Taki czas…

Świat skąpany w jesiennych barwach z widocznym akcentem przy bramach cmentarnych- obfitość doniczek z chryzantemami przypomina, że do święta zmarłych już blisko. Mijam wsie i miasteczka, ruch wzmożony właśnie przy okolicy cmentarzy- kto żyw czyści, stroi groby swoich bliskich. Taki czas. W mijanych lasach widzę zaparkowane auta, to znak, że grzyby jednak są, a przynajmniej ich poszukiwacze wyruszyli na łowy. Lubię tę powtarzalność, co roku…

Nie pojadę na groby dziadków. Nie pójdę pierwszego listopada na cmentarz w pobliskim Miasteczku, gdzie są groby bliskich OM. Postanowiliśmy się wyrwać na moment i wyjechać na przedłużony weekend do Przyjaciół za zachodnią granicę. Zmienić otoczenie. Odetchnąć. Nagadać się. Pobyć razem. Ot, tak zwyczajnie, zostawić troski za sobą.

Wyjeżdżałam w momencie ujawnionego mordu, jaki się u nas dokonał. Zbiorowy. Grasuje seryjny morderca, co to bez skrupułów na jednej ofierze nie poprzestał. Wciąż jeszcze niezidentyfikowany, choć podejrzenia są, że to on albo ona. W każdym razie sprytne i bezlitosne stworzenie, które pozostawiło po sobie jeszcze ciepłe truchła,  kompletnie ignorując zacieranie jakichkolwiek śladów, wiedząc, że i tak nie zostanie schwytane. Pozostaje tylko nieutulony żal i żałoba. W kurniku.

Jak już wiecie wyszłam ze szpitala, obdarowana pigułami. Pobyt był lajtowy, bo rozłożyłam się na łóżku z książką, więc nawet nie wiem, kiedy minął czas jak przyszła do mnie Pielęgniarka z lekiem. Siedząc na korytarzu na twardym krześle ten czas jednak płynie inaczej. Szczególnie gdy samopoczucie z powodu zatkanego nosa do bani, i nie bardzo chce się go wyściubić na zewnątrz. (Zrezygnowałam nawet z wyjścia do Dziecków Młodszych na obiad przez nich upichcony, bo jak już się znalazłam w mieszkaniu pod kocykiem, to nic nie było w stanie mnie spod niego wyciągnąć- w poniedziałek było tylko 6. Wypisu nie mam, ale mam za to poprzedni, więc czerwone krwinki już są z trójką z przodu (nieważne, że zero obok), a hgb przekroczyła siedem i zbliża się do wartości w normie. Chociaż na tym polu ciut optymistycznej. A propos pola, po tygodniu zawirowań pogodowych, ciut  zmarnowane, ale wciąż są, więc się zatrzymałam i dla Was strzeliłam fotę (w drodze do DM, więc w totalną zawieruchę i zimno- doceńcie poświęcenie ;p).

44916335_261323487906760_1854415081383657472_n

To czas refleksji, zadumy, wspomnień. Spotkań rodzinnych. Niech będą słoneczne! Uśmiechnięte. Mimo bólu, poczucia straty, tęsknoty… Życie jest dla żywych, tych co odeszli miejsce jest w naszych sercach i pamięci.

Wyliczono, że w tych dniach pójdzie z dymem miliard złotych. Taka tradycja. Choć sama jestem zwolenniczką minimalizmu, prostoty na cmentarzu, to późnowieczorny i nocny widok rozświetlonego przez tysiące migoczących światełek, robi niesamowite wrażenie…

Reklamy

Poniedziałkowy maraton…

Straciłam już rachubę. Nie wiem, który z rzędu to już poniedziałek spędzę w DM. Tym razem na korytarzach szpitalnego oddziału, więc wyruszam dziś. W pierwszej chwili chciałam namówić OM, żeby jechał ze mną rankiem i w tym samym dniu bym wróciła do domu, ale kiedy po wizycie Mam u hepatolożki wyszedł wtorkowy termin TK, to postanowiłam, że przyjadę sama i zostanę, aby potowarzyszyć Mam. Nie przewidziałam tylko, że wirusy mnie dopadną. Czuję się kiepsko, tyle że temperatury nie mam.

W mieszkaniu czeka już na mnie nowa kanapa, fotel ma być zakupiony dziś i przywieziony przez Dziecka Starsze za tydzień, bo Tuśka dostała pilne wezwanie na Genetykę. Rezonans wyszedł zły, cokolwiek to znaczy, i ma konsultacje z lekarzem oraz usg. Trzymamy się wersji, że dopiero co rodziła, więc pewnie jakieś zmiany są i chcą się upewnić. Ale niepokój został zasiany, bo przecież nie może być chwili spokoju. O nie…

Nasza Księżniczka nie tylko już gada, ale i chodzi 😉 Wprawdzie na pleckach, ale potrafi się już kawałek przemieścić- leżąc na macie, zejść z niej pod stolik stojący obok ;D Mam tego relację fotograficzną, ale to cudowne uczucie, kiedy wiem, że wystarczą 3 minuty i już jestem u niej 🙂 W sumie to pięknie się ułożyło, że moje Dziecka tak się rozdzieliły i jedno mieszka w (nie)mojej wsi, a drugie w moim mieście 🙂

 

Ostatnio z PT rozmawiałyśmy o młodzieży chowaniu. W kontekście ostatnich wydarzeń, czyli wyborów i odnoszącego sukces oglądalności filmu „Kler”. Usłyszała od pewnego pana, zbulwersowanego, że frekwencja, mimo iż wyższa to i tak niska, że chodzenie na wybory powinno być obowiązkowe. Nic błędnego. Bo nawet jeśli zmusi się kogoś do pójścia do lokalu wyborczego i do odhaczenia się na liście, to nie zmusi się, żeby zagłosował. W najlepszym razie narysuje bałwanka obok czyjegoś nazwiska, w innym napisze bądź namaluje dosadnie co o tym myśli. Zmuszanie nic nie daje, jak już, to efekt przeciwny. Uświadamianie od dziecka, w domu, w szkole, że państwo to my wszyscy, że trzeba i warto uczestniczyć w jego tworzeniu, poprzez oddany demokratycznie głos w wyborach. Młodzi generalnie nie głosują, w większości mają na to „wywalone”, czasem w  necie sobie po gardłują, pośmieją się z memów, i tyle. Nie wynieśli poczucia  obowiązku obywatelskiego z domu ani ze szkół. Nie mają się przeciwko czemu buntować, dziś wolność daje im net…

Koleżanka córci PT, w wieku naszych dzieci (mojego Miśka), poszła obejrzeć „Kler” i jedyną refleksją, jaką się podzieliła, to było ale po co taki film, przecież i tak nic nie zmieni. Na wybory poszła, ale zapytała się PT, na kogo zagłosować (koleżanka tymczasowo zamieszkała u PT). Fajna dziewczyna, empatyczna, studiująca… I tu refleksja starszego brata, syna PT, który zna dziewczę od lat, mocno zdziwionego indolencją obywatelską, mimo iż obracała się w tym samym środowisku (gimnazjum, liceum), skwitował to tak, że chyba w domu nie czytało się gazet, nie oglądało się publicystycznych programów, nie dyskutowało, a ewentualna lektura to tylko ta obowiązkowa bądź lekka i przyjemna. Niestety, i tu jest smutna refleksja, że jeśli w domu z dorastającymi dziećmi rozmawiamy tylko na tematy przyziemne typu, żeby nie odmroziło sobie uszów, to mamy tego efekty.

Wciąż nie mogę zrozumieć Kościoła, który brnie w swojej nietolerancji i hipokryzji coraz bardziej, tym razem potępiając „tęczowy piątek”. Kościół powinien zadbać o ludzi wykluczonych, spychanych na margines społeczeństwa, tylko dlatego, że są innej orientacji seksualnej. Nauczać ludzi tolerancji i piętnować homofobię, ksenofobię, nie tylko z tego powodu, że sami mają w swoich szeregach homoseksualistów. „Tęczowy piątek” to lekcja na temat równości. Każdy powinien ją odebrać i wziąć sobie do serca. Brak zrozumienia nie tylko prowadzi do wykluczenia tych osób, ale agresji wobec nich. Jak czytam, że kiedyś czegoś takiego nie było, to mi witki opadają. Czego nie było? Homoseksualizmu? Czy wykluczenia?

*

Trzymajcie kciukasy za moją poniedziałkową kreatyninę. Nie, żeby mi źle było bez piguł i tęsknię za nimi, ale przynajmniej trzymały w ryzach gen obżarstwa nocnego ;p

(Nie)strawne treści…;)

Wietrzysko się rozszalało, przeganiając chmury po niebie w tę i z powrotem, więc raz świeci słońce, raz leje deszcz, a w kominie świszczy złowieszczo. Brzydsza strona jesieni pokazała swoje oblicze. Ale! Ani Julkowi, który rankiem zmienił swoje ogumienie na zimowe, ani mnie ono nie straszne, kiedy tę najgorszą pluchę w ciągu dnia, spędzam ze swoim słoneczkiem numer 2 🙂 (Pierwsze, odgrywało dużą rolę w pasowaniu najmłodszych przedszkolaków, więc mama pojechała zobaczyć swojego pierworodnego). Zońcia jest bardzo spokojnym i radosnym niemowlakiem (uwielbiam, jak się głośno chichra), jedynie do jedzenia wydziera się tak, jakby nie wiadomo co jej było. I jak już zacznie, to przestaje, dopiero gdy poczuje pierwsze krople mleka.

Telefon od LP zastał mnie jeszcze u Tuśki, więc zamiast do domu, pojechałam do niej. Opłacało się, bo dostałam duży słój suszonych grzybów i świeże na sos. Pierwsze podgrzybki w tym roku. Och zapachniało lasem…

44802391_244299413109898_2436344035724492800_n

i zasmakowało 🙂

43717927_553740871742927_2652615456057196544_n

Do tego makaron i miałam obiad z głowy. Zostało jeszcze, więc druga wersja z ziemniaczkami a do tego polędwiczki wieprzowe 🙂 I woda. Dzban wody 😉 Dobrze mieć przyjaciół, co o tobie pomyślą i się podzielą 🙂 Choć nie ukrywam, że taką samą przyjemnością jak jedzenie, jest chodzenie po lesie i zbieranie grzybów. Poszłabym z ogromną chęcią, ale nie mam kiedy.

*

Europa ma być bez plastiku. Z powodu żarówek dokonał się Brexit, o czym jest przekonany jaśnie nam panujący PAD, więc jest więcej niż pewne, że kolejne państwo wyjdzie z UE, bo jego obywatele się wkurzą, że zakaże im się jeść plastikowymi widelcami na plastikowych talerzykach, a przecież jest demokracja. Które? To się dopiero okaże. Polska wyjdzie z innego powodu- wszak my tylko rodowymi, srebrnymi się posługujemy, dając od wieków przykład innym nacjom- kiedy nie uzna orzeczenia TSEU. Ale kto by się tym przejmował. Przed nami ogólnopolskie świętowanie stulecia niepodległości, więc nie wystarczy jeden dzień, trzeba gawiedzi dać kolejny wolny. Nie mam nic przeciwko dniom wolnym od pracy, nawet nie przekonują mnie głosy, że nas na to nie stać (bo nie stać!) i wyliczone straty w gospodarce (niestety spore!). Szczególnie że 12 listopada wolne ma być tylko w tym roku. Ale! Do jasnej anielki, czy nie można było o tym pomyśleć co najmniej PÓŁ ROKU wcześniej, a najlepiej z początkiem tegorocznego kalendarza? Ale nie! Jak wszystko co do tej pory, partia rządząca bez żadnych społecznych konsultacji przepycha ustawę z błędami na ostatnią chwilę. Jedni egoistycznie się cieszą, bo kto by się nie cieszył z dodatkowego wolnego dnia pełnopłatnego chyba tylko idiota, co myśli o państwie i jego obywatelach perspektywicznie, a inni zgrzytają zębami, bo nie dość, że będą pracować, zazdroszcząc tym pozostałym, to jeszcze dojdzie problem opieki nad dziećmi; przedsiębiorcy, których terminy gonią, będą mieli jeden dzień w plecy, zaplanowane biznesowe spotkania się nie odbędą, a ci co mają akurat wizytę u lekarza, na którą czekali kilka miesięcy, wylecą z kolejki… I już to widzę, jak gawiedź świętuje i odpoczywa. Razem. Rodzinnie. Rusza szturmem do galerii… Niestety tylko handlowych, bo te inne będą zamknięte.

Nikt tak jak…

Dziesięcioletnia obserwacja wynikająca z częstej obecności pod gabinetem ginekologii onkologicznej- z założenia typowo babskiego bastionu-  nasuwa mi smutną refleksję, że nikt tak jak druga baba wrogiem ci nie będzie. Krzykliwa. Kłótliwa. A kiedy taką spotkasz w poczekalni do lekarza, to zdrowo cię sponiewiera.

Dzień zaczął się miło, mimo iż za oknem typowa jesienna plucha, lecz kubek gorącej herbaty z miodem i cytryną (kicham, więc miód i cytryna profilaktycznie) w towarzystwie Waszych komentarzy nastroił mnie optymistycznie. Potem miły p.Taksówkarz, przesympatyczna p. Doktor na izbie, z którą sobie pogadałyśmy nie tylko o chorobach, radosny chóralny okrzyk na przywitanie p. Pielęgniarek na oddziale, Pani Profesor z pytaniem czy wszystko okej i czy czegoś nie potrzebuję, więc twarde krzesełko na korytarzu nie uwierało bardziej niż zawsze. Siedzialam ciut przymulona, bo ciśnienie 100/60 przy takiej pogodzie energii nie dodaje, wręcz przeciwnie; żadnej znajomej pacjentki tym razem nie było. Widząc p. Seketarkę niosącą papierzyska, udałam się do sekretariatu zapytać się o wynik hist. I cud się stał, bo był- wydano mi go bez problemu, a doktor wypisał pilną konsultację w poradni onkologicznej. Wynik bez żadnej patologii, a markery wysokie, więc poszukiwania ciąg dalszy. Zameldowałam się w dyżurce, że idę do mojej Doktotowej ustalić termin dla Mam, i wyszłam na pluchę i zawieruchę. W rejestracji tego zrobić nie mogłam, tylko w gabinecie, więc grzecznie przeprosiłam i zapytałam się siedzących pań, czy mogę z następną pacjentką wejść na sekundę. I się zaczęło. Jazgot, krzyk, przypisywanie win… Kolejka zobowiązuje!!! My już takie znamy, co to na chwilę i godzinę siedzą!!! Co za beszczelniść tak się wpychać!!!  Jeszcze próbowałam spokojnie wytłumaczyć, że ja nie do lekarza tylko do pielęgniarki ustalić termin dla mamy, ale jeszcze z większym krzykiem zaczęły mnie uświadamiać, że zajmę czas lekarce, a przecież one czekają już tyle godzin, więc nie pozwolą na taką bezczelność. Taaa…  Dałam sobie spokój, choć poinformowałam o swojej dziesięcioletniej tu bytności i, że wiem dobrze, jakie tu panują kolejkowe zwyczaje, ale jeszcze tak wściekle „życzliwych” pacjentek nie spotkałam, więc pasuję, bo szkoda zdrowia. Zaraz po mnie przyszła pani, informując, że ona tylko  po odbiór zaświadczenia,  więc wejdzie na chwilkę, czym na nowo uruchomiła panie z kolejki, które  w swoim stylu głośno się sprzeciwiły. Pani się tylko uśmiechnęła i dobitnie powiedziała, że czekać nie będzie, ale zdziwienie malowało jej się na twarzy, w reakcji na ten werbalny atak. Powiedziałam, że mnie panie pokonały sprowadzając swym krzykiem do parteru i czekam w kolejce, aby ustalić termin wizyty i wtedy najaktywniejsza i najgłośniejsza z nich zaczęła pyszczyć z jeszcze większą mocą, więc tylko jej zwróciłam uwagę, żeby przestała krzyczeć i wtrącać się w rozmowę innych, bo ja już jakiś czas temu skończyłam z nią wymianę zdań i siedzę i czekam. Spokojnie. W gabinecie nie było mojej doktorowej (podejrzałam jak wychodziła z niego pacjentka) tylko zastępstwo, więc nie zależało mi na wejściu do niego, dlatego jak tylko wyszła p. Irenka (prawa ręka doktorowej) to się przywitałam i powiedziałam z czym przychodzę. Wróciła się do gabinetu po zeszyt, wzięła mnie na bok, zapisała termin i po problemie. Tak samo by wyglądało, jakbym zajrzała do ganinetu, kiedy kolejna pacjentka by wchodziła – Irenka by do mnie wyszła, w gabinecie zostałaby doktor i druga pielęgniarka  z pacjentką. Ale baby przed gabinetem chyba by mnie zabiły słowem, choć kto wie, czy do rękoczynów  by się nie posunęły, gdybym się im fizycznie sprzeciwiła i stanęła na progu otwartych drzwi.  Za to widząc, jak zostałam załatwiona, a jeszcze przede mną pani, która otrzymała zaświadczenie, również nie wchodząc do gabinetu i nie przeszkadzając przyjmującej lekarce kolejnej pacjentki-  spuściły łby. Miałam ochotę być wredną i wysyczeć, że dużo zdrowia paniom życzę (przyda się na kolejne kolejkowe batalie), bo prawie mnie doprowadziły do łez* swoją agresją, ale wyszłam bez słowa z uśmiechem na ustach. Kulturalne „Do widzenia” by mi przez nie nie przeszło, bo nigdy więcej babsztyli widzieć nie mam ochoty.

Uśmiech dość szybko znikł, bo na oddziale p. Profesor poinformowała mnie, że piguł nie dostanę. Tego ciosu się nie spodziewałam! Mam się intesywnie nawadniać przez tydzień, bo kreatynina wysoka- najwyższa  jak do tej pory- więc nerki zagrożone. Nawet nie znam pozostałych wyników, ale chyba nie najgorsze. W mieszkaniu już czekała Mam z wynikiem usg. Wszystko wskazuje, że coś się z wątrobą dzieje, ale co konkretnie, to wciąż nie wiemy. Dzisiejsza wizyta u lekarza specjalisty i dalsza diagnostyka może w końcu wyjaśni, z jakiego powodu rosną markery.

Mam przymusowe wakacje od piguł, ale za to zupelnie nieplanowo w kolejny poniedziałek muszę być w DM, a w międzyczasie będę pić bez umiaru i latać do ubikacji. Normalnie żyć nie umierać! 😉

*moja psychika, która musi być i jest silna wobec skorupiaka, w obliczu agresji ostatnio wymięka.

 

 

 

(Nie)załamanie…

Wyjechałam wraz z deszczem siąpiącym niemrawo. Niby-deszcz. W czasie jazdy intensywność kropel uderzających o przednią szybę wzrastała z każdym kilometrem, ale wycieraczki nie chodziły regularnie. Nie lubię. Świat się zamazywał, by po chwili odzyskać swoją ostrość w kolorze rdzy. Fruwajace liście powoli opadały i przyklejały się do mokrego asfaltu. Jechałam wolniej niż zazwyczaj, nie tylko z powodu letnich opon… całkowicie poddając się melancholii, jaka mnie dopadła. I tak upłynęła nam wspólnie godzina. Mijałam pole słoneczników-  mimo  deszczu i zimna miały głowy podniesione do góry. Niesamowity widok o tej porze roku. Uśmiechnęłam się. Do nich. Do siebie. Łeb do słońca!- pomyslalam głośno i… słońce za chwilę pojawiło się na niebie. Zamiast parasolki wyciągnęłam okulary słoneczne.

Straszą załamaniem pogody: ma lać i wiać. Trudno. Nie będę się z tego powodu załamywać. Zobaczymy jak to będzie, bo nie zawsze jest tak, jak się najpierw zapowiada.

Wtorek bez wizyty u doktor, bo telefon zadzwonił i miła pani poinformala, że wizyta przełożona na środę. Trudno, jeden dzień nie zbawi, trzeba stworzyć na nowo plan. Dostosować się. Logistycznie połączyć, bo przecież środa już też była zaplanowana. Również w domu.

*

Jestem dumna, że wybory samorządowe miały tak dużą frekwencję (pokazywane kolejki do urn autentycznie wzruszają- ponad milion więcej wyborców poszło zagłosować niż cztery lata temu!), najwyższą jak do tej pory, bo to świadczy o tym, że świadomość obywatelska rośnie. (Mobilizacja w stolicy- chapeau-bas :)). Trochę mnie dziwi duże poparcie dla partii rządzącej wśród najmłodszego elektoratu, zaś (niestety) nie dziwi to poparcie u suwerena najsłabiej wykształconego. U nas wybory na wójta wciąż nierozstrzygnięte, ale bardziej mnie interesują te na prezydenta w DM. Bo jeśli się sprawdzi, to do drugiej tury wchodzi kandydat z PIS. Pomijam już sam fakt, że jest to ktoś z pisu, ale że mieszkańcy zagłosowali na tego konkretnego kandydata. Znam bardzo blisko osobę, bardzo wiarygodną, pracowitą, rzetelną i uczciwą, której kariera zawodowa często krzyżowała się z tym panem i delikatnie mówiąc, daleko mu do przyzwoitości i uczciwości. Od lat. Ludzie się nie zmieniają, szczególnie w polityce. Przybierają tylko nowe maski. Czasem bardzo skutecznie. Dlatego tak ważny jest świadomy wybór.

Czytam właśnie, że Bałtyk może stać się… słodkim jeziorem. I to jest dopiero jakiś koszmar, a wszystko to dzięki działalności człowieka- zanieczyszczeniom jakie do niego są wpuszczane.

Duże ciągoty ku…

Moje ciało coraz częściej ciągnie w kierunku kanapy. Kiedy już się na niej znajduje, to umysł szepcze, żeby zalec na niej jak najdłużej. Po co wstawać i do czego? Bezpieczniej jest leżeć wygodnie pod kocykiem, najlepiej z wyłączonym telefonem i telewizorem, zanurzając się w fikcyjny świat powieści, o ile umysł pozwala na skupienie. Ten świat też nie jest kolorowy, szczególne kiedy z uporem maniaka zanurza się w jego mroczne zaułki, w ludzkie przewinienia, grzechy i cierpienie. I zamiast dla odmiany wyruszyć w podróż wesołą kolejką, to wsiada się do „Kolei podziemnej”. Stałam się chyba niewolnicą mrocznej strony ludzkiej duszy. I czuję, że za chwilę stanę się niewolnicą własnej kanapy, bo coraz częściej potrzebuję kopa, by z niej powstać, coraz więcej w myślach wykonuję niż fizycznie. Ot, zaraz będę wiodła kanapowe życie. Grunt, żeby była wygodna 😉

I dlatego w piątek udałyśmy się z Tuśką do sklepu meblowego- o nazwie tak jak ma na imię obecna pierwsza dama, która damą nie jest- na rekonesans. Od jakiegoś czasu oglądałyśmy w necie, ale co innego obrazek, a co innego posadzić na niej własne siedzenie. Szczególnie że do gustu musi przypaść niejednemu, bo kanapa do mieszkania w DM. Mnie stara w niczym nie uwiera, wysypiam się odkąd (niestety) p. Basia odeszła i nade mną nie wydziera się o drugiej w nocy pudło zwane telewizorem. Ale! Dziecka Starsze narzekają, zięciowi nogi wystają i ogólnie ląduje na podłodze, a Tuśka twierdzi, że jest niewygodna. I wąska. Z drugiej strony żadnej kolubryny kupić nie możemy do kawalerki z czasów gierkowskich. Nawet jak się zlikwidowało ścianę pomiędzy kuchnią i pokojem. Musi mieć odpowiednie gabaryty do spania, być wygodna do siedzenia i nie zajmować za dużo miejsca. Taaa… Na obrazkach było ich tysiące. Namacalnie… JEDNA! Mimo pierdylion eksponatów. Co sobie posiedziałam to moje, a i tak się zmęczyłam 😉 Pstryknęłyśmy fotki, bo jeszcze Mam musi zatwierdzić, wszak na co dzień to ona z tego mieszkania korzysta, jako pralni i suszarni, prasowalni, więc nie możemy pozbawić jej tej powierzchni przeznaczonej na te czynności. I tak już uzgodniłyśmy, że dwa fotele i starą kanapę zabiera Tata na ranczo dla pracowników, a kupujemy jeden (na rzecz większej kanapy) mega wygodny fotel z podnóżkiem rodem z Ikei- sprawdzony u Tuśki i polubiony przez wszystkich. W sklepie podobnych foteli było sporo, ale ŻADEN nie był tak wygodny- w ogóle nie były wygodne!

Obiekt wybrany i wstępnie zatwierdzony (teraz tylko udać się do sklepu, uzgodnić termin, co proste wcale nie będzie), bo Tuśka sobotni wieczór spędziła w DM, spotykając się z przyjaciółkami. Jaka matka, taka córka 😉 Przyjaźnie ciągnące się latami, mimo odległości. U mnie już się to nie zmieni, oby i u Tuśki przetrwały, wszak ciągną się od pierwszej klasy liceum. W życiu spotykamy na swojej drodze różne osoby, na dłużej, na krócej, ale to właśnie w przyjaźni, choć zdarzają się nieporozumienia, to trwają ułamek sekundy, nie są przyczyną konfliktu tym bardziej rozstań. Bo jest chęć rozmowy, wyjaśnienia, czasem przeczekania, zrozumienia, wybaczenia…  Na tym polega przyjaźń, żeby nie patrzeć, nie oceniać tylko przez pryzmat własnego egoistycznego ja. Nie zrozumcie mnie źle, ale kiedy poznaję nowych ludzi i dowiaduję się, że mają długoletnich przyjaciół, często jak ja, jeszcze z podstawówki bądź z liceum lub studiów, to uśmiecham się szeroko i serce mi się otwiera na taką znajomość, bo umieć się przyjaźnić to też sztuka.

Czeka mnie ciężki wtorek. Oby nie okazał się wtorkiem-potworkiem. Trzymajcie kciuki. Ostatnio tak sobie pomyślałam, że m.in. blog, a przez to i WY, trzymacie mnie w pionie. Inaczej zaległabym na tej kanapie na amen ;p

Ulotne chwile…

Wokół fruwające babie lato. Wciąż. Niesamowite jak na drugą połowę października. To już ostatnie takie piękne godziny, gdzie można ogrzać się w promieniach słonecznych, siedząc na tarasie, nieokutaną w cokolwiek, byle chroniło przed zimnem. Ciepło.  Wystawiam twarz do słońca, zamykam oczy, bo nie wzięłam okularów. Zapomniałam, spiesząc się rano do Zońci na konkretną godzinę, tak żeby Pańcio zdążył na zajęcia w przedszkolu, a ich tata do pracy. Przed nami długi dzień. Księżniczka zasnęła w wózku, a ja od czasu do czasu spoglądam na jej słodką twarzyczkę. Czy będzie w życiu szczęśliwa? Na starcie ma wszystko: kochających rodziców, brata, dziadków, pradziadków, rodzinę, piękny pokoik w dużym domu na wielkiej działce otoczonej sosnami i lipami, które wraz z nią będą rosnąć. Jest i pies i kot. Jak sobie poradzi z rodzinnym dziedzictwem? Ech… odganiam myśl jak natrętną muchę, ale nie sposób, żeby się nie pojawiła w czasie, kiedy prababcia czeka na wynik hist., babcia dwa razy dziennie połyka chemię, jakby co najmniej  były to piguły szczęścia, a mama właśnie robi kontrolne badania, żeby przechytrzyć gada. Strzepuję z twarzy babie lato, otwieram szeroko oczy i wtapiam wzrok w to, co mnie otacza. Zońcia się budzi z uśmiechem i ten widok powoduje, że wszystkie strachy momentalnie ulatują. Dzwoni OM, że odebrał wcześniej Pańcia z przedszkola i jadą do mnie z pizzą. Wspólnie pałaszujemy na tarasie, po czym chłopaki się zbierają- w planach mają wyjazd do ŚM. Przewijam, karmię Zońcię i ruszamy na spacer. Idziemy przez wieś, odwiedzić LP, tam chwile spędzamy w ogrodowej altanie, szkoda pogody na siedzenie w murach. Tuśka zastaje nas, jak obie leżymy na kanapie i gadamy do siebie. Dziesięć godzin minęło, zanim się obejrzałam, uleciały jak kolorowe motyle. Dopiero po powrocie do domu poczułam zmęczenie. I to, że wciąż bywam ogromnie szczęśliwa. Przez chwilę. I choć szybko ulatują, to są. Codziennie.

Coraz więcej liści opada na znak, że listopad już stoi za progiem. Oprócz liści, spadły też drzewa za naszym płotem. Żal i złość na sąsiada, bo oczywiście ma prawo do ścinania własnych drzew, ale zostawił te tuż przy naszej siatce naprzeciwko domu, a wyciął te dalsze, więc i tak jest prześwit i teraz widzę jego podwórko i ogród. Nie wiem, czym się sugerował, czy ostatnią wichurą i obawą, że jego drzewa w końcu spadną na naszą wiatę bądź dom, tak jak połamały płot drugiego sąsiada na końcu naszej działki. Tam jednak nie wyciął tych, co posadził na naszym terenie i tych przy samym ogrodzeniu, co wchodzą na nasze budynki gospodarcze i gałęziami wzdłuż całej naszej posesji i po każdej wichurze mamy cały teren w połamanych konarach i gałęziach. Nie pojmę logiki tego człowieka, tylko drzew żal. Tych drzew, choć z drugiej strony i tak kiedyś musiałby je przyciąć. A złość, bo dalej układa kompostownik przy siatce naprzeciwko naszych okien, wygląda to okropnie, kiedy drzewa już ogołocone z liści, a sosny i świerki wycięte. Ech…

Staram się nie myśleć, na co nie mam wpływu, ale patrzeć się nie da, kiedy mój piękny obraz za oknem zmienił tak drastycznie swoje oblicze.

Dużo drzew też uschło w okolicy. Również u mnie nasza karłowata sosna poległa przez suszę. A deszczu wciąż nie ma. I choć od jutra stopniowe ochłodzenie, to na horyzoncie wciąż słonecznie. Doniesienia o globalnym ociepleniu wcale nie cieszą, a wręcz przerażają. Nasz czas kiedyś mnie i co zostawimy kolejnym pokoleniom? Dziś człowiek zachowuje się w dziedzinie ochrony środowiska, w podchodzeniu do zmian klimatycznych beztrosko, tak jakby po nas tylko potop… I to się może ziścić…