Frustracja…

Mam wrażenie, że frustracja opanowała internety. Wylewa się z każdej strony i nie ma żadnego  wpisu, informacji, które by ominęła. I nie chodzi mi o zwykły hejt, pod  którego pojęciem rozumiem bezmyślne wylewanie pomyj-  najczęściej przez młodych ludzi, co to dla hecy piszą, co im ślina na język a właściwie  pod palce na klawiaturze przyniesie- bądź wykonywanie usługi dla tych czy tamtych  pod zmyślonym nickiem i w ten sposób dorabianiem sobie.  Nie. Myślę o tych wszystkich z imienia i nazwiska zwykłych ludziach, którzy   do tej pory żyli sobie spokojnie, i jedynie jak już, to spode łba i zazdrością w oku patrzyli  na sąsiada, który akurat kupił  nowe auto, lub na koleżankę z pracy, której mąż zafundował rajskie wakacje, czy na kuzyna, który dostał lepszą pracę, i oczywiście na wszelkiej maści celebrytów co to nic nie robią, tylko się lansują i  trzepią z tego kasę,  a wszelkich pasjonatów uważali ewentualnie za nieszkodliwych dziwolągów.  Trochę zazdrości, trochę zawiści- taka norma polska- tłumionej w sobie, ewentualnie gdzieś się tam wymsknęła  w towarzystwie. Nieszkodliwa, oprócz dla nich samych, bo jeśli nieujarzmiona to zżerała od środka.

I nastały internety, portale społecznościowe,  i nagle ludzie zobaczyli, że jeden z drugim z podwórka  bliższego i dalszego posiada jakieś talenty, pasje, pewne zasoby. Ktoś pisze książki i są wydawane, inni podróżują i ciekawie o tym opowiadają, drudzy robią rękodzieła, które budzą uznanie, fotografują…możliwości bez liku. Żyją piękniej, ciekawiej niż oni, a przynajmniej tak to odbierają, więc złość się zbiera i dają jej upust w niewybrednych komentarzach, wylewając nagromadzoną żółć. Tak naprawdę tę agresję może spowodować nawet ilość lajków bądź ich brak…Cokolwiek…a podłożem jest własne życie. Zamiast szukania w sobie powodów niezadowolenia, podjęcia prób zmiany, to lepiej wyładować się za swój los na innych, i dalej nic nie robić.

Przerażająca jest ta siła wirtualnego świata, jaka zawładnęła niektórych. Chęć zaistnienia za wszelką cenę.

 

Skąd ten temat? Tak mi przyszedł do głowy, kiedy wczoraj wróciłam z poczty, wcześniej zatargawszy do wysłania siedmiokilową paczkę. Dom- poczta-dom. Już na schodach się zatoczyłam, ale dotarłam szczęśliwie na kanapę i w ubraniu, zdejmując tylko czapkę, padłam, po tej jakże wyczerpującej misji. I jakże frustrująca myśl, że  teraz to tylko przede mną już takie osiągnięcia, kiedy inni zdobywają…szczyty. No i mogłabym się wściec na chorobę, los i czort wie jeszcze na co i kogo, dając upust swej irytacji. Pewnie by ulżyło. Pewnie tak to działa.  Ja się roześmiałam.

 

Nie do śmiechu mi jak widzę to całe niedyplomatyczne zamieszanie wokół ustawy o IPN, kolejnego bubla., mimo dobrych intencji. Czy obecni rządzący potrafią cokolwiek stworzyć tak, żeby nie wywołać konfliktu? Mam takie wrażenie, że ten rząd chce wszystkim, nie tylko swoim obywatelom,  poprzez zakazy, nakazy oraz kary meblować życie, a w tym przypadku układać po swojemu prawdę historyczną, poprzez kneblowanie choćby ust, tych co drążą i w pewnych aspektach widzą ją inaczej.

Paradoksem jest, że absurdalna fraza  „polskie obozy śmierci”  poprzez  całkiem niepotrzebną wojenkę medialną, rozpowszechniła się po całym świecie. A przecież dla każdego, kto zna historię, jest oczywistym to, że  w wielu krajach europejskich były rządy kolaborujące z Niemcami, ale nie było wśród nich  państwa polskiego. Zamiast edukować,  rozpowszechniać  tę wiedzę, tak aby takie stwierdzenia więcej nie padały, ustawodawcy poszli na skróty.  Jak już wypuszczono tego dżina z butelki, to nagle zapowiadają dialog, debatę, tak jakby nie można było od tego zacząć.  Przewidzieć konsekwencję. Tyle, że jeśli ten dialog ma prowadzić m.in. minister Jaki, to…spuszczam kurtynę milczenia, bo staram się być kulturalną osobą.

 

 

 

Reklamy

Zwykłość…

Dnia…

Jajko na miękko od własnej zielononóżki oraz zimne nóżki przywiezione w miseczkach od Mam. Nikt takich pysznych nie robi, zresztą te ze świnek to jem tylko mamine- tak już mam. Sama nigdy nie robiłam i pewnie nie zrobię. Kawa dla mnie, dla OM herbata, tosty z bułki- nasze wspólne drugie śniadanie. Możliwe, bo jest niedziela…Pierwsze jem sama, w pośpiechu, żeby jeszcze dospać chwilę, OM w tym czasie jest u swojej Mamy,  pilnuje, aby zjadła i wzięła lekarstwa. Jak każdej niedzieli już od jakiegoś czasu…

Krótkie odwiedziny Taty przed wyjazdem do domu, po których zamrażarka pęka w szwach, wzbogacona o kaczora i koguta w wersji już mrożonej.

Za oknem leje, potem wieje, i przez chwilę wygląda, że jest szansa na przejaśnienie, że słońce się w końcu przebije. Na chwilę. Za nim się ogarnęłam, pogoda zdążyła się popsuć, więc spacer odwołany.

Książka, skoki, film,  i mija niedziela. Zwyczajnie. Bez fajerwerków, bez niespodzianek. Spokojnie.

Kiedyś nie do pomyślenia. Dziś ta zwykłość i spokojność każdego dnia jest bezcenna. Nanizuję jak drogocenne koraliki  kolejny dzień na sznur zwany życiem z uśmiechem, że jest już tak długi, i z nadzieją, że jeszcze przez chwilę będę to robić, jednocześnie dziękując losowi, że to, co mogło być niemożliwe- stało się…

Nie denerwuje fakt, że znowu jest poniedziałek, może tylko trochę smuci, że czas tak szybko mija…

Sześć lat temu popełniłam taki oto POST 🙂 Dziś jestem szczęśliwa, że wciąż jestem obecna. I mam nadzieję, że jeszcze kiedyś popełnię podobny…

***

Dostaję od Miśka wiadomość treści: Tymczasem na dzisiejszym egzaminie z ogrzewnictwa…i dołączony filmik, a na nim mężczyzna w średnim wieku, mocno już łysawy, w okularach,  „złapany” jak wyciąga ściągę z rękawa swetra  i po chwili chowa z powrotem…podpisany: Chłopie, ile Ty masz lat?  

Ściągaliście?

 

 

 

Żandarm…

w spódnicy, chciałoby się napisać ( i się napisało), ale to nie do końca adekwatne, bo obie z Mam lubimy chodzić w spodniach- ja bardziej.  Najbardziej.  Najczęściej. Praktycznie non stop. I pewnie dlatego tak mnie zdumiała informacja o braku posiadania jakichkolwiek spodni przez Osobę, która oznajmiła, że nie zakłada  ich od ukończenia szkoły średniej. W ogóle! No jak dla mnie to rzecz niepojęta,  a przede wszystkim niewygodna ;). Mogę tylko podziwiać!

Ale ja oczywiście nie o tym chciałam… Ale tak na marginesie, pamiętacie filmy z Luisem de Fine i czy Was śmieszyły, bo mnie tak. 😀 Najbardziej zapadł mi w pamięci „Żandarm się żeni”, bo byłam na nim w kinie Kosmos z mamą, i to był pierwszy film z tym aktorem jaki widziałam. ( Kino Kosmos już nie istnieje, ale budynek wpisany został w rejestr zabytków i odrestaurowany, oddany pod działalność kulturalną, ale w części też skomercjalizowaną- takie czasy. Na dodatek przed frontem od głównej ulicy wyrósł nowoczesny budynek- biurowiec, który zasłania zabytek).

Kino_Kosmos_196779_Fotopolska-Eu

stare zdjęcie z sieci

Wracając do żandarma ( jeszcze nietytułowego) to  nie pamiętam tytułu filmu, ale  przed oczami mam Luisa jadącego na koniu w kapeluszu sombrero i pomponikami, które mu  majtają przed  oczami 😀 Smieszny gość.

Żandarm z zegarkiem w ręku razy dwa- tak powinien brzmieć tytuł postu;) O!

Odkąd  poziom cukru u Taty jest powyżej normy i musi brać tabletki i uważać co je ( na szczęście w moczu czysto, a inne parametry w normie, co raczył mi oznajmić w słowach: mam wyniki  noworodka 🙂 ), Mam stoi jak ten żandarm i pilnuje godzin brania leków, a właściwie tego, żeby w ogóle je wziął. Po pięćdziesięciu latach małżeństwa przyszło jej robić  drugie śniadanie mężowi do pracy,  bo do tej pory jadł coś na mieście, i stoi na straży, żeby je zabrał ze sobą. Ostatnio nawet zrobiła  kawę w kubku termicznym, bo chciał. Kubek i zapakowane śniadanie zostawiła na stole w kuchni, obok siebie. Tata wziął  śniadanie, o kubku zapomniał, ale Mam jako ten żandarm, jak tylko usłyszała, że  otwiera drzwi wyjściowe, ruszyła sprawdzić i zdążyła krzyknąć, żeby wrócił, bo zapomniał o kawie. Wrócił. Wziął kawę i…nie wziął śniadania, które zostawił na krześle kuchennym. Tym razem mama dorwała go, jak był już przy windach. Jak on to zrobił, nie wie…ale od lat wie, że trzeba patrzeć mu na ręce, jakkolwiek to brzmi ;). Tym razem dając  koszyk   z jedzeniem i lekami na wieś, odczekała z zegarkiem w ręku 5 minut od wyjścia, licząc ile  zejdzie zjechanie windą, otworzenie garażu, wyprowadzenie auta, zamknięcie garażu i ruszenie…Dzwoni…i słyszy: melduję, że koszyk w bagażniku.  Gorzej jak z dzieckiem.  Ale choć nie rozumie dlaczego nie jest zdrowy ( cukier, nadciśnienie) przy tak dobrych wynikach, to w końcu zrozumiał, że pewnych rzeczy mu nie wolno jeść, i się nie buntuje. W końcu zamienić  herbatę z cytryną z czubatą łyżką miodu na gorzką kawę, to nie lada wyczyn ;). Ale jeszcze większym jest porzucenie redbulli, które jak twierdził, dodawały mu skrzydeł do pracy i był głuchy na nasze prośby i groźby, aż w końcu zrobił wyniki…

Z kolei ja, jak ten żandarm, pilnuję …czasu. Wiem, że dyscyplina jest szansą, nadzieją na jego maksymalny wymiar. Jego długość nie jest rewelacyjna, ale może jak będę  zdyscyplinowaną pacjentką, to uda się pobić rekord? Zmiażdżyć wyniki, które mówią, że piguły blokują dzielenie się komórek nie dłużej niż przez trzy lata. Za mną już rok, przede mną…Nie wiem ile czasu, i nikt nie wie. Na razie kolejny raz wyszłam z pigułami i mam przed sobą 4 tygodnie względnego spokoju- do kolejnego badania TK. Wyniki krwi- oprócz HGB-6,6 z tendencją spadkową od ostatniego toczenia- przyzwoite, nawet płytki w normie, co mnie cieszy.

Jednodniowy wyjazd, nawet z osobistym kierowcą wyprał mnie całkowicie z sił, więc padłam na łóżko półżywa. Pogoda smętna, mżawka i mgły. I tak kolejny dzień. A gdyby chociaż przez dwie godzinny dziennie świeciło słońce, to od razu energia byłaby inna. Lepsza.

Miłego weekendu! 🙂

P.S. Mam chyba dobrego męża, bo jak spałam to rozebrał choinkę i wyniósł ją  z domu. Tylko się tak zastanawiam czy przymknąć oko na to, że wszystkie ozdoby pozostawił na sofie ( luzem), czy jednak  zasugerować, że jak się  już coś robi, to do końca…?

Po kolędzie, czyli coraz bliżej wiosny ;)

Akurat latałam góra-dół ze ścierką, bo jakoś tak od weekendu nie miałam  natchnienia, a późnym popołudniem miał  przyjść  ksiądz po kolędzie- choć wiedziałam, że i tak  nic by sobie  nie pomyślał, pewnie nawet by nie zauważył, ale ze zwykłego szacunku dla gościa, (zamierzałam również ogarnąć swój wizerunek,  zrzucając porzucając domowy dres  i wbijając się w bardziej odpowiednie szaty,  wcześniej biorąc kąpiel, aby się wypachnić-)  -postanowiłam zlikwidować kurz, który już się rzucał w oczy…moje…No, więc jak tak latałam po tych wszystkich pomieszczeniach, wiedząc, że OM nie odpuści księdzu i ten będzie musiał  wszystkie zakamarki ochrzcić kropidłem jak co roku zresztą, zadzwonił mój telefon. Widzę, że Tuśka, a słyszę…w pierwszej chwili nie wiem, czy szloch (już zdążyło mi serce podejść do gardła) czy to ja tak dyszę, a może ona. Obie. Szła pieszo, zostawiwszy auto pod blokiem, bo  musiała wrócić się do sklepu, gdyż się zapomniała  i  dla dziadka kupiła  śliwki w czekoladzie, które postanowiła zamienić na …krawat.  Zaproponowałam jej, żeby śliwki przywiozła mamusi, na co usłyszałam, że nie wie, czy nie zje ich po drodze. No i w kogo ona się wdała? ?? A tyle się ostatnio naprodukowałam na temat szkodliwości cukru ;p I zamiast śliwek przywiozła mi kukurydzę z KFC.  No, ale ja nie o tym miałam, tylko o węzłach, w których nie ma nic niepokojącego. W piersiach również, bo lekarz zrobił kompleksowe badanie. Uffff….kamień z serca!

Niech zwycięża radość życia!!!

 

Po kolędzie, więc mogę rozebrać choinkę. Muszę tylko się zebrać w sobie i nie odkładać z dnia na dzień. (Bo się sama rozbierze ;)).  Może mnie zmobilizuje myśl, że jak już rozbiorę, jak pochowam te wszystkie świąteczne ozdoby, to tak jakbym otworzyła szeroko okno i drzwi z zaproszeniem wiosny. Szczególnie że temperatury zapowiadają takie przedwiosenne. Wiem, że zima może jeszcze zaatakować, ale prymulkę już mam- od Pańcia 🙂 Dziwię się tylko, że tak mało ptaków ostatnio widuję na gałęziach drzew- obawiam się, że jastrząb mocno przetrzebił towarzystwo.

Przygotowujemy się jak do wojny na okoliczność braku prądu przez cały dzień. To znaczy, OM się przygotowuje, bo ja spokojnie tłumaczę, że dom się nie zawali, nawet zamrażarka się nie odmrozi, jak nie podłączy  do agregatu, który przywiózł  po to, żeby w firmie  cały sprzęt funkcjonował normalnie, za to ja mogę się zabić  a co najmniej poturbować o te zwoje kabli, co mi porozciągał po całym domu!  Że wystarczy podłączyć piec w kotłowni, by ciepło było, a te kilkanaście godzin bez prądu  się przeżyje- nie pierwszy raz, zresztą. Nie zapomnieć tylko o naładowaniu telefonów. A i  o zapalniczce bądź zapałkach, coby gaz było czym zapalić, a co za tym idzie, żeby kawa nie pozostała w sferze marzeń w tym dniu, a stała się aromatyczną, gorącą rzeczywistością. W końcu wypicie dwóch filiżanek dziennie wydłuża życie o półgodziny.  O!  i tyle. Dobrze, że jeszcze nie zrobił zapasów puszek i suchej żywności  na tę okoliczność ;D

W piątek jadę z OM do DM, jakoś nie mam nastroju siedzieć trzy dni w mieście. I tak bym się nigdzie nie ruszyła z mieszkania ( deszcz i epidemia grypy), a do Mam zajadę i tak. Może jeszcze uda się spotkać z moimi Dziewczynami.

A tak mi się jeszcze przypomniało w związku z wizytą księdza, który jak zwykle pytał się o Miśka, i tak ogólnie rozmowa zeszła  na temat migracji młodych za chlebem  nauką, pracą, że dużo młodych wyjechało do różnych miast, a nawet za granicę  i nie wszyscy wracają…No w każdym razie Misiek nie ma takiego zamiaru.   I tak sobie pomyślałam o znajomych, którzy mają piątkę dorosłych  dzieci- czworo z nich ma już rodziny,  i ze swoimi  rodzinami mieszkają w swoich nowo wybudowanych domach w naszej wsi, a najmłodsze jeszcze w rodzinnym domu. Czyli cała rodzina blisko siebie.  W dzisiejszych czasach to naprawdę rzadkość.

Słodkiego, miłego życia…?

Kilka dni temu trafiłam na program o cukrze i jego szkodliwości. Niby wiadomo, że nadmierne spożywanie  jest szkodliwe, ale nie zdajemy sobie sprawę jak bardzo, i jak  dużo  go spożywamy, nawet wtedy, gdy ograniczamy spożycie słodyczy. Przez lata prowadzono wojnę naukowo-marketingową pomiędzy cukrem a tłuszczem zwierzęcym- co jest bardziej szkodliwe, a co mniej. Wypowiadali się naukowcy sponsorowani przez koncerny spożywcze,  i w tej wojnie, wygrał tłuszcz, jako ten bardziej szkodliwy. Od tego czasu, w  produkcji wielu produktów zmniejszono zawartość tłuszczu w składnikach, za to aby polepszyć smak, dodano…cukier. Dziś jak poczytamy skład na opakowaniach przeróżnych produktów,  to cukier tak właściwie jest wszędzie, choć występuje pod różnym nazewnictwem: fruktoza, glukoza, sacharoza, syrop kukurydziany, syrop z agawy, melasa, syrop ryżowy, dekstroza,  koncentrat soków owocowych…

Również  w owocach!

Owoce jednak są uznawane za zdrowsze i bezpieczniejsze, choć w tym programie  zalecano je jeść w całości, gdyż szklanka soku to tak naprawdę kilka owoców, więc  i spożycie cukrów większe. W każdym razie, w owocach ogólnie jest mniej cukru, który związany jest z błonnikiem; owoce posiadają też witaminy, potas i fitozwiązki.

Program emitowany był dość późno ( może to jakaś powtórka), w każdym razie nie dotrwałam do końca bo mi się oczy zamykały, ale zasypiałam z postanowieniem, że muszę w końcu ograniczyć spożywanie słodyczy. Nie ma że to i tamto!  I nie przestraszyły mnie liczne komplikacje związane z nadmiarem spożywania cukru, typu: otyłość, nadciśnienie, cukrzyca, choroby układu krążenia… W końcu nawet skorupiak mnie nie powstrzymał przed pałaszowaniem słodkości…bo jestem uzależniona!  Więc, co?

Demencja i  choroba Alzheimera oraz negatywny wpływ na jelita i powiązaną z tym odporność.

No proszę państwa, ja już zapominam- co mnie wkurza- i nie chodzi tu  o to, że przy okazji się nachodzę, bo w końcu ruch to zdrowie. Nie o takie zapominanie mi chodzi, które  można zrzucić na roztrzepanie.  Słowa i treści zapominam! No przecież nie mogę dopuścić do tego, że jak  już mi się uda tej starości dożyć, to nawet nie będę o tym wiedziała. No!  No i ta odporność, z która u mnie z wiadomych przyczyn jest taka a nie inna, też do mnie przemówiła…

Taa…

I przyszedł piątek i ciasto w przedszkolu z okazji wiadomego dnia, potem sobota i tort w domu, w niedziele u Teściowej ciasto Rodzinnej i na wieczór od Pańcia ciasto z galaretką i malinami. Każde ciasto z galaretką i owocami działa na mnie jak magnes, więc jeszcze dziś dojadam  do kawy.

ciasto

Za moment urodziny Pańcia i oczywiście tort.

Świadomość jest, konsekwencji brak. I tak od lat.

Za to ostatnio konsekwentnie truję OM głowę, żeby nie zapełniał szuflady słodyczami. I nawet nie ze względu na mnie, ale na niego i Pańcia.  Och, przynosi też do domu owoce, w ilości hurtowej, ale jak im pod nos nie podetknę, to sami nie wezmą, mimo że są na widoku i można się o nie potknąć…dosłownie…

DSCN0182

***

Dzwoni telefon, na wyświetlaczu numer, którego nie kojarzę, odbieram i słyszę bez żadnego powitania: Roksi gdzie jesteś bo mam dla ciebie…i w tym momencie słyszę, a właściwie nie dosłyszę, więc przerywam i się pytam: czekaj, czekaj, co masz?- w głowie myśl, że to wujek- głos podobny- i może przyjechał do domu wiejskiego rodziców i coś ma dla mnie od Mam.  Paczkę opłaconą mam i pytam się gdzie ci ją  zostawić… No i wszystko jasne- kurier! Oprócz tego kto zacz, a zachowywał się jakby mnie znał. Powiedziałam gdzie, no to pa, pa, i tyle. Nie zdążyłam zapytać…Noszzz nie lubię jak ktoś się nie przedstawia!

A co do poczty elektronicznej, to ta blogowa mi szaleje, wrzucając emilki i komentarze według uznania: raz do spamu raz do odebranych i nie ma w tym żadnego schematu. Za to wszystkie komunikaty WodrPressa lądują w spamie. Najczęściej odczytuje je z dużym poślizgiem, za to zmniejszmy zrozumieniem ( chyba). W każdym razie mam nadzieję, że blog nie zniknie, nie zostanie zablokowany, bo czegoś tam nie doczytałam, czyli nie zrozumiałam z angielskiego na nasze. Jak na razie, wiem tylko, że proponują mi co chwilę jakieś opłaty za…więcej gigabajtów, lepszą promocją i takie tam…No promować się za pieniądze to ja na pewno nie będę. Mnie wystarczy to co jest i sam fakt, że to moje miejsce jest wciąż przez Was odwiedzane i czytane. Dziękuję!

Miłego dnia!

U nas słoneczko i plusowa temperatura, więc taki obrazek to już wspomnienie…

DSCN0185

Zapominalscy…

Zaproszenie w kształcie filiżanki brzmiało: Zapraszamy Babcię z Dziadkiem na wspólną przedszkolną herbatkę…Podekscytowana, bo to mój debiut (wcześniej mi los rzucał kłody pod nogi) odpaliłam Julka i ruszyłam do przedszkola. Pańcio jak to ma w zwyczaju, już w oknie wypatrywał i machał radośnie. Na sali przy małych stolikach i jeszcze mniejszych krzesełkach siedziały już  babcie i dziadkowie, z przewagą tych pierwszych. (Statystyki, dla dziadków są niekorzystne, to oni zazwyczaj szybciej opuszczają ten padół łez). Na stolikach do wyboru kawa i herbatka, i pyszne domowe ciasto.

dzień

Przysiadłam przy jednym, po chwili dosiadła się do mnie druga Babcia Pańcia, a Dziadek stanął z boku. Weszły przedszkolaki i zanim zaczęły się występy, już po reakcji Pańcia widziałam, że i Dido dotarł.  A zaczęły się radośnie i z przytupem… I bardzo nowoczesne teksty, o tym, że kiedyś babcia z dziadkiem bili się o łopatkę w piaskownicy, a teraz dziadek zmywa naczynia, a babcia siedzi przy komputerze, albo biega do miasta na…tańce, w międzyczasie urodziła mamę i tatę i stąd się oni wzięli- wnuki :))- to tak w skrócie, bo byłam tak wzruszona i uśmiechnięta, że nie pamiętam, ale sobie ponagrywałam,  szczególnie jak jakaś dziewczynka zawładnęła Pańciem i pięknie z nim tańczyła :))) Nagrałam coby mieć pannę na oku, przeprowadzić babcine dochodzenie, czy to dobra partia, coby mi się chłopak już w przedszkolu nie zmarnował przez ślepą miłość! No a jak po skończeniu części artystycznej przyszedł z prezencikiem i laurkami i wtulił się we mnie, to łzy poleciały standardowo! Trwało to chwilę, potem ruszył do Dida. Tak się zakręcił, że zapomniał o drugich dziadkach, ale to dlatego, że drudzy dziadkowie mają w przedszkolu jeszcze jednego wnuka, w tym samym wieku…No i wybuchła mała „aferka”, bo jedna laurka była ze zdjęciem i druga Babcia, widząc, że ja taką posiadam, a ona ma tylko laurkę ze zdjęciem jednego wnuka, a przecież ma dwóch! Najpierw podejrzewała, że Pańcio nam  dał dwie takie same i mamy w nadmiarze, ale jak się okazało, że nie, to przywołała Panią Przedszkolankę, żeby wyjaśnić (a ja się śmiałam do Pani, że zaraz będzie tu miała walkę babć na plastikowe łyżeczki z braku noży :D- chciałam oddać swoją, ale nie wzięła). No i okazało się, że mieli tylko po jednym egzemplarzu zdjęć, które robione były przy okazji jesiennej sesji przez profesjonalnego fotografa.  Tak to bywa, jak babć i dziadków jest komplet! Podobno w niektórych przedszkolach w okolicy zapowiedziano, że mają przychodzić po jednym egzemplarzu, bo się nie pomieszczą! Uważam to za skandal, bo to zwyczajna segregacja babć i dziadków. No!

Fajnie też było powspominać z Paniami Przedszkolankami, bo dwie z nich pamiętają moje dziecka, jak chodziły do przedszkola. Tuśkę  widują z racji Pańcia, ale Miśka nie, i jak któregoś razu przyjechał po siostrzeńca, to ledwo go poznały, a on zabłysnął: to panie jeszcze tu pracują??? ;ppp Normalnie jak jakieś dinozaury czy cuś ;p

Fajnie być babcią! Dzisiejsze babcie są inne niż nasze babcie, bo i inne czasy  dziś mamy, ale to wcale nie znaczy, że wtedy nie potrafiły  nadążyć za wnukami. Babcie zawsze szły z duchem czasu i pomagały odkrywać i zrozumieć, oswajać rzeczywistość, a przy okazji uczyły historii, będąc  kopalnią wiedzy jak dawniej było. I wtedy i dziś same uczyły się pewnych rzeczy od wnuków, bo to taka wymienna relacja! Fakt, że dzisiejsze babcie w większości to wciąż pracujące kobiety, mające nie tylko życie zawodowe, ale również i swoje pasje. Nie przeszkadza im to w czynnej opiece nad wnukami, w spędzaniu z nimi czasu, może nie zawsze tyle ile same by chciały, bądź chcieli ich rodzice i sami zainteresowani, ale starają się, jak mogą! Czasem bywa to trudne logistycznie, bo dziś wnuki wraz  z rodzicami mieszkają często nie tylko osobno, ale w dużych  odległościach, a często poza granicami kraju. W każdym razie mieć babcię i dziadka to tak jakby mieć skarb! Przecież jak sami sięgniemy do wspomnień, to te często wracają do naszych babć czy dziadków i najczęściej pięknie i ciepło nam się kojarzą.  Bo to już jest naukowo udowodnione, że niezależnie od zaangażowania- codziennego czy od święta- to babcia i dziadek mają więcej cierpliwości, spokojności, wytrwałości niż mieli kiedyś do swoich dzieci. I tak się dzieje z pokolenia na pokolenie.

Wszystkiego najlepszego dla wszystkich Babć i Dziadków! Bądźcie dla swoich wnucząt fajnymi, najlepszymi pod słońcem!

Muszę się przyznać, że nie bardzo rozumiem tych kobiet, które nie chcą za wcześnie zostać babcią. Oczywiście w tym sensie, że wnuki niby postarzają. Uważam, że wręcz przeciwnie!

Oczywiście, Pańcio już nie został w przedszkolu, tylko wrócił ze mną, a po drodze zatrzymaliśmy się u LP, i tam z jej synkiem i wnuczką pobawił się w jakąś grę, a ja oprócz dwóch kaw zostałam uraczona łazankami z kapustą kwaśną, jak lubię. I to moje pozerstwo- dokładka- pewnie było przyczyną późniejszych dolegliwości. Coraz częściej się łapię, że po zjedzeniu mam jakieś sensacje, najczęściej bólowe i to niekoniecznie żołądka, wiec w sumie to już sama nie wiem…Do bólu też się można, jak widać przyzwyczaić…bo nie zawsze się skupiam na nim.

W domu czekała na mnie niespodzianka…Konkretna, tak jakby Mikołaj się obudził i stwierdził, że byłam grzeczniejsza niż mu się wcześniej wydawało ;).

Mam wczoraj  zadzwoniła z pytaniem, czy aby Mikołaj przypadkiem nie zapomniał mi prezentu dać, jak…o koszyku. A z koszykiem to jest co tydzień ta sama polka, czyli stres, bo Mam szykuje tam leki ( nowe, bo te na nadciśnienie ma w dwóch kompletach i jeden  jest na wsi) jakieś jedzenie, bo Tata teraz powinien uważać co je, i czasem coś dla mnie albo dla Tuśki, choć rzadko, bo potem strach czy do nas dotrze. Tata  potrafi się potknąć o koszyk, który stoi przy wyjściu i go nie wziąć. Jak się już kilka razy tak zdarzyło, to  Mam stara się pilnować,  i  zawraca go z korytarza za drzwiami, czasem wyciąga z windy czy garażu, bo nieopatrzenie w czasie wyjścia nie stała nad nim jak kat nad dobrą duszą, tylko była w innym pomieszczaniu mieszkania i naiwnie myślała, że jak pincet razy zawołała weź koszyk, to wystarczy. Tym razem Tata wziął koszyk, ale jakie było  zdziwienie Mam, kiedy po niecałej godzinie ktoś zadzwonił do drzwi, i jak otworzyła, to zobaczyła Dozorczynię z koszykiem w ręku. Jej koszykiem!!! Jak się okazało, Tata postawił koszyk na murku przed garażem i…jak już udało mu się wyjechać (wyjazd ma skarpę, a na niej leżał śnieg i auto się ślizgało, więc musiał odśnieżyć), to zapomniał o nim i odjechał. Och, taki numer nie był pierwszy raz, raz to nawet  zapomniał o łóżku polowym, które wyciągnął z auta, ale już nie wniósł na górę do mieszkania. Oczywiście, jak się zorientował, to  ktoś się już połasił na łóżko.  Mam się zdenerwowała ( bo leki!) i zaczęła wydzwaniać. Jak w końcu Tata odebrał ( cały czas było zajęte) to usłyszał: gdzie jesteś!!! wracaj natychmiast!!! Był w połowie drogi na wieś, więc zawracać nie miał zamiaru i na utyskiwanie Mam, stwierdził, że oprócz pamięci zawodowej, to każdą inną wyłączył. Na co Mam się wydarła: zaraz zapomnisz drogi do domu!!  Pytanie: którego?;)

 

Miłego!

 

 

 

Nie pomyśli…

Tak się  zastanawiam czy w obecnym prawie, zanim wyjdę do lasu, to najpierw dla własnego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa portfela nie będę musiała się udać do gminy, bądź przeszukać internety czy przypadkiem w okolicy nie trwa jakieś polowanie.  A i tak, jeśli nie znajdę żadnego ogłoszenia, to czy mogę mieć  pewność, że nikt ze strzelbą nie czai się za drzewem.  Pół biedy jak mi taki myśliwy wyleci za krzaka z dubeltówką i gromki głosem każe zjeżdżać z jego terenu, bo on tu pan i władca, gorzej, jeśli mnie pomyli na ten przykład z sarną czy dzikiem… Bo zwykły spacer czy też przejażdżka rowerem leśnymi ścieżkami mogą być odebrane jako celowe utrudnianie polowania i w najlepszym razie usłyszę groźby w swoim kierunku, a w najgorszym dostanę kulkę, co może się tylko źle dla mnie skończyć. I ja naprawdę nie przesadzam, tylko autentycznie się boję iść do lasu, a już sama to w ogóle.

I żeby nie było, to do niedawna rolę myśliwego w jakimś sensie pojmowałam. Nie tego dla sportu, bo nikt mi nie wmówi, że myślistwo bierze z miłości do zwierząt, z szacunku do niego i przyrody.  A już argument, iż kiedyś każdy mężczyzna polował, tylko mnie rozśmiesza, choć nie jest to śmiech wesoły. Ale żebym nie była źle zrozumiana: nie jestem zagorzałą bojowniczką o los leśnych zwierząt. Przyjmuję do wiadomości, że rozsądna gospodarka zwierzyną ma sens, choć wolałabym, żeby zwierzęta załatwiały selekcje  we własnym zakresie bez  ingerencji człowieka. Bo  problem jest właśnie z rozsądkiem. I jak rozumiem-a przynajmniej tak mi się wydaje- leśników, którzy  jakby z urzędu dbają o zachowanie równowagi w populacji różnych gatunków zwierząt, to kompletnie nie zrozumiem  myślistwa jako hobby. I tej hardy przypadkowych ludzi wałęsającej się po lesie, a teraz nawet po prywatnym polu,  z bronią gotową do odstrzału.  Tych, którym tak naprawdę chodzi tylko o możliwość uczestnictwa w polowaniu, aby ustrzelić zwierzę i pochwalić się swoją zdobyczą na portalach społecznościowych.

Nie jestem wegetarianką, lubię mięso, w tym  dziczyznę, ale spokojnie mogłaby się bez niej obejść. Próbuję w tym wszystkim zachować pewną równowagę, choć nie jest to łatwe, bo zaraz człowiek jest posądzony o hipokryzję, jeśli prawa zwierząt leżą mu na sercu, a jednocześnie je mięso i nosi skórzane buty.

***

Nowa ordynacja wyborcza weszła w życie w momencie podpisania przez PAD-a.  I czegoś tu nie mogę zrozumieć, bo jak zwykle jestem na to za głupia, ale  jak świat światem, to nawet  niepiśmienni potrafili postawić krzyżyk w miejscu,  w którym ktoś im wskazał palcem. Czy obecni rządzący sugerują, że staliśmy się tak zacofanym społeczeństwem, że postawienie znaku iksa  ( jednego) w pustej kratce stanowi problem ogólnopolski, więc dopuszcza się różne figury geometryczne i pomazańce,  i uznaje się je za głos ważny, jeśli szanowna komisja dopatrzy się w galimatiasie linii dwie przecięte ze sobą. Może jednak słuszniej byłoby zrobić narodowy kurs stawiania krzyżyków w kwadracikach? Obowiązkowy. Z certyfikatem ukończenia. I dopiero każdy posiadacz takiego certyfikatu dostałby kartę wyborczą.

***

I jeszcze o procedurach…które prowadzą do absurdu, a czasem bywają niebezpieczne, jak ktoś bez pomyślunku trzyma się ich kurczowo. Portier nie podnosi szlabanu i nie wypuszcza karetki na sygnale- spieszącej się do pacjentki z zawałem- z terenu szpitala, każąc kierowcy zawrócić  i wyjechać wyjazdem, który jest z innej strony w dość sporej odległości. Na szczęście, kierowca długo nie myśląc i dyskutując, wyłamuje szlaban…

***

Powiało, zawiało, zaśnieżyło i…prąd zabrało! Padał tak mokry i ciężki śnieg, że tylko kwestią czasu było zerwanie linii. Szczególnie z naszej strony wsi. Powrót do domu z ŚM wydłużył się do godziny i 20 minut- w tym czasie to ja spokojnie, nie łamiąc przepisów drogowych, dojeżdżam do rogatek DM, a droga cztery razy dłuższa ze wsiami i miasteczkami na trasie. To są uroki zimy…Przez chwilę zachwycałam się zimową bajką, półleżąc na łóżku pod kocykiem, a za chwilę, szukałam latarki, zapalałam świece i lampki na baterie, denerwując się czy wszyscy Bliscy dotrą bezpiecznie do domu.