Się bym…

Zabiła. A przynajmniej połamała, jak spektakularnie się pośliznęłam na dopiero co umytych schodach zewnętrznych. I to z dobroci serca i szczodrości. Nie inaczej. A winowajcą jest, a raczej są…cukinie! Przyjechałam (spóźniona, bo jakiś dziwny zwyczaj panuje w szpitalu wojewódzkim w ŚM, że wypis sekretariat nie wyda bez lekarza, mimo iż pacjentka od dwóch dni przebywa w domu, a ten akurat był na zabiegu) już jak Pani ogarniająca moje domostwo  kończyła mycie tarasowych schodów i się zbierała do odjazdu. A mnie się przypomniało, że w ganku mam kilka dorodnych cukinii, i jak się ich nie pozbędę, to będę musiała je jakoś przerobić, a przecież rosną nowe. No to poleciałam od frontu i z pełnym wiadrem chciałam zejść, gdy nagle straciłam przyczepność…Ło matko!!!… bojąc się o własną kość ogonową, którą już nie raz na owych schodach sobie stłukłam, więc dobrze znam co to za przyjemność, tak się odchyliłam, że cały ciężar klapnięcia z przytupem poszedł na łokcie. Ból mnie zamurował. Normalnie głos straciłam i pierwsza myśl, że sobie połamałam ręce. Nade mną stała Pani z przerażoną miną, niżej leżało rozwalone wiadro z wyrzuconymi jak z katapulty cukiniami. Bolały mnie całe ręce nie tylko łokcie, więc stwierdziwszy, że jednak nie są złamane (gdyby były to chyba bym się zabiła), udałam się na kanapę pocierpieć. Kurczę, cierpiałam (doszedł jeszcze ból głowy) tak już do końca dnia (pocieszając się całą tabliczką czekolady z orzechami), zdziwiona, że aż tak boli (tu mam podejrzenie, że neuropatia czuciowa mi ten ból wzmogła), a nie ma śladu stłuczenia, ani jednego najmniejszego siniaka. Za to mięśnie rąk i brzucha bolą do dziś, tak jakbym co najmniej zrobiła 100 pompek i 300 brzuszków.

Słońce wróciło. Po trzech dniach pochmurnych z lekkim deszczykiem. Nawet nie zdążyłam za nim zatęsknić, ale lato ma być latem i już! Zbyt krótkie jest, choć tegoroczne- przynajmniej u nas- bije rekordy w swej długości, bo zaczęło się tak wcześnie, że ze zdziwieniem stwierdziłam, że dopiero zbliża się do połowy wakacji.

Bez zdziwienia, co chyba powinno mnie martwić, przyjęłam do wiadomości, że PIS wycofuje się z zakazu hodowli zwierząt futerkowych, za to prze do przodu z rewolucją w SN (nowa ustawa przegłosowana w atmosferze pogardy dla oponentów), czyli trwa demontaż trójpodziału władzy w najlepsze i tego, co się działo i dzieje pod Sejmem oraz nowe pomysły w karaniu i dyscyplinowaniu posłów. Chyba przywykłam, co nie znaczy, że zobojętniałam.

Bym się zdziwiła, gdyby nagle praworządność, dorobek naukowy, przestrzeganie konstytucji leżała im na sercu… Ale to chyba mi nie grozi.

I może byłby to czas, aby wyjechać…w Bieszczady. W miejsce bez zasięgu. Zaszyć się tam z tej własnej i opozycyjnej bezradności. Dla własnej li tylko przyjemności. Ale teraz tam leje, a jak nie leje to będzie lać jest zbyt mokro, a tu czekamy na Maleńką, więc…ech…

Miłego weekendu! 🙂 Słońca dla Was!

A tak w ogóle to chyba jest sezon ogórkowy ;p A ja zebrałam pierwszą, opóźnioną przez suszę fasolkę. Mniam.

 

Reklamy

Doczekałam się…

Deszczu. I kompletnie nie wiem o co to halo, że wciąż pada i zimno. Po pierwsze ani wciąż, ani zimno, bo 20 stopni i drobny deszczyk to sama przyjemność. We wtorek po całkowitym przebimbanym poniedziałku powstałam z nadzieją na zapowiedziany deszcz, bo miałam w planach ogarnięcie. Się! Nic wielkiego, bo dom nie potrzebował, gdyż po pierwsze były Młodsze Dziecka i na nasz powrót się postarały, a poza tym dziś już przychodzi Pani, która to zrobi dużo sprawniej 😉 Torby i walizki spokojnie czekają na swoją kolej, bo rozpakowywanie nie jest moją mocną stroną, ale miałam zamiar nastawić pranie, ugotować zupę…bo chciało nam się zupy, choć na wyjeździe jadłam przepyszną borowikową z pierożkami, a OM kwaśnicę, Pańcio zaś rosół.  Taaa…wstałam a tu ani jednej kropli!!! Z nieba i w kranach! No to zaległam z kawą na tarasie i z książką wyczekując deszczu i  usunięcia awarii wodociągowej. Słysząc o ulewach, podtopieniach, silnym wietrze i zimnie, widząc migawki z całego kraju, patrzyłam z lekkim niedowierzaniem, bo przecież zapowiadali też u nas, a tu wciąż nic z nieba nie leciało…ech…W końcu deszcz przyszedł późnym popołudniem razem z wodą w kranach. Ulga. I tak siąpi cały czas, ale mnie to w ogóle nie przeszkadza. Szczególnie że jest ciepło. Ale!  Że w deszczu dzieci się nudzą to wczoraj pojechaliśmy z Pańciem i towarzystwem do kina 🙂 (Babciu masz kaptur? Nie, ale w Julku mam parasolkę– nie użyłam, bo przy tej intensywności musiałabym stać z godzinę albo dwie, żeby zmoknąć).

Cukinie rosną jak na drożdżach i mam wrażanie, że mieszkam w cukiniowym eldorado. Rozdaję na prawo i lewo, nawet w gości zabieram je ze sobą, a i tak już kilka rzuciłam kurom. Sama dodaję do wszystkiego, codziennie grilluję plastry i mam m.in. na kanapki, ale robię też placuszki- palce lizać!-  w pożarciu których pomaga mi Tuśka, sama już niegotująca. Przymierzam się do zrobienia ketchupu z cukinii, bo inaczej ich nie przerobię.

W międzyczasie w tle w DM podejmowane są strategiczne decyzje- inwestycje. Bombardowana jestem telefonami, coby wyrazić zdanie. Wyraziłam. Trochę zszokowana tempem, wielkością… Ogólnie jestem na tak, choć tak naprawdę to tylko Miśka zdanie się liczy, a on musiał podjąć decyzję w niecałą godzinę… Teraz pozostaje sprawdzenie wszystkich ścieżek, żeby przypadkiem nie trafić na ugór bądź minę jak już transakcja zostanie zrealizowana.

 

Inny świat…

Z którego nie chce się wracać…

Kocham morze, ale to właśnie góry przyciągają mnie na tyle mocno, że nie chce się wracać. Może dlatego, że mam do nich daleko i tak rzadko bywam i zawsze za krótko…Do tych „naszych”… Tam człowiek przenosi się w inny świat, niezależnie czy są to Beskidy (rodzinne strony dziadków i rodziców OM) czy Bieszczady (moich dziadków od strony Taty), to czas płynie inaczej- wolniej, pełniej, przy śpiewie strumyków i potoków, z bajecznymi widokami za każdym zakrętem, zalesioną górą. Trawa wokół kusząco zielona z rosą o poranku, w której cudnie było zanurzyć stopy.

IMG_2329

Choć cywilizacja już od dawna trafiła pod strzechy-  nie ma już przystanku, z którego z plecakami szliśmy ubitą drogą na szagę, okrążając Kopę do rodzinnej wioski Taty OM, bo i skrótu już nie ma, gdyż już dawno zalano te tereny i powstało jezioro Klimkówka, które teraz trzeba objechać asfaltówką… (tak już było podczas kilku naszych wcześniejszych pobytów, kiedy to nie pociągiem, autobusem i pieszo docieraliśmy do celu, tylko autem prosto z dalekiego północnego zachodu…)-

DSCN0243

to w miejscu gdzie mieszkaliśmy nie było zasięgu- internety nie istniały, telefon nie dzwonił, chyba że stacjonarny gospodarzy 🙂

IMG_2288

Cisza i spokój oraz gościnny dom, który przywitał nas swą serdecznością, górskim serem, swojską kiełbasą, pieczony chlebem zamówionym u gazdyni. I rydzami! Smażonymi i w occie, których kilka słoiczków przywiozłam i już obdarowałam Dziecka młodsze (akurat zjechali na wieś) i starsze.

Wspomnienia. Tamtych czasów, gdzie każdy we wsi był stolarzem i miał warsztat, a my za miskę zupy bądź talerz pierogów pomagaliśmy w wyrobie drewnianych wieszaków, a potem leżąc pod chatą, gadaliśmy, śpiewaliśmy przy rozpalonym wieczorami ognisku, a głos się niósł hen… Stamtąd wyruszało się na różne szlaki, wędrowało się albo z Beskidów w Bieszczady, albo odwrotnie, zależnie gdzie się zaczynał albo kończył rajd. Bądź uczestniczyło się w Watrze. Tam po raz pierwszy było spotkanie z Kropką, tradycyjnym trunkiem Łemków- taki chrzest bojowy ;p Rozmowy z ludźmi tam urodzonymi, których już w większości nie ma. I choć wsie i miasteczka mają dziś często dwujęzyczną nazwę, to jak nasi Przyjaciele stwierdzili, że kiedyś to „oni” byli u nas, teraz „my” jesteśmy u nich… Za mało rodzin się wróciło po wysiedleniu, a ci, co to zrobili, już poumierali, a ich dzieci uciekły do miast, bądź za granicę… Kiedy OM pokazywał chyżę (murowaną) swojego dziadka, w której się urodził jego ojciec, to Pańcio stwierdził: jaka mała… Drewnianej stodoły już nie ma, czego OM przeboleć nie może, bo kuzyn sprzedał jakiemuś kolekcjonerowi, który wywiózł ją na Kujawy. I tak łemkowska stodoła została przesiedlona- żal. Wiele chat, terenów powykupowali warszawiacy i stawiają tam swoje turystyczne domki… Cerkwie choć zachowane, to nie w każdej odprawiana jest msza w obrządku greckokatolickim czy prawosławnym. Mimo to, duch i klimat wciąż ten sam… Beskidy wciąż kuszą swoimi wsiami, gdzie nie ma żadnych hoteli, pensjonatów, czy nawet gospodarstw agroturystycznych-  taka wciąż jest rodzinna wieś dziadków OM i przylegająca (formalnie jeszcze do 2017 roku była jej częścią) wieś rodzinna przyjaciół moich rodziców, gdzie jako dziecko już bywałam, nie wiedząc wtedy, że tymi samymi ścieżkami chodził mój przyszły mąż, a rodziny są spokrewnione, wprawdzie w odległej gałęzi, ale jednak… Ale tak to jest z mniejszościami, że to jedna wielka rodzina 😉

W górach każdy dzień jest inny, nie tylko z powodu zmiennej pogody, która dla nas była bardzo łaskawa (za to w tym czasie porządnie popadało na moje grządki, kiedy nas nie było. W końcu!), ale przede wszystkim z powodu wędrówek tych bliższych i dalszych. Pańcio miał wiele atrakcji, a jedną z nich była przejażdżka na huculskim koniu 🙂

IMG_2298

To był fantastyczny czas, wypełniony po brzegi tak, że kiedy przychodził późny wieczór, to oczy same się zamykały zaraz po położeniu głowy na poduszce. Spełnienie mojego marzenia o wspólnych wakacjach dziadków z wnukiem, bo do tej pory sama zabierałam Pańcia na wakacyjne wyjazdy. Pańcio ma jednych i drugich dziadków na miejscu, więc większą atrakcją jest wspólny wypad na kilka dni, bo w naszych domach bywa często, również z noclegiem. I wiecie, kiedy ostatnie dni spędzaliśmy już w hotelu przy samej górze Jaworzyna w Krynicy, to nie byliśmy jedynymi dziadkami, którzy wyjechali ze swoimi wnukami na wakacje 🙂 Moje dzieci nie tylko wyjeżdżały do dziadków do DM, (drugich mieli na miejscu) ale z nimi na wakacje w góry czy nad morze, więc dla mnie naturalne było, że jeśli tylko zdrowie dopisze, to też będziemy zabierać swoje…I się kolejny raz spełniło, więc znowu jestem szczęściarą!

Tak, bywało też nerwowo, bo Tuśka od piątku w szpitalu. Na szczęście już wtedy byliśmy non stop w zasięgu. Zatrzymali, bo były już skurcze, ale ustały. Nie chcą wypuścić, choć nie wiem, czy nie wyjdzie na żądanie, bo nie uśmiecha jej się leżeć, aż do terminu. Wcześniej nie zrobią CC, takie mają procedury w ŚM, a normalny poród raczej wykluczyli. W środę zaś ma wizytę w szpitalu w DM, w którym wcześniej zdecydowała się rodzić, zanim jej lekarka z podejrzeniem sączenia się wód skierowała ją do szpitala w ŚM. Taki jest obecny stan…

Serdecznie dziękuję za wszystkie ciepłe słowa:***

Za chwilę przytulę się do swojej poduszki, na chwilę przywołam pod powieki wspomnienia ostatnich dni wypełnionych po brzegi radością, jeszcze tak świeże i soczyste jak ta trawa i łąki beskidzkie… tam w horach Karpatach tam Łemko ide, win hardu Łemkyniu za ruczku wede, tam ptaszky śpiwajut weseło wse u-cha- cha- cha, tam hołos sopiwky czuty szto dnia  😀

I obudzę się w swoim świecie…

***

DOPISEK:

Tuśka w dwupaku wraca do domu. Ze skierowaniem na konkretny dzień wypisanym przez ordynatora na CC. Przez weekend miała sprzeczne informacje, począwszy od położnej na izbie przyjęć, która protekcjonalnym tonem oznajmiła, że nie ma żadnych wskazań do cięcia, a wręcz przeciwnie, po czym na oddziale po zbadaniu przez ordynatora i zostawieniu jej na obserwacji, gdzie podczas weekendu dyżur mieli różni lekarze, którzy stwierdzili, że do porodu już ją pozostawią w szpitalu, a kolejna położna stwierdziła, że naturalnie nie ma szans urodzić, ale CC wykonują w terminie, jeśli nie ma wcześniej skurczy (tu na upartego były; dostała  zastrzyk rozkurczowy), więc wizja ewentualnego tygodnia albo i ciut dłużej leżenia w szpitalnych murach zamiast na własnym tarasie i we własnym łóżku jawiła jej się bardzo niechętnie, dlatego kombinowała, że sama się wypisze. Jednakże dzisiejszy dzień przyniósł pozytywne rozwiązanie, choć jeszcze nie to, na które tak bardzo czekamy 🙂 I chyba zrezygnuje ze środowej jazdy do DM, bo choć to szpital z bardzo dobrą opinią, jeśli chodzi o porodówkę i opiekę nad maluszkami, to znów może być tak, że ją już nie wypuszczą, no i odległość od domu jest cztery razy większa…

Dziękuję Wszystkim za wspólne czekanie:***

 

 

 

Nadszedł czas…

Lipiec. Tak oczekiwany od kilku miesięcy. Jeszcze nie przyniósł rozwiązania, bo planowe dopiero za dwa tygodnie, ale w każdym momencie może ono nastąpić. Najpiękniejszy prezent, jaki może przynieść życie wciąż zapakowany, ale powoli szykujemy się na jego przyjęcie. Z radością. Z odrobiną niepokoju, bo z ulgą odetchniemy, jak już będzie z nami. A potem będzie dużo miłości, tyle samo troskliwości… niepewności.

Jako dziecko chciałam mieć starszego brata. Kto by nie chciał? Szybko zrozumiałam, że to niemożliwe, więc zaprzyjaźniałam się z chłopakami z sąsiedztwa. Wprawdzie w życiu jakoś nie brakowało mi rodzeństwa, ale osobiście chciałam stworzyć pełniejszą rodzinę. Misiek jest młodszym bratem Tuśki, ale marzenia się spełniają i za niedługo przyjdzie na świat siostrzyczka Pańcia, który awansuje na starszego brata 🙂 A babcia oszaleje.

Może to się wydarzyć jak nas nie będzie na miejscu, ale przegadaliśmy to, i Tuśka nawet wolałaby urodzić w tym czasie. Zresztą nie wyjeżdżamy na koniec świata, a na miejscu są drudzy dziadkowie, ciocia, więc…Ja i tak się będę denerwować, więc w sumie obojętnie gdzie.

Niespodzianka? 😉

Dla nas też była, jak przyszli i oznajmili 🙂 Ale to niespodzianka z tych najbardziej radosnych. Z tych oczekiwanych. Z drugiej strony, jak to powiedziała Tuśka, kiedy dowiedziała się o płci: ty się całe życie martwisz o mnie, to ja teraz też będę...Takie geny… Już były chwile przepełnione ogromnym niepokojem. Ale! One nam nie przeszkodzą w łapaniu szczęścia za rogi; nie ma co wybiegać myślami aż tak daleko, bo wszystko płynie i trzeba się dostosowywać do rzeczywistości, która nigdy nie jest szyta na miarę. Teraz najważniejsze, żeby bezpiecznie sprowadzić Zońcię na ten świat, gdzie w komplecie czekamy na nią. I to też jest szczęście!

Tak że tak… 🙂

A przed nami droga w kierunku wspomnień i tworzeniu nowych…ku pamięci. „Nasze” góry już czekają. Tak całkiem niedawno moi rodzice zabrali pięcioletnią Tuśkę tymi samymi ścieżkami, wtedy była tam pierwszy raz. Teraz czas na Pańcia… kolejne pokolenie 😉

 

 

 

 

 

 

Za bardzo…

Intensywnie żyję ostatnio. Za bardzo. Choć, czy można żyć za bardzo? No właśnie…

Nie mam czasu na włączenie laptopa, choć od czwartku już mam nowego-starego. Synuś się postarał i niespodziewanie przywiózł z półrocznym poślizgiem ;p Wreszcie nie będę musiała walić po kilka razy w niektóre klawisze, a klawiatura nie będzie grzać moich dłoni, co było przyjemne zimą, a nie teraz, kiedy to przyjemny chłodek jest najbardziej pożądany. Ale co tam zanurzanie się w czeluściach Internetu, jak od powrotu z DM nie miałam kiedy usiąść na tarasie z książką w ręku. W ogóle od kilku dni nie miałam żadnej w ręku. Wieczory wydłużone maksymalnie, że jak już się znajdę w łóżku, to padam albo tak jak wczoraj, gadam przez 2 godziny i 51 minut przez telefon, kończąc już w nowym dniu trwającym co najmniej od godziny z oczami na zapałki i nieustannie ziewającą paszczęką. Niestety, po obudzeniu się rano, nic się nie zmieniło: oczy mi się zamykają, a gęba otwiera 😉

To był długi piątek, nie tylko z powodu nocnych pogaduszek. Zaczął się niestandardowo, bo powstaniem dwie godziny wcześniej niż zazwyczaj, zaplanowaną wspólną jazdą, zjawieniem się niespodziewanie- tu niespodzianka uciekła spod kontroli, bo nie zastałyśmy Szanownej Jubilatki w mieszkaniu, więc się rozgościłyśmy i zanim cokolwiek postanowiłyśmy, to zadzwonił Misiek, którego ślady bytności były widoczne w postaci okazałego bukietu kwiatów w wazonie, i poinformował nas, że Babcia udała się na zdjęcie szwów, a on sam jedzie już z Atą na wieś. Nie zdążyłam dopić kawy, jak Tuśka usłyszała pod drzwiami Babcię (zapomniałam zamknąć drzwi na zamki), więc zerwałyśmy się na nogi, bukiety w ręce i  wraz z Pańciem odśpiewaliśmy „sto lat”… Mina Mam bezcenna, mało zawału nie dostała…bo wprawdzie nie przeraziła się, że ktoś się włamał, ale pomyślała… że Tata się wrócił :DDD Nie będę tu tłumaczyć, dlaczego wizja powrotu własnego męża, a nie złodziei była dla niej bardziej przerażająca ;p

Mam nie dała się porwać do restauracji na obiad, bo wciąż czuje się słabo, dlatego też nie przyjechała na wieś, na co ją wcześniej namawiała Tuśka, bo chciała zrobić  przyjęcie urodzinowe u siebie. W sumie to przewidziałyśmy, no ale nie wyobrażałyśmy sobie składać życzenia tylko przez telefon, stąd ten wyjazd do DM. Szalony, bo ja za kierownicą w obie strony, a pomiędzy jeszcze zakupy i pyszne jedzenie, oczywiście na bulwarach, bo najprzyjemniej latem jeść nad wodą i Pańcio mógł sobie na łódki popatrzeć. A to wszystko za zdrowie mojej Mam, która wczoraj skończyła 75 lat 🙂

Najpiękniejszy prezent wciąż jeszcze zapakowany. Ale o tym może następnym razem…

A tu czwartkowa tęcza. Kilka kropel, które wygoniły dzieci z basenu, a nie zmyły nawet kurzu z samochodów (burza była 30 kilometrów od nas) zaowocowało takim pięknym zjawiskiem. Jak widać, łąki u nas nie są już od dawna zielone…ech…

tęcza

Miłego weekendu! 🙂

Mnie czeka jutro pakowanie, bo w poniedziałek wyjazd, jeszcze nie wiadomo o której godzinie, a że jedziemy daleko, jest lipiec i będą to góry, więc pewnie dużo deszczu (tam pada co chwilę, a u nas jak widać)  i z Pańciem, to muszę ten nasz bagaż jakoś rozsądnie ogarnąć.

 

 

 

Lato, lato wszędzie…

Lubię miasto latem. Mniej samochodów na ulicach i więcej ludzi w kawiarnianych i restauracyjnych ogródkach. Pysznie było usiąść w takim z Dzieckami Młodszymi na bulwarze przy atramentowym tagliatelle z owocami morza z widokiem na rzekę, którą co rusz przepływały mniejsze i większe łodzie. Czuć wakacje. Arbuzowa lemoniada smakuje wybornie.

Wakacyjne nuty przygrywają mi już od soboty. Najpierw spotkanie w gronie siedmiu Czarownic i trzech kotów, mocno przegadane, przegryzane sałatkami (uparłam się na jedną: buraki, ser kozi, rukola i orzech włoski) oraz zupą meksykańską, zapijane czerwonym winem, wściekłymi psami i piwem bezalkoholowym- to ja 😉 Ale! Moja wyniki trzymają poziom, o czym się przekonałam wczoraj, oprócz krwinek czerwonych. Nie chcą cholery przekroczyć magicznej trójki, nie mówiąc już, o tym, żeby być w normie. I tak sobie pomyślałam, że wyruszę na poszukiwanie czerwonego wina bezalkoholowego. Może ono ruszy je do galopu w górę 😉 Żrę buraki i inne zielska, sezonowe owoce (wiecie, że już śliwki węgierki spadają mi z drzewa? :Ooooo ) co ma odbicie w hemoglobinie, ale czerwone krwinki są nieugięte. Po imprezie zostałam odwieziona do mieszkania dość nietypowo, bo połowę drogi jadąc na kolanach mojej Aliś. Nie pytajcie dlaczego ;pp

Niedzielę zaś całą spędziłam z PT nad morzem. Najpierw sprawnie omijając korek na autostradzie z powodu remontu, jadąc niecały kilometr awaryjnym pasem do zjazdu z niej, żeby potem opłotkami przejechać kilkanaście kilometrów i wbić się już poza korkiem na główną trasę i spokojnie kontynuować podróż. To był dobry wybór, bo przetestowałyśmy alternatywną trasę, jak uniknąć korków na przyszłość. Oczywiście po drodze nie omieszkałyśmy zajechać na przystań w Kamieniu, gdzie serwują pyszną rybę i przede wszystkim pierogi z farszem rybnym, których nie mogłam sobie odmówić. Obok restauracji jest sklepik i można zakupić choćby kiszonego łososia 🙂

Morze przywitało nad dużymi falami, wiatrem i słońcem.

IMG_2196

Wiatr był zimny, ale to nie przeszkadzało wchodzić do wody różnym fariatom i dzieciom. My najpierw zaległyśmy na kawie i pysznym cieście, a potem na leżaczku przy plażowym barze.

IMG_2168

Potem poszłyśmy do auta zrzucić z siebie co nieco- ja przede wszystkim  buty sportowe zamienić na klapki- i wziąć maty i siedzisko, by z dala od głównego zejścia na plażę w miarę w cieniu rozłożyć swoje ciała na piasku.

IMG_2205

Posiedziałyśmy, poleżałyśmy, pomoczyłyśmy nogi i tak czas, który leniwie płynął, dał nam znak na powrót. Zejście było trochę hardcorowe,

IMG_2202

więc, żeby się nie wspinać, to powrót był środkiem plaży po nieubitym piasku. I to był błąd, bo na drugi dzień bolały mnie wszystkie mięśnie, szczególnie uda u nóg. Na dodatek nie mogłam zasnąć, a jak już to się w końcu stało, to obudziły mnie wrzaski…przez domofon. Noszzz… czarny guziczek był wciśnięty, a jakaś grupa młodych ludzi głośno dyskutowała przed drzwiami wejściowymi, wywołując kogoś z mieszkania. Musiałam się zewlec z łóżka, rano byłam nieprzytomna, więc naprawdę z ulgą przyjęłam, że nie muszę tego dnia czekać na piguły. Wczoraj zaś, miałam pobudkę o piątej rano, którą zaserwował mi własny Tato. Ale pobyt w szpitalu był lajtowy, załatwiłam sobie terminy różnych badań, posiedziałam na skwerku z kawą, owocami i gazetą w ręku z dala od oddziału, a jak wróciłam, to już była decyzja o wydaniu mi piguł. Tym razem wyszłam z kompletem wypisów i ze skierowaniem 🙂 Tylko muszę zapamiętać, że wizyta jest za cztery tygodnie we wtorek, a nie w poniedziałek 😉

A teraz czas ogarnąć się i Pańcia, który przyszedł z pytaniem, czy może dziś u nas spać, więc nie ma zamiaru wracać do swojego domku, zerwaną jeszcze wczoraj wieczorem cukinię; porzeczkę czerwoną i czarną już zamroziłam. Borówki zrywane są codziennie. Intensywne dni.

A na dworze upał. I susza. Wieczorem planowana kąpiel w basenie.

*

Lipiec. Środek tygodnia. W stolicy manifestacja w obronie sądów. W Strasburgu premier udawania jak w Polsce się im udało. O tak! Podzielić społeczeństwo, zdeptać konstytucję, być poza prawem. Gdy pada kolejne stwierdzenie o uszczelnieniu ściągalności vatu, to nerw mnie bierze. Nie z powodu  ściągalności, bo chwała im za to!, ale z nowego nakazu, który właśnie wszedł w życie. Każdy przedsiębiorca musi posiadać odrębne konto vatowskie, na które wpływa vat albo jest z niego wypłacany należny do US. Innej możliwości bezpośredniego uruchomienia tych środków nie ma. Są zamrożone, a raczej obraca nimi państwo. I to jest dowód, że rządowi zaczyna brakować pieniędzy. Owszem, można wystąpić do Urzędu Skarbowego z wnioskiem o wypłatę, ale ten na zgodę ma czas 8 tygodni. Taa… Teoretycznie vat to podatek, który w całości należy się państwu, więc o co to halo? Ano o to, że taki przedsiębiorca w ciągu miesiąca mógłby obrócić tymi pieniędzmi, a tak mu podcięto skrzydła.

 

 

 

 

Przeszłam samą siebie…

Wszystko wzięłaś?– przed samym mym wyjazdem zapytał OM. Tak!!!– z pewnością siebie odpowiedziałam, po czym wsiadłam do Julka zapakowanego po dach, bo jako ta baba ze wsi wiozłam do miasta dary ziemi- mej- która w ostatnich dniach mocno obrodziła wszystkim naraz i odjechałam… żeby będąc już spory kawałek za Miasteczkiem, zreflektować się, że nie wzięłam teczki z dokumentacją medyczną i skierowaniem do szpitala. A przecież zawsze zaczynam pakowanie od piguł i dokumentów! Chwila wahania i decyzja, że wracam… żeby przekonać się, iż w teczce skierowania nie ma! Nosssszzzz! Mgliście sobie przypominam, że wyszłam bez wypisu to i pewnie skierowania mi nie dali, a ja wyparłam (w tym jestem mistrzynią), że mój pobyt w DM nie tylko z przyjemnościami się wiąże…ech. Dziś z tego powodu wyruszyłam ciut wcześniej i w połowie drogi do szpitala mówię do taksówkarza, że chyba musimy zawrócić… Zapomniałam wziąć telefonu! Wrrr… po czym stwierdziłam, że jednak nie, jakoś sobie bez niego poradzę, choć nie bardzo wiedziałam jak😉 Najgorsze to brak wiedzy o czasie, kiedy się na coś czeka. Taaa… Poszłam od razu na górę po skierowanie, a tam Oskarowa mnie wita: A co ty tu dzisiaj robisz? No ja pierniczę! Pomyliły mi się tygodnie? Niemożliwe! Zagląda do komputera i mówi: Jutro masz termin. No i wraca mi pamięć, że przecież piguły odbierałam dzień później przez wynik z TK, a procedury są sztywne, co do wydawania leku. No to się przejechałam w tę i z powrotem 😀 W sumie nawet zła nie jestem, bo po imprezowej sobocie i intensywnej niedzieli w plenerze (o czym napiszę- jak nie zapomnę 😉-jak już uda mi się wrócić do domu niewiadomokiedy) jestem wypompowana i każdy mięsień mnie boli, więc wizja łóżka w mieszkaniu nagle mi miła jest. Tak że leżę i kwiczę, nie wiem tylko z czego bardziej- z boleści czy ze swej niepamięci 😃

W przerwie czytam o sfałszowanych lekach. Wiecie, że szacuje się, iż 98% aptek  sprzedających w internecie leki to oszuści? A na wskutek przyjmowania sfałszowanych leków, rocznie umiera około miliona osób na świecie. U nas szacuje się, że codziennie kilka tysięcy osób kupuje fałszywe leki.

W życiu nie kupiłabym leku na żadnym bazarze ani przez internet, szczególnie takiego, który  wydawany jest tylko na receptę.