Kłopotliwe picie…

Wody.

Serio.

Nie żebym nie lubiła, choć wolałabym kawę na ten przykład. Herbatę niekoniecznie czarną, ale z różnymi dodatkami (bez cukru!). Wino. Nawet słodkie, choć przełknięte tylko z powodu wyjątkowej okazji 😉

Ale! Moje nerki potrzebują wody, wody, i tylko wody. Staram się temu sprostać, bo to moje żyć być z pigułami albo nie, a na horyzoncie jeszcze TK. Łatwiej jest, jak cały dzień spędzam w domu, bo kibelek własny, to komfort zupełnie inny, no i na czas dolecę. A latam często. Truchcikiem. Kurcgalopkiem. W podskokach, ze skrzyżowanymi nogami. Dlatego jak mi zlikwidowano na czas nieokreślony jeden kibelek w domu, to jeszcze doszło zjeżdżanie na tyłku po schodach. Na czas.

Słodki jeżuuu jak ja tęsknię za czasem, gdzie mój pęcherz był pojemniejszy, ale przede wszystkim szczelniejszy 😉 Teraz wystarczy szum deszczu za oknem i już lecę do toalety. No dobra. Przesadzam, ale odkręcenie kranu muszę poprzedzić wizytą, bo, tak czy owak, i tak to się tym kończy, a lepiej wcześniej niż później, bo potem może już nie być takiej potrzeby ;p Jakie to męczące i upierdliwe. Szczególnie o tej porze roku i poza domem. Szczególnie że kiedyś nie miałam z tym żadnego problemu; nie tak jak moja Przyjaciółka, która od niepamiętnych czasów ograniczała picie czegokolwiek poza domem. Teraz ją rozumiem.

Przełknęłam jednodniową nieobecność Fachowca- siła wyższa, z nią nie ma co dyskutować! Wyjazdy i powroty w dniu następnym były niepokojące, ale dopiero słowa stało się, wzbudziły moje przerażenie, że o to właśnie czas na niespodzianki. Niemiłe. I nie myliłam się: wizja muszli klozetowej, a tym bardziej zakończenia prac na piętrze rozpłynęła się we mgle gęstej niczym mleko. Odłamał się kawałek terakoty, akurat ten pod muszlą, a wymiana potrzebowała czasu stężenia zaprawy… Rzuciłam okiem na tę katastrofę i stwierdziłam, że wielkość i miejsce, według mnie, tej wymiany nie wymaga, biorąc pod uwagę, że jeszcze dziś miałabym dwa czynne kibelki, zanim znów jeden z nich zostanie odłączony. I to ten ważniejszy, bo skończy się jazda nocna po schodach… Decyzja zapadła. Z ulgą wróciłam do kuchni, gdzie pomiędzy pastą z makreli, mielonymi a doglądaniem odrabiania lekcji przez Pańcia oraz oczywistym piciu wody i związanymi z tym konsekwencjami, płynął mi czas. Po czym słyszę, że umywalka na górze nie zostanie dziś wymieniona, bo potrzebny nowy syfon. Bateria również. Przełknęłam to jakoś, choć w planach na wieczór było już wysprzątanie łazienki, może nie na glanc, ale przede wszystkim myśl, że Fachowiec już nie będzie się pałętał na górze, była przyjemna, a tu guzik. Bez pętelki. Albo z … sama nie wiem. Bo gdy usłyszałam, że jak zostanie umocowana muszla, to trudniej będzie dociąć kolejną płytkę, więc pan Fachowiec sobie tylko utrudni robotę, to westchnęłam. Ha! No cóż! Mimo iż niektórzy uważają, że jestem złą kobietą, żeby zmienić ten wizerunek sama z siebie zaproponowałam, żeby tej muszli nie instalował. Z ciężkim sercem, ale nie będę komuś utrudniać życia ;p A potem się okazało, że jednak tę felerną płytkę trzeba wymienić, bo stare otwory nie pasują do nowych i będą widoczne, a żeby było jeszcze śmieszniej, to nowy kompakt w oczach Fachowca jest… krzywy. (Naprostował się po przyjeździe OM do domu). Jedyne co się udało ustalić to to, że Fachowiec też już ma dość chodzenia góra- dół i marzy, by z tej góry zejść już ostatecznie. Dlatego może już dziś, choć bez żadnych wiążących (związać to musi klej płytkę z podłożem) obietnic, nie będę już narażać życia w momencie, kiedy mój pęcherz domaga się wypróżnienia, a ja nie wiem, czy to sen czy jawa, kiedy pędzę na dół do toalety.

 

Wczoraj zadzwoniła do mnie PT, i uraczyła taką rewelacją, że wszystko mi opadło, i na jakiś czas perypetie toaletowe zeszły na dalszy plan. Nienawidzę, jak ktoś narusza sferę bezpieczeństwa moją, bądź moich bliskich!

Niepokojące słowa…

Fachowiec przyszedł dzień wcześniej, czym mnie zdumiał do imentu, potem lekko wystraszył, że jak mu zabronię wiercić (wysłałam OM do kotłowni, aby wynegocjował dwu i półgodzinną ciszę, bo tyle mniej więcej trwa drzemka Zońci), to sobie pójdzie i nie wróci, ale to słowa najbardziej nie dają mi spokoju, które usłyszałam w odpowiedzi na pewne moje sugestie, a mianowicie, że będziemy mieć dużo czasu na ustalenia…

I na to się zanosi, widząc tempo prac…

Drugi dzień w większości spędziłam u Najmłodszych. Tuśka radziła mi pozostać, Pańcio namawiał na nocleg, a Zońcia się tylko tuliła i uśmiechała. Zięcia nie było, ale pewnie by mnie pogonił. Mnie zaś nie uśmiechało spanie nie w swoim łóżku, a po telefonie do OM i wypytaniu co się dzieje na froncie robót, stwierdziłam, że wracam na łono domowe. Wprawdzie korzystanie z kibelka było trochę ograniczone, bo musiałam najpierw sprawdzić gdzie są fachowcy, coby nie świecić im gołym tyłkiem jak zadrą głowę do góry, na ten przykład, ale jakoś udało mi się uchronić ich od tych wątpliwych widoków ;p Głównie dzięki temu, że jeden z nich to gaduła, więc choć nie zawsze byli widoczni, ale za to słyszalni.

Trzeci dzień, zapewniona przez Fachowca, że o każdych przerwach w dostawie wody będzie mnie uprzedzał, również postanowiłam zostać w domu, choćby po to, żeby ugotować gar zupy z wkładką, aby panowie- Fachowiec i jego pomocnik- mogli również się posilić, bo pracują do wieczora; na szczęście nie przyjeżdżają bladym świtem, choć i tak codziennie zastają mnie jeszcze w negliżu 😉 Także chwilę spędziłam w kuchni, po czym z laptopem (serial), książką (trolle, fake newsy i bezrefleksyjni użytkownicy szczególnie mediów społecznościowych oraz jak niebezpieczne może być głosowanie przez internet) i telefonem (blogi) osiadłam w sypialni i zamknęłam drzwi, udając, że żadnego remontu w domu nie ma.

Dziś jest czwarty dzień. Coś (wymiana rur) co według OM miało trwać dwa dni, nie ma końca. Podejrzewam, że nawet jeszcze środka. Za to panowie już wczoraj oznajmili, że na cały dzień odłączą wodę. Ciepłej nie mam od wczorajszego popołudnia. Nie zaprotestowałam, bo to w słusznym celu. Zadzwoniłam do LP, że zwalam się jej na chatę. Ucieszyła się. Zaproponowała wikt i opierunek. Mnie wystarczyłby tylko bezstresowy dostęp do kibelka 😉

Ale! Nie wiem, czy nie skusimy się na opicie wczorajszej wiadomości dnia! Co tam dnia! Ostatnich (prawie)trzech lat! Syna wziął i się oświadczył. Jest szansa, że po raz drugi zostanę teściową, co akurat nie jest w tym najważniejsze. Bo najważniejsze jest to, że Dziecka Młodsze myślą być już ze sobą na zawsze. A to poważna sprawa: miłość! I oby za jej sprawą udało im się wprowadzić to w czyn!

Aaa… patriotycznie do od piątku wcinam rogale świętomarcińskie 🙂

Dobrego dnia! Dla wszystkich! 🙂

Tęsknota za tym co już było…

Któż jej nie doświadcza…?

Fenomen tak dużego poparcia dla partii rządzącej jest zawarty w nutach tęsknoty za czasami słusznie minionymi, za młodością przypadającą na okres peerelu. Wysnułam taki wniosek, po przeczytaniu komentarzy pod postem, który zawierał pytanie o plusy tych czasów-  ogromna większość komentujących wymieniała je bez liku, gloryfikując przeszłość. Byli też tacy, którzy uważali, że w tamtych czasach były same plusy. Nagle okazuje się, że wszystko było inne, lepsze: nie było złodziei (kradli wszyscy, bo przecież państwowe to niczyje), wszyscy mieli pracę (czy się stoi, czy się leży), nikt głodny nie chodził (mimo kolejek, pustych półek sklepowych, kartek żywnościowych), mieszkania spółdzielcze po kilku latach oczekiwania to nic, że klitki i często zasiedlone przez trzy pokolenia), nikt nie narzucał im, jak mają żyć (była jedna partia, jedyna słuszna linia), a o zamkniętych granicach i tęsknocie za wolnością … zapomnieli.

Nie, nie uważam, że wszystko było złe, że nie było żadnych wartości, ale ze zdumieniem czytałam, jak to kiedyś było lepiej. Bo to nie były tylko wymieniane plusy, ale przy okazji minusy obecnej rzeczywistości. Tak, ja rozumiem, że smak lodów bambino kupowanych na nadmorskiej plaży, jagodzianek jedzonych opędzając się od os, lizaków „kojak” w sklepiku w miejscowości kolonijnej oraz pomarańczy na święta był zupełnie inny niż dziś… Ale, żeby aż tak tęsknić by popierać politykę (scentralizowaną, jedynowładztwo) PRL-bis, to nie rozumiem.

A Wy za czym tęsknicie z tamtych czasów, i czy w ogóle?

Z ulgą przyjęłam decyzję Donalda Tuska o niekandydowaniu na urząd prezydenta RP. Z ulgą, choć uważam, że w obecnej chwili nie ma lepszego kandydata, jeśli chodzi o kompetencje, osobowość etc… Tyle że z tak dużym elektoratem negatywnym wobec tej osoby, z miernotą kampanijną KO, raczej nie miał szansy na sukces. W moim odczuciu, bez tej kandydatury opozycja ma szansę przerwać tę groteskową, pełnioną na kolanach wobec Prezesa jedynej słusznej partii prezydenturę.

*

Nieoczekiwanie od weekendu czeka mnie remontowa historia. Oby tylko nie niekończąca się 😉 Ale już się boję, bo zapowiadają się chwile bez wody i…dostępu do kibelków, zimna chata i takie klimaty. OM sugerował, żebym sobie zrobiła wakacje. Kusząca propozycja, ale uznałam, że może lepiej trzymać rękę na pulsie i stać na straży porządku i ładu 😉

Nieodzowna córka swego ojca…;)

Dlaczego nie mam okularów? Zapytałam się moich chłopaków, jak już z całym majdanem dotarliśmy na grób Mam, od którego mieliśmy zacząć swą wędrówkę po cmentarzu (na szczęście tylko jednym) bladym świtem tak gdzieś koło 9.30. Przez moment pomyślałam, że może zsunęły mi się z nosa i je zwyczajnie zgubiłam, ale od razu odsunęłam tę absurdalną myśl, łapiąc się kurczowo innej, że zostawiłam w domu, gdy przed wyjściem wciągałam sweter przez głowę. Misiek stwierdził, że jak „zgubiłam”w domu to się znajdą i zajęliśmy się wsadzaniem kwiatów do wazonu, w którym poprzednie ciut trochę przymarzły. Ustawiliśmy donicę z chryzantemami i zapaliliśmy świeczkę, po czym udaliśmy się w głąb cmentarza na kolejne groby- sztuk 4.

Kiedy już wróciliśmy, ja poszłam od razu do domu, a OM z Miśkiem do Babci. Już w korytarzu przy wieszaku zobaczywszy, że okularów nie ma na szafce, pomyślałam sobie, że jednak musiałam je zgubić. Aczkolwiek przeszukałam górę i dół łudząc się jeszcze, że być może dopadła mnie pomroczność jasna i nie pamiętam, co z nimi zrobiłam. Taaa… Chce mi się ryczeć, ale Kota mi nie pozwala, ładując się na kolana, łasząc się i mrucząc i domagając się głaskania. Dzwonię do Miśka z informacją, że patrzałki dalej mają status zaginione, syna deklaruje przeszukanie auta i podwórka. Dzwonię do Taty, który kotłował się ze mną przy wyjściu, ale nie jechał z nami, tylko pieszo szedł do Dziecków Starszych, żeby przeszukał wszystkie swoje kieszenie. W nim moja ostatnia nadzieja. Płonna. Wsiąkły jak kamfora. OM mi nie wierzy, że znikły z mojego nosa, a ja z każdą chwilą jestem coraz bardziej przekonana, że tak właśnie się stało i to na trasie auto- grób. Ale! Jak można nie zauważyć momentu, w którym opuściły mój nos? Syna moja kochana wierzy mamusi i od razu (uprzednio jeszcze raz sprawdziwszy cały dom) wyraża gotowość jazdy w celu przeszukania każdego centymetra kwadratowego odcinka trasy, którą przeszliśmy od zaparkowanego auta. Minęły już co najmniej dwie godziny… Misiek pojechał, ja zaczęłam szykować do obiadu, bo Dziecka Starsze z Najmłodszymi wraz z Wujostwem mieli przyjechać po bytności na cmentarzu do nas. Zeszłam po ziemniaki, a po chwili zbiega do mnie OM i podtyka mi mój telefon pod nos, bo przyszedł MMS od Miśka. Przecież nie widzę, mówię do niego ciut podenerwowana, bojąc się tego co zobaczę powykręcane, połamane, zbite szkła bądź całkiem obce, ale przecież jest możliwość powiększenia zdjęcia. Tak naprawdę to nie jestem pewna, no ale jakie jest prawdopodobieństwo zgubienia okularów na określonym odcinku drogi w tym samym dniu i o tej samej porze przez inne osoby? Zero! To muszą być moje.

Zniecierpliwiona czekam na powrót syna, jeszcze nie do końca dowierzając, że za chwilę będę miała swoje patrzałki, i kiedy staję w drzwiach, słyszę: tylko się mamuś nie denerwuj. Matkojedyna… myślę sobie… zjechały z mojego nosa prosto na chodnik, przez który przemaszerowały całe tłumy, depcząc po stokroć albo i więcej… ale przecież widziałam zdjęcie, wprawdzie bez okularów na oczach, ale szkła wyglądały na całe i trzymające się w oprawkach. Dostaję je w końcu w swoje ręce i widzę, że jeden zausznik całkiem wykrzywiony, nie da się ich założyć, ale tak poza tym to nie doznały jakiegoś większego uszczerbku. Trudno, będę musiała nazajutrz pojechać do optyka, mówię, i cieszę się, że czeka mnie tylko jeden dzień bez czytania czegokolwiek. OM chyba w ramach rehabilitacji, że mi nie uwierzył, iż okulary znikły bezpośrednio z mojego nosa, wziął w swoje ręce i trochę je naprostował, na tyle, że mogłam je założyć. Wizyta u mojego optyka i tak mnie nie ominie (w ŚM tylko nieznacznie mi poprawili, zasłaniając się, że może pęknąć oprawka, więc powinnam to zlecić u tego optyka, u którego robiłam okulary), ale najważniejsze, że się znalazły, bo nie dość, że musiałabym wyłożyć sporą kasę na nowe, to jeszcze pewnie z dwa tygodnie nie tylko drobny, ale i gruby druk byłby dla mnie niedostępny.

Ech… to chyba obrazuje gdzie i z kim moje myśli były i wciąż są właściwie przez ten czas. Niełatwy. Skupiony też na Tacie, któremu tylko na wspomnienie o Mam łamie się głos. Jeszcze nie potrafimy rozmawiać, wrzucamy jakieś wspomnienie i zmieniamy temat… Obecność Najmłodszych bardzo pomaga.

P.S. Macie jakieś przygody z okularami w roli głównej? 😉 Pochwalcie się, żebym nie wyszła na jedyną niezgułę ;p

 

Nostalgia…

Pod stopami szeleszczące liście…W zielonym grubym swetrze z golfem i otulona płaszczem w kolorze kurkumy idę przez cmentarz. Słońce próbuje ogrzać moje policzki i zziębnięte dłonie. Zimno. Zapalam świeczkę w jednym z dwóch stojących zniczy. Szklanych. Minimalizm. I tak przecież ich przybędzie. Dziś. Jutro. Będą wszyscy najbliżsi. Żadnych sztuczności. Żywe kwiaty, mimo minusów nocnych.

Coraz więcej zniczodzielni przy cmentarzach. To świetna inicjatywa, gdy niezużyte jeszcze znicze nie lądują na wysypisku śmieci. Dostają kolejne życie. Jeszcze chwilę temu zastanawiałam się, czy zanieść zbędny znicz z jednego grobu (zamiast kupić nowy) na drugi, gdzie nie ma żadnego, w którym można zapalić świeczkę. Już nie mam takiego dylematu. Trzeba dbać o środowisko. Kolejne pokolenia.

W domu ciepło, a ja wciąż siedzę otulona…nostalgią. Dopadła mnie i każdego dnia trzyma w silniejszym uścisku. Inna niż dotychczas…W garze pyrka rosół z kaczki francuskiej… W drugim warzywa do sałatki. Tak normalnie, po domowemu. Jakby nic się nie zmieniło. Ale to nie ja jadę do rodziny przy okazji bytności na grobach jednych czy drugich dziadków. Nadszedł czas, wcześniej niewyobrażalny, jeszcze nie do końca oswojony, wciąż bolesny, ale rzeczywisty. Momentami paraliżujący, odrealniony, tak jakbym gdzieś tkwiła poza nim…

Uczę się, poznaję, jak to jest, gdy nie idzie się tylko z kwiatkiem i zniczem, jak to mieć kawałek siebie w tym miejscu… Ciocia zapytała się o której msza, a ja zdałam sobie sprawę, że przez lata całe ta wiedza nie była mi potrzebna. Zdumiona ilością aut wokół cmentarza dzień przed i to jeszcze przed południem, nie zaskakuje mnie kierowca, który nie zauważył zmiany organizacji ruchu, i grzecznie musiał się wycofać, uprzednio nie pozwalając mi przejechać. Wiem jak to jest z jazdą na pamięć… W miasteczku, przez które przejeżdżam w drodze do DM niedawno ulicę z pierwszeństwem połączono z nowowybudowaną obwodnicą i postawiono znak „droga podporządkowana”. Już dwa razy zdarzyło mi się przejechać „po staremu”, tak jak jeździłam przez 30 lat.

 

Ze szpitala wyszłam z pigułami. Następnym razem kolejny tomograf. Tato zaopiekowany przez H., spędził kilka godzin na powtórnych badaniach, i wizja szpitalnego łóżka odsunęła się w czasie- nie trzeba udrażniać tętnic szyjnych, ale muszą być pod kontrolą. Uff… bez czekania, niepotrzebnych nerwów, wiadomo na czym stoi- tak procentują wieloletnie przyjaźnie, które przechodzą na kolejne pokolenia.

Syna został kocim bohaterem. Swojej dziewczyny, co oznajmiła na fejsie podlinkując oficjalne podziękowania od stowarzyszenia, które ratuje koty. Zawiózł do KociArki pojemniki styropianowe, które posłużą jako wkłady do kocich budek. Idzie zima…

Jeden z trzech uratowanych, który znalazł dom na Miśkowych strychu, właśnie śpi za ścianą mojej sypialni. Przyjechała, bo to panna Michy, z miasta na wieś połapać myszy 😉