałkowa jazda nastroiła mnie optymistycznie. Słońce, które towarzyszyło mi przez całą drogę, podkreślało cudne barwy tej jesieni. No to sobie jechałam z bananem na ustach, podziwiając okoliczności przyrody.

skrótowy wylot z mojej wsi….

Mieszkanie wymalowane, wysprzątane, pachnące świeżością, zniknęły niektóre koszmarki, ale wciąż jeszcze jest wiele rzeczy do usunięcia. W zamiarze jest wynajem kawalerki, co nie ukrywam, nie było łatwą decyzją. Ale niepotrzebne nam dwa mieszkania obok siebie, kiedy Tata właściwie mieszka na ranczo. Gdyby nie chodziło o Tuśkę i Najmłodszych, to ja byłam zdecydowana, żeby wynająć to większe. Bo co tu ukrywać, nie potrafię w nim jeszcze przebywać… dłużej niż chwilę.

Wtorek zaczął się dylematem, czy jechać swoim autem, zaparkowanym jak zawsze od strony ulicy przy blokowym garażu, czy też wziąć taksówkę. Padło na taksówkę, i chyba dobrze, bo to mi oszczędziło nerwa przez kilka godzin. Na izbie szybko przyjęta z bonusem pogawędki o mojej chorobie ze studentem- obcokrajowcem, oczywiście za uprzednią moją zgodą. Na górze od razu usiadłam na fotel w dyżurce do pobrania krwi, i zostałam skierowana prosto na salę z łóżkiem z informacją, że klucz do łazienki jest w sali. A cóż to dziś taki luksus? Sala, łóżko i jeszcze osobna łazienka, pełnia szczęścia. Nowe zasady? A gdzie tam, jak mamy to dajemy 😀

W sali na cztery łóżka dwa zajęte, czas nam szybko minął na pogawędce, dlatego, gdy zostałam zawołana po piguły, to własnym uszom nie wierzyłam. Radość była ogromna, przede wszystkim z tego, że przed 13. byłam już w mieszkaniu. Półtorej godziny odpoczynku i ruszam w drogę. Obeszłam samochód od tyłu, otworzyłam przednie drzwi od pasażera, na podłodze postawiłam torbę szmacianą, na fotelu torebkę, zamknęłam drzwi, otworzyłam tylne i wrzuciłam walizkę. Obeszłam auto, wsiadłam, uprzednio zdjąwszy płaszcz i rzuciwszy go na przedni fotel. Noga na hamulec, palec na guzik włączania, wzrok na…

I kompletnie nie wiedziałam, na co ja patrzę. Bo jak to? Skąd? Dlaczego? Powoli do mnie dociera, że nigdzie nie pojadę. Nie żal mi Ceśki tak, jak tego, że jakiś skur… gnojek mnie uziemił. Dzwonię do OM, a on nie widząc rozmiaru szkody, mówi, żebym jechała. Myślał, że to tylko pękniecie. Biorę wszystkie manatki i wracam do mieszkania. OM za mnie wykonuje pierdylion telefonów. Do ubezpieczyciela, do serwisu. Pomoc drogowa przyjeżdża po niespełna dwóch godzinach. Mówię do pana, że nie jestem pewna, czy wjadę na platformę jego auta, a on, że nawet by mi nie pozwolił. Nie wiem, czy czuć ulgę, czy się obrazić ;p Ulga zwyciężyła i z uśmiechem, choć pan tego nie widzi, oddaje mu klucze. (Wraz z pilotem do bramy* ). Z autem zastępczym są małe problemy, bo postawiłam dwa warunki. Pierwszy, że oddaję nie w DM tylko w ŚM, a drugi… i tu mnie jakaś pomroczność naszła, że musi być automat. Panowie dostarczyli samochód po godzinie 21. Przekazanie auta trwało dłuższą chwilę; pokazano mi wszystkie uszkodzenia widoczne w tablecie jako czerwone kropki, więc chodziliśmy wkoło auta, żebym mogła je sobie naocznie zobaczyć (wytęż wzrok przy kiepskim oświetleniu latarni ulicznej ;pp), po czym już w aucie (pan bez maseczki!!) poinformował mnie jakie koszty w razie jakiej szkody. I tak nie zapamiętałam, tylko wryłam sobie w mózg, że mam uważać jadąc nim, jakbym jechała co najmniej pozłacanym porsche, na który wydałam cały swój majątek i na dodatek zapomniałam go ubezpieczyć. Pan włożył kluczyk w stacyjkę, co zakonotowałam, wszystko się zaświeciło, objaśnił mi, co auto posiada, a czego nie, i się pożegnaliśmy.

I nadeszła środa, dzień wyjazdu. OM zadzwonił, żebym opóźniła wyjazd, bo lokalne drogi opanowali rolnicy. No to się nie spieszyłam. Ale, że już nie bardzo miałam co jeść, to w końcu zebrałam klamoty w kupę i w drogę… Nie moje auto, więc tym razem wrzuciłam bagaż tam, gdzie jego miejsce. Wsiadłam do auta, wsadziłam kluczyk, noga na hamulec, dźwignia na literkę R, zdejmuję nogę, a auto zamiast stać/ ruszyć do tyłu, toczy się do przodu, bo zaparkowane na chodniku ze spadem, niebezpiecznie przybliżając się do auta zaparkowanego przed nim. Zgłupiałam. Rugając się w duchu, że uparłam się na automat, tak jakbym po półtora roku jeżdżenia autem z automatyczną skrzynią biegu, zapomniała te ponad 35 lat jeżdżenia manualem. Próbuję jeszcze raz, ale to samo… Dzwonię do OM, który nie bardzo wie, co w tej sytuacji zrobić. Dzwonię do Miśka, na szczęście wyszedł z UM i jest ode mnie 10 minut drogi pieszo. Syna jak dotarł, to pierwsze co zrobił, to uruchomił silnik, a do mnie stojącej na chodniku właśnie dotarło, czego ja nie zrobiłam. Tak, jestem debilem! Noooszzz kurna, ale odzwyczaiłam się od kluczyków! I zapomniałam, że jak się takowy wsadzi, to trzeba jeszcze go przekręcić. Ze skutkiem. Bo za drugą próbą nawet próbowałam, ale chyba za mało siły użyłam ;pp Z drugiej strony, zgubiło mnie to, że bez uruchomienia silnika mogłam biegi zmienić. I trzecia… Syna jak wyszedł: Mamo do nie hybryda… Cisza. Do której jestem przyzwyczajona, po włączeniu silnika. No blamaż na całego. Tak że tak…

A w domu czekała na mnie niespodzianka, Aniu M., bardzo dziękuję 🙂

Potrzebowałam czegoś miłego dla wytchnienia. Żyję ostatnio w zbyt dużym stresie… Co widać.

*OM się domyślił i zostawił bramę otwartą, a Ceśka dojechała do serwisu w ŚM mniej więcej w tym samym czasie co ja do domu, więc jeszcze w aucie zastał mnie telefon, że pilot został odzyskany 🙂

O braku wyobraźni…

Spełnione życie nie polega na oddychaniu, tylko by przeżywać chwile, które wstrzymują oddech, ale w dzisiejszej rzeczywistość dla wielu z nas zwykłe oddychanie może być już szczęściem. Życiem. Mamy pierwszą ofiarę covidu w naszej niewielkiej gminie, którą większość z nas znała osobiście. Zawsze powtarzam zdanie, które mi mocno utkwiło w pamięci, że niewiedza bywa błogosławieństwem, ale i przekleństwem. To tak odnośnie, że niedoinformowani, często głupcy mają względny spokój… Jeszcze tak niedawno widziałam (nawet wśród swoich znajomych) wiele postów i komentarzy, że nikt nie ma pośród swoich znajomych bądź najbliższych, kogoś, kto by zachorował na covid-19, a tym bardziej umarł. I to powtarzane nieustannie „włącz myślenie”. Ludzie pozbawieni wyobraźni, łagodnie ujmując… bo trup nie ścieli się gęsto…

Aliś dzwoni w piątej dobie mojego kontaktu z Dziećmi Młodszymi, wypytując się, jak się czuję. Akurat trochę gorzej, ale nie najgorzej (łepetyna pęka i stan podgorączkowy). Martwi się i prosi o kontakt, gdybym poczuła się naprawdę źle. Rzecz oczywista, bo bez pożegnania nie odejdę z tego świata ;pp PT zaś od razu oddzwania po wysłaniu jej serii zdjęć z pobytu Najmłodszych u nas. Uspokajam, że kwarantanna się skończyła. Wszyscy mamy się dobrze, a Dziecka w DM jeszcze siedzą do wtorku.

Zakopałam się w ciepły kocyk wspomagana rosołem (niestety nie z kaczki francuskiej, więc dodałam też wołowinę) i wyciśniętym do niego czosnkiem, i przez cały weekend oddawałam się samym przyjemnościom. Pogoda, szczególnie ta niedzielna z deszczem, sprzyjała temu. Poczytałam, pooglądałam… czy ktoś tak jak ja, płakał oglądając ” Małe kobietki”? A przy okazji, chcę polecić film o błędach w postępowaniu człowieka wobec świata. O świecie przyrody, który zanika. Poruszający i pouczający, ale bez mentorskiego tonu, za to z cudownymi zdjęciami. Polecam!- ” David Attenborough. Życie na naszej planecie”.

Oby lasy wokół nas nigdy nie zniknęły, a dzieci naszych wnuków mogły w nich zbierać grzyby…

Zońcia na grzybach…

Mam nadzieję, że łykając zalecane tabletki, stałam się wystarczająco żelazną damą i tym razem bez problemu otrzymam kolejną porcję piguł – 47 cykl.

P.S.

Jeśli ktoś chciałby kupić książkę ukraińskiego poety i prozaika, i jednocześnie wspomóc stowarzyszenie zajmujące się pomocą dla uchodźców w Polsce, to podaję link: https://convivo.com.pl/2020/10/07/piedz-oleksija-czupy-w-tlumaczeniu-janusza-radwanskiego/?fbclid=IwAR1jAcpT_Irw20o1PdWtggq9x5H8BzIMi1KWZkW82McpD8XcOsCdCF8ZmIE Nie potrafię po tych zmianach na WordPressie inaczej zapodać, żeby bezpośrednio po kliknięciu przeniosło na stronę. Convivo to wydawnictwo naszej blogowej Ani M. Ja już czekam na przesyłkę 🙂

Strategia zdrowotna…

Moja, choć zaczerpnięta z najlepszych wzorców, czyli z rządowej, bo jedno jabłko z wieczora i nie ma doktora! Dlatego do pietruszki i szpinaku dorzuciłam jabłko, choć miała być tylko gruszka, a już z rozpędu i banana do towarzystwa 😉

w następnej wersji było kiwi

Wiele razy już pisałam- i nic w tej kwestii się nie zmieniło, a szkoda- że nie lubię gotowania ani żadnych robót kuchennych. A już skomplikowanych lub dodatkowych zbędnych do przeżycia np. pieczenie ciast to już w ogóle, dlatego unikam albo nie popełniam wcale. Och, nie raz już się zapaliłam, poczytałam przepis, poprosiłam o takowy…by stwierdzić, że za dużo roboty ;p Problem w tym, że lubię smacznie zjeść, choć zadowolę się prostymi daniami, jak kaszanka z kapustą kiszoną albo pajda chleba ze smalcem domowej roboty i ogórkiem małosolnym bądź kiszonym. Ale to nie oznacza, że nie gotuję. Wręcz przeciwnie, choć cieszę się, jak OM zadzwoni, że zje poza domem, i mogę bez problemu mu to nakazać. Bo wtedy luz blues i gary idą w kąt. Aczkolwiek, kiedy walczę z krwinkami, to jednak staram się domowo jeść, dlatego, kiedy OM wcina mięcho w jakieś restauracji, to ja pierogi ze szpinakiem i serem (ze sklepu ze zdrową żywnością) i michę własnoręcznie przez się zrobionej sałatki.

mix sałat, szpinak, grillowana cukinia, prażone pestki słonecznika i dyni plus sos winegret

Praca w kuchni bywa też niebezpieczna- walnęłam głową w szafkę kompletnie bez sensu, bo nigdy mi się wcześniej w tym miejscu to nie przydarzyło. Za to chyba pierwszy raz pokazały mi się gwiazdki przed oczyma…

*

Rządzący do tej pory woleli zakłamywać/koloryzować rzeczywistość, żeby się nie ugiąć pod jej ciężarem. Ciężar ten to nowe przerażające statystyki, budzące lęk wśród wielu z nas. Szkoda, że nie powodujące u płaskoziemców wszelkiej maści jakiejś refleksji, która skłoniłaby te osoby do rozsądnego i odpowiedzialnego zachowania w przestrzeni publicznej. Mamy nowe obostrzenia, ale na nic one, jeśli sami nie będziemy się do nich stosować i wymagać tego od innych.

Was też irytuje to, że Pinokio za każdym razem omawiając sytuację covidową i ogłaszając nowe obostrzenia, zaczyna od porównania, jak to źle jest w innych krajach w Europie i na świecie?

P.S. Już nie o piątej czy szóstej rano CBA wkracza do mieszkania podejrzanego, żeby go aresztować na oczach przestraszonej rodziny, ale robi to w jego miejscu pracy tak, żeby było to aresztowanie jak najbardziej spektakularne i upokarzające (skucie kajdankami), szczególnie jeśli dotyczy to znanej osoby o prestiżowym zawodzie i na bakier z rządzącymi. To metody ubeckie! Wiem, bo pamiętam jak dziś, kiedy esbek przyszedł wręczyć mi wezwanie na przesłuchanie, wywołując mnie z zajęć na uczelni. Na dodatek wyznaczona godzina była taka, że siedząc i czekając, byłam wystawiona na spojrzenia wszystkich wychodzących z pracy w komendzie, a gdy w końcu ktoś do mnie przyszedł, to zostałam zaprowadzona do zupełnie innego budynku. Mały żuczek, nic nieznaczący w obalaniu komunizmu, ale trzeba było mi pokazać, kto tu rządzi…

Zdrowego i spokojnego weekendu 🙂

P.S.2 Jadąc do DM pokonuję w 1/4 trasę lasem i przed jedną z miejscowości jest ona przez kilka kilometrów ze wzniesieniami i spadkami. Mijałam starszego pana, który jadąc pod górę rowerem, miał prawidłowo założoną maseczkę. W myślach wyraziłam podziw i uznanie, bo las wokół, żadnych zabudowań, pieszych czy nawet rowerzystów, a policja nawet nie miałaby jak zatrzymać. Sama w takiej sytuacji na pewno nie miałabym jej na twarzy. Po czym w DM mijałam na ulicy młodzież, która pewnie skończyła lekcje w pobliskich szkołach…większość maseczki na brodzie i sporo w ogóle bez… Ech…

Zatracona czujność…

Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Niby. Jakby mało mi było wątpliwych atrakcji, jakie ostatnio przynosi życie w dużej mierze za sprawą Bliskich, to jeszcze moje krwinki postanowiły polecieć w kulki, a morfologia pokazać środkowy palec. Mnie. Po czterech godzinach wyszłam bez towarzystwa piguł za to w towarzystwie Basi, która odwiozła mnie do mieszkania. Już drugi raz. Niestety, następnego nie będzie, a przynajmniej nie tak szybko. Szkoda, bo z Basią szybko leci mi czas na oddziale. Gadamy. Zagłuszając czasem, tak jak wczoraj, krzyk z bólu… Rozdzierający. Nieustający. Wielogodzinny. Przez covid nie ma gdzie uciec… Jak się odizolować, więc siedziałyśmy na krzesełkach wraz z innymi dwiema dziewczynami, które na korytarzu dostawały chemię dożylną. Bo łóżek nie było. Jedną salę zajmowała pacjentka z ogromnym cierpieniem, które roznosiło się po całym oddziale. A na nim nerwowo, mimo że panie pielęgniarki z uśmiechem pod maseczką i przyłbicą nieustająco były miłe i uczynne. Brak personelu- to było od razu widoczne. Po raz pierwszy na izbie przyjęć przyjęła mnie tylko sama pielęgniarka. (Ministra, który lekką ręką wyrzucił na nieprzydatny papier 70 milionów, wysłałabym na 24-godzinny dyżur na oddział, nawet niekoniecznie covidowy. W DM w szpitalu, który od samego początku epidemii był szpitalem jednoimiennym, oddział zakaźny jest cały wypełniony, a w stworzonym dodatkowo zaraz zabraknie wolnych łóżek).

Chciałam jak najszybciej znaleźć się w swoim domu na wsi. Zacząć żreć żelazne produkty również w postaci tabletek. Poczuć się bezpiecznie, odizolowana od wszelkich niepożądanych dźwięków. Jakieś dwanaście kilometrów od domu dorwał mnie telefon od Taty. Widocznie uznał, że już dojadę spokojnie i poinformował mnie o kwarantannie Dzieci Młodszych. Zadzwoniłam do Miśka. Potwierdził, nic mi nie mówił wcześniej, mimo iż rozmawialiśmy dwa razy przez telefon w tym dniu, bo chciał, żebym dotarła bez uszczerbku do domu… A ja nie zwróciłam uwagi, a raczej gdzieś tam w tyle głowy miałam wrażenie, że w czasie tych rozmów jego głos był przygnębiony. Ale wszyscy już byliśmy zmęczeni, a Misiek ma jeszcze na głowie Dziadka i firmę, a to wybuchowe połączenie. A synapsy w mojej głowie już dawno straciły jakiekolwiek połączenie… No cóż. Widzieliśmy się w sobotę, siedząc blisko przy stole, w poniedziałek w mieszkaniu jedząc sushi, a potem jeszcze w moim aucie, bo Misiek mi sparował nowy telefon. U mnie była Aliś, jej Mama, była też PT, która zawiozła mnie do szpitala. Nie, nie dopuszczam myśli, że jestem zarażona. Ale już za Atę nie dam głowy. Zbyt bliski kontakt, codzienny, wielogodzinny z osobą zarażoną. I boję się o Tatę.

Straciliśmy czujność. Izolujemy się od obcych, ale w swoim środowisku, czy to prywatnym, czy zawodowym już nie. To już nie są tylko wiadomości, że ktoś tam, gdzieś tam jest na kwarantannie. Już chyba nie ma osoby, która by nie znała kogoś zakażonego. Pętla się zacieśnia, a zaraz pół Polski będzie w izolacji.

Ciężkie czasy. Trzymajcie się zdrowo!

P.S. Jeśli nie zwariuję od tego wszystkiego bądź nie otulę się szczelnie pledem depresyjnym, to będzie cud!

Ekspresowy szatan…

Pokrzyżował nam plany i napędził strachu. A plan był taki, że Dziecka Młodsze przyjadą i porozmawiamy na poważne sprawy przy sałatce tradycyjnej- jarzynowej. Sałatki nie zdążyłam zrobić, bo zadzwonił stolarz, że jak mi pasuje, to może przyjechać i zamontować mi nowy blat na stół kuchenny. Pan Tomek to bardzo sympatyczny fachowiec, który swoją wizytą uszczęśliwił mnie bardzo, bo z tym blatem wcale prosto nie było. Taki jaki sobie umyśliłam to już przestali produkować chyba jestem staroświecka , więc żeby mnie zadowolić, wymyślił, że sklei mi z płyt, z których robi się meble, ale wszystko trwało i powoli nabierało mocy, bo musiał te płyty szukać po świecie i sprowadzić, a w międzyczasie zrobić pierdylion mebli innym klientom. Jak już wspomniałam to bardzo sympatyczny człowiek i gaduła, a jak dwie gaduły się spotkają, to sobie muszą pogadać. Polubił mnie, bo ja z reguły jestem bezproblemową klientką niewydzwaniającą co pięć minut i ponaglającą, choć termin ustalony, jeśli tylko ktoś mnie nie robi w balona. Pan Tomek z góry uprzedził, że to się w czasie rozwlecze, ale mnie to akurat nie przeszkadzało, bo byłam szczęśliwa, że w ogóle kogoś dorwałam; sam z siebie przyznał, że mógł już być tydzień temu na montażu, ale zapomniał odebrać płyty jak był w ŚM, gdzie specjalnie dla niego sprowadziła jakaś hurtownia. Pan Tomek wyszedł i zaraz Dziecka się pojawiły, kiedy w misce były zaledwie trzy produkty na sałatkę, więc do efektu końcowego daleko… jak i do tej opowiastki. Dziecka już w progu oznajmiły, że zaraz muszą wracać, bo dosłownie przed chwilą dostali telefon od Dziadka, że trzeba po niego pojechać, bo jest u klienta poza DM i zasłabł, więc boi się sam prowadzić samochód. Na szczęście nie musieli zawracać z drogi, będąc dwa kilometry od naszego domu, bo w DM była Tuśka i miała bliżej, żeby pojechać po niego. No, ale ogólnie to byliśmy zmartwieni, przerażeni i w ogóle… Tuśka jak zadzwoniła, to też nie miała za dobrych wieści, bo Tata jeszcze wymiotował. I uparcie chciał wracać na ranczo. A klientowi, który chciał wezwać karetkę, oznajmił, że on do szpitala nie pojedzie umrzeć, że jak już, to woli w domu. Taki klimat. A wszystko to przez… szatana! Z ekspresu. Do czego przyznał się gospodarz Tuśce, mówiąc, że zaserwował dość mocnego. Tata przez całe życie nie pił kawy, od dwóch może trzech lat pije jedną rano, rozpuszczalną z jednej płaskiej łyżeczki. Z mlekiem. A tu go poczęstowano prawdziwym szatanem, mocnym i aromatycznym, więc odleciał- spadł z krzesła. Takie były nasze podejrzenia, jak już się dowiedzieliśmy o tej kawie, bo jak Tuśka zawiozła go na ranczo i zmierzył ciśnienie, to miał podwyższone. A po upływie krótkiego czasu już czuł się lepiej, a ciśnienie spadało. Zrobiliśmy też telefoniczną konsultację z Rodzinną i skończyło się tylko na… melisie. Ale co nas nastraszył, to mu nikt nie zabierze, mieliśmy już różne przypuszczenia i wersje postępowania… Udało nam się przynajmniej rozstrzygnąć jedną z drażliwych spraw, tak żeby wszyscy byli w miarę zadowoleni. I tu muszę wyrazić duże uznanie dla Dzieci Młodszych, bo wyszli z propozycją nie do odrzucenia. Ach, jestem z nich dumna, że są tak poukładani i mądrzy! O! Bylibyśmy już w pełni rodziną, ale żadne przesunięcie ślubu w czasie nie zmieni tego, że od dawna traktujemy Atę, jak pełnoprawnego członka naszej rodziny. No niestety, musieli się szybko zbierać, bo Misiek musiał pojechać po auto Taty. W międzyczasie zadzwonił do mnie sam sprawca całego ambarasu, i oznajmił, że czuje już się dobrze. Potem dostawałam SMS-y od Aty, która po przyjeździe od razu pojechała na ranczo i pilnowała dziadkowego ciśnienia i czy pije melisę, a Misiek podrzucony przez kolegę do dziadkowego klienta wracał już jego autem, gdy zadzwoniłam z ostatecznym potwierdzeniem naszej decyzji. Ufff…. to był zwariowany dzień. Ale dobrze się skończył.

I pięknym zachodem słońca, które podziwiałam z okna sypialni..

w mojej wsi latają kąsające skrzydlate, więc widok zza krat ;p

Ale wcześniej oglądałam finał i naszą mistrzynię w Wielkim Szlemie. Matkojedyna jak ja zazdroszczę takiego mocnego uderzenia, serio. Próbowałam. Nic z tego, rakieta mnie pokonała. Unieść uniosłam, ale machnąć się tak, żeby piłka tenisowa doleciała za siatkę…hmmm… Zawsze byłam słaba w rękach, nie dla mnie jakieś stanie na nich bądź rozgwiazdy czy inne gwiazdy… Tak że tak… No, ale też nikt mnie na kort nie zaprowadził w wieku czterech lat ;pp

A Tata to powinien pić codziennie wiadro melisy. Mam nadzieję, że jedno zmartwienie już mu spadło z barków, choć to typ, który zaraz znajdzie sobie trzy w zastępstwie.

I tak obecność covidu w naszej wsi odeszła na dalszy plan (Najmłodsi wraz ze swoim tatą są na kwarantannie), choć niezupełnie, bo Rodzinna, choć ma szczepionki przeciw grypie to z obawy, iż coraz więcej pacjentów wysyła na kwarantannę, nie chce przyjeżdżać i narażać własnej mamy, więc OM będzie musiał udać się do niej. Na razie podobno jeszcze jest czas, aby się zaszczepić. Grunt, że jest czym. Przyjaciółka od kilku dni wydzwania po wszystkich aptekach w DM, ale szczepionek nie ma. Przychodnie niektóre dostały, ale one szczepią w pierwszej kolejności tych, co szczepili się już wcześniej.

Prześmiewczo i na wyrost… trochę…

Kraj nasz zmienił barwy narodowe- już nie jesteśmy biało-czerwoną drużyną, ale żółto-czerwoną. Z przewagą żółci, co mnie jakoś nie dziwi, z różnych względów 😉

Miałam dożyć (udało się!) i wzruszać się na ślubie i bawić się na weselu syna, zapamiętać datę 9.10.2020 na całe życie, a zaczynam się zastanawiać, czy to właśnie nie pora, żeby popełnić testament, bo skąd będą wiedzieć, że mam zaskórniaki schowane w starym sokowniku? Skorupiak w przeciwności do covidu nie zetnie mnie z nóg nagle, a z tym wirusem nic nie jest pewne. Pewne jest to, że nauczycielka Pańcia ma test pozytywny i przechodzi dość objawowo. Żeby było bardziej dramatycznie, to jej syn jest w klasie Pańcia. Jak dodamy do tego panią katechetkę, która leży obłożnie chora już drugi tydzień i nie może wyegzekwować testu na covid-19, to łańcuszek powiązań i kontaktów robi się dłuższy.

Dowiedziałam się pocztą pantoflową, bo nauczycielka poinformowała rodziców uczniów, którym udziela korepetycje. I tak wyszło, że to ode mnie dowiedziała się Tuśka, a nie ze szkoły. Zaraz to potwierdziła urzędowo, a szkoła milczy, bo czeka na decyzje sanepidu. Najprawdopodobniej uczniowie wraz z rodzinami, którzy mieli kontakt z panią do wtorku włącznie będą mieć kwarantannę. Do piątku. Pańcio miał ostatnią lekcję we wtorek. W środę był u nas… Tuśka w drodze do DM… sanepid jeszcze jej nie dopadł.

No nic, jak nie będę mieć objawów do poniedziałku, to chyba tym razem nam się udało…

Już widziałam…

…światełko w tunelu, bo pewne decyzje zostały podjęte, jakiś plan naszkicowany i przynajmniej jeden kłopot byłby ogarnięty, a tu do tych wszystkich trosk ciężkiego kalibru i obaw jeszcze korona w naszej wsi… Ech. I po co się cieszyłam jak gooopi do sera, że u nas najmniej zakażeń? Bzdura. Najmniej to w naszym województwie robi się testów.

w naszej wsi oprócz korony są i kosy, buszujące w…

A wiecie, co jest w tym wszystkim najbardziej przerażające, że ludzie nie informują, a ci co informują, to się obawiają, żeby nie wyszło, że to od nich ktoś się dowiedział. To wszystko chore jakieś, jakby wstydem było zachorować albo ludzie się obawiali, że zostaną wyklęci i wywiezieni ze wsi na taczkach… Ileż ja dziś rozmów telefonicznych odbyłam, że to jest słuszna postawa- poinformować. Tuśka jednej koleżance, która ją poprosiła, żeby nie mówić, iż ma covid, napisała ty durna babo! Powinnaś to na fejsie ogłosić. Dowiedziawszy się, że była u swoich rodziców w weekend w niewielkiej miejscowości, gdzie Tuśka ma biuro i codziennie przyjmuje petentów, stwierdziła, że od poniedziałku zastosuje ograniczenia kontaktów z petentami. No, ale teraz sama pewnie w tym biurze nie będzie przez jakiś czas…

Zdrowia dla Was 🙂

Chrzanić to!…

Próbuję. Aczkolwiek z kiepskim skutkiem. Może gdybym wyłączyła telefon, a najlepiej wyjechała gdzieś, gdziekolwiek i odcięła się nie tylko mentalnie, ale i fizycznie. Najlepiej w miejsce, gdzie nie ma zasięgu. Znam takie. Dawno temu miało być nasze… Ale jak to bywa, plany uległy zupełnie zmianie i to bez naszego udziału. Nasze były tylko mrzonki. Dziś kolejne się sypią, więc już nie ma planu A, ani B… Przyzwyczajona od lat, żeby nie planować, nie za bardzo mnie to rusza, ale jestem w środku cyklonu i obrywam rykoszetem. I mam dość!

Zamknęłam się w sobie i zarządziłam, że choć jestem fizycznie, to mnie nie ma! Bo co za dużo to nie zdrowo. Każdy ma nerwy napięte jak postronki, wystarczy nie ten ton głosu, nie takie słowo i wszystko puszcza… Ja wysiadam z tego pociągu, który gna nie wiadomo dokąd.

Czasem mi żal. A potem przypominam sobie słowa i żal zamienia się we wściekłość. Niech się wszyscy dogadują między sobą albo i nie, ale bez mojego udziału. Nie będę ani sędzią, ani adwokatem czy prokuratorem. W sprawie. Niejednej zresztą, bo to jakaś kumulacja nastąpiła. A na to jeszcze nakłada się pandemia, bo o skorupiaku to już nawet nie wspomnę.

Łapię jesienne promyki słońca, wystawiam twarz i dłonie… chodząc po ogrodzie, czy siedząc na ławeczce u Mam…

krzaczek kupiony i wsadzony późną wiosną zakwitł w październiku 🙂

Zamówiłam kolejną fotoksiążkę dla Zońci- z drugiego roku jej życia. Miałam frajdę przy projektowaniu do czasu… kiedy przy ostatnich trzech stronach wystąpił błąd (pewnie coś kliknęłam nie tak) i choć projekt był zapisany i widoczny na moim koncie, to się nie otwierał, tylko się wyświetlał znienawidzony error 404. Na szczęście nie musiałam ponownie pobierać zdjęć, więc kolejny projekt poszedł szybciej, również dlatego, że miałam już go w głowie… A podczas tej pracy wkopałam kuriera, bo choć rzadko mi się zdarza, to tym razem odebrałam emilkę z prywatnej poczty od razu jak tylko przyszła, a w niej informacja, że kurier nie zastał nikogo pod wskazanym adresem i będzie próbował dostarczyć paczkę w kolejnym terminie. Noszzz! Zagotowałam się, bo nie ma opcji, żeby nie zastał, gdyż przez 6 dni w tygodniu od 5 do 21, nawet jeśli ja byłabym na Seszelach, to zawsze jest komu odebrać przesyłkę pod tym adresem! No, ale akurat nie znajdowałam się na rajskiej plaży tylko na własnej kanapie, a raczej łóżku i ciężko pracowałam… Zadzwoniłam do dziewczyn, czy był kurier. Nie, nie było. To zadzwoniłam na infolinię po uprzednim wpisaniu pierdylion razy literek i cyferek z obrazka, aby uzyskać telefon do kuriera. Ni chusteczki, debilem nie jestem, a i tak za każdym razem wyskakiwało, że zrobiłam to nieprawidłowo. Taa… Zońcia pewnie by potrafiła, bo to nie były żadne połamańce i zamazańce… Pan z infolinii poprosił, żebym chwilę poczekała, on już dzwoni do kuriera, po czym usłyszałam kobiecy głos w słuchawce i musiałam jeszcze raz wyłożyć po co dzwonię, pani poprosiła o chwilę (kolejną dawkę) cierpliwości, po czym oznajmiła, że właśnie kurier dostarczył paczkę. Nie, nie zatkało mnie. Pani przeprosiła mnie, że kurier się po prostu pomylił i zamiast wysłać emilkę, że dostarczył, to wysłał, że nie dostarczył. Tyle że zrobił to przed przybyciem na miejsce. Ot, taki szczegół…

O komunikacji…

A właściwie komunikowaniu się. Plum, klik… odgłos przychodzącego SMS-a, wiadomości na komunikatorach internetowych czy emilki na poczcie, to codzienność. Większość słyszalna i odbierana od razu i najczęściej w miarę możliwości zwrotna wiadomość płynie zaraz po łączach. Tak jest u mnie. Owszem, zdarza mi się nie słyszeć, nie widzieć, nie mieć możliwości przeczytania czy odpisania, ale staram się robić to jednak bez specjalnej zwłoki. Przede wszystkim przeczytać, choć zawsze wychodzę z założenia, że z pilnymi sprawami to i tak Bliscy do mnie zadzwonią (dlatego jadąc autem nie wyciągam z torebki telefonu, jeśli w ogóle usłyszę sygnał przychodzącej wiadomości), jeśli zbyt długo nie odpowiadam. Ale to miłe, jak się widzi, że ktoś przeczytał wiadomość od ciebie, nawet bez konieczności odpowiadania. Bo umówmy się, nie zawsze trzeba odpowiadać przecież.

Mam koleżankę, która SMS-y odbiera po kilku dniach, bo ich po prostu nie widzi. I ma tak od zawsze. Myślałam, że z WA będzie inaczej, bo sama sobie założyła i się odezwała. Nasza komunikacja polega na tym, że wysyłam jej wiadomość na WA, po czym na drugi dzień wysyłam SMS-a, a na trzeci dostaje odpowiedź zwrotną i tu, i tu 😀 Na szczęście nasze wiadomości nie dotyczą spraw newralgicznych, od których zależy życie, byt czy inne dobrostany ;pp Z dwoma moimi przyjaciółkami każda próba pisania i tak się kończy długą rozmową telefoniczną, a z trzecią spotkaniem.

A jak u Was z tą komunikacją? Odpisujecie od razu?

Przyjaciółka ma w planach wakacyjny wyjazd zagraniczny, o ile covid nie pokrzyżuje planów. Akurat w tym terminie, w którym zamierza korzystać z ostatnich promieni słonecznych nad Morzem Śródziemnym, ma wyznaczony termin kontrolnej wizyty poszpitalnej w poradni specjalistycznej. Postanowiła go przełożyć. Usiadła z telefonem w ręku i zaczęła dzwonić. Prawie oniemiała ze szczęścia jak po trzecim wybraniu numeru ktoś odebrał telefon, ale zanim cokolwiek powiedziała, to usłyszała: proszę chwilkę poczekać. Czekała. Słysząc rozmowy. A raczej narzekania- na pacjentów, na lekarzy, na życie ogólnie. Mijały sekundy, minuty… po trzydziestu zerwała się z kanapy, wzięła kluczyki od auta i wyruszyła do przychodni. Po dziecięciu minutach z telefonem w ręku znalazła się przed okienkiem i obliczem pani z rejestracji, mocno zdziwionej na jej widok z pytaniem a co pani tu robi? To ja właśnie do was dzwonię, odpowiedziała pokazując na telefon, od czterdziestu minut. Pani rozłączyła połączenie bez słowa. Po czym całą tę kuriozalną sytuację zgoniła na koleżankę, którą zmieniła, jakby chciała przekonać, że pacjentka miała pecha dzwoniąc podczas zmiany personelu. Przyjaciółka jednak nie dała się zbyć i dała upust swojej irytacji, bo przecież cały czas słyszała czym się zajmowały „zmienniczki”- bynajmniej nie przekazaniem sobie służbowych informacji. W odpowiedzi usłyszała, że wcale nie musiała informować, że w tym dniu jej nie będzie u lekarza. Noszzz to dopiero rozsierdziło moją przyjaciółkę. Na termin czekała pół roku, na pilne planowe operacje ludzie czekają nawet cztery lata, więc jak ktoś wyskakuje z grafiku, to inna osoba może skorzystać, a tu taki tekst, że nie musiała się pani fatygować. Musiałam, żeby ustalić nowy termin mojej wizyty, wysyczała, kiedy z wrażenia wszystko jej opadło.