Kto się ceni, ten się leni…

…czyli ostatni sierpniowy sobotni wieczór w takt muzyki…

Gdy moje stopy stanęły na murawie, która swą zielenią, gęstością i miękkością po prostu powalała,- tak jakby od kilku tygodni nie było żadnej suszy- w pierwszej chwili miałam ochotę zrzucić trampki i pobiegać boso 🙂 Nie zrobiłam tego- sama nie wiem dlaczego- ale i tak cieszyłam się jak dziecko, które właśnie dostało upragnionego lizaka ;D Nawet w trampkach czułam się bosko: idąc, stojąc, a potem tańcząc…

Tańcz!

Tańcz!

Tańcz!

O matko i córko! – jak mi tego brakowało. Crazy is my life :))

Jak było?  Na to pytanie zadane mi dziś rano, jest jedna odpowiedź: tanecznie, śpiewająco, w miłym towarzystwie pośród tłumu;  jednym słowem świetnie!

Przed północą byłam już w łóżku z obolałymi nogami ( dawno  nie miały takiej gimnastyki) oraz z zachrypniętym gardłem ( nie tylko od lodów i zimnego piwa ;))

Ciepły, roztańczony, rozśpiewany wieczór pod patronatem Lata z Radiem 🙂

Jesień już widać i czuć. Jadąc gdziekolwiek, moim oczom ukazują się szpalery drzew z pożółkłymi i  rdzawymi liśćmi, które wiatr strąca na ziemię. Jeszcze niedrastycznie, ale już zauważalnie dla oka,  drzewa zmieniają swoją szatę…Dzień jeszcze gorący, nawet upalny, ale już niedokuczliwie, bo z nutą jesiennego powietrza.

Strasznie szybko zmieniają się u nas pory roku, tylko zima zawsze trwa za długo.

Reklamy

Na bogato…

Lubię jeździć do DM. Niezależnie od tego, co jest powodem mojego wyjazdu do miasta- zawsze łącze  wyjazdy ze spotkaniami: z rodzicami, z przyjaciółmi… i z tym, czego  mnie, może już nie na co dzień, ale jednak brakuje: zapachem, gwarem, ruchem… miasta. Jeśli już pokonuję tę ponad setkę kilometrów, to chcę pobyt wykorzystać na maksa. Wtorkowy dzień, właśnie taki był…

Rano wizyta w laboratorium i spuszczenie krwi do badania ;)( podobno to nawet zdrowotne jest ;)) Następnie szybka przebieżka po wybranych sklepach i zakup: oczywiście spodni :)) Ewakuacja do mieszkania i pogaduchy z Mam w oczekiwaniu na moją najstarszą stażem  Przyjaciółkę ( NP). Od niecałych dwóch lat jest Babcią- do tej pory na odległość, ale właśnie to ma się zmienić- więc temat wiodący był oczywisty 😉 Potem wspólny, dłuuuugi  obiad na mieście z młodszymi Dzieckami  i Mamą dziewczyny Miśka. Wciąż dziewczyny, bo choć są ze sobą już prawie cztery lata, to o zaręczynach cisza…;) A na koniec dnia  spotkanie z PT, późnym wieczorem, bo po Jej zawodowych zajęciach.  No i właśnie PT, po wysłuchaniu mojej relacji z dnia, pijąc herbatę i zagryzając kanapką, z pięknym uśmiechem stwierdziła: No, to na bogato masz: na wsi  dzieci, tu dzieci, rodziców… Przyjaciół.

Tak! Na bogato, bo kto bogatemu zabroni, jeśli los wciąż łaskawy i moi Bliscy są  przy mnie a ja przy nich. Tym bardziej doceniam, bo wiem, że życie pisze nieprzewidywalne scenariusze i wszystko zdarzyć się może.

Jak to, że wyniki dalej są w normie, i nawet kilkusekundowe badanie USG, które mnie wprawdzie zaniepokoiło, bo jeszcze tak ekspresowego badania nikt mi nie robił, to jednak jego opis mnie w pewnym stopniu uspokoił. A po wizycie u pani Doktor, przyjęłam za pewnik, że skorupiak wciąż jest uśpiony.  Wprawdzie wyznaczenie kolejnej wizyty na grudzień, trochę mnie zaskoczyło, ale takie są procedury, gdy nic się nie dzieje.  W międzyczasie markery na pewno zrobię sobie prywatnie. Kontrolnie.

Wakacje wciąż trwają!!!! :)))

Czeka mnie przerywnik tego błogiego stanu, w jakim obecnie się znajduję, bo za chwilę udaję się w „paszczę lwa”, a raczej ratlerka… ;D

A Wam bardzo, bardzo DZIĘKUJĘ!!!! 🙂

Końcówka lata nasycona…

…zapachem miłości…:)

Gdy zamykam oczy, pod powiekami nie mam gorącego piasku, ani przepięknych fal uderzających o brzeg, szumu morza, tłumu (ale miłego dla uszu i oczu) wczasowiczów, tylko: małą rączkę w mojej dłoni, gdy dziarsko maszerowaliśmy plażą czy uliczkami, szeroki uśmiech na dziecięcej buzi, przytulanki w każdym miejscu i o każdej porze, i wzajemne wyznania: kocham cię 🙂

Wakacje z Pańciem były cudownym czasem. Wszystko nam sprzyjało: miejsce, w którym mieszkaliśmy, niebo bez żadnej chmurki, morze zimne z dużą falą- paradoksalnie było sprzymierzeńcem, bo nie kusiło by wchodzić za głęboko- towarzystwo i atrakcje, jakie oferowała nam miejscowość, co skutkowało słowami: daj pieniążka 😉

Był też chwilowy kryzys spowodowanych przez…osę. Na szczęście konsekwencją był tylko płacz (z bólu)  i  w pierwszej chwili chęć do Mamy, a potem  powrotu nie do domu a  do babcinego psa, ale po telefonie do Dziadka i po półtoragodzinnym śnie na plaży- było już po kryzysie:).

To były pierwsze wakacje Pańcia bez rodziców, i najdłuższy czas spędzony bez nich. Moje z Nim drugie, ale te pierwsze były, gdy miał kilka miesięcy i Mamę przy sobie. Dlatego te, na pewno zapamiętam na całe życie, gdyż po raz pierwszy w całkiem innych okolicznościach przyrody, przez kilka dni, 24h mieliśmy siebie nawzajem 🙂

Powoli wracam do rzeczywistości.

Jutro wyjazd do DM i rutyna: klinika, badania, wizyta, a potem spotkania z Przyjaciółkami i Młodszymi Dziećmi.

Jedynym marzeniem jest to, by Wakacje wciąż trwały…

Trzymać kciuki czy co tam chcecie 🙂 A wiem, że chcecie, bo JESTEŚCIE! Za to WAM serdecznie, gorąco i niezmiennie DZIĘKUJĘ!!!! :))))))

P.S. 1.Laptop cały pobyt spędził w walizce ;D, więc był to też odpoczynek od internetów ;P  Wzięłam go ze sobą w razie, gdyby (bajki), w ostateczności, ale nie było takiej potrzeby 🙂 Mnie wystarczył sporadyczny kontakt poprzez fona…:)

P.S. 2.  Ale co tam niewyciągnięty laptop. Książkę miałam – jedną, bo przewidziałam, że intensywnie będzie, a wieczorem to tylko poducha i sen- którą wprawdzie wyciągnęłam z walizki, ale zdołałam przeczytać tylko jedną stronę przez cały pobyt- normalnie rekord świata! ;D

Mogę żałować tylko czasu…

Siedem lat temu, to był również gorący dzień, tyle że czwartek, a nie piątek. To miała być kolejna kontrolna wizyta z badaniami. I była, tyle że po niej już nic nie było takie same- słowa te są jednak nadużyciem, bo życie wokół toczyło się dalej, a ja pomimo diagnozy, czasem jak automat, czasem w pełnej świadomości i  z dziką radością uczestniczyłam  w każdej jego minucie.

Pytanie ile czasu, ale przede wszystkim, w jakiej jakości mi go pozostało, było pytaniem zasadniczym. W mojej głowie. Głośno go nie wypowiadałam ani nie spekulowałam na ten temat. Znałam statystyki, znałam realia i jedynie czego pragnęłam, to by los był łaskawy, a skorupiak dał się spacyfikować na jak najdłuższy, możliwy czas. Intuicyjnie czułam, że to nie będzie statystyczne pięć lat i, że mnie się uda osiągnąć status przeterminowanej 😉 I udało się, bo wznowa po sześciu latach, to paradoksalnie sukces: sześć lat przeplatanych uśmiechem, łzami, radością, smutkiem…Ale też troską o darowany czas. Normalna zwykła i  niezwykła codzienność, czasem zakłócana strachem oczekiwania na kolejne wyniki, głosem, że kiedyś musi przyjść moment kolejnej walki, a po niej czasu już może być tylko mniej…Ale z doskonaloną codziennie umiejętnością wyparcia, było mi łatwiej całą sobą uczestniczyć w rzeczywistości, która mnie otaczała. I tak jest do dziś. Mimo że, wewnętrzny głos uporczywie nęka, czasem  ogłusza wrzaskiem, a czasem  jest tylko szeptem z oddali- to jego sporadyczność pozwala mi na cieszenie się tym, czego każdego dnia doświadczam.

Z perspektywy czasu, siedem lat to bardzo krótko…Mgnienie…A jednak tyle się  wydarzyło w ciągu tego czasu. Świadomość, że mogłabym nie być uczestnikiem czy tylko obserwatorem- surrealnie dodaje mi skrzydeł. Bo jakie by ono nie było- to jest moje życie!

Jest ciepły sierpniowy wieczór, jakże inny niż ten siedem lat temu, a jednak w pewnej mierze taki sam: wciąż ze skorupiakiem w tle…Piję schłodzone bezalkoholowe piwo, nie żeby coś uczcić, ale dlatego, że jest gorąco. Jestem wdzięczna losowi za tu i teraz, i chcę więcej. Więcej czasu.

******

Podobno pan Bóg po to dał nam rozum, żeby go używać.

Gdy rzuca mi się w oczy zdanie: szczepionka powoduje rozwiązłość- od razu  moja ciekawość zostaje pobudzona.  Oczywiście, małżeństwo T. kolejny raz głosi swą prawdę objawioną: że wprowadzenie przez Ministerstwo Zdrowia  programu darmowych szczepień przeciwko wirusowi HPV, który powoduje raka szyjki macicy, spowoduje rozpasanie seksualne u młodych dziewcząt, więc od razu deklarują, że swoich córek na pewno nie zaszczepią. I na nic argumentacja, że wirus jest groźny dla kobiet, że szacuje się, iż 80% populacji  może nim być zarażona, a skuteczność szczepionki potwierdzona badaniami, sięga 97%. Dla T. jako  rodziców, te argumenty są nieprzekonujące; odbijają się  jak groch od ściany zbudowanej z modlitwy i ich  moralności. No cóż, niektórzy w raka tylko modlitwą potrafią celować. Jako matka, która zaszczepiła swą córkę- nie zważając na koszty- cieszę się, że Ministerstwo Zdrowia chce, żeby szczepionka była powszechnie dostępna, darmowa, a nawet obowiązkowa. Bo jeśli komuś rozumu nie starcza, to niech za niego decydują mądrzejsi.

Mogę pani Małgorzacie T. w sekrecie zdradzić- jako ta matka matce- że u mojej córci- po zaszczepieniu- nie stwierdziłam  wzmożonej rozwiązłości czy też jakieś swawoli seksualnej, tudzież niezliczonych partnerów 😉 Ani u Jej kuzynek, które też zostały zaszczepione. Sugeruję więc,  zweryfikowanie poglądu, jakoby to szczepionka ową rozwiązłość powodowała, a nie np:  rodzicielskie wychowanie w sprawach  intymnych i życia seksualnego. Czyżby pani T. nie wierzyła we własny sukces wychowawczy, w siłę modlitwy i własnej oraz córek  bogobojności?  Aaaa zapomniałam: według niej, to  modlitwa ochroni ją i jej córki przed rakiem, więc po co szczepić, narażając się na takie skutki uboczne. To jej  decyzje- niby  nic mi do nich,  gdyby nie to, że  oboje T. postulują, coby pieniądze, które miały by być przeznaczone na szczepionkę, przeznaczyć na kampanie promującą wierność małżeńską- bo tylko to, według państwa T., ochroni przed rakiem szyjki macicy: wstrzemięźliwość i czystość małżeńska. Zważywszy  jakiej sprzyjają  opcji politycznej, i jakie na jesień mogą dokonać się zmiany- moje obawy są uzasadnione, że ich wizja ” Polek  może i z rakiem, ale za to z modlitwą na ustach ,” będzie realna.

Oby nie!

 

Status: podejrzana…

Od jakiegoś czasu dla pewnego urzędu mam taki, a nie inny status.  A od dziś, być może dodadzą: ścigana 😉 Oczywiście w majestacie prawa- za to w oparach absurdu i niekompetencji. Nie moich, tyle że ja swoje udowadniam poprzez zatrudnienie specjalistów za niemałą kasę, której wcale mi nie żal (może trochę), bo wolę zapłacić za solidną, kompetentną robotę, niż za wymysły i wzięte z kosmosu obliczenia urzędnika, który to z racji własnego stołka, przyjął, że każdy musi płacić. I owszem, ale za błędy. Ciekawe tylko, kto zapłacić za błędy urzędnika? Głupie pytanie, jasne, że petent, podatnik…Swoim czasem, stresem, dobrym imieniem, pieniędzmi…etc…

Miałam dzisiaj się stawić w urzędzie, pomimo że, wciąż nie dostarczono mi wezwania tak, żebym mogła w danym terminie się zgłosić. Kolejni komisarze przez kolejne miesiące uparcie ignorowali obowiązujące terminy odbioru awizo. Chyba stracili cierpliwość, bo zamiast ustalić prawidłowy termin,  woleli skontaktować się z Pełnomocnikiem i poinformować, że pod groźbą konsekwencji i przymusowego stawiennictwa ( pewnie pod eskortą policji) doprowadzą mnie do urzędu, jeśli sama tego nie zrobię. I w tak o to sposób ustalono dzisiejszy termin. Dla mojego świętego spokoju…

Dla wyjaśnienia wspomnę, że zabawa w „kotka i myszkę” z urzędem  nie jest bynajmniej spowodowana miganiem się od czegokolwiek, ale moją dziką złośliwością, która ma swoje  twarde podłoże 🙂 Ktoś chciał nas czegoś nauczyć, więc odwróciły się role. A po drugie, wkurzył mnie niczym nieuzasadniony status, i sam fakt, że jestem wzywana.

Dlaczego więc mogę być ścigana? Bo się nie stawiłam, choć miałam taki zamiar. Niestety mój Pełnomocnik nie mógł, a nie chciał, żebym zrobiła to sama. Na dodatek  przez cały dzisiejszy dzień nie dodzwonił się do komisarza, i w tej chwili nie wiem, czy na przykład jutro, nie zapukają do mnie panowie w niebieskich mundurach 😉 W przyszłym tygodniu mnie nie ma, a w kolejnym dwa dni spędzę w DM na badaniach. W tej chwili uzgodnienie terminu to już sprawa pomiędzy Pełnomocnikiem a urzędem. Mam tylko nadzieję, że nikt za mną nie wyślę listu gończego ;D

Jak przeżyć…i się nie ugotować.

Nie gotować, czyli zakaz używania kuchenki gazowej!- wprowadziłam we własnym domu 😉

A tak trochę bardziej serio…

Niektórym upały dodają energii, a niektórym ją odbierają. Niestety zaliczam się do tych drugich. Ja i moje WiFi 😉 Oba my spowolnione do imentu, z przerwami coraz dłuższymi na jakąkolwiek, choćby najmniejszą aktywność. Sjesta trwająca przez 24h. I nie byłoby to uciążliwe, gdyby nie areszt domowy 😉 A mnie się chce powietrza, takiego co to pełną (młodą) piersią…ech…

Nie narzekam, ale czekam. Aż się skończą, a wtedy zapakuję się i Pańcia do auta i na kilka dni wyruszymy nad morze. Dlaczego dopiero wtedy? Ano, chyba nie wyobrażacie sobie, że mogłabym z pół i trzylatkiem w taki żar przebywać w jakiejkolwiek nadmorskiej miejscowości, gdzie od bladego świtu toczy się walka o kawałek plaży, a po dwóch godzinach już nawet szpilki nie da się wcisnąć; gdy odgłosy dochodzące od gawiedzi zagłuszają własne myśli ( nawet szum morza) bombardując z każdej strony, a ludzkie ze smażone  ciała (oparowane z każdej strony )bronią dostępu do wody.  Tego nie chcemy! Dlatego to po 15. wyjeżdżamy- oczekuję (wieloletnim doświadczeniem), że będzie luźniej, a przede wszystkim dużo chłodniej 🙂 LP musiała się dostosować 🙂 Tak, nie jadę sama, bo nie wiem, czy dałabym radę, a tak druga zaprzyjaźniona dorosła osoba z synkiem sześcioletnim dla towarzystwa- bezcenna! Zresztą nie pierwszy to nasz wspólny wyjazd; po raz pierwszy w takiej konfiguracji- o której  pomyślałam już pięć lat temu, kiedy z LP i Jej ośmiomiesięcznym synkiem razem spędzałyśmy wakacje nad morzem- czyli Ona jako matka lub babcia (tak, tak niektórzy mają dziecko w wieku wnuczki :)) i ja jako babcia, (którą  jeszcze wtedy nie byłam) wraz z naszymi pociechami. Ha, marzenia się spełniają! Tym piękniejsze, że przecież mogło mnie zabraknąć  albo co gorsze(?) Starsze Dzieci nie powierzyłyby mi swojego największego i jedynego Skarbu 😉

Plan jest by odpocząć po upałach i od strachu mu przy nich  towarzyszącym. Strach- bo gdy u najbliższych i wiek i choroby związane z krążeniem, a u niektórych ośli upór- więc areszt domowy nie wchodzi w grę- to nic, tylko się strachać o Nich. Jedyne wyjście, to przeczekać- wszystko przecież mija, więc tropiki też się kiedyś skończą 😉

I taka moja dygresja… Nie rozumiem i jednocześnie podziwiam  wyjeżdżających w „tropiki” podczas naszego lata, czyli w lipcu i w sierpniu…Tak, wiem, że niektórzy tylko w tych miesiącach mogą mieć urlop z różnych względów…Jednak mnie byłoby szkoda każdego letniego dnia w kraju, bo tak szybko mijają…Zawsze wolałam przedłużyć sobie lub przyspieszyć lato, a w letnich miesiącach wakacjować się  wyjeżdżając w nasze góry, nad nasze morze lub jeziora albo nie wyjeżdżając wcale, za to korzystając w pełni z letniego rytmu dnia i nocy 😉 I gdy u nas temperatura od kilku dni sięga prawie 40. stopni- utwierdziło mnie to w słuszności swego postępowania 😉  Wprawdzie ciepłolubna  jestem, a raczej słoneczna- z temperaturami wysokimi od lat mi „nie po drodze” – to na wakacjach lubię wypoczywać (również aktywnie), a nie męczyć się i boksować z żarem lejącym się z nieba. Od razu jestem na pozycji przegranej: ubezwłasnowolniona, spowolniona, zmęczona…

Ale i tak uważam, że lato mamy piękne!!! 🙂

Biznes to nie koleżeństwo…

Postanowiłam nie być wyzyskiwaczką i dać uczciwą pracę za uczciwą płacę. Tych, co do tej pory wyzyskiwałam, nie brałam pod uwagę, gdyż z góry wiedziałam, że pogardzą moim groszem, pukną się w czoło i ponownie zakasają rękawy: za dziękuję, buziaka i uśmiech podlewany kawą i osłodzony ciasteczkiem 😉

Nie miałam zbytnio wielkiego wyboru komu rzucić propozycją w twarz, dlatego długo się wahałam, zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze robię. Nie bałam się odmowy, ale i tak za przyjęcie roboty, z wdzięczności  sprezentowałam:  pół kilo mielonej brazylijskiej kawy i zestaw przypraw do deserów i ciast. Bez żalu a z dużą radością,  (kawę mieloną mam raczej tylko dla gości pijący taką, a ciast nie piekę), że zrobię Koleżance przyjemność. Tak, tak – moją ofertę pracy przyjęła Koleżanka. Zakres i miejsce  robót jasno wytyczone, czas nieokreślony, więc uzgodniłyśmy, że płaca będzie za konkretną pracę w danym dniu. Z czystą premedytacją powiedziałam, że sama ma siebie wycenić- ja zapłacę. Było to z mojej strony i wygodne i ryzykowne. Wygodne- bo to na Nią scedowałam ewentualny ciężar i skutki negocjacji finansowych a właściwie ich brak(negocjacji ); ryzykowne- bo mogło to się źle skończyć: dla mojej kieszeni i dla naszej znajomości.

Jednak miałam ochotę przeprowadzić- szczególnie w stosunku do tej osoby-eksperyment pod tytułem:

– jak dasz palec, to zawsze stracisz rękę, czy jednak są wyjątki?

– czy przyzwoitość wygra z pazernością?

– czy jeśli ktoś się daje wykorzystać, to trzeba z tego skorzystać?

Ryzyko podjęłam w pełni poczytalna, ba!, nawet przewidując ewentualne skutki, więc nie piszę o tym, by się żalić, skarżyć etc… Tylko jako ciekawostkę ;D

Praca została wykonana w ciągu czterech dni. Najwięcej  przepracowanych godzin było w pierwszym dniu, w drugim i trzecim już mniej, a w ostatnim tylko 1,5 godziny. Inaczej było z kasą jaką płaciłam w tych dniach. Po pierwszym dniu- wliczając przerwy na papierosa, kawy a do kaw jakieś słodkości- gdy usłyszałam kwotę do zapłaty i obliczając w myślach, że mniej więcej wyszło 20 złotych za godzinę, (pal licho te przerwy)  pomyślałam, że to więcej niż bierze od innych, no ale w końcu jesteśmy koleżankami, więc mam specjalną taryfę :)))  Na drugi dzień nawet zaserwowałam posiłek (krokiety) – bo miałam i chciałam, i głupio byłoby mi tak konsumować samej z OM i nie poczęstować-  i pomyślałam, że w sumie finansowo, aż tak źle nie będzie. Na koniec pracy obowiązkowa kawa i …Koleżanka rozochocona (chyba?) brakiem protestów, podtekstów  z mojej strony, na hasło rozliczamy się, rzuciła wyższą kwotę niż ta z dnia poprzedniego. W pierwszej chwili zapadłam w stupor, by w następnej bez słowa wyciągnąć pieniądze z portfela. Już wtedy dotarło do mnie, że zakres prac musi zostać okrojony, więc gdy trzeciego dnia była powtórka z rozrywki, czyli: za mniej należy się więcej, już wiedziałam, że następny dzień będzie dniem ostatnim. Być może Koleżanka to wyczuła, bo dnia następnego za 1,5 godziny pracy z przerwą na papierosy i kawę, zażądała: 50 polskich złotych. Dostała. Za pracę- podziękowałam bardzo uprzejmie i nawet rzuciłam, że jakby co, to się odezwę. Tyle że nigdy w życiu z propozycją pracy. Suma summarum, godzina pracy łącznie z paleniem i piciem kawy= około 33-34 złote. I żeby chociaż  praca była wykonywana samodzielnie, ale nie. Musiałam być, podpowiadać, wskazywać, przypominać i samej też się angażować. Ni za chu, chu, chusteczki  takiej opcji więcej 😉

Nie byłabym sobą-  mimo własnego wrażenia, że to ja zostałam wykorzystana (przypominam, że z własnej woli), bo sama za nic nie chciałam być osobą wykorzystującą- gdybym nie pomyślała, że być  może mój  ambiwalentny stosunek do Koleżanki po tym wszystkim,  jest nie na miejscu. Wszak zawsze warto się cenić!- prawda?

Odbyłam konsultacje, tu i ówdzie…Bo co tu ukrywać, chciałam mieć jasność, kto w tej sytuacji przesadził: ja płacąc bez szemrania, ale  dziwiąc się w duchu taką wysoką stawką, czy Koleżanka, żądając takich a nie innych kwot. Pewnie się domyślacie, że za taką stawkę godzinową, to „chętni „stoją już w kolejce ;P

Bynajmniej nie żałuję ani pieniędzy, ani koleżanki. Ot, dokonała się weryfikacja naszej znajomości, Jej postawy i samooceny. Dla ścisłości i jasności: Koleżanka od dawna  naszą znajomość wykorzystywała prosząc o to, czy o owo, często bez umiaru, często stwarzając przy tym sytuacje dość kuriozalne. Trzymałam Ją na dystans i ćwiczyłam na Niej własną asertywność. Przyznaję, że od czasu do czasu miałam wyrzuty sumienia. Już nie mam.

Nie wspomniałabym o tym, bo rzecz miała się już jakiś czas temu, ale wczoraj od owej Koleżanki dostałam wiadomość treści mniej więcej takiej: Pamiętaj o mnie, bo mam teraz dużo czasu i mogę popracować. Jestem na zwolnieniu, bo nie dam się wykorzystywać w pracy…

I znowu zapadłam w stupor…Gdy powróciły mi funkcje skojarzeniowo- myślowe, sięgnęłam po kalkulator. Wykonałam dwa mnożenia i jedno dzielnie i, już wiedziałam: niecałe 7,50 za godzinę fizycznej pracy. Jeśli ktoś może wyciągnąć ponad cztery razy tyle…bez komentarza…;D

A co do biznesu- to jakoś mi ostatnio nie wychodzi 😉

Przejęłam tymczasowo czyjeś obowiązki. Każdemu należą się wakacje 🙂 Gdy termin minął, stwierdziłam, że część z nich dalej będę wykonywać, by ktoś specjalnie nie musiał  przyjeżdżać. Nie przewidziałam jednego, że gdy obowiązki dotyczą organizmów żywych, to nie da się  poprzestać na otwarciu i zamknięciu, widząc, że coś im brakuje do życia. No to robię, a co się przy tym namacham, to moje 😉 Na własne,  zresztą życzenie 😉