Struktura dnia…

Mogłabym zamienić dzień z nocą. Tylko po co? Nie ulegam pokusie przesiadywania po nocy, żeby dokończyć kolejny rozdział czy obejrzeć następny odcinek… Przymknięcia oka na dłużej, kiedy jeszcze sen na powiekach nie zdążył się ulotnić. Dzięki pigułom mój rytm dnia niewiele się zmienił, one trzymają go w ścisłych ramach. Zmienił się tylko obraz w nich, bo przede wszystkim zabrakło żywego kontaktu. Z bliskimi. Ze znajomymi. Z obcymi. Właściwie od 8 dni jestem na kwarantannie. Choć przekraczam próg mieszkania, to ani razu nie opuściłam piętra…

Czas mi mija w miarę szybko… Na razie. Dawkuję sobie i „obowiązki” i przyjemności. Niewielki metraż mieszkania podzieliłam na kwatery i codziennie jedną sprzątałam- zajęło mi to 6 dni. (Do ogarnięcia mam jeszcze mieszkanie rodziców). Gotuję sobie. Pewnie przyjdzie taki moment, że będę musiała zamówić jedzenie, ale postanowiłam być kreatywna (tworzyć z tego, co akurat jest w lodówce), nad czym ubolewał OM, bo jak to zupa bez mięsa?? Uspokoiłam go, że dwa dni temu jadłam gulaszową z węgierskiej restauracji, przyniesioną przez Dziecka Młodsze, więc mam zbilansowane menu 😉 Musiałam kupić nową patelnię, co wywołało u mnie wyrzuty sumienia, bo uważam, że to nie jest czas obciążania kurierów niezbędnymi paczkami, ale naprawdę to co zastałam,  nie nadawało się do użytku. Moja Mam miała zawsze porządne garnki i patelnie (teflonowe, tytanowe, ceramiczne), ale dostały nóg, a dwie, jakie się ostały- średnia i mała- mają bardzo porysowaną powłokę i są ogólnie zdewastowane, że wolę nawet nie snuć rozważań do czego posłużyły Tacie. Być może przesadzam ze swoim podejściem, ale teraz zakupy przeniosły się do sieci, i nawet ci, co rzadko w ten sposób się zaopatrywali, to zmuszeni sytuacją, robią to. Dlatego czytanie też sobie dawkuję, żeby mi jak najdłużej starczyło książek, żeby nie zamawiać przed świętami, bo nawet w czasach bez zarazy, to najgorętszy okres dla dostawców.

Dużo rozmawiam przez telefon i najczęściej są to długie rozmowy, oprócz te z Tatą- za to  po kilka dziennie. Nieraz trwają pół minuty, bywa, że ciut dłużej, ale i tak jest mistrzem urywania w pół zdania. Jak również mistrzem dzwonienia w niefortunnych momentach, co zawsze irytowało Mam. Ale fakt, ma jakieś specyficzne wyczucie czasu ;p Rozmawiam z OM, który dawkuje mi, co się dzieje w firmie, ale słyszę, że jest zmęczony, bo pożary wybuchają co chwilę… No i jakby było mało, to lis się zakradł do kurnika…

Z Tuśką rozmawiamy dużo o jej pracy (o Najmłodszych również, ale wtedy mnie ściska gardło, a łzy same lecą), i jestem z niej dumna! Że ten roztrzepaniec potrafi być poukładaną, merytoryczną, pewną siebie szefową i jednocześnie pracownicą. Że nie przejmuje się, kiedy przewodniczący zarządu wydaje zalecenia jako swoje, które to ona sugerowała wcześniej, bo najważniejsze jest, że ma zgodę na ich wdrożenie. Atmosfera w biurze mimo specyficznej sytuacji nie jest ciężka, może dlatego, że największa żmija* jest na opiece na dziecko. I tu przy okazji dowiedziałam się, jak ta pomoc państwa wygląda w praktyce. Owszem, można złożyć do pracodawcy wniosek wydrukowany ze strony ZUS, ale on nie może złożyć go do ZUS-u, bo nie ma jeszcze odpowiedniego druku, gdyż na obowiązującym ze względu na opiekę, którą wystawiał do tej pory lekarz, nie można. Musi być inny, którego nie ma. A dlaczego inny? Bo okazuje się, że wypłata świadczenia, to nie jest 80% pensji każdego pracownika, tylko zupełnie inna, ujednolicona kwota. W ogóle to jest wiele takich kwiatków, jeśli chodzi o tę medialną najwięcej miliardów to w telewizji rządowej rzucają  pomoc dla przedsiębiorców i pracowników, ale chyba trzeba się cieszyć, że cokolwiek robią w tej kwestii. Że nie wystarczająco, to na pewno.

Wczoraj pochmurno i płatki śniegu wirujące na wietrze. Dziś słonecznie. Mam plan wyjścia najwcześniej w niedzielę, pospacerować po osiedlu- mają być już wiosenne, a nawet letnie temperatury.

Serdeczności dla Was 🙂

* wspominałam o gnieździe żmij TU

P.S. Nie macie wrażenia, że mamy swoistą „powtórkę z rozrywki” z zeszłego roku w kwestii egzaminów ósmoklasistów i maturzystów? Czy się odbędą, a jeśli, to w jakiej formie. Współczuję młodzieży, rodzicom i nauczycielom. Ech…

Masz czas…

Nie pamiętam, kiedy ostatnio ucieszyłam się, że na przykład taki piątek nie jest czwartkiem, co trwało przez 2/3 dnia i nie od razu to do mnie dotarło. Już tydzień jak jestem osaczona różnymi dźwiękami i zapachami. Mam wrażenie, że w mieszkaniu razem ze mną zamieszkali: budowlaniec co to po kilka godzin wierci dziury, co najmniej z dwóch kucharzy konkurujących ze sobą, która to potrawa bardziej śmierdzi, matka z niemowlakiem, który płacze rano, w południe, po południu i wieczorem, oraz gruźlik. Gruźlik byłby podejrzany, gdyby nie fakt, że słyszałam go jeszcze przed epidemią, więc jest tylko przerażający, gdy tak nagle słyszę, że sobie mało płuc nie wypluje. Szczególnie nocną, kiedy już inne hałasy umilkną. Bywa, że staję z nim do konkurencji, kiedy to mnie dopada uporczywy kaszel, bardziej chyba alergiczny z powodu piguł niż infekcji. Pewnie też sieję postrach, bo przecież z mojego mieszkania dotąd dochodziła tylko cisza…

Zdaję Tuśce relację na WA, co już zrobiłam w mieszkaniu, i jakie plany na kolejny tydzień, a ona mi pisze: spokojnie masz czas… I obie się łapiemy, jak te dwa słowa zmieniły swoje znaczenie. Co tak naprawdę oznaczają. Jaki mają smutny wydźwięk. Tęsknię. Już dwa razy miałam kryzys. Mija w miarę szybko, bo jestem mistrzynią w rozganianiu czarnych chmur, ale to nie znaczy, że nie pojawi się kolejny raz. Rozmawiam z Pańciem przez telefon, Zońcię widzę na zdjęciach i filmikach. Jeszcze nigdy na tak długo się z nią nie rozstawałam. Tatę widziałam dwa razy z bezpiecznej odległości, Miśka trzy; za tym trzecim był z Atą, przynieśli razem kolejne zakupy. Wszystko w bezpiecznych odległościach i trwa tylko chwilę.

 

Po raz pierwszy od czasów komuny mam zamiar zbojkotować wybory i namawiać do tego wszystkich przyzwoitych ludzi. Dla mnie w ogóle rozmawianie o tym, jakby nie było ważniejszych naglących spraw, niekonstytucyjne zmienienie kodeksu wyborów pod osłoną nocy i płaszczykiem „tarczy antykryzysowej” jest moralnie obrzydliwe. Ludzie naprawdę mają na głowie ważniejsze sprawy, przeżywają tragedie, żyją w strachu, bo każdego dnia ubywa poczucie bezpieczeństwa, a przybywa niepewności nie tylko o własne zdrowie i bliskich- nawet niekoniecznie związane z koronawirusem- ale o swój byt, bo pomoc państwa to jakieś kuriozum, więc nie będą zaprzątać swoich myśli wyborami. Zresztą nie ma żadnej kampanii. Za to jest kneblowanie ust lekarzom, po to tylko, żeby fałszować rzeczywistość. Ten fałsz potrzebny jest po to, żeby statystyki zachorowań i zgonów za szybko nie rosły, bo Wuc sobie tego nie życzy, gdyż wybory muszą się odbyć.

Że władza jest cyniczna, to wiedziałam, ale nie przypuszczałam, że będzie szafować zdrowiem suwerena w czasach zarazy. Niech sobie ten PAD będzie tym długopisem jeszcze przez jakiś czas, ale niech przestaną uprawiać politykę na zdrowiu i życiu suwerena!

Wolno nie wolno…

Jak na razie czas wcale wolno mi nie płynie. Udzielam się towarzysko, prowadząc długaśne rozmowy telefoniczne, ale to akurat normalne, tyle że teraz one się kumulują. Wychodzę też z mieszkania. Dla zdrowia psychicznego i wywietrzenia tegoż… Zamykam drzwi, robię jeden krok i otwieram drugie drzwi. W drugim mieszkaniu jest przynajmniej balkon, tyle że cały oszklony. I widok na ruchliwą, a teraz spokojną ulicę. Stojąc tak przy oknie i patrząc na życie za szybą… przypomniało mi się, jak mała Tuśka, a potem Misiek, przyjeżdżając do Dziadków, wchodzili na łóżko stojące przy oknie w małym pokoju (kiedyś moim) i opierając się o parapet i, zafascynowani widokiem patrzyli na przejeżdżające tramwaje.

Rządzący w swoim przekazie co wolno a co nie, zapętlili się tak, że w sumie nie wiadomo jak się zachowywać. Wyjście na zewnątrz legalne ma być tylko w jakimś celu. Niby konkretnym, ale tak naprawdę wyjściem na spacer można obejść ten zakaz. Całą rodziną. I z psem. Podobno tylko kilometr od miejsca zamieszkania, no cóż… ja jestem 120 km, i teraz nie wiem, czy wyjściem na zewnątrz narażam się nie tylko na koronę, ale i na grzywnę. Ale tak serio, przecież policja nie jest w stanie sprawdzić, czy ktoś po ulicy szwenda się bez celu, czy z celem. Wystarczy mieć siatkę z zakupami jako kamuflaż. Tak naprawdę wszystko zależy od odpowiedzialności ludzi. I prawdomówności. Ale to i tak stwarza wrażenie iluzorycznego zakazu. Jak ten o kwarantannie powracających z zagranicy. Na mojej wsi ludzie pracują w Niemczech, Holandii, Anglii… znają się dobrze, z widzenia, ze słyszenia i widzą, że nikt z przybyszów tego nie przestrzega. Policja nie reaguje. Sanepid udziela wymijających odpowiedzi.

Potraktowałam własne dziecię jak zarazę. Kiedy zadzwonił domofonem, to od razu otworzyłam drzwi na oścież, tak żeby nie musiał dotykać klamek. Ewakuowałam się na kanapę w odległości kilku metrów od wejścia i kuchennych szafek. Misiek w rękawiczkach, w maseczce* wniósł zakupy, rozpakował z toreb, chwilę porozmawialiśmy i jak poszedł, to dopiero zamknęłam drzwi wejściowe. Zostałam uraczona worem marchwi, z którego syna wziął sobie tylko trzy, bo tyle potrzebował, ale żebym nie została królikiem, to dorzucił sokowirówkę, humus, a do tego jeszcze seler naciowy. Nic z tych rzeczy nie było na mojej liście, którą tworzyłam w pocie czoła, jakby to było maturalne wypracowanie. I oczywiście jak już ją wysłałam, to jeszcze dwa razy poszła korekta.

91277122_780283682500865_8174799369749397504_n

na zdrowie! 🙂

*Dziecka Młodsze mają koleżankę, która szyje maseczki. Wiadomo, że nieprofesjonalne bez filtra, ale zawsze to coś. Udało im się kilka dostać i zamówić kolejne. Ata chciała mi oddać swoją, ale zaprotestowałam, bo ja mam jedną, a nie wychodzę, więc mogę poczekać. Ważniejsi są oni i Tata.

 

Zaobserwowane…

Przez całą jazdę do DM słońce mocno ogrzewało moją twarz, wydawałoby się, że na zewnątrz jest ciepły wiosenny dzień, a nie zimowa temperatura. Wiosna już mocno zaakcentowała swoje przybycie żółcią, różem i zielenią na krzewach i drzewach. Świat nie znieruchomiał, ruch większy niż w niedzielę dwa tygodnie temu. W każdej mijanej miejscowości na ulicy, skwerze, placu widziałam grupki młody ludzi. Młoda dziewczyna, którą proszę o niezamykanie drzwi wejściowych do bloku za sobą tylko podparcie przytrzymywaczem, śmieje się w głos, słysząc jak PT mówi, że absolutnie nie jedziemy windą z tymi moimi tobołami. To tylko 2 piętro, w sumie jak trzecie, bo parter wysoki 17 schodów, ale dałyśmy radę, bo Misiek zadzwonił, że już podjeżdża (wracał od dziadka z rancza, zawożąc mu obiad) w momencie, gdy już byłam na górze, a PT zeszła na dół, żeby odjechać do siebie. Przyjechała, żeby dać mi maseczkę, bo się martwiła, że muszę iść do szpitala.

Dopiero w poniedziałkowy poranek widać, że ruch dużo mniejszy, niż w każdy powszechny dzień, acz pod szpitalem nie ma gdzie zaparkować, więc robię to w odległym miejscu. Można wejść tylko przez jedną bramę; pan w ochronnym ubraniu, maseczce i goglach pyta się mnie, gdzie idę i w jakim celu, oraz mierzy temperaturę. Nie mogę iść drogą zaraz w lewo za portiernią, tylko muszę obejść drugi budynek, bo przejście jest zastawione barakiem, w którym znajduje się punkt medyczny. Tymczasowy. Przed wejściem na izbę nowe oznakowania, więc się stosuję-  najpierw wywiad przy okienku, gdzie do tej pory siedziała tylko pani portierka, teraz młoda pielęgniarka przeprowadza wywiad: jak się czuję, czy nie byłam za granicą, czy nie miałam kontaktu z kimś, kto dopiero wrócił, ma kwarantannę albo koronawirusa…

Na izbie około 15 pacjentek, pielęgniarki i lekarka w maseczkach i rękawiczkach. Na ścianach zamontowane dozowniki ze środkiem odkażającym. Oprócz moich koleżanek z programu (trzech), są kobiety w ciąży (przyjmowane w innym gabinecie, ale to wciąż ten sam korytarz), pacjentka, która musi mieć operację ratującą życie (planowane są odwołane, bądź przełożone), oraz pacjentki na chemię dożylną, w tym młoda kobieta, która przyszła pierwszy raz, więc zapytała się mnie, jakie panują tu procedury przyjęcia. Porozmawiałyśmy. Dobrze wiem, jak to jest mieć ledwo skończone trzydzieści lat i dowiedzieć się, że ma się raka. Dziewczyna o rok młodsza od mojej Tuśki… Ta rozmowa była jej bardzo potrzebna, bo na koniec mi powiedziała, że jest już spokojniejsza, i podziękowała. Przez obecną rzeczywistość sytuacja jest trudniejsza, jakby samo leczenie onkologiczne było niewystarczająco trudne. Ograniczenia (mąż nie mógł jej towarzyszyć, bo osoby towarzyszące nie są wpuszczane, ale nie odjechał do domu, tylko czekał w aucie pod szpitalem, dopóki nie znajdzie się na oddziale), niepewność, zachwiane poczucie bezpieczeństwa potęgują lęk przed czymś zupełnie nieznanym, jakim jest leczenie chemioterapią. Często w tych pierwszych momentach pacjenci czują bezradność…

Na oddziale personel pracuje w trybie tygodniowym, podzielony na zespoły, w zmniejszonym składzie. Widać powagę sytuacji, ale jest spokój i uśmiech. Na nikim już nie robi wrażenia, że na jednej z sali i toalecie naklejone są duże żółto-czarne informacje o reżimie sanitarnym. To tylko bakteria, nie korona. Spędziłam w szpitalu cztery godziny. Nie pogardziłam nawet szpitalną zupą- z nazwy żurek, a smak nieodgadniony. Wyszłam na słoneczną ulicę z ulgą, niosąc w torbie zapas piguł na 8 tygodni. Podjechałam jeszcze po jedzenie na wynos, bez wysiadania z auta. Zaparkowałam auto pod blokiem, tak że widzę go z okna. Całą noc Ceśka stała przed wjazdem do garażu, przy samym chodniku głównej ulicy… otwarta. Na szczęście nie na oścież ;D

Zaległam pod kocykiem, nie ulegając pokusie wejścia od razu pod kołdrę. Trzeba trzymać fason. Szpilek wprawdzie nie mam, a sukienkę najpierw włożyłam do walizki, a potem z powrotem powiesiłam w szafie. Żartowałyśmy z dziewczynami, że trzeba się malować, żeby w razie czego wyglądać na młodszą. W mojej kosmetyczce mam tylko… puder, starszy niż niejedna pudernica. Tak że tak…

 

 

 

Czas decyzji…

Nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu tak się miotałam z podjęciem decyzji. Nawet wyprowadzka z dużego miasta na nieznaną mi wieś i to na stałe, nie budziła we mnie tyle emocji, co teraz być albo nie być zostać czy nie zostać w miejskiej dżungli, pozbawić się kontaktu z naturą nieskażoną wirusem czy to w pobliskim lesie, czy na własnym tarasie i, zamknąć się na niecałych 30. metrach kwadratowych z ewentualną możliwością wyjścia do drugiego mieszkania, jeżeli akurat nie będzie przebywał tam Tata. (Nie będzie, nawet mogę zastawić autem wjazd do garażu, przynajmniej tak deklaruje na obecną chwilę). Czas decyzji kurczył się, a ja nie potrafiłam podjąć decyzji. Zadzwoniłam do szpitala, licząc po cichu, że jak się przyznam, że mam na tydzień zapas piguł, to może niekoniecznie będę musiała już w ten poniedziałek przyjeżdżać, więc widmo decyzji się odwlecze. Wiem, głupie to… Mam być w terminie, jak najwcześniej z rana, i jak przejdę badania, to dostanę piguły na dwa miesiące. Na teren szpitala wpuszczą mnie, jak nie będę miała temperatury i nie będę kaszleć. Może się uda, bo akurat kaszlę, i jest to kaszel duszący.

Nikt nie mówi mi co mam zrobić. Każdy deklaruje swoją pomoc, przerzucając się pomysłami. Najbardziej ubawił mnie ten, że abym nie czuła się zbyt odizolowana, to Aliś będzie przychodziła pod blok śpiewać serenady  i będziemy rozmawiać przez otwarte okno. Podejrzewam, że wszystkie wrony czy inne kruki na osiedlu miałyby niezły ubaw ;p Misiek mnie zapewnia, że wszystko, co będzie mi potrzebne, to załatwi. Jeszcze rok temu w mieszkaniu były zapasy środków higienicznych przynajmniej na pół roku, a w drugim również sporo sypkich produktów, przypraw… Dziś nie wiem, co zostało, co Tata wywiózł na ranczo… Na pewno wezmę ze sobą całe opakowanie papieru toaletowego i jedną butlę domestosu (tak, mam zamiar wysprzątać oba mieszkania), bo wiem, że w kawalerce są już na wyczerpaniu. Tak jak ja, od tego myślenia, co mam zabrać ze sobą. Bo w piątek po kilku wyczerpujących emocjonalnie rozmowach telefonicznych z Bliskimi, podjęłam decyzję, przypieczętując ją listą zakupów na wyjazd. Mam nadzieję, że moją decyzją zwiększę sobie szanse na dalszą walkę z własnym wewnętrznym wrogiem- tu, choć nie mam szansy na zwycięskie fanfary, to jednak wciąż wygrywając poszczególne bitwy, skutecznie odwlekam sromotny koniec. Z koronawirusem jestem bez szans. Nie ma też szansy, żeby to OM odizolował się od domu, więc to ja go muszę opuścić. Ale! To nie jest wygnanie. Zawsze, w każdym momencie będę mogła wrócić, i toteż będzie moja decyzja. Chyba. Bo nie wiadomo jak się rozwinie sytuacja.

aaa spirytus też wezmę!

Wiosna przyszła, nie zważając na nic, i choć nie możemy się nią w pełni cieszyć, to postarajmy się jak najczęściej uśmiechać 🙂

Dobrego czasu dla Was w ten niedobry czas!

 

 

W takim dniu…

Wyszłam na spacer w tę stronę, gdzie już nie ma zwartej zabudowy, domy oddalone od siebie kilkaset metrów, często z dala od szosy. Słońce mocno przygrzewało, choć w lekkiej wiosennej kurtce w kolorze błękitnego nieba było mi momentami nawet za ciepło, to zimny wiejący dość mocno wiatr, wymusił założenie kaptura bluzy na głowę, a policzki po powrocie miałam zimne. Szesnaście stopni na termometrze było złudne, tak jak ta cisza, spokój, pustka, nie licząc kilku mijających mnie aut i jednej rowerzystki. Złudne bo…

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

Cz. Miłosz: Piosenka o końcu świata

Gdzieś tam pomimo pustych ulic, które jeszcze nie tak dawno tętniły życiem, na placach zabaw pełno dzieci z rodzicami, również w parkach, tak mi donoszą. Czy jest możliwa pełna izolacja? Jak długo wytrzyma człowiek bez możliwości kontaktu z drugim człowiekiem, bez możliwości obcowania z przyrodą? A czekają nas coraz cieplejsze dni, i coraz więcej wykrytych zachorowań. Nie znamy ich prawdziwej skali, zbyt mało robi się testów, a doniesienia, że kolejni pracownicy opieki zdrowotnej są zarażeni, obnaża jak naprawdę jesteśmy jako państwo przygotowani.

Na wsi spokojnie… Ciocia w ogródku, sąsiad z naprzeciwka też, słychać śmiech dziecka bujającego się na ogrodowej huśtawce. Można zapomnieć. Można nie myśleć. Żeby jeszcze zająć czymś ręce, to wymyśliłam smaczne robótki ręczne, bo ile można czytać i oglądać, rozmawiać, szczególnie że każda rozmowa i tak w końcu zahaczy o sytuację w jakiej wszyscy się znaleźliśmy.

Ajda, wybacz 😉

Nie jestem mistrzynią lepienia, ale wyszły pyszneeee, okraszone wspomnieniami, bo przecież tylko kilka razy w życiu lepiłam je zupełnie sama, zawsze w towarzystwie: Mam, PT, Tuśki… Przede wszystkim wspomnieniem Mam, która od lat była głównym moim, a potem również Tuśki zaopatrzeniowcem w pierogi i kopytka. Ale to nie ona mnie nauczyła, tylko Babcia od strony Taty, to jej pierwszej pomagałam lepić ruskie (najczęściej bez sera!), a kiedy Mam przestała pracować zawodowo, to w naszym menu często się pojawiały pierogi, kopytka, kluski śląskie, kluski szare i półfrancuskie. Tych ostatnich nie jadłam już dawno, Mam zagubił się przepis… szarych pewnie też już nigdy nie zjem… W kuchni powstał armagedon, bo zamiast wziąć jak człowiek miskę do wyrobienia ciasta, to podniecona inauguracją stolnicy, która długo czekała gdzieś tam na wysokościach wepchnięta po zakupie na swój pierwszy raz, wytworzyłam spływ umączonej wody na własne nogi i stopy, a z czasem mąka to już była wszędzie. (Również zlepiona na moich bransoletkach, bo choć o zdjęciu pierścionków pamiętałam, to o nich już nie). Na koniec zbiłam szklankę, którą wyciskałam krążki. Kręgosłup mnie rozbolał, a przecież to nie był hurt tylko detal, bo raptem ulepiłam 59 sztuk, bo skończył się farsz. Na szczęście nie mam syndromu marnotrawstwa tak jak jedna z moich ciotek, która to do ciasta, jakie zostało, zaraz wykombinowałaby na szybko jakiś farsz. Choćby z kaszanki. Jak lubię kaszankę, to do dziś pamiętam te obrzydliwe pierogi, którymi mnie uraczyła jako dziecko. Fuj! Dlatego nie padłam z nosem w stolnicy, tylko już na kanapie po jako takim zatarciu śladów mojej działalności. Twórczej! Żeby nie było ;p

Dziś się lenię! I tak sobie myślę, że jak popełnię własnoręcznie gołąbki, to już będzie faktycznie koniec świata! 😉

Lekkość bytu…

Próbuję ją odnaleźć, bo gdzieś się zawieruszyła w ostatnich dniach. Przyjemność. Radość. Lekkość. To nigdy nie był stan permanentny, bo każdy z nas ma własny ciężar do udźwignięcia, a czasem przytłoczy nas ciężar innych. Człowiek często skłania się do porównań, a że to inni mają gorzej (bądź odwrotnie), szuka w tym jakiegoś pocieszenia… nieskutecznie. Potrafię się cieszyć każdą chwilą, ale nie zawsze się to udaje, szczególnie w momentach autentycznego zagrożenia. Trudno okiełzać myśli, żeby nie szły w niepożądanym kierunku, a gdy te stają się nieznośne i nieustępliwe, tracę grunt pod nogami. Na szczęście na chwilę. Myślałam, że jestem zahartowana, że potrafię zapanować nad kłębowiskiem uczuć, że nawet przez chwilę nie… No nie. Jestem tylko człowiekiem, który myśli i czuje. Bezmyślność zabija. Również innych. A nie boi się tylko głupiec. Wszystko jednak mija. Złe chwile również, i choć przyjdą następne, bo teraźniejszość jest przecież ulotna i nie wiemy, co czeka nas następnego dnia, to świadomość przemijania paradoksalnie niesie w sobie nadzieję.

Chyba zacznę lubić tego swojego skorupiaka, wszak od lat żyjemy w zgodnej symbiozie: raz on mi przywali, wywracając życie do góry nogami, a raczej te „nogi” zalegają w łóżku i życie toczy się w większości w pozycji horyzontalnej, raz ja mu przyłożę, bo na szczęście pozycja zadania ciosu nie ma znaczenia, tylko siła rażenia, i mam prawdziwych sojuszników- lekarzy. W każdym razie temat jest oswojony i nie spędza mi snu z powiek. Corona również, o dziwo śpię spokojnie i długo, tyle że czuję się bezsilna, mniej bezpieczna. Znany wróg, to prawie jak przyjaciel, bo zawsze jest lepszy od tego nieznanego wroga- nie można mu przywalić znienacka ;p

Wciąż się waham, ale przecież i w tej kwestii muszę podjąć jakąś decyzję. Z Najmłodszymi się nie widuję. (Zońcia bawi mnie do łez na przysyłanych filmikach; do czego to doszło, że mając ich 500m od siebie, nie mogę przytulić i ucałować). Decyzja zapadła, że jak druga babcia pilnuje, to nie mogą bywać u nas. Ograniczenie kontaktów jak dalece się da, jest nieuniknione- tego wymaga ten trudny czas. Gdyby nie to, że muszę jeździć po piguły w czasie zarazy, to być może dobrą opcją byłoby się przeprowadzić do Tuśki, zająć dziećmi, z założeniem, że Tuśka i Zięć relatywnie mają mniej kontaktów z obcymi. Obecnie. Tyle że im dłużej to wszystko trwa, tym zagrożenie większe. I każde założenie może być nieprawdziwe. Nie ma co wariować, trzeba wybrać najlepszą opcję, i tyle. Czy słuszną, to się dopiero okaże jak wszystko minie. Bo przecież minie.

Tata na dwa tygodnie „zamyka” firmę, choć nie wszyscy pracownicy są z tego zadowoleni- wypłacenie dniówki, czy 80% opiekuńczego przez ZUS, to nie to samo, co wypłata za konkretną pracę. Troszkę jestem spokojniejsza o niego, choć to wcale nie oznacza, że zamknie się w czterech ścianach. Ma zamiar przyjeżdżać/chodzić do biura.

Sprawdziłam zapasy. Mamy cztery duże butelki domestosu i to w jednym kolorze- zielonym. I tylko ćwiartkę spirytusu! Totalne niedopatrzenie! 😉 Nakazałam zakupić paracetamol, bo żadnych piguł przeciwbólowych i gorączkowych w domu nie ma. Zaś z zamrażalnika wyciągnęłam ostatnią porcję uszek. Grzybowych rzecz jasna. Barszcz z torebki, trudno, to nie wigilia. I gdy tak jadłam ze smakiem, to sobie pomyślałam, że być może to już ostatni raz, bo sytuacja jest taka, że nie wiadomo co z Wielkanocą, więc tym bardziej nie ma co dalej wybiegać myślą, więc delektowałam się tą chwilą, jakby rzeczywiście był to mój ostatni (taki) posiłek 😉 W końcu żyje się tu i teraz!

Czytam Idealną rodzinę Ilony Łepkowskiej. Autoironiczna, z humorem. Czyta się lekko i przyjemnie, ale nie bez refleksji, bo otwiera oczy na wiele aspektów życia codziennego. Naszego. Innych. Bo czasem wydaje się z boku (choćby czytając blogi ;p), że czyjaś rodzina jest idealna, a to tylko takie wrażenie. Trafiłam na nią przypadkiem, szukając czegoś, co po przeczytaniu będę mogła pożyczyć Przyjaciółce (tej, która czytanie zawsze zaczyna od ostatniej strony), i choć do samej autorki nie pałam jakąś sympatią (do jej tasiemcowych seriali również, pewnie z powodu tego, że są tasiemcami), po wysłuchaniu kilku jej wypowiedzi w różnych programach, to książce dałam szansę. Książka do uśmiechnięcia się. Dobra na ten czas.