Trzeba było…

Słowa, które niczego nie zmieniają, za to utrwalają poczucie winy. Człowiek czuje się przegrany, bo przecież można było postąpić inaczej. Należało wręcz! Tyle że czasu nie da się cofnąć, zaś zawsze można coś zmienić tu i teraz i na przyszłość. I na tym lepiej się skupić niż roztrząsać czego się nie zrobiło. Tak jak pewnych spraw nie da się naprawić, wyprostować, nadrobić, ale zawsze można wszystko zacząć od początku. Szczególnie jeśli chodzi o relacje. Tylko trzeba chcieć. Żeby kolejny raz, po czasie, znów się nie katować słowami „trzeba było”…

Dziecka Starsze na rodzinnych wakacjach, co mnie raduje ogromnie, bo jeśli czegoś w życiu żałuję, to tego, że niezbyt często wyjeżdżaliśmy całą naszą czwórką na wakacje, jak dzieci były małe czy nastoletnie. Nie było nas na to stać, a przynajmniej tak myśleliśmy wtedy. Stać czasowo, nie finansowo- zawsze któreś z nas musiało być na miejscu i doglądać firmy. Tak naprawdę to na dłuższe niż trzy dni wspólne wyjazdy pozwalamy sobie dopiero od kilkunastu lat. A i tak OM wciąż wisi na telefonie… U Dzieci Starszych bardzo podobna sytuacja, jeśli chodzi o pracę Zięcia. Zresztą u Miśka też nie jest lepiej. Tydzień wakacji i to wszystko, na co może liczyć jako współwłaściciel firmy. No cóż, nikt z nich nie pracuje od-do… taki wybór.

Miłej, wciąż jeszcze wakacyjnej niedzieli! 🙂

Reklamy

W imię (nie)świętości…

Kiedyś to „czarna wołga” porywała dzieci…

dziś „lesby” i „pedały” aaa i „geje”, tak stwierdziła publicznie „członkini” pełnej rodziny… Bo pełna rodzina, czyli rodzice płci obojga plus dzieci (te bezdzietne to jakieś podejrzane są!)- to świętość narodowa.

 

naszą Księżniczkę nikt nie porwie, bo pilnuje starszy Brat 😉

67835752_919951535035076_7151608198426787840_n

*

Wciąż za mało deszczu (nie będzie grzybów w naszych lasach i z czego zrobię uszka wigilijne do barszczu?), dużo słońca, ale przecież to wakacyjne klimaty. I to takie, jakie lubię najbardziej, więc sporo czasu spędzam na zewnątrz (jak w końcu zwlokę się z łóżka, wypiję kawę zagryzając czymś słodkim), a wieczorami padam z książką w ręku bądź oglądając jakiś serial, zmęczona intensywnością dnia, acz uśmiechnięta, bo wciąż ten dzień jest dla mnie dłuuuugi, mimo iż coraz krótszy. I wakacje, takie dłuższe przede mną, już niedługo. Tylko najpierw dwie wizyty w DM, związane z pigułami. Moje są refundowane, dzięki śp. Korze, która walczyła o nie w swoim imieniu i pacjentek. Miejmy nadzieję, że lek ratujący (przedłużający) życie pacjentek z zaawansowanym rakiem piersi również będzie refundowany, jak to jest niemalże w całej Europie, dzięki nagłośnieniu przez chorującą dziennikarkę. Szczególnie że jesteśmy jedynym krajem w UE, w którym umieralność na raka piersi wzrasta. No cóż, „dobra zmiana” na swych sztandarach ma przecież przegonienie Europy… Tak, wiem, że w służbie zdrowia nigdy nie było idealnie, wręcz przeciwnie, ale tak źle, to jeszcze nie było, a przecież miała być poprawa. Ach… zapomniałabym, przecież obecny minister oddał nasze zdrowie pod opiekę Matki Boskiej, więc pewnie strumień pieniędzy z naszych podatków jeszcze szerszym strumieniem popłynie do Torunia.

 

To nie recenzja…

Jestem w trakcie czytania- na raty- powieści napisanej drobnym drukiem na tysiącu stu siedemdziesięciu i pół stronach, ciężkiej- nie z gatunku- a w swej objętości nieporęcznej, wymagającej wygodnej pozycji, i czasem niewygodnych przemyśleń. Wprawdzie to dopiero początek, ale z każdą przeczytaną stroną utwierdzam się, że socjalistyczne zapędy to zło i jak pod hasłem wspólnego dobra pasożyty żerują na innych, doprowadzając wszystkich do ruiny. Może każdy kto pluje na liberalny kapitalizm i w tej materii ma mocny skręt w lewą stronę, powinien przeczytać „Atlas zbuntowany”, użyć wyobraźni i włączyć myślenie. Przyda się przed jesiennymi wyborami…

…Co to ma do rzeczy, że ktoś jest niekompetentny, przecież wystarczy, że jest bratem/żoną/dzieckiem/ kuzynem etc… żeby dać mu pracę. Mój Tata popełnił taki błąd i zatrudniał w swojej firmie moich kuzynów. I nie był to błąd samego zatrudnienia, ale tego, że wymagał podnoszenia kwalifikacji i rzetelnej pracy. Skończyło się aferą (bo przecież im się należy!) i wykluczeniem.

W necie i innych mediach wrze o przewożeniu przez byłego komunistycznego prokuratora ampułek taksówką powietrzną ze statusem HEAD, które dostała jego żona wychodząc ze szpitala. Ze stuprocentową pewnością wypowiadają się znawcy tematu, że to przecież kłamstwo, bo ze szpitala wychodzi się tylko nogami do przodu co najwyżej z receptą. Toż sprawa dla prokuratury! Więc ja tu się od razu przyznam bez bicia, że przez dwa i pół roku wyniosłam 14336 (za jednym razem 448) kapsułek. Gdy temperatury przekraczały powyżej 30 stopni, rozważałam przewiezienie ich karetką na sygnale, ale nikt mi tego nie zaproponował ;p

moje słoneczniki

68968303_2612055108805570_6849876747198922752_n

dla Was! 🙂

 

Rozsądek…

Mam wrażenie, że żyję w kraju, w którym ludzie nie są otwarci na prawdę ani rozsądek. Racjonalne argumenty rozbijają się o mur arogancji dla jakiejkolwiek wiedzy. Poza tą, którą już sobie przyswoili, więc po co zmuszać umysł do wysiłku? Niektórzy pozbawieni są daru widzenia prawdy, i nic już z tym nie da się zrobić. Zmusić? Jak? Wypchani po brzegi uprzedzeniami uprawiają swój monolog. Z każdej strony.

Obojętni. Ślepi. Głusi. Nienawistni.

Pachnie już jesienią…  Trwają podorywki na polach, w ogrodzie dojrzałe śliwy kuszą swym smakiem, trzeba uważać, żeby nie dostać w głowę spadającymi orzechami laskowymi. Zaprzyjaźniona wiewiórka przychodzi codziennie na wyżerkę. Bociany szykują się już do odlotu… Gdyby tak zabrali ze sobą tego, co sobie umiłował loty, wraz z całą ekipą, która już dawno odleciała w odmęty absurdu i kłamstw. Inaczej tegoroczna jesień będzie trudna do zniesienia…

Starsze Dziecka obchodzą generalską bądź glinianą (do wyboru) rocznicę węzła 😉 Aż wierzyć się nie chce, że minęło już tyle czasu. Tuśka powoli wraca do pracy. Sierpień to taki rozruch, przed żłobkiem Zońci we wrześniu, którą przez kilka godzin opiekuje się młodociana córka naszej pracownicy; a jak ona nie może, to ja. Nasze żywe i głośne sreberko nieźle daje w kość, bo przecież trzeba wdrapać się na schody i kanapy kilka razy z rzędu. I jeszcze domaga się braw 😉

 

Kobieta kobiecie…

Upokorzona, zdradzona najczęściej zmaga się z poczuciem bezsilności, ale bywa i tak, że rodzi się w niej duch waleczny, który popycha do niekonwencjonalnych działań. Choćby takich, że kiedy wyjeżdża i opuszcza na jakiś czas swoje terytorium, dom, który przecież tworzyła wraz z niewiernym małżonkiem przez kilka dekad, to w małżeńskim łóżku pozostawia… pinezki. A kiedy wraca niespodziewanie i w tym samym czasie ten cudzołożnik przyjeżdża ich autem ze swoją „damą”, to próbuje wywlec ją z samochodu, ciągnąć za kudły i jednocześnie próbując zerwać z szyi złoty łańcuszek, który kiedyś podarował jej małżonek, a ona nosiła go tylko z okazji dużych wydarzeń. Sceny jak z filmu klasy B. A jednak! Życzliwej jej i stojącej za nią murem osobie, rzuca kąsającą uwagę, żeby się bardziej starała, bo też może ją to samo spotkać.

Jak to jest? Jest mi źle, więc zasieję wątpliwości, podburzę, rzucę oszczerstwem osłodzonym pozorną troską, tylko po to, by przez chwilę poczuć się lepiej?

*

Coraz więcej nas w gangu piguł, w którym przypadkowo stoję na czele. Dochodzą nowe uczestniczki programu, najczęściej przerażone, ale kurczowo trzymające się nadziei. Jestem „sławna”, bo Panie Pielęgniarki dają mnie za przykład, więc jak tylko słyszą wywoływane moje imię, to od razu upewniają się, czy ja to ta, co najdłużej… bierze 😉 I choć wcześniej uroniłam łzę, gdy przekazano mi wiadomość, że jedna z dziewczyn odeszła- towarzyszka chemii dożylnej- to przyklejam uśmiech do twarzy i potwierdzam. Gdy słyszą, że to już 11 lat, a w sumie 20… ech… Widzę, jak uśmiech powraca na ich twarz. Jak to robisz? Żyję! Och, uprawiam spychologię, bo o się zdążę się jeszcze pomartwić, trudniej nie martwić się o bliskich… Słyszę od jednej, że ją myśli wykańczają, każda trudność załamuje. To jedyna osoba bez wznowy, która dostaje olaparib na NFZ, gdyż ten lek zarejestrowany jest jako drugiego rzutu, ale musi jeździć do Poznania (z podpowiedzi naszej Profesor) i robić TK już na własny koszt- właśnie się dowiedziała. Podpowiedziałam, gdzie najlepiej, jak… Od niej i jeszcze jednej usłyszałam, że całkowicie się wycofały z życia, ukrywają nawet przed bliskimi, że chorują… cierpią z powodu ograniczeń. Tak, ograniczenia są, ale w 80% w naszych głowach. Inaczej jak leżysz przykuta do łóżka z wolno sączącą się trucizną, której skutki silnie odczuwasz jeszcze przez dwa tygodnie, jesteś wyautowana z życia, choć wcale tego nie chcesz, ale jedyne kroki jakie możesz zrobić, to trzymając się ściany w kierunku łazienki, a inaczej gdy w domu o ustalonej porze łykniesz dwa razy garść tabletek. Owszem, czasem też dopadają nudności, permanentna anemia i neuropatia jest twoją codzienną towarzyszką- to też są ograniczenia, ale nieporównywalne, przynajmniej dla mnie. Każda z nas jest inna, inną ma psychikę, dlatego ja rozumiem i nigdy nie powiem takiej osobie- zobacz, ktoś ma gorsze rokowania, a żyje na pełnej petardzie. Ale powiem- daj sobie pomóc, jeśli nie radzisz sobie z myślami, kiedy miłość i przyjaźń bliskich nie wystarczą, bo rezygnujesz z nich, ukrywając się pod „czapką” i nakładasz kolejną maskę, udając, że żyjesz, że jest okej bądź pogrążasz się w rozpaczy. Masz prawo do wszystkich emocji, również tych, z którymi  trudno sobie poradzić, ale jeśli ci z tym źle, to daj sobie pomóc. Przez własne chorowanie jestem wiarygodna, to jest ten plus takich rozmów. Przecież ja też ryczę, myśli mnie bombardują, odpuszczam, żeby zregenerować siły, ale moja psyche sobie z tym radzi. Gdyby tak nie było, to szukałbym pomocy, bo szkoda każdego dnia, który uznałabym za zmarnowany… nie przez chorobę, ale przez samą siebie…

Pięknego weekendu dla Was! Mocno wakacyjnego:*