W rozsypce…

Nos czerwony jak burak, który o tej porze roku powinien kojarzyć się z glinianym garnkiem, w którym robi się zakwas… a nie z wątpliwą ozdobą mojej face. Oczka jak szparki, non stop załzawione niby od kataru, ale nie tylko… Mam budowę w centrum domu i emocje zerwane z postronka. W telewizji reklama za reklamą z choinką, prezentami w tle, a ja oprócz zakupionych książek dla Najmłodszych nie mam nic. Żadnego pomysłu, planu, null…

Kartki z kalendarza umykają w zastraszającym tempie, a mnie dopadł totalny marazm. Tata, który coraz częściej przemieszkuje na ranczu, wypełnia sobie czas po pracy drobnymi pracami budowlanymi, codziennie dzwoni z pytaniem, jak tam remont. Niezmienne odpowiadam, że trwa, trwa, trwa… Dobrze, że ma zajęcie, i dobrze, że nie musi siedzieć w czterech ścianach, które tak bardzo uświadamiają pustkę, jaka nastała wraz z odejściem Mam. Misiek dzwoni z informacją, co już mają zaklepane, zaliczkowane, ustalone i w tych przekazach słyszę dużą szczęśliwość.

Pozbieram się, tylko nie wiem jeszcze kiedy. Najpierw muszę pogonić choróbsko.

Miłego weekendu! 🙂

 

***

Poszaleliście w czarny piątek? Ja jakoś omijam szerokim łukiem te wszystkie „okazje”, ale jak mi wczoraj temperatura spadła do przyzwoitych 37,8, to pomyślałam sobie, że może w księgarniach internetowych są dodatkowe promocje, i bingo!

Ma być tak…i już!

Tytuł posta powinien brzmieć: zdążyć z obiadem, bo tak szybko fachowiec odjeżdża.

Mnie to już zaczyna bawić, bo co się mam denerwować. Liczę, że w końcu OM przejrzy na oczy, że zachowuje się dość kuriozalne na ten czas. Albowiem tkwi mentalnie w czasach słusznie minionych, w których to każdego budowlańca trzeba było solidnie nakarmić, bo inaczej roboty nie skończył. Albo nie zaczął. Dobrze, że nie naśladuje swojego śp. Ojca, który na zakończenie dnia jeszcze takiemu stawiał flaszeczkę i zagrychę, żeby na drugi dzień raczył w ogóle przyjść do roboty.

Według OM, tak ma być, bo tak tu (na wsi) było, jest i będzie. Fachowiec nie jest zupełnie obcy, bo to mąż kuzynki naszej pracownicy, która dodatkowo opiekuje się Teściową. I obie z Ciocią wzięły sobie za punkt honoru utuczyć Fachowca. Właściwie powinnam nie mieć nic naprzeciw, bo w końcu to nie ja stoję przy garach, ale…! Pod przykrywką tych konsumowanych obiadów kryją się solidne zastrzeżenia. Pomijam już absurdalność sytuacji, kiedy to w sobotę Fachowiec zaczął swoją pracę po godzinie 10, a obiad już konsumował o 12.20, z pomocnikiem, który zjawił się 15 minut wcześniej, po czym oboje opuścili nasz dom parę minut po 13., żegnając się do poniedziałku. Nie zdążyłam upichcić bigosu, OM pojechał bez obiadu do DM, spotkać się z Tatą na ranczu (nie omieszkałam zadzwonić do niego i poinformować o całej sytuacji, niech przemyśli sobie, bo do tej pory każdą moją uwagę kwitował piorunującym wzrokiem i werbalnie, choćby takimi słowami, że na drugi raz sama sobie będę załatwiać fachowców), a po panach został tylko kurz, bród i bałagan… A co gorsza, w ogóle mogliby nie przychodzić w tym dniu, gdyby w piątek zamiast czterech godzin, Fachowiec przepracował uczciwie 7-8. Albo przyjść i zacząć montować geberit, co zaowocowałoby skróceniem zakończenia robót. Gdyby nie to, że toaleta jest w samym centrum parteru, gdzie ciąg komunikacyjny krzyżuje się z oba wejściami (głównym i przez piwnicę), z kuchnią, pokojem, schodami na górę, i nie można obejść rozłożonych na podłodze upapranych zaprawą arkuszy tekturowych, oraz fakt, że w praktyce brak kibelka na dole jest bardziej uciążliwy niż odwrotnie, to nie czepiałabym się tych cholernych obiadów!

A tak serio, to OM mnie wkurza ze swoim podejściem do tematu. Bo to nie jest żaden wymóg Fachowca, absolutnie! Tylko nadgorliwość gorsza od faszyzmu gościnność i poczucie w obowiązku u OM. (Wcale się nie dziwię, że remonty przeprowadzał podczas mojej nieobecności, bo pewnie każdy skończyłby się rozwodem). Fachowiec wkurza mnie tym, że jest powolny jak żółw, przyjeżdża późno (to ma ulec zmianie, i jest na dobrej(?)drodze, bo wczoraj zjawił się parę minut po ósmej, niestety dziś już o godzinę później), co chwilę rzuca robotę aby zapalić, i jest bałaganiarzem, co świadczą porozrzucane jego rzeczy w kotłowni… Czym nawet zirytował OM, bo on po nim tę kotłownię już któryś raz sprzątał. Ale i tak najbardziej zadziwia mnie to, że nie zależy mu na czasie, a to znaczy, że i na pieniądzach. A czas to pieniądz, szczególnie w robocie o dzieło. I to już jest mocno podejrzane 😉

 

Dziecka Młodsze dopiero co się zaręczyły, a temat ślubu i wesela zdominował ostatnie dni. I dobrze, bo odgoniły myśli od świąt… Gdyby nie Najmłodsi i Tata, to schowałabym się pod grubym pledem zapomnienia, że jest taki czas. Świąteczny. Nie mam sił, nie mam nastroju…i nic nie jest w tym roku proste.

Za chwilę muszę się spakować i jechać do DM, a nie mam ochoty wyściubić nosa za drzwi. Jestem trochę zepsuta i obawiam się, że ten wyjazd nie wyjdzie mi na dobre, wręcz przeciwnie. Jutro TK, o ile się nie okaże, że zapomnieli zgłosić i umówić moje badanie, bo telefonu żadnego nie dostałam co do godziny, ale psychicznie jestem przygotowana, że zostaję do czwartku. Oczywiście w mieszkaniu w DM, a nie w szpitalu.

Potrzymajcie kciuki, bo mój minimum plan, to dożyć do kolejnej jesieni…;)

 

Kto by pomyślał…

Piętnaście lat. Półtorej dekady temu postawiłam pierwsze literki pod własnym (i prawie tym samym) adresem. Normalnie dinozaur w świecie blogowym 😉

Bez większych aspiracji w sensie promocji własnego bloga, ale ciesząca się z każdego nowego czytelnika, jak i z żalem przyjmująca, że tak wiele osób przestało pisać, czytać, zaglądać… Cóż… życie, ono nieustannie płynie i nie wejdzie się drugi raz do tej samej wody. Ludzie przychodzą i odchodzą, a mnie pozostają powroty do postów i wspomnienia. Jeszcze tego nie robię, ale wiem, że przyjdzie taki czas… Tylko jak przebrnąć przez prawie 1700 postów? 😉 Niektórzy to robią, czym mnie zadziwiają nieustannie. I wzruszają, bo to oznacza, że ktoś poświęca swój czas dla mnie. Kto by pomyślał?

Zestarzał mi się blog, zestarzałam (??) się ja, i zdążył mi się zestarzeć Pańcio, który na pytanie, czy napisał list do Mikołaja, odpowiedział, że Mikołaj nie istnieje, ale już powiedział mamie, co chce dostać. Szok. A potem wziął się za składanie zydelka, który od lata czekał w oryginalnym opakowaniu na swoją kolej. Zapoznał się z instrukcją, złożył, śrubki przykręcił najpierw śrubokrętem, a dokończył wkrętarką. Szok.

Późnym wieczorem nadciągną Dziecka Młodsze, bo niespodziewanie pewne sprawy mogą dostać przyspieszenia, a na dodatek nie wyglądać tak, jakby można było się spodziewać…

Miłego weekendu 🙂

P.S. Fachowiec zaczął irytować OM, a to zły znak, bo mój mąż to bardzo spokojny człowiek ;ppp

 

Pożądana normalność…

W telewizorni właśnie przemawiał ubrany w garnitur Pinokio, kiedy Zońcia budowała kolejną wieżę z drewnianych klocków. W pokoju co chwilę słychać było gromkie oklaski: te z ekranu i nasze, bo Księżniczka po postawieniu ostatniego klocka ochoczo sobie biła brawo, pilnując, żebym robiła to samo z odpowiednim okrzykiem. Brawo! Barwo! Brawo!*  W krótkim czasie postawiła kilka wież, a mnie przemknęła myśl, że pewien prezes mógłby pobierać u niej nauki w kwestii stawiania wysokich budowli 😉 Nie słuchałam uważnie Pinokia, ale słowo dobrobyt usłyszałam kilkakrotnie. Och, ach… już prawie się w nim pławiłam, kiedy znów natrętna myśl opanowała mój umysł… Ochrona zdrowia zadłużona na 14 miliardów złotych, oświata niedofinansowana, a ludziom się z trybun wmawia, że nasz kraj mlekiem i miodem płynie, może jeszcze trochę rozwodnionym, ale za chwileczkę, za momencik, za kolejne cztery lata to mleko i ten miód będzie stuprocentowej jakości. Taa…

Pańcio ma nową Panią Nauczycielkę, bo poprzednia zrezygnowała z pracy. Powodem była skarga jednej z matek do dyrektora szkoły, kuratorium, sanepidu. W imieniu wszystkich rodziców, co było zwykłym nadużyciem. Pozostali rodzice o skardze dowiedzieli się na zebraniu z dyrektorem, po czym poprosili Panią, żeby swą decyzję przemyślała, a ta obiecała, że to zrobi. Jednak najpierw poszła na zwolnienie, a potem już z tego zwolnienia nie wróciła. Trudno się dziwić młodej osobie, która dopiero co rozpoczęła swoją nauczycielską pracę od klasy, gdzie matka ucznia, który ma orzeczoną dysfunkcję (dziecko jest nadpobudliwe, agresywne), o której nikogo wcześniej nie poinformowała, robi co chwilę awantury i pisze skargi. Bo to nie z uczniem największy problem, a z rodzicem. Użerać się z taką osobą przez trzy lata, za niewielką pensję, bo podwyżki dla nauczycieli to kolejny mit- to nie jest wymarzona praca! Samorządy z subwencji z MEN-u nie są w stanie pokryć wszystkich kosztów, więc trudno realizować im obietnice rządu. Są już takie szkoły, gdzie nie tylko niewypłacane są premie- najlepsi nauczyciele tracą finansowo- ale nawet pobory za nadgodziny czy pensja zasadnicza. (Są i takie, którym nie starcza na realizację zaplanowanych inwestycji, bo muszą dokładać do szkół i przedszkoli). Do tego dochodzi brak skutecznej reformy, takiej, żeby szkoła stała się przyjazna uczniom, program nie był przeładowany, a nauczycielom dużo łatwiej się pracowało za godziwe wynagrodzenie, więc trudno się dziwić, że młodzi wykształceni ludzie tak szybko rezygnują po zetknięciu się z obecną szkolną rzeczywistością. Dziś bycie nauczycielem to żaden prestiż społeczny czy finansowy. Nawet pewna praca na etacie, wizja wolnych dni, których tak wielu zazdrości, nie zrekompensują wszystkich trudów, z jakimi muszą się borykać nauczyciele.

Pańcia uczy teraz pani przebywająca już kilka lat na emeryturze, która uczyła w zerówce moje dzieci. Nie wiem, czy kiedykolwiek uczyła klasy 1-3, jak już, to tylko na zastępstwie. Z mównicy sejmowej padło dużo słów o rodzinie, o przyszłości dzieci, które zagrożone są przez rewolucję ideologiczną. Zaś o realnym zagrożeniu, że zaraz tych dzieci nie będzie miał kto uczyć ani leczyć…cisza. Dla rządzących ważniejsza jest walka ze środowiskiem LGBT, edukacją seksualną niż prawdziwa reforma szkolnictwa czy ochrony zdrowia…

 

* Jak dobrze, że dom stoi w sporej odległości od drogi, osłonięty drzewami od ulicy, bo jakby tak ktoś szedł chodnikiem i spojrzał w okno, a przez szybę zobaczył na ściennym ekranie Pinokia i usłyszał moje gromkie brawa, to mógłby mnie wziąć za entuzjastkę dobrej zmiany ;p

I ogłoszenie parafialne: Jak ktoś potrzebuje najpowolniejszego Fachowca pod słońcem, to służę namiarami. Plusem jest to, że do pracy przychodzi codziennie… że wszystko rozumie, co się do niego mówi. W teorii. O praktyce przemilczę, bo to gówniany śmierdzący temat ;p

 

Polowanie na…

Na fejsie widziałam zdjęcie zabitych zajęcy. Setkę. Ot, tak dla sportu. Tak. Myśliwi zabijają zwierzynę. I zdarza im się też ustrzelić człowieka.

W rządzie zaś zaczęło się polowanie na kasę. Naszą. Obywateli. Wszystkich. Nie tylko tych, co płacą podatki, pracując. Podniesiona zostanie akcyza na alkohol i papierosy. Przebąkując, że jest za duże spożycie trunków, więc podwyżka ma na celu również ograniczyć. Taaa… Pytanie retoryczne: dlaczego stacje paliwowe mogą mieć koncesję na alkohol? Sprzedając go przez całą dobę 7 dni w tygodniu.

Emeryci mają dostać 13 emeryturę, bo to duża grupa wyborcza, a przecież jeszcze wybory prezydenckie, więc trzeba im dać (jeszcze w przyszłym roku), a komuś zabrać, bo budżet to nie worek bez dna. To może niepełnosprawnym z ich funduszu solidarnościowego?

Nigdy nie byłam przeciwniczką podwyższenia wieku emerytalnego. Z rozsądku. Chociaż uważam, że samo podwyższenie tego systemu nie uzdrowi. Przyglądam się batalii o zniesienie 30-krotności składki na ZUS, która nigdy mnie nie dotyczyła, bo w moim życiu zawodowym miałam krótki epizod zatrudnienia na etacie. Ale mojego Tatę już na ten przykład tak, w czasie kiedy jeszcze nie pracował wyłącznie na własny rachunek. Dziś dotyczy to powyżej 400 tys. pracowników i ich pracodawców. Najbardziej zirytował mnie pomysł Lewicy, a konkretnie partii Razem, którzy są za, ale pod warunkiem, że będzie maksymalna emerytura. No, to jest totalna grabież! Nie dość, że już dziś uszczknie się komuś z poborów, to potem jeszcze przy emeryturze. Ciekawa jestem tej debaty w Sejmie, i co z niej wyniknie. Szkoda tylko, że znów ominięto zdanie ekspertów.

*

Z domowego frontu: nic nie jest takie, na jakie wygląda 😉 Nawet muszla klozetowa, zamontowana w końcu po tygodniu bytności Fachowca, późnym wczorajszym wieczorem… po czym, dziś rano zdemontowana- okazała się niewygodna ;pp  Serio, wszak przecież nie od kozery już wieki temu wprowadzono jakże adekwatne słowo: wygódka. Czekam na nową. Czekam też na nową umywalkę, bo ta zakupiona została oddana. Umywalka ma przyjść dopiero w czwartek, muszlę dziś ma przywieźć OM. I tak o to moje pobożne życzenie, żeby zamknąć temat łazienki na górze jeszcze w tym tygodniu się nie ziściło, ale to, że rozciągnie się jak guma do żucia i nie mam żadnej gwarancji, że zakończy się przed następną niedzielą, to nie przewidziałam w najbardziej katastroficznej remontowej wizji. A toaleta na dole jeszcze nawet niezaczęta. Przez chwilę miałam momenty grozy, kiedy to siedząc sobie z OM na kanapie i leniwie coś tam przeżuwając, między jednym a drugim kęsem, usłyszałam, że za rok, dwa, to trzeba będzie pion centralnego wymieniać. Coooo???– ryknęłam. Dlaczego nie od razu teraz?- pytam się, choć myśl o tym, że to przedłuży już i tak uciążliwy czas remontu powoduje u mnie ścisk wszystkich wewnętrznych narządów, to nie wyobrażam sobie kolejnej rozpierduchy w najbliższej przyszłości. I kiedy już snuję plany (wszak jestem techniczna i nawet po fachu) jak wymienić pion centralnego z wyłączeniem łazienki na dole, po wyremontowaniu jej teraz, żeby jednak nie przedłużać i nie wymieniać na tę chwilę, OM dzwoni do Taty. Uff… to on jak był ostatnio, stwierdził, że rury  od centralnego nie muszą być wymieniane, a OM o tym zapomniał. Myślałam, że go uduszę, taki stres mi zafundował!

Z frontu szkolnego i przedszkolnego:

Pańcio, na pytanie, jak jest w szkole, zawsze odpowiada, że fajnie, i to by było na tyle. O tym, że dostał 6+ z czytania, powiadomiła Tuśkę Pani ze świetlicy, bo Pani nauczycielka bardzo Pańcia pochwaliła, gdyż ta wyróżniająca ocena była za tekst dodatkowy, który dzieci nie miały zadany, żeby się nauczyć.

U Zońci żadna zmiana nie nastąpiła, choć może niewielka w tym, iż biegnąc z radością rano do dzieci w przedszkolu, w końcu z radością wita Tuśkę jak po nią przyjeżdża 😉 I coraz więcej mówi. Wpada z mamą do sklepu i od progu woła: daa eść!! da eść!! Po czym jak już dostaje do rączej bochenek chleba, odtańczy z nim taniec (obrotowy i w górę ręce) triumfu i radości, to wbija się w niego ząbkami, cała szczęśliwa.

Kłopotliwe picie…

Wody.

Serio.

Nie żebym nie lubiła, choć wolałabym kawę na ten przykład. Herbatę niekoniecznie czarną, ale z różnymi dodatkami (bez cukru!). Wino. Nawet słodkie, choć przełknięte tylko z powodu wyjątkowej okazji 😉

Ale! Moje nerki potrzebują wody, wody, i tylko wody. Staram się temu sprostać, bo to moje żyć być z pigułami albo nie, a na horyzoncie jeszcze TK. Łatwiej jest, jak cały dzień spędzam w domu, bo kibelek własny, to komfort zupełnie inny, no i na czas dolecę. A latam często. Truchcikiem. Kurcgalopkiem. W podskokach, ze skrzyżowanymi nogami. Dlatego jak mi zlikwidowano na czas nieokreślony jeden kibelek w domu, to jeszcze doszło zjeżdżanie na tyłku po schodach. Na czas.

Słodki jeżuuu jak ja tęsknię za czasem, gdzie mój pęcherz był pojemniejszy, ale przede wszystkim szczelniejszy 😉 Teraz wystarczy szum deszczu za oknem i już lecę do toalety. No dobra. Przesadzam, ale odkręcenie kranu muszę poprzedzić wizytą, bo, tak czy owak, i tak to się tym kończy, a lepiej wcześniej niż później, bo potem może już nie być takiej potrzeby ;p Jakie to męczące i upierdliwe. Szczególnie o tej porze roku i poza domem. Szczególnie że kiedyś nie miałam z tym żadnego problemu; nie tak jak moja Przyjaciółka, która od niepamiętnych czasów ograniczała picie czegokolwiek poza domem. Teraz ją rozumiem.

Przełknęłam jednodniową nieobecność Fachowca- siła wyższa, z nią nie ma co dyskutować! Wyjazdy i powroty w dniu następnym były niepokojące, ale dopiero słowa stało się, wzbudziły moje przerażenie, że o to właśnie czas na niespodzianki. Niemiłe. I nie myliłam się: wizja muszli klozetowej, a tym bardziej zakończenia prac na piętrze rozpłynęła się we mgle gęstej niczym mleko. Odłamał się kawałek terakoty, akurat ten pod muszlą, a wymiana potrzebowała czasu stężenia zaprawy… Rzuciłam okiem na tę katastrofę i stwierdziłam, że wielkość i miejsce, według mnie, tej wymiany nie wymaga, biorąc pod uwagę, że jeszcze dziś miałabym dwa czynne kibelki, zanim znów jeden z nich zostanie odłączony. I to ten ważniejszy, bo skończy się jazda nocna po schodach… Decyzja zapadła. Z ulgą wróciłam do kuchni, gdzie pomiędzy pastą z makreli, mielonymi a doglądaniem odrabiania lekcji przez Pańcia oraz oczywistym piciu wody i związanymi z tym konsekwencjami, płynął mi czas. Po czym słyszę, że umywalka na górze nie zostanie dziś wymieniona, bo potrzebny nowy syfon. Bateria również. Przełknęłam to jakoś, choć w planach na wieczór było już wysprzątanie łazienki, może nie na glanc, ale przede wszystkim myśl, że Fachowiec już nie będzie się pałętał na górze, była przyjemna, a tu guzik. Bez pętelki. Albo z … sama nie wiem. Bo gdy usłyszałam, że jak zostanie umocowana muszla, to trudniej będzie dociąć kolejną płytkę, więc pan Fachowiec sobie tylko utrudni robotę, to westchnęłam. Ha! No cóż! Mimo iż niektórzy uważają, że jestem złą kobietą, żeby zmienić ten wizerunek sama z siebie zaproponowałam, żeby tej muszli nie instalował. Z ciężkim sercem, ale nie będę komuś utrudniać życia ;p A potem się okazało, że jednak tę felerną płytkę trzeba wymienić, bo stare otwory nie pasują do nowych i będą widoczne, a żeby było jeszcze śmieszniej, to nowy kompakt w oczach Fachowca jest… krzywy. (Naprostował się po przyjeździe OM do domu). Jedyne co się udało ustalić to to, że Fachowiec też już ma dość chodzenia góra- dół i marzy, by z tej góry zejść już ostatecznie. Dlatego może już dziś, choć bez żadnych wiążących (związać to musi klej płytkę z podłożem) obietnic, nie będę już narażać życia w momencie, kiedy mój pęcherz domaga się wypróżnienia, a ja nie wiem, czy to sen czy jawa, kiedy pędzę na dół do toalety.

 

Wczoraj zadzwoniła do mnie PT, i uraczyła taką rewelacją, że wszystko mi opadło, i na jakiś czas perypetie toaletowe zeszły na dalszy plan. Nienawidzę, jak ktoś narusza sferę bezpieczeństwa moją, bądź moich bliskich!

Niepokojące słowa…

Fachowiec przyszedł dzień wcześniej, czym mnie zdumiał do imentu, potem lekko wystraszył, że jak mu zabronię wiercić (wysłałam OM do kotłowni, aby wynegocjował dwu i półgodzinną ciszę, bo tyle mniej więcej trwa drzemka Zońci), to sobie pójdzie i nie wróci, ale to słowa najbardziej nie dają mi spokoju, które usłyszałam w odpowiedzi na pewne moje sugestie, a mianowicie, że będziemy mieć dużo czasu na ustalenia…

I na to się zanosi, widząc tempo prac…

Drugi dzień w większości spędziłam u Najmłodszych. Tuśka radziła mi pozostać, Pańcio namawiał na nocleg, a Zońcia się tylko tuliła i uśmiechała. Zięcia nie było, ale pewnie by mnie pogonił. Mnie zaś nie uśmiechało spanie nie w swoim łóżku, a po telefonie do OM i wypytaniu co się dzieje na froncie robót, stwierdziłam, że wracam na łono domowe. Wprawdzie korzystanie z kibelka było trochę ograniczone, bo musiałam najpierw sprawdzić gdzie są fachowcy, coby nie świecić im gołym tyłkiem jak zadrą głowę do góry, na ten przykład, ale jakoś udało mi się uchronić ich od tych wątpliwych widoków ;p Głównie dzięki temu, że jeden z nich to gaduła, więc choć nie zawsze byli widoczni, ale za to słyszalni.

Trzeci dzień, zapewniona przez Fachowca, że o każdych przerwach w dostawie wody będzie mnie uprzedzał, również postanowiłam zostać w domu, choćby po to, żeby ugotować gar zupy z wkładką, aby panowie- Fachowiec i jego pomocnik- mogli również się posilić, bo pracują do wieczora; na szczęście nie przyjeżdżają bladym świtem, choć i tak codziennie zastają mnie jeszcze w negliżu 😉 Także chwilę spędziłam w kuchni, po czym z laptopem (serial), książką (trolle, fake newsy i bezrefleksyjni użytkownicy szczególnie mediów społecznościowych oraz jak niebezpieczne może być głosowanie przez internet) i telefonem (blogi) osiadłam w sypialni i zamknęłam drzwi, udając, że żadnego remontu w domu nie ma.

Dziś jest czwarty dzień. Coś (wymiana rur) co według OM miało trwać dwa dni, nie ma końca. Podejrzewam, że nawet jeszcze środka. Za to panowie już wczoraj oznajmili, że na cały dzień odłączą wodę. Ciepłej nie mam od wczorajszego popołudnia. Nie zaprotestowałam, bo to w słusznym celu. Zadzwoniłam do LP, że zwalam się jej na chatę. Ucieszyła się. Zaproponowała wikt i opierunek. Mnie wystarczyłby tylko bezstresowy dostęp do kibelka 😉

Ale! Nie wiem, czy nie skusimy się na opicie wczorajszej wiadomości dnia! Co tam dnia! Ostatnich (prawie)trzech lat! Syna wziął i się oświadczył. Jest szansa, że po raz drugi zostanę teściową, co akurat nie jest w tym najważniejsze. Bo najważniejsze jest to, że Dziecka Młodsze myślą być już ze sobą na zawsze. A to poważna sprawa: miłość! I oby za jej sprawą udało im się wprowadzić to w czyn!

Aaa… patriotycznie do od piątku wcinam rogale świętomarcińskie 🙂

Dobrego dnia! Dla wszystkich! 🙂