(Nie) do przełknięcia…

Żaba jest i nie zniknie. Największym problemem teraz jest jej połknięcie. Dosłownie.

Przez całe swoje życie Mam miała problemy z połykaniem tabletek. Modliła się nad nimi niczym jakaś mniszka buddyjska, a często zwyczajnie sobie odpuszczała. Po części nawet ją rozumiem, bo choć nie stają mi one ością w gardle, to jakoś wolałam nie pamiętać o nich- nawet kurację antybiotykową rzadko wybierałam do końca. Z niepamięci mej. U Mam z wiekiem stałych leków przybywało, a teraz ma kolejne do przełknięcia. Toczymy więc boje, bo się buntuje i podejrzewa jakiś spisek. Misiek jak typowy facet posegregował tabletki w saszetki na każdy dzień- tylko te, które są przepisane na stałe. Zrobił też ściągę, a oryginalne pudełka posegregował wedle zastosowania na przypadłości. Wydawałoby się, że nic prostszego, tylko wyciągnąć z przegródek w odpowiedni dzień o odpowiedniej porze. Dla Miśka. Dla  mnie. Dla Tuśki. Dla każdego z opiekunów. Nie dla babci. Babci, która sama dla dziadka zakupiła saszetki i od kilku lat raz w tygodniu uzupełnia je lekami. Ale nie z nią te numery!

Problem poruszyłam na wizycie u maminej doktor rodzinnej, do której wybrałam się sama z duszą na ramieniu bojąc się, że wszelkie wirusy i bakterie mnie zaatakują, jak tylko przekroczę próg i usiądę pod gabinetem ( tylko miły chłopczyk strzelał do mnie z pistoletu),w sprawie konsultacji przede wszystkim leków przeciwbólowych, ale również na nadciśnienie. Poruszyłam też problem z połykaniem, bólem żołądka (leki osłonowe), który jest mocno obciążony i oczywiście nadmieniłam o „saszetkowym buncie”. Lekarkę w ogóle ten bunt nie zaskoczył, powiedziała mi, że często właśnie to pacjentki, które przez całe życie zarządzały i rządziły, sprzeciwiają się takiemu łykaniu bez bezpośredniego wyciągania z listka, bo co wy mi tu dajecie! 

Dostałam od Pani Doktor jasne wskazówki, rozpiskę co brać, co ewentualnie odstawić, jakie leki doraźnie- omówiłyśmy różne warianty. Wyszłam z przeświadczeniem, że Mam trafiła na sensowną, bardzo w porządku i empatyczną lekarkę rodzinną oraz ze skierowaniem na pobranie kontrolnej morfologi w domu pacjentki i… ze skierowaniem do hospicjum domowego…  Jak również z lekkim nerwem, że takie dokładne instrukcje odnośnie leków każdy pacjent powinien dostać już w szpitalu przy wypisie. Ale tam oprócz wypisania recept i dawkowania nic więcej nie powiedzieli. Zresztą, gdy podczas rozmowy z lekarką prowadzącą zapytałam się, że jakby coś się działo, to czy mamy przywieźć mamę do szpitala, to usłyszałam, że najpierw do lekarza rodzinnego albo do przychodni paliatywnej. Umywają ręce. A tak miało być pięknie w onkologii. No cóż, jeśli kierownik oddziału chemioterapii, przyjmując Mam na oddział, pyta się jej, co to jest ta karta DiLO… Heloł… gdzie i na jakim etapie jesteśmy???

Z gulą w gardle pojechałam do miejsca, które głośno nawet przy Mam nie wymówiłam. I nawet nie chodzi tu o słowo „hospicjum”, bo to ośrodek, w którym prowadzi się nie tylko hospicjum stacjonarne i domowe, ale również funkcjonuje poradnia paliatywna, ale wystarczyłoby, żebym powiedziała do jakiej dzielnicy się udaję…  Wejście główne, do sekretariatu na dzwonki i ta pustka na korytarzu i panująca cisza… przejmujące. Ale bardziej przejmujące jest to, że na opiekę w domu czeka się… 2-2,5 miesiąca. I że wygląda ona tak, iż dwa razy w miesiącu przychodzi lekarz, a pielęgniarka dwa razy w tygodniu. Pani (lekarka?), z którą rozmawiałam, zauważyła, że jestem w lekkim szoku, i pewnie nie ja pierwsza i ostatnia pytam się o możliwość wynajęcia prywatnie opieki. Nie ma takiej możliwości. Tego się spodziewałam, ale jak wytłumaczyć to Tacie? On chce lekarza codziennie! L E K A R Z A!

Zapisuję Mam do kolejki i czuję, że za chwilę mój system odpornościowy rozsypie się na kawałki… Pani robi mi uprzejmość i załatwia formalności bez dowodu pacjentki.

Dobrze, że po powrocie u Mam jest wciąż Ciocia. Mogę na chwilę zniknąć w mieszkaniu obok, skulić się pod kocem i wyłączyć dopływ jakichkolwiek bodźców zewnętrznych. Tylko że powinnam jeszcze wyłączyć telefon. Dzwoni Tata, że nie dostał wszystkich recept na swoje leki, bo brakuje zaświadczenia od specjalisty, które jest w jego czerwonej teczce. Trzeba zrobić ksero (pójść do biura) i zanieść do przychodni, bo on jest na spotkaniu i nie zdąży. Mówię mu, że przychodnia do 20… ale nie dociera. Mówię, że chwilę muszę odpocząć i to załatwię. Po chwili drugi telefon z informacją, że po teczkę przyjdzie pracownica z biura i jak wróci ze spotkania, to sam zaniesie do przychodni. Nawet nie wiem, czy czuję ulgę, że nie muszę wychodzić… A dzień wcześniej kazał już teraz natychmiast zrobić mu ściągę z dawkowaniem leków dla mamy i on będzie tego pilnował. Bossszzzz nie najpierw sam swoje ogarnie!

Te kilka dni wyczerpały mnie fizycznie i psychicznie. Psychicznie aż tak nie musiały, gdyby Mam bardziej współpracowała, a nie zachowywała się czasem jak dziecko, a Tata… Tata już się nie zmieni, choć widać, że się czasem stara ale i tak każdego dnia mamy ochotę go zmordować. Wstaje półgodziny wcześniej, żeby po sobie… zaścielić łóżko. I robi to tak, że nie muszę poprawiać. Pozostałe rzeczy bez zmian…

No, ale nikt nie mówił, że będzie lekko…

Wszystko jest do przełknięcia, ale… noszzz podgrzewana mleko tak śmierdzi, że gdyby akurat nie przyszły Dziecka Młodsze, to z pewnością by wykipiało, bo ja bym obejmowała w tym czasie muszle klozetową. Z czułością ;p

Do DM przyjechał po mnie OM, co ucieszyło syna, który mnie tylko podwiózł do niego w umówione miejsce i nie musiał gonić zaraz po egzaminie w tę i nazad, szczególnie że w niedzielę też coś zalicza. Mam zostawiłam pod opieką wujostwa, a wieczorem dojechała Tuśka. Po drodze kilka telefonów od Pańcia, który czekał, żebyśmy go zabrali do siebie. Zońcia została ze swoim tatą w domku. A w moim domu czekał na mnie soczek z buraka i… truskawki. (Iza, to przez Cię OM chyba czytał w moich myślach ;))

Do wtorku mam zamiar żyć swoim domowym życiem. (Leżeć, nicnierobić, przytulać się do Najmłodszych, obejrzeć choć jeden odcinek serialu nie zasypiając przy tym!!! i wyspać się we własnym łóżku). Choć oderwać się całkowicie nie sposób- telefoniczny kontakt nie może być przerwany, szczególnie że wszyscy mają potrzebę konsultacji ze mną.

Miłej niedzieli! 🙂

Z budujących wieści to ta, że potrafimy być solidarni, mieć silne poczucie obywatelskości i że choć ministrowi kultury i dziedzictwa narodowego udało się już jeden teatr zniszczyć, obsadzając go swoim dyrektorem, to nie uda się zniszczyć ECS. Brawo my! A Panią p.o Prezydenta Gdańska to powinno się sklonować!!! 🙂 I cudnie, że mamy takie cudowne Krawcowe w kraju 🙂

 

 

Reklamy

Nieprzewidziana zmiana pobytu…

Szczęk otwieranego zamka zamiast walenia w drzwi o wcześniejszej godzinie, niż ta, której obawiają się wszyscy uczciwi obywatele w tym kraju. Udaję że mnie nie ma, obracając się tyłem i nakrywając głowę kołdrą, ale słyszę stukot otwieranych szafek.  Czego szukasz ? Kaszy! A tu jest tylko mąka dla kilku rodzin. Skrzeczy. Wychodzi. Przekręca zamek. Za chwilę znów wraca, tym razem otwiera szuflady w kuchennych szafkach. Jest piąta dziesięć, od kilku minut nie śpię i dociera do mnie, że poszukiwane są płatki owsiane i inne takie. Wstaję, otwieram jedną, potem drugą i w trzeciej szufladzie w meblu stojącym już w części pokojowej, znajduję. Wracam do łóżka, sen od razu nie przychodzi, ale w końcu przysypiam, gdy znów słyszę szczęk otwieranego zamka. Od razu siadam na łóżku, jest punkt szósta. Czego szukasz? Okularów. Tu ich nie ma. Nie daje się przekonać i podchodzi do stolika przy moim łóżku. Bo ja tu przychodzę sobie oglądać jak ciebie nie ma, nie wiedziałem, że przyjedziesz. Też nie wiedzialam, ale wczoraj widziałam okulary na nosie, bo przyjechałam w trakcie oglądania „ M jak miłość”, kiedy szukający siedział na fotelu w swoim mieszkaniu i jak wychodziłam do siebie, to wciąż tam tkwili: ojciec na fotelu, okulary na nosie.

Zabralam się z Dzieckami Młodszymi do DM- przyjechali na urodziny Pańcia. Nie miałam tego w planach, ale postanowiłam odciążyć Miśka, który ma sesję. Przede wszystkim psychicznie, bo przychodząc codziennie rano i widząc  babcię w nienajlepszej formie, która nie chce brać leki na wymioty, a ma torsje… Ja do tego inaczej podchodzę, z większym zrozumieniem Mam i sytuacji. Nie upieram się, że musi… W sobotę po egzaminie odwiezie mnie do domu. Na krótko. Muszę tu być, mimo iż Mam opiekę ma, ale będąc nawet za ścianą, jestem mobilna w każdej chwili. Szczególnie rano, w czasie kiedy Taty już nie ma, a zanim przyjdzie wujostwo.

Wczoraj opiekowałam się najmłodszą w rodzinie, kiedy jej mama wykańczała tort i szykowała obiad urodzinowy, dziś najstarszą. Tort bardzo smakowity, tylko Misiek się zastanawiał, czym Pańcio podpadł mamie, że ta dodała szpinaku do biszkoptu. Wersja dla dzieci była taka, że to limonka i cytryna tak zzieleniała 😆 Żal było opuszczać towarzystwo, ale kiedy wybiła 19 godzina wstaliśmy z Dzieckami od stołu. Największą furorę i tak zrobiła Księżniczka, zachowując się jak królowa- chóralnie orzekliśmy, że to najbardziej spokojne i uśmiechnięte dziecko w  rodzinie.  Było cudnie, rodzinnie, normalnie, choć w tle były ciche rozmowy moje, Miśka i Tuśki odnośnie sytuacji u dziadków, zmiany planów, podjęcie pewnych decyzji, które jak na razie rozbiły się o mur sprzeciwu.

Za oknem słońce 🙂 Od pół godziny słyszę walenie u sąsiadów z góry. Niewyspana, z brakiem kawy we krwi i hukiem nad głową- o to moja rzeczywistość 😉 Jak dobrze, że za ścianą mieszkanie ogarnia Pani sprzątająca- raz w tygodniu. Idę sprawdzić, co u Mam …

 

Za potrzebą ;)…

Potrzeba mnie wygania z ciepłego, przytulnego łóżka, mimo nocy. Ciemność. Cisza. I już wiem, że jestem w domu, na wsi, u siebie. Jak inne są to noce niż w mieście. Inne też są poranki. Różnorodne. Niedzielne śniadanie spędziłam w towarzystwie… rudej…za oknem. Hasała sobie po drzewach, a ja zajadając śledzika na raz z kubkiem gorącej herbaty, obserwowałam jej zwinność. Widzisz cwaniarę, nawet Mysi się nie boi- mówię do OM, który właśnie wrócił ze śniadania od swojej mamy. Czuje się jak u siebie, wszak wyżerkę ma zapewnioną, często przychodzi- odpowiada i też zaczyna obserwować rudą.

Z Tuśką od rana jestem cały czas na telefonie, zdaje mi relacje, co tam u Mam. Piszemy na WA albo rozmawiamy. W planach mamy wyjazd do ŚM na obiad, a przy okazji zakupić prezent dla Pańcia na urodziny. I tu dociera do mnie, że nie wiem, co chciałby dostać. Trwają konsultacje, mam też telefon od Pańcia, a potem podczas rozmowy z Tuśką, ta mi zdaje relacje z rozmowy z synem.

Mamo, to wy jesteście moimi rodzicami i to na was spoczywa obowiązek urządzenia mi urodzin, więc czy nie możecie się dogadać ze wszystkimi co do prezentów i przestać do mnie wydzwaniać i mi przeszkadzać? A co ty synku robisz, że ci tak przeszkadzam? Ubieram się. Kazałaś mi się ładnie ubrać, a to wcale nie jest proste. Kurtyna.

OM miał też swój plan, więc najpierw zaciągnął mnie do salonu. W konkretnym celu. Czując pismo nosem, wybrałam sobie już kolor wcześniej. Jak ma być hybryda, to niech będzie czerwona, a raczej bordowa z czarnym. Piękny lakier. Żadne tam szarości. Czuję nić porozumienia ze sprzedawcą, który z błyskiem w oku zachwala wybór, uważając, że wybrałam najładniejszy zestaw kolorów, szczególnie że siedziska są jasne. Pyta się nas o pozostałe opcje, więc mówię, że niewiele potrzebuję, ale dwie rzeczy muszą być spełnione. Odnośnie lusterek kiwa głową ze zrozumieniem. Ha! I już wiadomo, że musi być to wersja selection. Panowie ustalają, jak się będą kontaktować w sprawie konkretnej już oferty i opuszczamy salon.

Jedziemy do Centrum Handlowego, bo tak będzie szybciej, żeby coś zjeść i kupić prezent. Handlowa niedziela, wszystkie miejsca na 3 poziomowym parkingu zajęte, więc musimy chwilę poczekać. Trochę mnie to przeraża, bo oczami już widzę te dzikie tłumy, ale jestem z OM i na dodatek głód już mi zaczął doskwierać. Kierujemy się prosto do restauracji, tu też chwilę trzeba poczekać na wolny stolik, więc zostawiam OM i lecę do Empiku. Dzielnie omijam stoiska z nowościami, top listami, choć kusi, aby się zatrzymać i coś wybrać dla siebie, ale wizualizacja pięciu książek czekających w kolejce do przeczytania na nocnym stoliku i dwóch zostawionych w DM jakoś mnie od tej pokusy powstrzymuje, więc szybko kieruję się na koniec sklepu, gdzie są gry planszowe i książki dla dzieci. Z grą poszło dość szybko, gorzej z wyborem lektury, bo chciałam wybrać taką, która nie sprawiłaby Pańciowi trudności w samodzielnym czytaniu.

W drodze powrotnej jedziemy przez Miasteczko i zabieramy Ciocię. Mama OM miała kryzys, ale nie zdrowotny, coś jej się ubzdurało i OM nie wiedział, jak zareaguje na jego widok, a opiekę musi mieć zapewnioną. W południe była Rodzinna z wizytą i zdała mu relację telefoniczną, będąc sama w lekkim szoku, jakimi słowami Mama zareagowała, na propozycję zabrania jej na kilka dni do siebie. Mówię do OM, który głośno zastanawiał się  co skłoniło Mamę do takich słów, że opowiada jej o wszystkim, więc pewną wiedzę przetworzyła sobie na własny użytek. OM zaprzecza, ale Ciocia potwierdza. Mózg człowieka z demencją funkcjonuje inaczej, trzeba uważać, co się mówi do takiej osoby, bo nie wiadomo, co się ulęgnie w głowie.

Telefon od Tuśki, wracającej z całą rodzinką z DM, zastaje nas w momencie wjazdu na posesję, więc zostajemy w aucie i rozmawiamy na głośno mówiącym. Zdają relacje z pobytu u babci, więc wiem, że oprócz nich była też Ciocia z Wujkiem, Dziecka Młodsze i Tata. Niewielkie mieszkanie wypełnione po brzegi… Oni je opuścili ostatni i właśnie wracają do domu. Nie dzwonię do Mam, bo domyślam się, że pewnie zasnęła. Zmęczona. Po dwóch godzinach dzwoni Mam. Opowiada o Zońci i Pańciu, jacy są wspaniali. I że wszyscy byli w jednym czasie, więc to trochę męczące, ale są tacy kochani i… tak trzeba…

Spędziliśmy niedzielę razem, we dwójkę, ostatnio rzadko się to zdarza. Nie udało się też zupełnie odciąć od bieżących problemów, ale nie ma też takiej potrzeby, bo jesteśmy rodziną, która w każdej chwili, w każdym momencie się wspiera i reaguje… Bo tak trzeba…

 

 

Niezgoda…

Zawsze przychodzi. Na początku. W czasie. Na końcu.  Jej czas bywa krótki, długi… od początku do końca. Objawy to pozorny spokój na zewnątrz bądź zupełnie przeciwnie, niekontrolowane wybuchy. Strach, ból znajdują swoje ujście. Wściekłe, krzykliwe, bezradne…

Niezgoda na to, czego właśnie doświadczamy… zawsze się pojawia i ma różne oblicze.

Czwartek mnie wymęczył okrutnie, uświadamiając mi, że pacjent jest na samym końcu, bo najpierw jest stos papierów, dziwne procedury, które muszą być wykonywane z precyzją chirurga, bo inaczej wszechwładne NFZ nie zapłaci, a oddział już i tak tonie w długach.

Nie mogłaś im tam włazić w oczy i się przypominać- usłyszałam od Giny, jak w końcu dotarłam na górę, po spędzeniu prawie czterech godzin pod gabinetem przyjęć. Mogłam jeszcze tylko położyć się w drzwiach gabinetu- mruknęłam, bo nie miałam siły na tłumaczenie tego, co oczywiste. Już drugi raz z rzędu na izbie przyjęć panuje chaos.

Przyszedłem panią zobaczyć-  słyszę głos doktora, który nagle wyrósł przede mną, kiedy ze spuszczoną głową siedziałam kolejną godzinę tym razem na oddziale, czekając na wyniki. Wyprostowałam się, automatycznie cycki do przodu (w nowym sweterku) i uśmiech na twarz, w głowie myśl, że na głowie fryz świeżo przystrzyżony, a twarz maźnięta pudrem, brakowało tylko ust korali… Prezentacja Się wypadła pomyślnie, bo Doktor stwierdził, że nie będziemy bić się o czerwone krwinki, które sobie lecą w kulki i spadły z poziomu 3 na 2,7, bo jeśli trzymam pion (na siedząco) i idąc, nie podtrzymuję się ściany, to jak pozostałe wyniki będą w miarę dobre, to wypuszczą mnie z pigułami. Oskarowa zadbała, żeby dostarczyć je na oddział przed zamknięciem apteki, tak na wszelki wypadek. Jeszcze tak późno z pigułami nie opuszczałam murów szpitalnych. Mocno i tak opuszczonych, bo obowiązuje zakaz odwiedzin z powodu panującej w DM odry. Wyszłam bez wypisu, więc nie znam szczegółowo parametrów. Wystarczy, że odczuwam ich spadek, na dodatek wróciłam zziębnięta, a dziś kicham i odezwał się kaszel, a na dworze byłam może raptem 3 minuty.

Syna kochana przyniósł mi soczek jednodniowy z buraków, tak sam z siebie. Mam kiwi i zamierzam je użyć w zamiarze niepoddania się żadnej infekcji. Boję się łypnąć okiem z okna na Julka, czy biedak zmarznięty stoi- nie będę się stresować, bo nawet nie wiem, czy mam skrobaczkę. OM przez telefon daje mi instrukcje tak, jakbym nigdy nie jeździła zimą 😉 Ucięłam porady, mówiąc, że zawsze mogę wróci wiosną ;p

Oskarowa zadzwoniła z terminem TK- tydzień wcześniej, niż termin piguł. Ech, no nie pali mi się do wiedzy, co tam u mnie się w środku dzieje… No, ale tu nie ma miejsca na niezgodę, niestety…

Nasza Księżniczka kończy dziś pół roku 🙂 Pańciowi kończą się ferie i trochę mi żal, że nigdzie z nim nie byłam, nigdzie nie zabrałam, żeby urozmaicić mu ten czas… Nawet śniegu u nas nie było, więc nici z zimowych zabaw na powietrzu. Wprawdzie Dziecka Starsze już wcześniej miały plany wyjazdu na narty całą rodziną w lutym,  ale… w tej chwili, to wciąż wielki znak zapytania.

Miłego weekendu! 🙂

 

 

 

 

 

 

Spojrzenie w lustro…

Kanapa stoi w takim miejscu, że jak tylko Mam usiądzie i spuści nogi i spojrzy w prawo, to widzi siebie w ogromnym lustrze na przesuwanych drzwiach szafy w przedpokoju. Wyglądam jak koczkodan- wzdycha i jednocześnie próbuje ugładzić włosy ręką. Nic z tego, ten rodzaj- sztywny i gruby włos- rządzi się swoimi prawami. Wiesz- zwraca się do mnie- tak zawsze mówiła do mnie mama: chodź, uczeszę cię, bo wyglądasz jak koczkodan. I plotła mi warkocze. Babciu, dlaczego jak koczkodan? Przecież ta małpa za wiele kłaków to nie ma- wręcz przeciwnie do mojej Mam. (Babcia mówiła też, że mam stopy jak podolski złodziej, bo moje 38 do ich- Mam i Babci- 35/36 wyglądały jak od wielkoluda) Ech… Sama pamiętam, jak Mam mnie czesała, plotła warkocze i, że przez to czesanie musiałam wcześniej wstawać, żeby zdążyła przed pójściem do pracy. Może dlatego w piątej klasie szkoły podstawowej zrobiłam najgłupszą rzecz na świecie i ścięłam włosy na pazia. Uff, dla mnie każde kolejne 5 minut snu rano, było bezcenne… Warte poświęcenia… wizerunku 😉 Zresztą tylu i takich ogromnych luster wtedy nie mieliśmy w mieszkaniu ;p I nie było selfie ;D

(Dla przypomnienia: kiedy ja chodziłam to podstawówki, to obowiązywał schludny wygląd; włosy związane, fartuszek z białym kołnierzykiem i tarczą przyszytą na rękawie, a na piersi oznaka”wzorowy uczeń’ i zmieniało się też obuwie).

Mama długo miała włosy do ramion, które kręciła na wałki*, aż któregoś dnia przyszła od fryzjera z krótką fryzurą. Krótką, czyli z tyłu odsłonięta cała szyja. I tak do dziś. Żeby się układała i trzymała po wymodelowaniu, to co jakiś czas robi trwałą. Od kilku lat chodzi co tydzień do fryzjerki. Od lat tej samej. Wczoraj Pani przyszła do Mam do mieszkania, żeby ściąć jak najkrócej… Taki wstęp do przyszłego, nowego wyglądu…

Od czterech lat sama mam krótką fryzurę, a od dwóch, bardzo krótką. I muszę częściej chodzić do fryzjera, co dla mnie pogodzić to logistycznie wcale proste nie jest. Moja p. Edyta** ma terminy pozajmowane dużo do przodu. Staramy się kolejny ustalić już na bieżącej wizycie, bo tak najprościej, tyle że często bywa, iż mnie coś się poprzesuwa, wypadnie. Tak było ostatnio, że dopiero trzeci termin przypasował. (Na szczęście jako stała klientka, mogę liczyć, że gdzieś zostanę „wciśnięta”). Z długimi włosami nie miałam takiego problemu, nie musiałam mieć stałego fryzjera, mogłam podciąć gdzieś z doskoku, co zazwyczaj praktykowałam. Często grzywka sięgała już mi czubka nosa, ale to akurat mi nie przeszkadzało, kiedy w końcu dojrzałam, żeby odwiedzić jakiś salon. Dziś na szczęście dostaję przypominające SMS-y. I tak wczoraj, obie z Mam, zrobiłyśmy porządek z tym, co na głowie.

Za chwilę będę pakować walizkę, ale już wczoraj, za pamięci, wyciągnęłam z czeluści szafy…chustki. Zdziwiłam się, że tyle ich mam, dwie praktycznie nienoszone i jedna jeszcze z metką. Wpakowałam wszystkie do jednego worka i zabieram ze sobą. Nie przypuszczałam, że… nie dla mnie będą potrzebne…

* Z wałkami przypomniała mi się historia opowiedziana przez jedną z pacjentek onkologicznych. Wiedząc, że wypadną jej włosy, uprzedziła ten fakt i zgoliła głowę. Po czym w domu, wieczorem, jak to zawsze robiła, zaczęła szykować sobie wałki, żeby na noc nakręcić włosy…

** Mam, Misiek i ja mamy sztywne i grube włosy, więc dobre ścięcie ułatwia nam opanowanie tego, co na głowie. (Kiedy trafi się już na dobrego fryzjera, to trzymamy się go jak przysłowiowy rzep psiego ogona- potrafiłam nawet na godzinę 9 się stawić, gdzie sam dojazd trwa z 30-40 minut). Wspominaliśmy, jak Misiek spał w czapce, żeby rano nie wyglądał jak „koczkodan”, jak był postrachem fryzjerek w salonie w CH, a teraz w końcu ma tak ścięte, że po wstaniu, ba, po wyjściu z basenu ma włosy jakby właśnie opuścił salon fryzjerski 😉 Tuśka ma gęste, ale jej się puszą i są podatne do układania. A Zońcia, zrobiła nam numer, bo przyszła na świat z gęstą ciemną czuprynką, a teraz włosy jej się robią delikatne i jasne- Tuśka stwierdziła, że to już nie jest jej dziecko ;p OM, tez miał kiedyś gęste włosy, po obojgu rodzicach…

Zima, choć u nas bezśnieżna- krajobraz wygląda tak, jakby niestaranny malarz raz maznął pędzlem, żeby pobielić… (Śnieg padał w dniu powrotu mojego do domu, co zachwyciło Pańcia, który słowami babciu, jak się obudziłem, to patrzyłem przez okno jak jest pięknie na dworze). Za to mroźno i ślisko, bo kałuże pozamarzane, w asfalcie dziury, trzeba uważać. OM się pyta, czy dam radę sama, że może mnie zawiezie. Dam, muszę, obawiam się tylko skrobania Julka, bo odwykłam od tego, gdyż pod domem stoi pod wiatą, a w DM będzie stał pod chmurką. Ale! Dzień coraz dłuższy i coraz bliżej do wiosny. I tego się trzymajmy! 🙂

Ogarnąć i zaczarować…

Rzeczywistość.

Próbuję.

Z całych moich mizernych mocy. Nie jestem w tym sama, ale…

Powinnam być przez cały czas na miejscu, 24h na dobę, jak to było przez ostatnie dni. Wczoraj i dziś będzie Tuśka, od poniedziałku codziennie rano miała być moja Przyjaciółka, która sama tę pomoc mi zadeklarowała, kiedy obie doprowadzałyśmy  mieszkanie do porządku przed powrotem Mam ze szpitala. Miała, bo los złośliwy postanowił pokrzyżować ustalone plany- odezwał się kręgosłup tak, że skończy się to pewnie operacją. Miała już trzy na dolną cześć, teraz czas na górną. Obu nam przykro… Moi rodzice znają Aliś od dziecka i traktują jak moją siostrę, której nie mam. Ona widząc potrzebę i widząc mnie po raz pierwszy w życiu w totalnej rozsypce- mimo że zawsze była przy mnie przy każdej mojej diagnozie i towarzyszyła mi w chorowaniu i w trudnych momentach- nie próbowała mnie pocieszać ani przytulać (za dobrze mnie zna) tylko powiedziała, że będzie do Mam przychodzić, przynajmniej jeden problem będę miała już rozwiązany. Bo może akurat rano, ma czas. Trudno jest kogoś znaleźć, kto przychodziłby codziennie rano na godzinę, żeby ogarnąć mieszkanie, po Tacie i ewentualnie zaspokoić jakieś potrzeby Mam. Dlatego wszystkim nam spadł kamień z serca… na krótko jak widać. Aliś deklaruję siebie, jak tylko zrobi porządek z kręgosłupem, w poniedziałek dzwoni do swojego profesora. Współczuję jej bólu i bardzo kocham za to, że jest. I to dzięki mojej Mam, mam przyjaciółkę na całe życie, bo to moja mama podeszła ze mną do ciemnowłosej dziewczynki z rzęsami jak firanki i jej mamy i zapytała się, czy możemy stanąć razem w parze na rozpoczęciu roku szkolnego w pierwszej klasie szkoły podstawowej. I tak przez 13 lat siedziałyśmy razem w jednej ławce, a przyjaźnimy się do dziś. Miałyśmy momenty trudne w naszych relacjach, wymuszonych przez dokonanie wyboru, który ja rozumiałam, bo w jakimś sensie byłam jego przyczyną. Kiedy jednak ktoś jest nam naprawdę bliski, to czeka się na odpowiedni moment i wyjaśnia sobie, tak, jak my to zrobiłyśmy. Nie przestaje się kochać z dnia na dzień z byle błahostki. Gdy tylko spojrzymy na drugiego człowieka przez pryzmat jego sytuacji i potrzeb, to łatwiej zrozumieć jego postępowanie.

Nie jestem aniołem, a mam trzy cudowne, bardzo bliskie Przyjaciółki. (LP przybiegła do mnie wczoraj z rosołem) To jest moja rodzina. Nie wiem, czym sobie na nie zasłużyłam… Wiem, że mam duże szczęście, że trafiłam na osoby, które potrafią kochać drugiego człowieka pomimo jego wad…

Wiele razy w komentarzach czytałam, że jesteśmy wspaniałą rodziną. Nie. Jesteśmy zwyczajną rodziną, a nawet bym powiedziała, że specyficzną. Na pewno nie  idealną ani modelową. Z ogromem wad, u niektórych nie do przyjęcia. Za to bardzo autentyczną. Bo u nas najczęściej co w myśli to i na języku, choć ostatnio tonujemy emocje. Że jesteśmy rodziną jak z obrazka… Że na zdjęciach opublikowanych na FB z ostatnich świąt  wyglądamy na szczęśliwych. Byliśmy. Bywamy. Nawet bardzo. To są momenty jak u każdego w życiu. I jak u każdego, bywają momenty trudne. Na pewno bardzo się kochamy, choć my nie potrafimy, a raczej każdy z nas na swój specyficzny sposób tę miłość okazuje.  Czasem w bardzo szorstki- tak nam łatwiej, bo spijanie sobie z dziobków to nie nasze klimaty. Ale zawsze się staramy pomóc sobie nawzajem, choć czasem ta pomoc też bywa specyficzna.

Tak naprawdę to nie potrafię wyrazić słowami, opisać, jacy jesteśmy… Tato, który potrafi zadzwonić i zapytać się co kupić (przez całe życie nie musiał się interesować domem), przywieźć porządny obiad dla Mam albo zupkę chińską- cokolwiek, żeby pokazać, że o nią dba- codziennie rano zostawia owsiankę na mleku dla swojej  Żabci i nie zostawił jej wczoraj, jak już mnie rano nie było. No właśnie… Można się wściekać, ale to nic nie da… Mnie kazał zostać w domu i nie przyjeżdżać, żebym wyzdrowiała do końca, bo nie ma takiej potrzeby, ale w dniu wyjścia Mam ze szpitala, kiedy uznał, że Misiek jest mu potrzebny już i teraz, to stwierdził, że ja mogę pojechać taksówką po mamę do szpitala. Ręce opadają. My się przyzwyczailiśmy i się przeciwstawiamy bądź ignorujemy, często żartem potraktujemy, bo zwyczajnie Tata nie myśli… Wypiera. Żyje tym, co go przy tym życiu trzyma. Ktoś z boku pewnie byłby przerażony, ale my wiemy, że musimy jakoś ogarnąć tę rzeczywistość. Bo nawet jeśli coś się dziwnego dzieje, to nie złośliwie i z premedytacją. Ale to nie ułatwia życia, więc czasem rodzi się bunt… Wewnętrzny. I człowiek wybucha. Na krótko… Bo tak naprawdę, to złoszczę się tylko na samą siebie, za ten brak siły- fizycznej- kiedy jest ona najbardziej potrzebna. Gdyby nie to, łatwiej byłoby ogarnąć obecną rzeczywistość.

Powinnam być w DM, ale potrzebuję oddechu. Wiem, że przyjdzie taki moment, że się stamtąd nie ruszę… OM przyjechał po mnie z Pańciem, praktycznie nie rozstawali się przez ten czas, kiedy nie było mnie w domu. Został kolejną noc u nas, a wczoraj jak Zięć odwiózł Tuśkę na pociąg, przyjechał do nas z Zońcią. Nie widziałam (nie licząc zdjęć wysyłanych przez OM i Pańcia) Księżniczki równy tydzień. Och, ach… Tuśka ugotowała zupkę na rybce i nie byłabym babcią, gdybym nie dopilnowała, żeby ją zjadła, mimo marudzenia na zęby. Trzy podejścia i prawie wszystko zjedzone. LP się ze mnie śmiała, że nie odpuszczam, ale mnie szkoda było wartościowego posiłku, gdyby to był słoiczek, to machnęłabym ręką 😉

Dobrze mi zrobiły te chwile ze szkrabami, trudno się przy nich nie uśmiechać, a nawet śmiać się w głos. Choć jak w skrócie przedstawiałam LP sytuację z Mam i głos mi się załamał, to Pańcio, mimo iż zajęty zabawą z Zońcią, to wyczuł i od razu przyszedł się przytulić ze słowami nie płacz babciu… No i babcia przestała płakać.

Dziś miałam być w filharmonii na przedstawieniu teatralnym- prezent imieninowy od LP. Zrozumiała, że choć mam ogromną ochotę choć przez chwilę poczuć się częścią innego, weselszego świata, to boję się skupiska ludzi… a tak naprawdę ich zakatarzonych nosów i wydawanych gardłowych wydzielin w postaci kaszlu. No cóż, nie mogę sobie pozwolić ze swoją kiepską odpornością, szczególnie w tej sytuacji, kiedy Mam potrzebuje mojej obecności, na ryzyko podłapania czegokolwiek. Będąc w DM, w ogóle nie wychodziłam z mieszkania, zakupy robił Tata i Misiek. Nawet tradycyjnie nie byłam z Dzieckami na obiedzie w restauracji, tylko zamówiliśmy sobie, a ten czas spędziliśmy wspólnie z Mam. Gdyby to nie chodziło o Mam, to poszłabym mimo wszystko, mimo niezupełnego pozbycia się infekcji, bo w końcu nie mam nic do stracenia, oprócz życia, a żyć chce mi się zupełnie normalnie. Ale nie mogę siebie sama wyautować, wystarczy, że często ląduję na aucie nie z własnej woli… w najmniej odpowiedniej chwili.

Piszę, bo pisanie pozwala zapanować nad karuzelą myśli i emocji. Choć nie ukrywam, że coraz mi trudniej ubrać je w zdania, przekazać to, co naprawdę chciałabym wyrazić. Uczestniczę też w dyskusjach na blogach, choć nie wszystkie ostatnio odwiedzam systematycznie, i naszła mnie taka refleksja, że jednak wcale nie jest tak prosto wyrazić słowem pisanym, to co chcemy przekazać. Szczególnie kiedy podajemy przykłady z życia wzięte, ale opisując, nie mamy na myśli konkretnej osoby, i nie do niej (i nie o niej są, jeśli tego wyraźnie nie zaznaczymy) kierujemy wszystkie te słowa. Często odbieramy słowa w poście lub w komentarzu bezpośrednio do siebie, a może to odzywa się nasze sumienie? Jest takie powiedzenie, „uderz w stół, a nożyce się odezwą”… Często jest też tak, że zwyczajnie identyfikujemy się z przeczytanymi słowami…

Dziękuję Wam za okazanie mi serca:*

Wszystkim Babciom i Dziadkom (tym świeżo upieczonym szczególnie, bo mogą być mimo ogromu szczęścia ciutkę przerażeni ;)) życzę samych wspaniałości, ale przede wszystkim czasu dla swoich wnucząt. Bo ten wspólny czas jest czymś bezcennym, a tak szybko umyka, więc warto łapać każdą taką chwilę. Dużo uśmiechu dla Was! Małe dzieci to ogromna, bezinteresowna miłość i radość- bądźmy tacy jak dzieci. Przynajmniej czasami.

To był trudny tydzień dla wielu z nas. Wydarzenia w Gdańsku i sam Gdańsk pokazał, jak powinniśmy się nawzajem traktować, że nienawiść prowadzi do zbrodni… I wczoraj radosna wiadomość, że Jurek Owsiak jednak z powrotem stanie na czele Orkiestry i będzie grał do końca Świata i o jeden dzień dłużej. Bo miłość jest silniejsza od nienawiści! I tego się trzymajmy! 🙂

 

 

 

Spowolnić czas…

Budzik.

Walizka.

Śnieg.

Deszcz.

Bezpiecznie siedzę na miejscu pasażera. Tak uzgodniliśmy dzień wcześniej, mimo telefonu, że nie muszę, jak jeszcze nie doszłam do siebie. Ale ja już postanowiłam i nie zmieniam zdania.

Oddział chemioterapii. Mam już podłączona do kroplówek. Kap, kap, kap… płynie trucizna w żyłę. Mam uśmiechnięta, dużo mówi, żartuje. Może. Dzień wcześniej podczas punkcji wyciągnięto prawie 1,5 litra płynu. Lżej oddycha. Idę na rozmowę do p. Doktor prowadzącej. Przyjmuje mnie od razu, mimo iż kilka razy już rozmawiał z nią Misiek. Pytam. Odpowiada. Przypuszczać, spodziewać się, a usłyszeć,  to dwie różne rzeczy. Sama stawiam kropkę nad i… Potwierdza. Dziękuję za rozmowę. Wychodzę.

Kilka stopni schodów, kilka metrów korytarza i przyklejam uśmiech na twarz. Zdążyłam. Lawiruję. Słowami. Pani obok robi się niedobrze. Zaraz sama zwymiotuję, szybko idę szukać nerki. Pani pielęgniarka nie wysługuje się mną, tylko sama szybko zasuwa na salę. Jeszcze chwilę jesteśmy, ale powoli już się zbieramy do wyjścia. OM się żegna i raczy Mam słowami: dobrze wyglądasz. Zaraz nakopię ci w tyłek za te” dobrze wyglądasz”… furczę; na komisji zusowskiej  też usłyszałam „dobrze pani wygląda”… Panie współlokatorki głośno się śmieją. Spokojnie mówię, że gdyby przyjął tyle płynów  i sterydów, to też by dobrze wyglądał. Matko, jak ja tego stwierdzenia wobec „chemiczek” nie trawię, a tu własny OM wypowiada. Wrrr… ale się śmiejemy.

Uśmiech znika już przy windzie. Streszczam rozmowę z lekarką. Zapada ciężkie milczenie. Potrzebujemy odreagowania, normalności. Przez chwilę. Odcięcia się od rozmów o sprawach ostatecznych. Obiad w swojskiej restauracji z muzyką w języku bliskim sercu…  Jest smacznie. Kolorowo. Muzyka sprawia, że podśpiewujemy, a mnie nogi same chodzą. OM odwozi mnie do mieszkania, idzie na górę, ale gdy tylko stawia walizkę na stałym jej miejscu, to się żegna i wychodzi. Zostaję sama, zapadam w stuporze w wygodnym fotelu. Minuty mijają, a ja nie jestem w stanie nic zrobić. Muszę wykonać kilka telefonów, kiłka sama odbieram. Nie mówię wszystkim tych samych słów, dobieram odpowiednie do rozmówcy. Pomniejszam ich ciężar… Mija kolejna godzina.

Przychodzą Dzieci, potem Tata, na koniec dnia PT… Ona na klatę bierze najwięcej, przy niej nie muszę kontrolować słów, ani emocji…

Spowolnić… takie teraz mamy zadanie, wszyscy… łącznie z chemią.