(Po)zbieram się…

Sam przebłysk myśli, że powinnam się spakować, roztapia się w momencie pojawienia się. Najchętniej wyruszyłabym po 21. ale wiem, że umęczona parnym dniem, nie dam rady wieczornej jeździe, więc planuję wyjazd po 18. (a przed nim pięćdziesiąty raz wzięty prysznic). Cóż, lepiej nie będzie, bo prognozowane o tej godzinie 29 stopni i pełne słońce niewiele zmieni. Gdyby nie fakt, że muszę zostać do środy, bo mam dodatkowe badanie, to OM zawiózłby mnie we wtorek i poczekał na mnie. Nie musiałabym nocować w mieszkaniu. Że też wyjazd trafił mi się akurat w dwa najgorętsze dni. Pech. I szczęście, że jadę.

I jak się tam nie roztopię to wrócę 😉 Powrót będzie większym wyzwaniem, nawet nie mam siły o tym myśleć. Za to myśl o wyjeździe w Bieszczady na początku września dodaje mi skrzydeł.

Wczoraj bohatersko wysiedzieliśmy rodzinnie na Tuśkowym tarasie, bo Dziecka zaprosiły na grilla, szampana i ciasto, tylko dlatego, że słońce nie świeciło bezpośrednio na głowę, a i tak było gorąco i najchętniej wraz z dzieciakami zanurzyłabym się w basenie albo z psem, który trzy bite godziny bez najmniejszej przerwy tańcował przy zraszaczu, dała się zmoczyć pod ogrodowym prysznicem. Zońcia prawie całą biesiadę przespała w chłodniejszym salonie, budząc się tylko na jedzenie. Pierwszą nockę w domu spała 7godzin, Dziecka się obudziły o piątej rano i popatrzyły na się i stwierdziły, że chyba jednak trzeba córkę obudzić i nakarmić 😉 Dziś była powtórka, więc już wiadomo, w którą gałąź rodziny się wdała 😉

Jak wróciłam, odpaliłam laptopa, który mi się zbiesił, a nowego nie chciało mi się wyciągać i to był błąd.

Bo…

I teraz komunikat, do Izy, od której dostałam wczoraj emilkę. Przeczytałam, choć znalazła się w spamie (nie pojmuję mojej poczty, bo nie ma reguły, co w nim wyląduje, dlatego często sprawdzam) i postanowiłam odpowiedzieć wieczorem, jak w końcu uruchomię kompa. I zamiast odpowiadać, chciałam najpierw umieścić w odebranych i… nie wiem, co zrobiłam, ale usunęłam trwale. Bez możliwości odzyskania. I nie byłoby problemu, gdyby nie fakt, że łącznie z adresem zwrotnym. To, że moja poczta wyczynia cuda, to już niektóre osoby wiedzą; ostatnio zmieniła w połowie kolor czcionki i wymazała całe sekwencje, a zobaczyłam to dopiero w folderze wysłanych, bo jak pisałam, to nie było żadnych białych plam. I  to co napisałam, też było nie do odzyskania. Wrrr!!!! Ale do brzegu… Iza, bardzo dziękuję Ci za Twoje słowa, chciałam przede wszystkim, żebyś wiedziała, że przeczytałam i nie zignorowałam, więc jeśli masz ochotę, to wyślij z kontaktu wiadomość, to będę mogła odpowiedzieć.

*

Piszę na raty, tak jak robię wszystko inne, ale zebrałam się w sobie i poszłam na ogród po… cukinie 😀 Mrucząc pod nosem, że to jest dowód przyjaźni, że z narażeniem życia je pozrywałam i zawiozę do DM, bo kiedy PT mi oznajmiła, że cukinie ode mnie pojechały z nią w góry i tam zrobiła przepyszne leczo, którym się podzieliła i w zamian dostała miskę rosołu, a dziś z tych gór wraca i jutro się widzimy, to stwierdziłam, że niech ma kolejne, na zdrowie! 😉 A kolejnym dowodem miłości, jest zakup i przytarganie wentylatora do mieszkania przez Miśka na mój przyjazd, co mi właśnie Mam oznajmiła przez telefon, ale ważniejszą wiadomością jest to, że hist. nic nie wykazało i wycięta zmiana nie była czerniakiem. Ufff…

Idę wyciągnąć walizkę, bo w takim roboczym tempie jakie mam dziś, to spakowanie trzech sukienek (sic!) zajmie mi dobę.

Miłego tygodnia! Trzymajcie kciuki za wyniki, ale nie za mocno, bo w tych upałach to rence siem pocom!

I dziękuję, że JESTEŚCIE :*

 

 

 

Reklamy

Nie za bardzo…

Słoneczny poranek z piejącym kogutem w tle i wspomnieniem magicznej nocy z pomarańczowym księżycem. Dziś przytulę swą wnusię, więc wstaję wcześniej, żeby z OM pojechać do miasta po drobne sprawunki. Schodzę na dół i już na schodach kątem oka widzę żółty pasek na ekranie telewizora, a na nim duże czarne litery.

Wszystko jest takie samo, a zarazem nic nie jest takie samo…

Robię śniadanie zakrapiane łzami, choć z całych sił próbuję je powstrzymać. Przecież są Dziecka w domu. Próbuje wyprzeć czyhające myśli, które chcą mną zawładnąć, zakłócić mój względny spokój. Balonik radosnego podniecenia został przekuty ostrzem żalu? niezgody? Mój punkt odniesienia runął… Kolejny. Mam wrażenie, że zostałam sama na placu boju. Przytulam się do syna, który nagle się pojawił przede mną, a ja nie potrafiłam zapanować nad płaczem.

Jest bardzo, bardzo, bardzo cicho…

Przez moment, bo przecież trzeba łeb do słońca i banan na twarz, a na oczy okulary. Nie ucieknę, choć mogę wyłączyć telewizor, nie wchodzić na fejsa, wyłączyć radio w aucie. To i tak nic nie da. Nie tym razem.

Piguły.

Odliczam poranną porcję, choć przez moment mam ochotę rzucić nimi o ścianę, ale wrzucam je do pudełeczka i zabieram ze sobą, żeby jak zadzwoni budzik, tak jak robię to codziennie o tej samej porze, połknąć. Dzwoni zaraz po wejściu do galerii, więc siadam na ławce, wyciągam butelkę z wodą i łykam jedną, drugą, trzecią, czwartą, piątą, szóstą, siódmą, ósmą. Obok przechodzą ludzie…

Dostaję potwierdzenie, że Dziewczyny wychodzą ze szpitala, więc skupiam się na tym i na prezentach dla Zońci i Pańcia, spędzając godzinę w galerii, kiedy OM załatwiał swoje sprawy na mieście. Powrót. Płyną piosenki Kory, wspomnienia… I znowu oczy mokre za okularami. Pewnie byłby bez względu na własną sytuację, bo dla mojego pokolenia i tego starszego pozostanie na zawsze ikoną wolności, osobą o znaczącym głosie nie tylko artystycznym, potrafiącą wyważyć nie jedne drzwi… Dla mnie osobiście w odpowiednim czasie dzięki jej głosowi otworzyły się na oścież, te dające nadzieję na wydłużenie życia. Nie porównuję, bo nigdy tego nie robię, gdyż to błędne koło z jedną wiadomą. Że w końcu przegrasz, tylko nie wiesz kiedy. Nie szukałam wiadomości, bo wywiady w tabloidach to zwyczajna ściema, więc jak Ciocia do mojej Mam z entuzjazmem mówiła, że Kora czuje się świetnie, to ja wiedziałam swoje. Obie brałyśmy to samo- cudowny lek, który cudotwórcą nie jest; nie ma mocnych, nie ma…. To nie pigułki szczęścia, a cholerna chemia ze swoimi skutkami ubocznymi, a pacjentki to nie cyborgi, tylko osoby, które stoczyły niejedną walkę. Mnie wystarczyły i zapadły w serce  wypowiedziane przez nią słowa: „…u schyłku życia…” Nie jestem zaskoczona, ale to wcale nie mniej boli. Bo to jeszcze nie był ten czas… Kora brała olabarib około dwóch  lat; wierzyłam, miałam nadzieję, że jej się uda dłużej, że magiczne trzy lata zostaną przekroczone… a ja sobie dalej będę mogła wypierać fakt, że z kalendarza ubywają kartki…  Nie, za bardzo nie biorę do siebie. Nie muszę, świadoma jestem od samego początku. Bardziej martwię się o Bliskich…

 

Pochylam się nad naszą Księżniczką, dziwiąc się, że jest taką kruszynką, bo ze zdjęć to nie było takie oczywiste. Zapomniałam jakimi maleństwami są noworodki. Na chwilę mogę zapomnieć o rzeczywistym świecie. Na chwilę, bo gdy trzymam ją w ramionach, siedząc na kanapie, ból mnie chwyta niespodziewanie. Znajomy. To skutki uboczne „hajpeku”, tak sobie sama zdiagnozowałam, bo pojawia się od operacji. Zaciskam zęby, tylko OM zauważa, że jest coś nie tak, ale nie oddaję Zońci, bo to ja jeszcze rządzę, a nie skorupiak. Zastanawiam się tylko, czy kiedyś nie skapituluję i nie trzeba będzie wezwać karetki, bo mi się jelita całkiem przekręcą. Ale! Dopiero we wtorek kolejna weryfikacja  dostępu do piguł. Przejdę. Bo muszę. Bo to jeszcze nie ten czas! Do Zońci szepczę: Kocham cię kochanie moje…

 

 

 

 

Przeżyj to sam, a najlepiej wspólnie…

Chyba czas zejść do podziemia. Bynajmniej nie z powodu działań naszej władzy. Z całkiem prozaicznego powodu, czyli żaru z nieba. Najpierw trawiła mnie gorączka wewnętrzna, nie wiadomo z jakiego powodu, przykuwając mnie na jeden dzień do łóżka, a jak już sobie odpuściła, to i tak z domu nie wychodziłam, bo na zewnątrz było/jest jak w piecu do pieczenia chleba. No bo te chwile wieczorem, kiedy można było już odetchnąć, prawie się nie liczą, gdyż od samego nicnierobienia przez cały dzień o tej porze jestem padnięta. Niedługo będę jak kret ślepa, bo w domu w dzień jak w bunkrze, okna pozamykane i pozasłaniane, dopiero otwieram wszystkie na oścież po zmierzchu. Wychłodzi się na tyle, że można spać spokojnie, ale zaraz po przebudzeniu  biegam  po domu i wszystkie zamykam i zasłaniam. Rano zdążę jeszcze podlać kwiaty na tarasie, a potem nie wyściubiam nosa na zewnątrz, aż do późnego wieczora. Serce mi się wyrywa nad morze albo choć nad jezioro, a nogi prowadzą do pomieszczeń piwnicznych. Tam jest najchłodniej i przez to najprzyjemniej 😉 I nie żebym miała w domu jak w piekarniku, bo na dole z reguły temperatura nie przekracza 24, a na górze 27, ale i tak mnie spowalnia, więc snuję się jak mucha w smole. Chętnie przerzuciłabym się na życie nocne. Jakiekolwiek. Byle żywsze 😉

Dlatego, kiedy niebo się zachmurzyło po pięciu dniach pełnego słońca, a potem spadł deszcz i padał przez całe półgodziny, to nie było mi żal, że nie zobaczę spektakularnego zaćmienia księżyca. W zamian dostałam rześkie powietrze. I Dziecka Młodsze przyjechały (wprawdzie zaraz pojechali na Watrę w naszej okolicy), ale czekałam na ich powrót, siedząc sobie ciemną nocą, oddychając głęboko, a myśli nie krążyły wokół tego, że kolejne dni mają być jeszcze bardziej upalne, tylko czy moja najukochańsze Dziewczyny wyjdą jutro/dziś ze szpitala. Oby! Bo na razie to gapię się w telefon i naprzemiennie się wzruszam albo śmieję. Zońcia pięknie je (w ciągu jednego dnia przybrała 310g ;p), pięknie śpi w nocy, bo nakarmiona o 22. została przez Tuśkę zbudzona o 4. do karmienia, a potem sama obudziła się o 7, więc pierwsza wspólna noc i mama się wyspała 🙂 A sama jako ta urocza, młoda dama wystąpiła jako modelka z kokardą na głowie zrobioną z pieluchy- twórczość Pań Pielęgniarek 😀

Gapię się w czarne niebo, na którym kilku gwiazdom udało się przebić przez chmury. I tak sobie myślę, że choć nie zawsze dostajemy to, czego pragniemy w danej chwili, to wcale nie oznacza, że szczęście nas opuściło. I nie ma co złorzeczyć na zły los, bo on często nam rekompensuje czymś innym, tylko trzeba to dostrzec. A kiedy jest się cierpliwym…to niespodziewanie niebo się rozgwieżdża i pojawia się czerwony Księżyc w towarzystwie Marsa. Normalnie, aż mnie zatkało z wrażenia. No powiedzcie sami, czy nie jestem szczęściarą? Spadł deszcz, który spowodował, że oddycham pełną piersią i przyszła chwila, która ten oddech wstrzymała, bo życie właśnie na tym polega, by przeżywać takie chwile, które go wstrzymują… Wracają dzieci i jeszcze przez chwilę patrzymy razem przez okno dachowe, zaćmienie powoli mija…

Mam nadzieję, że i Wam niedawno (może tej nocy) udało się przeżyć taką chwilę, niekoniecznie z powodu księżyca 😉 A jeśli nie, to może dziś, jutro, pojutrze…

Miłego weekendu! 🙂

 

 

 

 

 

Matka Polka…

Nie przeczę, że utrzymanie i wychowanie dzieci jest pracochłonne i kosztowne.  Że w naszym kraju najczęściej to na barki kobiet spada trud pielęgnacji, wychowania dzieci oraz  wszelkie prace domowe. Że kiedy decydują się lub los za nie zadecyduje i mają więcej niż dwójkę pociech, to powrót do pracy albo w ogóle jej rozpoczęcie jest prawie niemożliwe. Bo nie mieszkają w dużym mieście, gdzie dostęp do żłobka czy przedszkola jest możliwy, a jeśli nawet go mają, to często nie stać rodziny na taką opiekę, gdyż mitem jest, iż żłobki i przedszkola publiczne są w naszym kraju całkowicie bezpłatne. Bo nie ma dla nich- matek z małymi dziećmi- ciekawych ofert pracy; niezmianowych, dobrze płatnych, z godzinami elastycznymi, z pracodawcą z empatią. Tych „bo” jest wiele za tym, żeby zostać w domu i opiekować się potomstwem, aż do jego pełnoletności. Ekonomicznie bardziej się to opłaca, szczególnie ostatnio, dzięki 500plus. Program socjalny partii rządzącej skutecznie wypiera z rynku pracy kobiety. Ja tym kobietom wcale się nie dziwię. Rachunek jest prosty.

W normalnym państwie powinno być tak, że kobieta ma stworzone warunki do rodzenia i wychowywania dzieci i  podjęcia pracy w dogodnym dla siebie momencie. Wybór, a nie jakikolwiek przymus. Dziś mam wrażenie, że państwo chce zmusić kobiety do rodzenia i bycia „matką polką” niepracującą zawodowo  za wszelką cenę. Tak odbieram projekt ministerstwa pracy o przyznaniu emerytury kobietom, które nawet nie przepracowały jednego dnia pracy, ale za to urodziły czwórkę dzieci.

Niedawno dostałam ZUS-u informację o mojej przyszłej emeryturze. Zastanawiam się, czy warto do niej dożyć 😉 Fakt, dużo chorowałam, więc były zwolnienia, (nawet wtedy płaciłam składkę zdrowotną), zasiłki rehabilitacyjne, więc sporo mam nieskładkowego czasu w przepracowanych latach. Innymi słowy, kwota nie przekracza najniższej emerytury. I nie o kwotę chodzi, tylko jak to się ma do tego, że ktoś, kto nie przepracował ani jednego dnia dostanie tyle samo, jeśli wszyscy będą mieli zagwarantowaną minimalną? Pracując, oprócz płacenia składek ubezpieczeniowych, odprowadzałam  podatki, nie wyciągając ręki do państwa, bo nie pobierałam żadnych świadczeń rodzinnych. Ba! Swoją dwójkę dzieci wychowałam w czasie, kiedy gdy chorowały, nie mogłam wziąć na nie zwolnienia.

Normalne państwo powinno wspierać rodziny, szczególnie te wielodzietne, i tu jest pełna zgoda. Ja tę normalność pojmuję trochę inaczej, czyli dostępność do żłobków i przedszkoli oraz ich całkowita bezpłatność, również bezpłatna szkoła (podręczniki, obiady, zajęcia dodatkowe, wycieczki), bezpłatna komunikacja miejska dla dzieci i młodzieży uczącej się, świetlice osiedlowe, gminne, gdzie można zostawić dziecko pod opieką na kilka godzin, plus znaczna ulga w podatku.

Jest nas coraz mniej, wciąż dzietność jest niezadowalająca, a państwo właśnie ma na uwadze przede wszystkim to, kto będzie robił na nasze emerytury, kiedy już teraz kasa pusta. Tylko, jeśli taka matka urodzi cztery dziewczynki, które tak jak ona nigdy nie przepracują ani jednego dnia? Bo państwo im stwarza właśnie do tego warunki, do bycia „matkami polkami niepracującymi”. Bo po co pracować, jak się nie opłaca.

I tak się zastanawiam, dlaczego ta gwarantowana emerytura ma być akurat od czwórki dzieci? I dlaczego państwo ustalając grupę uprzywilejowanych kobiet kosztem tych pracujących, czasem bardzo ciężko, które z różnych powodów nie osiągnęły nawet minimalnej emerytury, bo żeby taką dostać, należy udokumentować 20 lat pracy, nie wspomoże je waloryzacją wskaźnikiem za ilość przepracowanych lat? Tak dla zwykłej przyzwoitości. Zróżnicowania. Szczególnie że większość z nich też wychowywały dzieci, często nie jedno.

Normalne państwo powinno stworzyć najpierw warunki do godnej pracy. Tak, aby wszystkim opłacało się pracować i płacić podatki. Bez kombinowania i kalkulowania. Tak, żeby absencja zawodowa się nie opłacała. Dziś niestety tak nie jest i jak widać, w najbliższej przyszłości nie będzie.

*

Jeszcze raz serdecznie dziękuję w imieniu całej rodzinki za ciepłe słowa, życzenia, gratulacje z okazji przyjścia na świat Zońci 🙂 Jest śliczna, zdrowa, no same achy i ochy 🙂 Nie mogę przestać patrzeć co chwila w zdjęcia, w filmiki, które zięć nam wszystkim po przesyłał (niech żyje technologia!), zresztą cały dzień byłam na telefonach, bo przecież musiałam powiadomić wszystkie ciotki w realu 😉 No i dzień pełen wzruszeń, między innymi dzięki Wam, bo cudnie jest przeżywać radość w tak życzliwym towarzystwie. Oczywiście już pobuszowałam online w sklepach dziecięcych, konsultując się z Tuśką i pewnie majątek bym straciła, gdyby nie zatrudniony elektryk, który nie wiedząc, że ktoś jest w domu, nagle odłączył mnie od prądu. Wyczuł chwilę ;p

Upały mnie wykańczają, a ma grzać jeszcze bardziej. Troszkę się tym martwię. Pańcio urodził się w czasie srogiej długiej zimy, jak wychodził ze szpitala, to było minus 20 stopni; jego siostra w upalne lato- jak wyjdzie do domku, to będzie ponad 30 stopni.

Dziękuję:***  Swoją obecnością sprawiliście ten dzień jeszcze piękniejszym!!! Jak dobrze, że jesteście!

 

 

 

 

 

Dzielę się z Wami…

Tą radosną nowiną, że Zońcia jest już z nami, a ściśle ze swoimi rodzicami na tym pięknym, choć czasem skomplikowanym świecie. Urodzona w środku pracowitego upalnego dnia. Niech jej gwiazda pomyślności, a przede wszystkim zdrowia sprzyja.

Patrzę na zdjęcie i się wzruszam. Znów mamy Kruszynkę do przytulania i całowania, ale też ogromna odpowiedzialność spływa za małego Człowieczka. Jaka będzie? Kim będzie? Tak wiele zależy od fundamentu, jakim jest dom. Dom, w którym czeka pięknie umeblowany pokoik i pierwsza „akenia” jak mawiała Jej mama, od babci.

31676640_1892392214105200_942928441697632256_n

Gdzie dziadkowie i pradziadkowie nie mogą się doczekać, aby naszą Kochaną Dziewczynkę wziąć w swoje ramiona i przytulić. Gdzie starszy brat skwitował, widząc pierwsze zdjęcie: fajna ta Zońcia. I niech taką będzie zawsze- fajną dziewczyną! 🙂 Ale przede wszystkim czeka na nią miłość, radość, troskliwość, czyli to wszystko, co kochająca rodzina ofiaruje bezwarunkowo.

 

Dziewczyny i chłopcy, otwieram szampana!

:))

Pańcio do swej mamy:

A Zońcia w czym się urodzi??

To znaczy?

No, czy w spodniach, czy w sukience?

Goła.

Bez majtek???!!!

Kurtyna.

*

Czerwona plama na prześcieradle i poduszce. Łomatko! Jakiś krwotok czy cuś?  Otwieram szerzej oczy, ale nie znika. Ki diabeł? Wstaję, podciągam wyżej żaluzję, żeby wpadło więcej światła, zakładam okulary i… już wiem. Pamiętaj! Nie jedz w łóżku malin! Przed snem ;p

 

Się bym…

Zabiła. A przynajmniej połamała, jak spektakularnie się pośliznęłam na dopiero co umytych schodach zewnętrznych. I to z dobroci serca i szczodrości. Nie inaczej. A winowajcą jest, a raczej są…cukinie! Przyjechałam (spóźniona, bo jakiś dziwny zwyczaj panuje w szpitalu wojewódzkim w ŚM, że wypis sekretariat nie wyda bez lekarza, mimo iż pacjentka od dwóch dni przebywa w domu, a ten akurat był na zabiegu) już jak Pani ogarniająca moje domostwo  kończyła mycie tarasowych schodów i się zbierała do odjazdu. A mnie się przypomniało, że w ganku mam kilka dorodnych cukinii, i jak się ich nie pozbędę, to będę musiała je jakoś przerobić, a przecież rosną nowe. No to poleciałam od frontu i z pełnym wiadrem chciałam zejść, gdy nagle straciłam przyczepność…Ło matko!!!… bojąc się o własną kość ogonową, którą już nie raz na owych schodach sobie stłukłam, więc dobrze znam co to za przyjemność, tak się odchyliłam, że cały ciężar klapnięcia z przytupem poszedł na łokcie. Ból mnie zamurował. Normalnie głos straciłam i pierwsza myśl, że sobie połamałam ręce. Nade mną stała Pani z przerażoną miną, niżej leżało rozwalone wiadro z wyrzuconymi jak z katapulty cukiniami. Bolały mnie całe ręce nie tylko łokcie, więc stwierdziwszy, że jednak nie są złamane (gdyby były to chyba bym się zabiła), udałam się na kanapę pocierpieć. Kurczę, cierpiałam (doszedł jeszcze ból głowy) tak już do końca dnia (pocieszając się całą tabliczką czekolady z orzechami), zdziwiona, że aż tak boli (tu mam podejrzenie, że neuropatia czuciowa mi ten ból wzmogła), a nie ma śladu stłuczenia, ani jednego najmniejszego siniaka. Za to mięśnie rąk i brzucha bolą do dziś, tak jakbym co najmniej zrobiła 100 pompek i 300 brzuszków.

Słońce wróciło. Po trzech dniach pochmurnych z lekkim deszczykiem. Nawet nie zdążyłam za nim zatęsknić, ale lato ma być latem i już! Zbyt krótkie jest, choć tegoroczne- przynajmniej u nas- bije rekordy w swej długości, bo zaczęło się tak wcześnie, że ze zdziwieniem stwierdziłam, że dopiero zbliża się do połowy wakacji.

Bez zdziwienia, co chyba powinno mnie martwić, przyjęłam do wiadomości, że PIS wycofuje się z zakazu hodowli zwierząt futerkowych, za to prze do przodu z rewolucją w SN (nowa ustawa przegłosowana w atmosferze pogardy dla oponentów), czyli trwa demontaż trójpodziału władzy w najlepsze i tego, co się działo i dzieje pod Sejmem oraz nowe pomysły w karaniu i dyscyplinowaniu posłów. Chyba przywykłam, co nie znaczy, że zobojętniałam.

Bym się zdziwiła, gdyby nagle praworządność, dorobek naukowy, przestrzeganie konstytucji leżała im na sercu… Ale to chyba mi nie grozi.

I może byłby to czas, aby wyjechać…w Bieszczady. W miejsce bez zasięgu. Zaszyć się tam z tej własnej i opozycyjnej bezradności. Dla własnej li tylko przyjemności. Ale teraz tam leje, a jak nie leje to będzie lać jest zbyt mokro, a tu czekamy na Maleńką, więc…ech…

Miłego weekendu! 🙂 Słońca dla Was!

A tak w ogóle to chyba jest sezon ogórkowy ;p A ja zebrałam pierwszą, opóźnioną przez suszę fasolkę. Mniam.