Klasyka gatunku?

Była przekonana, że wszelkie spory, kłótnie, milczące niedopowiedzenia- nie dotyczą jej rodziny. Do tej pory, to było domeną  w rodzinie jej męża. Do czasu.

Cieszyła się na spotkanie rodzinne w upalny wolny dzień, gdy wszyscy mogli usiąść przy jednym stole, w cieniu drzew: rodzice i  rodzeństwo ze swoimi  rodzinami. To zawsze były spotkania pełne żartów, rozmów przepełnionych śmiechem i życzliwością, przekomarzaniem się, czasem docinaniem sobie nawzajem, ale bez złośliwości. Jak to w kochającej się, lubiącej się i szanującej się rodzinie. W takiej, w której wspólny czas biegnie miło i przyjemnie. Owszem, zdarzały się trudne momenty, trudne rozmowy, ale nigdy nie zdominowały ich wzajemnych relacji ani tym bardziej  nie poróżniły. Potrafili wszelkie konflikty ucinać (wyjaśniać) w zarodku, nie dopuszczając by odrosły jak macki ośmiornicy. Żadnej rywalizacji pomiędzy rodzeństwem, no chyba tylko wtedy gdy spotkanie kończyło się grą zespołową na świeżym powietrzu. Była przekonana, że tym razem również tak będzie.

Atmosfera od początku była dziwna: gospodarz był mrukliwy, opryskliwy, milczący, tak, jakby z czegoś niezadowolony. Gdy kilka razy w trakcie toczących się rozmów podkreślił, że nie ma pieniędzy- zrozumiała jego dziwne zachowanie.  Zrobiło jej się przykro, i miała ochotę jak najszybciej opuścić jego włości.

Klasyka?- jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Myślała, że w jej rodzinie, one nigdy nie będą kością niezgody, czymś, co ich poróżni, co zburzy dotychczasowe dobre relacje. Zatruje atmosferę.

Kilka lat temu rodzice przepisali duży dom wraz z działką siostrze i szwagrowi. Zaznaczyli, że pozostałe rodzeństwo mają spłacić, kwotami niezbyt wygórowanymi. Łączna kwota: mniejsza niż wartość samej działki. Właściwie, to nawet nie spłata, a małe zadośćuczynienie, z woli rodziców.  Obdarowani ( domem i przyległościami) chętnie na to przystali. Gdy minął termin spłaty ( kilkuletni), szwagier zwrócił się z prośbą o przedłużenie spłaty o rok. Usłyszał: nie ma sprawy, poczekamy.  Rok minął, nikt się nie upominał, a szwagier kilka dni przed tym spotkaniem, zagadnął jedną z  oczekujących osób, pytaniem: ile ta spłata ma wynosić?  Zaskoczona odpowiedziała, że nie wie dokładnie i, że się  skonsultuje z pozostałymi i rodzicami.

I w ten o to sposób dowiedziała się z drugiej ręki, że jest problem. Wspólnie ustalili, że powiedzą o 1/4 mniej, niż pierwotnie było mówione- nakazane przez rodziców. Przeszła jej myśl, że może zrezygnuje, ale co tu ukrywać- liczyła na te pieniądze. Pozostali potrzebują ich jeszcze bardziej. Ona może poczekać. Rodzice absolutnie nie chcą, by z nich zrezygnowali- nie taka była umowa.

Opowiadając, ma łzy w oczach. Boli ją zachowanie szwagra. Nie chce kłótni ani jego milczenia odczuwalnego jak syberyjska zima w środku lata, aluzji (stwierdził, że kwota jest i tak duża) do ich statusu materialnego. Nie chce.

Co można zrobić w takiej sytuacji ?

Szczerze porozmawiać, spróbować oczyścić atmosferę z niedomówień. Rozmówić się przede wszystkim z siostrą, która jak na razie stoi z boku, nie zabierając  głosu. Szkoda by było, żeby ta sytuacja kładła się cieniem na ich wspólne relacje, a to jakie były one wcześniej- pozostało tylko wspomnieniem…

Przypomniała mi się historia trzech braci, których matka starała się po równo obdzielić. Od zawsze. Sprawiedliwie. Tylko nie przewidziała jednego, że bracia od dziecka nauczeni, że jak jeden dostaje to pozostali również- gdy dorosną, nie zniosą najdrobniejszej niesprawiedliwości. Bo życie jest niesprawiedliwe. Bracia od lat ze sobą szczerze nie rozmawiają, nie spotykają się przy swoich stołach. Wolą pielęgnować w sobie poczucie niesprawiedliwości niż więzy  krwi…Dodam, że cala trójka wykształcona i dobrze sytuowana, doskonale radząca sobie w dzisiejszej rzeczywistości.

I tak sobie myślę, że nie zawsze  przyczyną  rodzinnych konfliktów są pieniądze, dom, czy inny majątek, mimo że o nie toczy się „walka”-  ale ludzkie charaktery. Z drugiej strony, czy  obdarowanie za życia lub spadek musi zawsze być przyczyną do kłótni w rodzinie? Często niekończących się…

 

 

Reklamy

Na gorąco…

…pomiędzy koktajlem truskawkowym, a gotowaniem bobu i przygotowaniem letniej sałatki- słucham TV. A tam, wiadomo, tematem dnia jest: TERRORYZM.

Akurat miałam nóż w ręku, gdy usłyszałam wypowiedź  polskich turystów spędzających wakacje w Tunezji.  Rodziców z dzieckiem, gdzie matka przyznała, że wiedzieli o ostrzeżeniach MSZ, ale z drugiej strony widzieli w telewizji reklamy zachęcające do wyjazdu.  I to przez osoby z pierwszych stron ( niektórych) gazet. Kobieta szczerze oznajmiła, że tak naprawdę o kierunku wyjazdu decydowały pieniądze…

I tak sobie pomyślałam, że niektórzy wolą  dać się zabić za 1500 złotych  niż za 2500 albo więcej.

Mogłabym całe życie marzyć by zobaczyć np. egipskie piramidy, ale wiem, że dla mnie jest tam niesprzyjający klimat, więc się nie wybieram.  Również z powodu braku poczucia bezpieczeństwa.  Źle bym się czuła zamknięta w luksusowym kurorcie, wiedząc, że w danym kraju co chwilę przetacza się fala zamieszek.

Pamiętam jak kilkanaście lat temu, moja bliska koleżanka zza oceanu namawiała mnie na wyjazd w tamtym kierunku. Już wtedy odmówiłam i do dziś nie zmieniłam zdania. Co nie oznacza, że potępiam tych, którzy jeżdżą tam na wakacje. Rozumiem, że pokusa jest wielka, bo słońce,  ciepłe morze, cudna infrastruktura, a to wszystko tańsze niż inne kierunki. I kiedyś bezpieczne, wszak tysiące już było i nic się nie wydarzyło. Nikt przecież nie wie, gdzie i kiedy uderzą terroryści. To prawda.

Jednak warto poczytać co nieco o kraju, do którego wybiera się na wakacje.

Ja na wakacjach cenię sobie wolność, niezależnie gdzie jestem.

Nie oceniam.  Każdy ma prawo podjąć decyzję zgodną z własną wolą. Oby tylko nie kosztowała go życie lub życie jego bliskich.

Taki mamy klimat…

Powinnam dodać: sorry…

Bo na co tu innego narzekać? Nie mam na co. Tylko na ten klimat! Bynajmniej nie  na niepogodę w letnim miesiącu, jakim jest czerwiec. To, że leje przez cały dzień bez chwili przerwy z różną intensywnością- to pikuś, gorzej, że temperatura spadła do 12 stopni. Ale 12 stopni w czerwcu to całkiem inna bajka niż te same 12 w styczniu. Nikt nikomu nie zabroni paradować w letniej różowej sukience i złotych szpilkach, z determinacją godną uwagi, szczególnie że ani aura,  ani miejsce ku temu- co najwyżej parsknie śmiechem (musiałam! ;))

Różnicy nie będę tłumaczyć, bo ja nie o tym chciałam…Upałów nie cierpię, ale nie narzekam na nie, jeśli już są. Jedynie co mnie drażni, tak naprawdę, to fakt, że tak krótko to wszystko trwa. Wiosna i lato, a właściwie lato. I nie słońce, ciepłe wieczory, długie dnie i krótkie noce są w tym najważniejsze- bo z tym bywa różnie- ( aczkolwiek w zimną czerwcową noc, okryte kocami, siedziałyśmy z PT na tarasie; w marcową nie przyszłoby nam to do głowy.) -ale dobrodziejstwa, jakie daje nam ten czas.

Smaki i zapachy. Świeżość i młodość. Szparagi, które polubiłam niedawno, a taki krótki na nie sezon; bób, który najsmaczniejszy jest młody, gotowany w kilka minut; fasolka szparagowa, młoda kapusta świeżo zakiszona, sałata, szczypior, koper, pietruszka, botwinka – prosto z ogródka. Pomidory dojrzewające na słońcu, kalarepka, rzodkiewka…mogłabym tak wyliczać…Muszę wspomnieć też o owocach: czereśnie,  truskawki, maliny, jeżyny, borówki, papierówki… Nie da się najeść na zapas, choć często jem aż do wypęku.

Dlatego, gdybym miała taką moc, to w naszym kraju zmieniłabym tylko klimat 😉 Na  idealny ( nocą temperatura  nie spada poniżej 10st. w dzień nie rośnie powyżej 25st.)- czyli wiecznej wiosny 🙂 Dla takich  malinek   i innych rodzimych owoców i warzyw, by były dostępne przez cały rok- ale nie z półek  sklepowych, tylko prosto z krzaka czy gruntu.  A  tak, mamy wysyp wszystkiego naraz, i zbyt krótko, by człowiek czymkolwiek zdążył  się przejeść  i nacieszyć;)

Taki idealny klimat, byłby również klimatem sprzyjającym i umiarkowanym w innych sferach życia. Na pewno bylibyśmy  narodem radośniejszym, życzliwszym, optymistycznym, a mniej szukającym wszędzie drugiego dna, nieufnym i narzekającym… Z dziką satysfakcją nie donosiłby jeden na drugiego, bo proces myślowy działałby bez zarzutu, gdyż dobrze odżywiony mózg, połaskotany słońcem i uśmiechem innych – nie wytwarzałby głupoty, jakiej świat nie widział. Obsesyjna spirala absurdu, która jest częścią naszej rzeczywistości- nie miałaby racji bytu, a  ameby w takim środowisku byłyby wymierającym gatunkiem.  No co, pomarzyć przecież mogę ;D

**********************************************************

W końcu musiał przyjść czas  decyzji…Pawilon z pszczołami zostanie sprzedany.  (Pamiętam jak go budowałam razem z Tatą.) Tata, nie wychował sobie następcy, a sam już nie daje rady. Pszczelarzem jest się z pasji i miłości ( na całe życie), więc kilka uli zostaje, będzie miód dla najbliższych.

Przyszedł też czas na drugiego naszego psa. Został uśpiony.

****************************************************************************************************

Jeśli możecie to kliknijcie i podpiszcie: http://www.petycje.pl/11381

Mord w biały dzień…

Mieszkam na wsi już ćwierć wieku, ale nigdy nie popełniłam mordu na żadnym zwierzu, ani na ptactwie czy też innym wigilijnym  karpiu. Owszem, rzadko, może kilka razy, uczestniczyłam w skubaniu ptactwa, ale w patroszeniu już nie. Bo zazwyczaj lądowało  w mojej kuchni już oskubane, opalone i wypatroszone. Sprawcą mordu i pozostałych czynności był Tata.

Zawsze jednak musi być ten pierwszy raz.  Przyszedł czas, że Tata się wymiksował (przynajmniej na jakiś czas) z etatowego dostarczyciela gołego drobiu na rosół lub w innej wariacji kulinarnej.  Z prozaicznej przyczyny- braku czasu, bo nigdy nie chodziło o jedną sztukę, tylko kilka naraz. Jak mieć krew na rękach, to za czyn konkretny 😉

Gdy zakomunikował, że do wybicia zostało siedem kogucików, to najpierw pomyślałam sobie, że mają szczęście i doczekają starości. Jednak, gdy usłyszałam argument: a kto Wam będzie zabijał i oporządzał, jak mnie zabraknie- to się lekko wkurzyłam. Postanowiłam Tatę zaskoczyć.

Najpierw musiałam znaleźć mordercę. Typowałam dwie osoby: do jednej zwróciłam się poprzez (zaufanego)  pośrednika, a do drugiej osobiście. Musiałam też znaleźć osobę, która dokończy dzieła. Bo ja ewentualnie pomogę oskubać i zatrzeć ślady. Mord i patroszenie- pozostawiam innym 😉 Stanęło na tym, że złapanie i zabicie przypadnie Pracownikowi, a reszta mojej Lokalnej Przyjaciółce. LP mimo że mieszka na wsi, to bardziej po miejsku niż ja, ale ma odpowiednie korzenie do „brudnej roboty”.

Wszystko poszło szybko i sprawnie. Siekiera i pieniek nie były w zasięgu mojego wzroku- wszak doskonałe morderstwo nie może mieć świadków. Wprawdzie widząc korpus bez głowy, który  wciąż się rusza, zgłosiłam sprzeciw, gdy LP zanurzała go w gorącej wodzie, bo wydawało mi się, że kurak wciąż cierpi. Na dodatek przez moją głowę przeleciały różne wizje, bo byłam świeżo po znalezieniu ludzkiej głowy w beczce z kapustą kiszoną. Wprawdzie to tylko literatura, ale jakże sugestywna. Szczególnie że kapustę (ugotowaną) wraz z żeberkami miałam w garnku, a mord to mord. Głów kogutów nie było…Temat sam się nawinął. Przy okazji dowiedziałam się, że jakieś 2-3 miesiące temu, ja sama byłam już na wykończeniu. Szeptuchy  czy inne wiedźmy  wiedzą lepiej i dzielą się tą (nie)wiedzą, szepcząc głośno. Winny- wszystkim znany, może osądzony albo i nie,  ku uciesze gawiedzi 😉

Tylko ofiary wciąż nie ma.

P.S. Zważywszy, że noc po dokonanym mordzie zbiorowym była spokojna i dłuuuugo ( do 10.30)przespana- zastanawiam się nad popełnieniem kolejnego, bynajmniej nie na kolejnym, niewinnym kuraku…

P.S.2. Moja PT miała mord w oczach, gdy po „osiągnięciu życiówki” na dystansie 5 km, udałyśmy się do sklepu, gdzie moja osoba wywołała wytrzeszcz oczu w całej kolejce stojącej do lady. Usłyszałam: i dlatego ja nie lubię wsi.  Odpowiedziałam: co się dziwisz, zobaczyli żywego trupa ;D

P.S.3. Po przeczytaniu wczorajszej emilki- lepiej bym się poczuła, widząc miastowy uśmiech i śmiech (nawet z, a nie do ), niż wiejskie mordercze spojrzenia…

Migawki :)

Powinnam się oszczędzać, i mogłam, bo sam widok z okna (do samej podłogi) rekompensował wszystko.

DSCN8210Ale, jak tu się oszczędzać, gdy pęd  ma się w genach? Pogoda cud malina, nawet burza wiedziała, kiedy nawiedzić- podczas meczu Polska: Gruzja- gdy wszyscy już zeszli ze szlaków 😉 Grzechem byłoby siedzieć w jednym miejscu- nawet jeden dzień. Głupotą zaś (moją) było, nie kazać sobie (indywidualnie)  powtórzyć trasy na Wysoki Kamień. Słuchał OM, zaopatrując się w dwie mapy, a ja wpadłam na końcówkę i usłyszałam tylko, że po 10 minutach od pensjonatu, pod stromą górę, oczom naszym ukaże się drewniana szopa, i wtedy skręt na lewo, by nie wdepnąć na czerwony szlak- trudniejszy. Ogólnie z odpoczynkiem w schronisku miało nam to zająć cztery godziny. Miało.

Z zegarkiem w ręku-a raczej telefonem- gdy tylko minęło 10 minut, z wytęsknieniem wypatrywałam jakieś szopy. Dlatego starą, rozwalającą się drewnianą chatę na podmurówce, wzięłam za tę właściwą i swoje kroki skierowałam w pierwszą lewą dróżkę, jaka się napatoczyła. OM trochę protestował, że ta właściwa jest pewnie trochę dalej i …wyżej. Tak się zafiksowałam, by nie wleźć na czerwony szlak jak mucha w krowie łajno, że Mu nie uwierzyłam. Co miał chłop zrobić? Musiał iść za mną. Po jakimś czasie już wiedzieliśmy, że to nie jest szlak czarny, którym powinniśmy spokojnie dojść do celu. Po czterech godzinach wędrówki doszliśmy od d..y strony ;D Droga momentami stroma i kamienista- oznaczona na niebiesko.

DSCN8229

 

Oraz ta czerwona w wersji łagodnej- jagodowej 🙂

DSCN8253

DSCN8238

Z satysfakcją dotarliśmy do celu.

DSCN8256

 

I podziwialiśmy widoki.

DSCN8263

 

Zajadając chleb z przysmakiem izerskim oraz małosolnymi. Ja jeszcze skusiłam się na domową szarlotkę do kawy :)Napaśliśmy oczy i brzuchy, odsapnęliśmy troszeczkę i ruszyliśmy z powrotem, a raczej do przodu 😉

Przy zejściu już się nie odezwałam ani słowem, co do trasy.  Zeszliśmy czerwoną: kamienistą, stromą, i minęliśmy miejsce, w którym mieliśmy skręcić w lewo na trasę czarną. Było może niecałe 100m od tego, gdzie zboczyliśmy, a właściwie ja zboczyłam 😉  Szopa drewniana jak wół stała.  OM  łaskawie to  przemilczał. Dopiero na miejscu stwierdził: że zejście czerwoną też do najłatwiejszych nie należało, niby z górki a mięśnie nóg dopiero dały o sobie znać. Jego. Moje dawały już w drodze na.

Gdy Tuśka zapytała się mnie  czy odpoczęłam, to kiwnęłam głową na tak i nie. Fizycznie zmachałam się jak  dziki osioł lub Struś Pędziwiatr uciekający przed Kojotem 😉 Porządnie, ale z ogromną satysfakcją, że się udało. Psychicznie zaś jak najbardziej. O tej porze roku zieleń jest najpiękniejsza, a i zapach kwiatów najintensywniejszy, dzień najdłuższy, więc czego pragnąć więcej?

DSCN8331

 

Miałam to wszystko  intensywnie przez chwil kilka…

Miałam zamiar fizycznie odpocząć  przez weekend nad morzem. Bynajmniej nie leżąc plackiem na plaży- bo za tym nie przepadam, a teraz to nawet nie mogę. Tam spacer, nawet długi, byłby po równym terenie, i zboczyć  się nie da 😉 Byłby.

Od godziny jestem z PT na gorącej linii telefonicznej. Patrząc na to, co dzieje się za oknem oraz w necie na pogodę- wstępnie ustaliłyśmy, że PT odmówi pokój i zaklepie na za tydzień. Stwierdziłyśmy jednogłośnie, że zimno nam nie przeszkadza, ale zapowiadany deszcz już tak. Wstępnie to PT wyjedzie, ale do mnie 🙂 Mamy jeszcze cztery godziny na podjęcie ostatecznych decyzji.

A teraz idę bić koguciki z moją LP 😉

Struś Pędziwiatr w podróży…

Dlaczego Struś Pędziwiatr? Z diagnozą Dochtórki się nie polemizuje 😉

Struś lubi podróże, niezależnie od kierunku i środka transportu. Jedynie nie wybrałby autokaru i nie wyruszyłby (czymkolwiek) na pustynię. Tak jak lubi się przemieszczać, tak nie lubi się pakować, a bardziej od pakowania nie lubi się rozpakowywać. Z  tym że nierozpakowana (do końca) walizka może stać  u Strusia nawet do kolejnej podróży, to  w podróż z pustą, wybierać się nie zamierza 😉 Pakuje się więc na ostatnią chwilę, kończąc pięć minut przed wyjazdem. Potem przez jakiś czas siedzi (w aucie) jak na strusim jaju i myśli, czy czegoś nie zapomniał. Bo Struś, niezależnie od tego ile ma czasu do (nie)zaplanowanej podróży, to zawczasu myśli tylko o dwóch rzeczach: ile wziąć butów i jakie, ile wziąć książek i które. Tym razem po raz pierwszy pomyślał o trzech, a mianowicie: co wziąć na głowę 😉 Reszta ląduje w walizce na ostatnią chwilę, mniej lub bardziej przemyślanym kluczem. Z tego powodu, Struś zaaaaawsze  bierze za dużo rzeczy, bo w pośpiechu traci instynkt samozachowawczy.

Struś lubi podróżować samochodem, za kierownicą lub obok na miejscu pasażera. Nie lubi tylko siedzieć z tyłu, bo zmienia mu się perspektywa i staje się niespokojny. Struś, jadąc lubi podziwiać widoki oraz coś podżerać. Lubi też zrobić sobie przerwę w podróży: na zakup kawy lub konkretnego posiłku, czy wyprostowania nóg… Struś jako kierowca słucha się Jadźki (o ile ją bierze ze sobą), choć raz wywiozła go ( ją) w kukurydziane pole, i dziwi się, że OM nie słucha się wcale.  Tak jak teraz…Dlatego co jakiś czas  w aucie słychać głos: zawróć, jeśli możesz! Nie może lub nie chce- Struś nie wie tego, a Jadźka  w końcu się obraża i milczy przez jakiś czas… Raz jednak musiał zawrócić, ale dlatego, że  Struś mu kazał- upewnił się jednak, pytając o drogę obcą osobę. I po co OM  bierze Jadźkę?- Struś pojąć nie może.

Struś lubi szybką jazdę, ale bezpieczną. Niestety, z obserwacji Strusia wynika, że stado baranów porusza się w tym samym  i przeciwnym kierunku, więc trzeba mieć oczy szeroko otwarte i refleks bynajmniej nie szachisty. Wymijanie i mijanie na trzeciego to chyba sport narodowy. I gdzie oni się tak spieszą? Po śmierć?

Struś od słonecznych  autostrad woli górskie serpentyny ( Zakręt Śmierci -zaliczył), gdy środek ciężkości raz w lewo, raz w prawo się przemieszcza, a i zdarza się, że do przodu i do tyłu 😉 W ogóle lubi drogi zalesione z obu stron, choć niektórzy uważają, że to drzewa są przyczyną  śmiertelnych wypadków . Struś przez ponad  300 km swej podróży widział kilka krzyży przy drodze, jednak żaden nie stał przy drzewie.

Struś w podróży czuje się  znakomicie, ale cieszy się bardziej, gdy  w końcu osiąga cel 🙂 Najlepiej w zaplanowanym  czasie 😉

Zdobywać szczyty…

Jadę!

Z tymi szczytami to lekka przesada 🙂 Nie będzie tak jak WTEDY, bo wtedy to ja byłam prawie osiem miesięcy po zakończeniu leczenia, a nie jak teraz niecałe trzy. To duża różnica, o której przypomniał mi OM, gdy sprawdzałam pogodę- zaklinając, by nie było upałów i zastanawiając się co w razie deszczu. Usłyszałam: przecież nie będziemy tak intensywnie biegać po okolicy (w górę, w dół i po dolinach) tak jak ostatnio:

DSCN7909DSCN8021

 A ostatnio, to było w październiku, kiedy wiedziałam, że siedzi we mnie skorupiak, ale nie miałam jeszcze  na papierze jak bardzo się rozpanoszył. I dlatego, po ponad dwugodzinnej, dziarskiej wędrówce ( góra-dół)  po Skalnym Mieście,

DSCN8078

 

gdy wyszliśmy 4 km od zaparkowanego auta, zamiast poczekać w przytulnej restauracyjce, aż OM po mnie wróci- udałam się wraz z nim na parking. Nie powiem, droga była całkiem przyjemna, i w  końcu w poziomie,

DSCN8096

ale dała mi się ostro we znaki. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że opadam z sił, i nie jest to tylko efekt mojej wędrówki.  Na szczęście tego dnia już wracaliśmy do domu. Na szczęście, bo znając siebie, nie dałabym za wygraną i nie siedziałabym bezczynnie, podziwiając tylko widoki. ( Ha!- przypomniało mi się, że efektem ubocznym tej wędrówki były: dziury w obu skarpetkach :))

Ale to już było 🙂 A jak będzie? To się dopiero zobaczy… Na wszelki wypadek, wybrałam pensjonat położony  trochę z boku, z terenem ponad 4 tys. m.kw. w otulinie lasów- jak sami się reklamują. I na szczęście zdążyła przyjść przesyłka:

DSCN8199teraz zastanawiam się tylko, ile i którą ze sobą zabrać 😉

Wiem, sama sensacja, ale liczę, że tylko taka będzie mi dana. Choć nie będę odcięta od świata, to stawiam embargo na dopływ złych wiadomości z całego  ich arsenału możliwości…;) I na meszki, których  nocna inwazja zmusiła mnie do podjęcia walki z góry przegranej, zresztą. Efekt zobaczę rano, ale już jeden jest: ten post ;)))

Miałam przemilczeć( ale wnerwiły mnie meszki i zaswędziało ;)) polityczne „trzęsienie ziemi” jakim jest dymisja kilku ministrów oraz marszałka sejmu. Tak jak w milczeniu przyjęłam przeprosiny Pani Premier- lepiej późno niż wcale. Ale jak usłyszałam z ust Marszałka, że uległ prośbie Pani Premier i zrzeka się funkcji marszałka sejmu ze względu na dobro ( w  trosce o )  Platformy- to parsknęłam śmiechem, bo to wszystko śmiechu  jest warte.

Dziś  już będę się wakacjowała pod niebem karkonoskim 🙂 I szerokim łukiem omijała polityczne ścieżki…wycieczki również 😉