Wykrzywiona twarz…

Skutecznie dzieleni (przez polityków) od wielu lat okazujemy wobec siebie pogardę. Podzieleni nie potrafimy okazać wzajemnego szacunku do drugiego człowieka o innych poglądach. Fakt, czasem urągających wszelkiej przyzwoitości. Tylko czy to usprawiedliwia do inwektyw personalnych? Moim zdaniem- nie! Tak, pani Krysia P. wzbudza emocje. Silne. Ale, czy wyrażając wzburzenie jej wpisami (ostatnim dotyczącym 10-letniego dziecka), musimy od razu życzyć śmierci, odnosić się do jej wyglądu (tu wszystkim zalecałabym spojrzenie we własne lustro), pastwić się nad jej domniemanym życiem seksualnym, a raczej jego brakiem? Naprawdę? Toż to zwykłe chamstwo i hejterstwo. I owszem, pani Krysia P. skutecznie zachęciła hejterów nie tylko na siebie, ale przede wszystkim na osoby transpłciowe.

Podzieleni z wykrzywioną twarzą pogardy rzucamy się sobie do gardeł i wystarczy tylko iskra, by je przegryźć. Fakt, obecni rządzący skutecznie się do tego przyczyniają. Czego się nie dotkną, to wyzwalają najgorsze instynkty w społeczeństwie. Na tapecie szczepienia. Już w grudniu i styczniu była afera z celebrytami i aktorami, którzy zaszczepili się poza kolejnością. Dziś jest nagonka na 40-latków plus. W tym lidera jednej (już!) partii. Noszzz… naprawdę? Nawet bezobjawowy prezydent się włączył w tę krucjatę, choć sam się nie szczepi, bo nie!

Agresja, również ta słowna, bierze się z niemocy, z poczucia bezsilności, z wściekłości na rzeczywistość lub na konkretne osoby. A chamstwo to nic innego jak prostactwo, które zieje nienawiścią do innych, którzy wejdą im w drogę- poniża, starając się zranić, dopiec… Czy na chamstwo należy odpowiadać tym samym? Niektórzy uważają, że tak. No cóż, uważam inaczej, choć pewnie i mnie zdarzyło się w niewirtualnym życiu zachować się tak, że było mi potem wstyd. W emocjach. W sieci, kiedy każdą wypowiedź, zanim się opublikuje, można przeczytać po stokroć i na koniec skasować, bo przecież wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i bywa, że poniesie nas fala niezgody na to, co czytamy, każde takie chamstwo świadczy tylko źle o nas i tak naprawdę umyka, zaciera się meritum tego, co komentujemy. Warto o tym pamiętać.

Słońca i uśmiechu dla Was 🙂

Równowaga…

Niedziela pięknie słoneczna z dziećmi szukającymi prezentów zajączkowych w ogrodzie i spacerem na hulajnogach, a poniedziałek deszczowy i wietrzny. Swoisty śmigus-dyngus z nieba. Radość i spokojność połączone z lenistwem. Równowaga.

Nastrój mi mocno siadł przed samymi świętami. Słabość mną owładnęła, ścisnęła obręczą niemożności. Nawet nie myślałam, że mogę być jeszcze słabsza… Wymyśliłam sobie, że oto moja odporność bierze się do roboty, wyciskając ze mnie wszystkie soki energii jakie mi jeszcze pozostały, bo akurat minęły dwa tygodnie od zaszczepienia i stąd ten spadek formy, która i tak jest kiepska- w końcu ma kilka źródeł, żeby taką być. Trudno się w tym wszystkim zorientować, co jest aktualną przyczyną.

W świąteczną niedzielę Bliscy przyjechali już bladym świtem, kiedy dopiero co zeszłam do kuchni w zamiarze zrobienia dwóch farszów do jaj. Tym razem przyjęłam pomoc z radością, wcześniej nakarmiwszy bigosem, który sami sobie przygrzali. Że nietypowo?

dekoracja Aty 😉

Do samego końca nie wiedzieliśmy, w którym domu usiądziemy przy stole i w jakim składzie. Ograniczamy kontakty z innymi, nigdzie nie bywamy, po to właśnie, żeby móc się widywać w swoim najbliższym gronie. Ale i tak jest ryzyko. Ten tlący się niepokój, który nigdy nie gaśnie, przysłonięty został radością, spontanicznym śmiechem, szerokim uśmiechem… pradziadka i prawnuczki- najstarszego rodem i najmłodszej. Bliskość bez spiny, że żur wyszedł tak gęsty jak kisiel, na stole nie ma wyszukanych potraw, w których specjalizuje się Tuśka, a baba drożdżowa, którą przywiozły Dzieci Młodsze, nie podeszła Miśkowi. Czuł niedosyt, bo w tej cukierni chcą zamówić ciasto na wesele. Mają nadzieję, że latem to już połowa gości będzie ozdrowieńcami, reszta zaszczepieni i tylko nieliczni, którzy wciąż są wolni od koronowych atrakcji. Śmieją się, że zrobią trzy strefy stolików dla bezpieczeństwa. A tak serio, to nic nie jest wiadome, i pewnie długo nie będzie.

W sobotę wieczorem obejrzałam film „25 lat niewinności…” Poryczałam się i jedno słowo, jakie mnie się cisnęło to skur… Zaczęłam też czytać „27 śmierci Toby’ego Obeda” i mimo iż niewiele stron za mną, to identyczne słowo pojawiło się na ustach. Tym bardziej potrzebowałam tej atmosfery świąteczno-rodzinnej i zwykłej radości z tego, że jesteśmy razem. Choćby tylko przez kilka godzin. Dużą radość sprawił mi apetyt Taty, który jak zwykle dostał prowiant do domu. Wprawdzie coś tam sobie ugotuje, ale raczej to eksperyment na gotowcach, wiec częściej zamawia sobie w restauracjach, których jest największym krytykiem kulinarnym. No kuchni Mam trudno dorównać, szczególnie że te smaki się utrwalały przez ponad 50 lat…

Patrzę tęsknie przez mokrą szybę kuchennego okna na ławeczkę… którą przytargała Ciocia. Poszłam ja ci w jednym z tych cieplejszych dni zobaczyć, gdzie jest nasza stara ławka z tarasu, bo wymyśliłam sobie, żeby ją postawić w ogrodzie, co bym mogła sobie klapnąć, kiedy zmęczę się pracami ogrodowymi bądź ganianiem za Zońcią. Plan był taki, że odkryję jej lokalizację, po czym jak się nawiną pracownicy, to poproszę o jej przeniesienie. Ławka była pod wiatą między garażami, dostęp do niej był utrudniony, bo zastawiona czym popadło, w tym dużym biurkiem z biura. Ciocia akurat siedziała przed domem, wygrzewając się na słoneczku, więc się przywitałam i powiedziałam o swoich zamiarach… Po chwili już miałam ławkę tam, gdzie przynajmniej na razie chciałam. Bez mojego najmniejszego udziału. Nie mam pojęcia, jak to zrobiła, bo ławka ciężka z żeliwnymi nogami… I zanim ja dotarłam do niej, żeby ją umyć, to Ciocia już z wiaderkiem i akcesoriami była przy niej. Tak że tak…

jeszcze mało zielono wokół ale w pobliżu pączkuje już magnolia

Rzadko wchodzę do domu głównym wejściem i o mały włos przeoczyłabym, mizerne, ale zawsze to, kwiatki 😉

Dużo uśmiechu dla Was 🙂

Piękne dni…

Chciałoby się napisać, że takie normalne, choć osadzone w pandemii. Z premedytacją używam słowa pandemia, by wrazić mój kategoryczny sprzeciw wobec tych, co twierdzą posiadają tajemną wiedzę od Zięby i Billa Gatesa , że pandemii nie ma, a wszystkie zgony przypisywane są covidowi, bo…kasa, kasa, kasa…

W jednym z tych cudownie ciepłych i słonecznych dni pojechałam do Miasteczka, do sklepu ogrodniczego i na cmentarz. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam na grobie Mam. W dniu drugiej rocznicy śmierci leżałam z temperaturą… Było mi podwójnie źle i przykro. Nie ma dnia, żebym nie myślała, nie tęskniła, nie wspominała…i wciąż, mam takie wrażenie, nie pogodziłam się z jej odejściem. Zamieniłam gałązki sosnowe na świeże kwiaty, zostawiłam też w wazonie bukiet Tuśkowych goździków sprzed tygodnia- Mam całe życie kochała żywe kwiaty, a one jej się odwdzięczają, stojąc długo, mimo często niesprzyjającej aury…

W sklepie ogrodniczym chciałam kupić nasiona kopru i mix sałat. Wyszłam z narzędziami do gleby, bratkami i nasionami nasturcji. O koprze i sałacie zapomniałam.

I nawet nie mogę się tłumaczyć covidowym zanikiem pamięci 😉 Ogólnie to jestem nie do podrobienia. Przecież jeszcze tak nie dawno pisałam, że mam kłopot z wszelkimi hasłami. Postanowiłam, więc te najważniejsze zapisać sobie w kajeciku, który został zakupiony w tym celu całe wieki temu. OM wymieniał oba telewizyjne dekodery. Coś tam mu z jednym nie szło, więc zadzwonił do konsultanta, a ten wykorzystał, że ma klienta na linii i zaproponował, żeby opłata za Netflix była w łącznym rachunku z cyfrą+, a nie jak do tej pory ściągana z mojego konta. Przystałam na to, ale żeby to zadziałało, to musiałam się zalogować na ich stronę i aktywować. Nic prostszego…. taaaa. Logowałam się trzy dni! Zmieniając login, hasło i cuda wianki… i nie wiem w końcu, jak mi się udało wejść… I już się cieszyłam, i już witałam się z gąską, kiedy na jakimś etapie ukazał się komunikat: wpisz hasło do Netflixa. Ha! Mam cię, zapisane!- pomyślałam radośnie i kurcgalopkiem udałam się na górę po kajecik. Wpisuję. Nie to hasło… Kolejny raz. Nie to hasło. Kolejny raz, tym razem wielką literą. Nie to hasło. Jak to możliwe? Wpatruje się w te literki i cyferki… po czym na końcu dodaję jeszcze jedną literkę. Bingo. Noszzzzz nawet zapisać hasła nie potrafię poprawnie ;p

Zrelaksowałam się, stojąc pod wierzbą w ogrodzie z zadartą głową i słuchając brzęczenia pszczół. Od razu przypomniało mi się, jak jeszcze Tatowa pasieka była u dziadków na ogrodzie i którejś wiosny Tata narzekał, że wycięto wszystkie wierzby, i pszczoły nie będą miały wiosennego pożytku. (Wycięto, bo łąki i pola zalewano na stawy rybne). Wtedy postanowił zbudować pawilon dla skrzydlatych (ja mu w tym pomagałam) i wywozić pszczoły tam, gdzie mogły zbierać nektar. Dawne dobre i piękne czasy, choć wcale nie takie spokojne, bo to był początek lat 80.

I niech to dobro i piękno, ta nasza wyczekiwana normalność powróci w te świąteczne dni… Z nadzieją na kolejne takie dni, które dzięki wiośnie są dużo znośniejsze i mimo przeciwności bywają uśmiechnięte. Przede wszystkim zdrowia, rychłego zaszczepienia się dla wszystkich oczekujących i niech nadzieja i wiara, że jeszcze będzie pięknie i normalnie nas nie opuszcza! Otulcie się dobrocią!

obfitych w radość ŚWIĄT!

ps. OM we wtorek zaszczepiony pierwszą dawką. Prosto po szczepieniu udał się do pracy i do domu wrócił po 6 godzinach. Pytałam się co chwilę, jak się czuje, aż w końcu odpuściłam, widząc, że nic mu nie jest. NIC.

Otwarte czy zamknięte…

Drzwi.

Toczy się zażarty spór o drzwi kościelne. Mają być zamknięte na cztery spusty w tej pandemicznej rzeczywistości, czy otwarte dla potrzebujących strawy duchowej wiernych i dla potrzebujących kasy księży. No sorry Winnetou, ale czytając, słuchając księży jak ich hierarchów, to wieje hipokryzją na kilometr. Bywa, że totalną głupotą. Osobiście uważam, że mogłyby być wszystkie drzwi otwarte, nie tylko te kościelne, gdyby wszyscy stosowali się i przestrzegali: dystans, maseczka, dezynfekcja. Ale to utopia. Mamy społeczeństwo, jakie mamy, i nie wystarczy być przeciwnikiem rządzących, którzy poprzez obostrzenia chcą zdyscyplinować społeczeństwo, bo antyszczepionkowcy i koronasceptycy nieuznający pandemii są wyznawcami wszelkich opcji politycznych tudzież żadnych, za to negujący dorobek lekarzy akademickich. No taki Zięba to dla nich autorytet! I wszędzie widzą spisek na ich życie, a covid-19 to tylko trochę inna grypa.

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak trudno zrozumieć ludziom, że tak wiele zależy od nich samych. Za to rozumiem, że bardzo trudno stosować się do wszystkich próśb władzy. Najtrudniej chyba jest trzymać dystans z najbliższymi- bo to wręcz okrutne!

W sobotę na kilka godzin przyjechały Młodsze Dzieci. Tuśka się izoluje sama z siebie, bo w pracy na kilka osób w biurze trzy z potwierdzonym covidem. Na szczęście może pracować zdalnie. Nie widziałyśmy się wraz z Najmłodszymi już grubo ponad dwa tygodnie. Wspólne święta wciąż pod znakiem zapytania. Najprawdopodobniej Misiek z Atą przywiozą Tatę na kilka godzin w wielkanocną niedzielę. Ale to jeszcze nic pewnego.

Ale! Są i cudnie przyjemne wiadomości. W tym tygodniu będziemy mieć dwa dni lata 🙂 I co ważniejsze- WOŚP zebrała dzięki naszej solidarności, szczodrości, bo potrafimy wspólnie stworzyć jedyną taką wspólnotę pełną empatii, radości, energii i cudownych barw w całym świecie łącznie z kosmosem :D…210 813830,10. Brawo MY!

Inaczej…

Mimo szalejącego zmutowanego wirusa- nie pomogły zaklęcia narodowego kłamcy, który kilkakrotnie już oznajmiał odwrót i zachęcał, żeby się go nie bać- mimo wciąż obecnego strachu, niepewności, to odbieram obecny czas inaczej niż rok temu, gdzie niewiedza, obrazki z Chin i Europy były przytłaczające. Minął rok, wszyscy jesteśmy zmęczeni, znowu na święta zamknięci, rzeczywistość skrzeczy…ale dla mnie osobiście jest inaczej. Przede wszystkim dlatego, że jestem w domu. Jak ktoś większość swojego życia mieszka w domu z ogrodem, to wie, jakim luksusem jest wyjście bez maseczki, żeby zaczerpnąć wiosennego powietrza, bez oddalania się gdzieś dalej, bo brak sił. Ale! Żeby nie było. Wszak prace wiosenne w ogródku czekają. Skopanie, wyplewienie, grabienie, ustawienie skrzynek, wsypanie odpowiedniej ziemi, posadzenie i posianie… To wszystko się zadziało! Choć ja tylko chodziłam, dreptałam, kucałam, a czasem przysiadłam na pieńku, czyli, innymi, słowy nadzorowałam 😉 Jak stara zniedołężniała, zrzędliwa baba.

Zobaczywszy przez okno kuchenne Ciocię, która rozprawiała się z zielskiem, czym prędzej udałam się do niej, wcześniej umówiwszy się z dwoma osobnikami płci odmiennej do pomocy, a właściwie realizacji moich wymysłów. Pośpiech był wskazany, bo zaraz cały ten obszar byłby zaanektowany przez ziemniaka. Kompera. Nie tym razem!

Zdążyłam. W domu nierozpakowana walizka łypie na mnie okiem, obiad w powijakach, czyli w sferze pomysłu, ale proszę bardzo…. oto efekt.

eksperyment na obcej ziemi ;p

Czuję się usatysfakcjonowana, bo w pierwszej skrzyni już wsadzona dymka na szczypior i posiana natka pietruszki! A ja dotleniona jak już nie pamiętam kiedy. Cudnie! Rok temu byłam tego pozbawiona, siedząc- z własnej decyzji- sama w mieszkaniu, więc mimo iż wciąż wiele niepokojów, to jak napisałam do PT teraz wiesz, dlaczego nie chciałam zostać w DM i przeczekać tej fali- najwyżej umarnę grzebiąc w ziemi ;p, czuję, że żyję! Ta normalność, choćby tylko na skrawku własnej posesji, pozwala patrzeć bardziej optymistycznie na to, co się dzieje wkoło.

Swoją drogą, chyba nikt się nie spodziewał, że tak długo i tak intensywniej covid-19 będzie nam meblował życie, odbierał je i rujnował zdrowie… Dzieci Młodsze mają nowy, ostateczny termin ślubu. W lipcu. To już trzeci. Śmieję się do PT, że co sobie obiorę cel do dożycia, to albo on się oddala, albo pojawia się kolejny. Prawidłowo, prawda? Bo dobrze mieć cele, choćby tylko takie efemeryczne, jak zjedzenie tegorocznej sałaty z własnego ogródka, a potem cukinii… i łzy i radość z powodu szczęścia własnego dziecka.

Opuszczam azyl…

Muszę się sama zawieźć do DM- taki klimat. Kombinowałam różne rozwiązania, ale muszę postawić na samowystarczalność 😉 Choć jutro rano do szpitala zawiezie mnie PT, bo Misiek bladym świtem goni do innego miasta na budowę, gdzie spędzi kolejny cały dzień, wracając do domu około 20. Podejrzewam, że zobaczymy się dopiero w kancelarii notarialnej w środę. Taki klimat. Tęsknie za zupełnie innym… Za kawą i ciachem w ulubionej kawiarence z Aliś, obiadem w restauracji z Dziećmi Młodszymi, wieczorową porą spotkaniem z PT. Gdzieś tylko w tle była wizyta w szpitalu, która od roku zdominowała moje przyjazdy do miasta. Dziś myśli tylko wokół niej… Kiedy w końcu to się zmieni?…

Wstawiłam pranie, bardzo późnym wieczorem. Wsypałam proszek, zaprogramowałam, włączyłam i wyszłam z łazienki, udając się do sypialni. Słyszałam jak pierze. Słyszałam! Zasnęłam. Po czym w nocy obudził mnie nacisk na pęcherz, więc zwlekłam się półprzytomna z łóżka i zataczając się doszłam do łazienki, przy okazji wyłączając pralkę i otwierając jej drzwiczki. Wyciągnę rano-pomyśłam. Rano zapomniałam. Dopiero kole południa… matkojedyna moje pranie się kisi… Zaczęłam wyciągać- jakieś takie lekko wilgotne… NIEWYPRANE! Już miałam zejść na dół i oznajmić OM, że pralka się zepsuła, gdy coś mnie tknęło i zajrzałam do pojemnika na proszek. Był. Nastawiłam pranie jeszcze raz. Patrzyłam co się dzieje w bębnie z nabożną uwagą… ufff.
Od trzech dni mamy przerwę w dostawie prądu w najmniej nieoczekiwanych momentach. Wieje. Dziś dodatkowo brak wody. Piszę jednym palcem w telefonie, więc za treść i inne błędy nie odpowiadam ;p

Kawy nie piłam już 8 tygodni. I nie wiem, co to oznacza.

Słońca i uśmiechu dla Was 🙂

Spadające temperatury…

Widok 37,2 kresek na termometrze (tak, kazałam zakupić szklany, gdyż jeszcze chwilę i termometr bezdotykowy doprowadziłby mnie do wariatkowa, gdziekolwiek ono jest- kilka pomiarów i każdy inny) ucieszył mnie tak, jakbym dostała śniadanie do łóżka z szampanem i truskawkami. A może nawet bardziej. Poszczepienna temperatura ustąpiła. Radość byłaby większa, gdyby nie kaszel i jednak jakieś jej podwyższenie. Trochę mnie to martwi, bo we wtorek szpital, w środę sprawy notarialne w DM. Mimo że przez 1,5 doby trawiła mnie gorączka, ból głowy i ręki to uważam, że mój NOP był z tych lekkich. Zgłosiłam to Rodzinnej, a ona ma to zanotować do odpowiedniego systemu. Uważam, że każdy, kto ma jakieś objawy (samego bólu ręki to bym nie zgłaszała) powinien to zgłosić, dla rzetelnego obrazu danego preparatu. Podejrzewam, że oficjalnie podawana ilość poszczepiennych reakcji jest bardzo zaniżona, bo mało kto zgłasza lekarzowi pierwszego kontaktu swoje objawy, a to on ocenia, czy jest to NOP (można też prosto do Sanepidu, ale nie wiem, czy ten nie przekierowuje jednak do lekarza).

U Tuśki w pracy najprawdopodobniej covid. Dziewczyna od środy na kwarantannie, bo mąż chory potwierdzony testem, a sama już wieczorem w środę zaczęła mieć objawy. Testu nie zrobiła, więc żadne osoby z jej kontaktu nie są objęte kwarantanną. Ale to jeszcze nic. Szczytem było to, co zrobił znajomy PT, wiedząc, że ma koronę, zawiózł swoją matkę na szczepienie… i ją zaraził.

OM nie ma przeciwciał, co wale mnie jakoś nie dziwi. Acz dopuszczam wszystko, nawet niemożliwe, bo jedyne co jest pewne, jeśli chodzi o covid-19, to to, że przebieg zakażenia jest nieprzewidywalny. I lepiej omijać go szerokim łukiem. Bo to nie jest tak dobrze, że już przeszłaś/przeszedłeś, masz to za sobą, gdyż zachorowanie nie chroni przed kolejnym, ani szczepienie. Na pewno nie wszystkich. Dopóki będzie duża skala rozprzestrzeniana się, to będą kolejne mutacje, na które słabiej zareagują przeciwciała po przechorowaniu czy zaszczepieniu. Ale niektórym to ciężko pojąć, więc dalej brak dystansu i maseczek.

Nie bywam w przychodni POZ, mając kontakt rodzinny ze swoją lekarką, ale teraz- co oczywiste- musiałam być. Ludzie piszą, że w ich ośrodkach zdrowia puste korytarze i tylko porady telefoniczne. U Rodzinnej, podczas mojego pobytu oprócz pacjentów na szczepienie, rodzice z chorymi dziećmi (umówieni na konkretne godziny), przyjmujący specjaliści, a do laboratorium taka kolejka, że Rodzinna wybrała się z OM, żeby nie musiał w niej stać. W szpitalu, na oddziale na którym bywam, bez przerwy się operuje, podaje chemioterapię. Myślę, że tak samo chorzy na raka nie są pozbawieni specjalistycznej opieki w ZCO w DM.

Od jutra już wiosna astronomiczna. Jeszcze zimna- temperatury spadają, zamiast rosnąć- i kapryśna, ale to się szybko zmieni. Powieje cieplejszy wiatr, słońce przygrzeje i świat się zazieleni… czekam na to z utęsknieniem.

Słonecznego weekendu 🙂

Skłamałabym…

Gdybym powiedziała, że się nie boję, to byłaby to nieprawda. Ale to nie jest strach obezwładniający, paraliżujący, destrukcyjny, taki, który wywraca wszystko do góry nogami, powodując zmianę zdania, burzy już dawno poukładane klocki… Ponieważ to nie paniczny strach przed covidem pcha mnie do tego, by się zaszczepić za wszelką cenę. Wierzę w medycynę, w naukę. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z różnych zagrożeń, jakie niesie za sobą każde leczenie. Tak, dlatego obawiam się, jak mój organizm zareaguje na szczepionkę. Szczególnie że mam towarzystwo skorupiaka i biorę piguły, które nieźle rozrabiają w moim organizmie. (Chemioterapia zwiększa ryzyko zakrzepicy 6-krotnie, również wkłucie centralne). Jestem osobą, która chce mieć poczucie, że zrobiła wszystko, co mogła w danej sytuacji. Nie przegapiła, ale przede wszystkim nie zrezygnowała z proponowanych możliwości, które z każdym dniem oferuje nowoczesna medycyna. Inaczej już w którymś momencie tego mojego podróżowania w nieproszonym towarzystwie, odeszłabym bez możliwości powrotu… Dlatego zamiast ścieżki strachu, wybieram ścieżkę nadziei i wiary. I solidarności. I odpowiedzialności.

Kolejna moja przyjaciółka, tym razem wraz z mężem jest ukoronowana. Tydzień przechodziła ciężko, ze spakowaną torbą do szpitala, w którym notabene będąc na teście (dwa ujemne, trzeci dodatni- pcr, bo pierwsze to antygenowe), chciano zostawić. Właściwie już od dwóch dni nie musi być w izolacji, ale kompletnie nie czuje się na siłach, by wstać i funkcjonować normalnie. Skończył jej się antybiotyk, chce prześwietlić sobie płuca… jej lekarz rodzinny dostępny dopiero za dwa dni… Mężowaty, nasz przyjaciel, czuje się dużo lepiej, przechodzi łagodniej, ale w izolacji pozostaje o tydzień dłużej. LP mi powiedziała, że jeszcze nigdy tak ciężko nie chorowała. Obie, PT i LP, poinformowały mnie, jak już wyszły na prostą w chorowaniu, bo nie chciały, żebym się zamartwiała ich stanem.

Moje „covidowe płuca” są zagadką. Może gdybym miała je całe prześwietlone, a nie tylko niewielki fragment, byłaby jaśniejsza sytuacja. Jak wszystko dobrze pójdzie, to w środę zostanę zaszczepiona (nawet gdybym była ozdrowieńcem, to mnie nie dotyczy 6-miesięczny odstęp po przechorowaniu),a OM czekając na mnie, zrobi sobie test na przeciwciała. Być może on też nie rozwiąże zagadki, ale gdyby się okazało, że je ma, to większym prawdopodobieństwem byłoby, że ja przeszłam zakażenie. Bo jak to Rodzinna powiedziała „matowa szyba” nie musi oznaczać zaraz covidu, a test jest tylko testem (dwa ujemne).

dopisek:

zaczipowana od dwóch godzin!

dopisek 10.30 am czwartek

Po dobie od zaszczepienia gorączka 39,3, w nocy pierwszy pomiar 40,7 drugi 39,8, boli ręka i głowa, ale nie aż tak, żeby brać prochy. I tak biorę na zbicie gorączki. Ogólnie nie jest źle, ale martwi mnie to, że być może oprócz reakcji na szczepionkę mam jakaś infekcje. Były i są ku temu przesłanki 😦

Jakby lżej…

Dziesięć firm startuje do przetargu- wygrywa jedna. Właściciel firmy, która złożyła najlepszą ofertę, to zły człowiek jest. Specjalnie zaniża kosztorys, żeby jego siostrzeniec nie wygrał przetargu. Ciotka w tej sprawie nie zadzwoniła do swojego brata ani do mnie tylko do bratowej mojej Mam- ta do mnie. Kurtyna.

Współwłaściciel firmy Taty został szczęśliwym posiadaczem szerokiego zakresu uprawnień budowlanych (instalacyjnych) i projektowych. Od rana we wtorek siedziałam jak na szpilkach, czekając na wieści, ale był czas, że zapomniałam się denerwować, gdyż w międzyczasie odbyłam trzy długie rozmowy, rozwiązując problemy tego świata- z Ciocią , Aliś i PT. Dopiero kiedy podczas rozmowy z jedną z przyjaciółek piknął mi sygnał, że ktoś dzwoni, to przypomniałam sobie, że czekam… To był (tylko ;pp) OM, a ja już od tamtej pory (14) o niczym innym nie mogłam myśleć, jak o egzaminie. Po 16 napisałam SMS-a: i jak? Bo przecież egzamin ustny nie może trwać od bladego świtu po sam wieczór. Nie został dostarczony, czyli syna ma wyłączoną komórkę. Po 17 dzwoni i słyszę, że jedzie już autem oraz słowa: część mamuś… cześć, jak tam?… a weź przestań, trzymali mnie 9 godzin…iiii???… głodny jestem, zmęczony… ale?… zdałem! Słodki jeżu synu, nie mogłeś zacząć od ostatniego wyrazu, a nie mi tu serwujesz jakąś dramaturgię 😉 Dziadek już wiedział, (pewnie Misiek miał pierdylion nieodebranych połączeń od niego), i chciał, żeby Misiek od razu przyjechał na ranczo porozmawiać. Dzwonię do Taty, który ostatnio nie był w najlepszej formie psychicznej i słyszę radośniejsze tony w jego glosie. Wiesz, jak ja się martwiłem. Wiem, ciągle się czymś martwisz. Bo wiesz, zdobyć takie uprawnienia, to jak skończyć drugie studia. Szczególnie gdy stare pryki w komisji egzaminacyjnej uważają, iż tak młody człowiek nie może posiadać tak szerokiej wiedzy praktycznej.

Do Tuśki zadzwoniono z OPG- w kwietniu ma termin wizyty wraz z badaniami w tym rezonans. Ostatnio miała w sierpniu- poślizg dwóch miesięcy to jak na coidową rzeczywistość nie jest źle. W ogóle nie jest źle, bo sami zadzwonili- do tej pory dzwonili raz w roku, a Tuśka dzwoniła w połowie rocznego odstępu. Nie muszę chyba pisać, że ja już jej jakiś czas marudziłam, żeby się umówiła na badania.

W niepewnej przewidywalności…

Bezsprzecznie nikt nie lubi zakazów i nakazów, które przemeblowują życie, więc trudno się dziwić różnorodnym reakcjom na nie. Naturalną rzeczą jest to, że część społeczeństwa się buntuje. Wewnętrznie. Werbalnie. Czynnie. Nic tak jak obostrzenia covidowe nie wywróciło naszego życia, więc trudno też się dziwić, że niektórzy je łamią. Zaskoczeniem może być tylko to, że tyle osób nie ma poczucia odpowiedzialności, solidarności…wyobraźni, nie mówiąc już o podstawowej wiedzy. Okradzeni z poczucia bezpieczeństwa i jakiejkolwiek przewidywalności, negujemy wszystko bądź przesadnie panikujemy. Z jednej strony mamy chaos i nieosadzone w prawie zakazy i nakazy, a z drugiej…nasze życie zawodowe oraz prywatne i zdrowie. W wielu sytuacjach kolizja nieunikniona. Wyrzeczenia.

W całym życiu pewnie każdemu przytrafiło się złamanie jakiegoś zakazu. Nie, że od razu ciężkiego kalibru, takiego, który rzutowałby na własne czy innych bezpieczeństwo. Łamiemy zakazy, szczególnie wtedy, kiedy nam samym wydają się idiotyczne, nieużyteczne, szkodliwe. Kiedy dotkliwie ingerują w nasze życie. W czasie pandemii rozkwitło nam podziemie, bo to nie jest tak, że jak czegoś nam władza zabroni, to tego już nie ma. Dobrym przykładem jest zakaz aborcji. Ale ja nie o niej…

Z mediów możemy się dowiedzieć, że są organizowane imprezy w lokalach mimo ich zamknięcia. Odbywają się też huczne imprezy rodzinne i towarzyskie oraz wesela, choć branża weselna jest nieustająco zamrożona od października. Nasi przyjaciele w kwietniu wybierają się na ślub i wesele. Niezbyt liczne, bo 30-40 osób, gdyż (podobno) ma być tylko najbliższa rodzina. Część rodziny młodego przechorowała covid-19, ale nie wszyscy. Z rodziny Młodej- nie wiem. Ryzykują, nie tylko możliwość zarażenia się, ale też łamiąc restrykcje, bo do tego czasu nie zniknie zakaz przebywania pięciu osób spoza domowego gospodarstwa, nie mówiąc już o organizacji wesel. Moja przyjaciółka zaraziła się wirusem, przyjmując w domu dwie obce „osoby”. To jest loteria. Nieprzewidywalność.

Tak się zastanawiam, czy sama zawsze stosowałam się do nakazów. Otóż, kiedy byłam na cmentarzu i w promieniu 10m od grobu Mam nie było nikogo, to ściągałam maseczkę. Większych przewinień nie mam ;P A Wy?

Nie sądzę, żebyśmy szybko wrócili do tej normalności i przewidywalność, jaką mieliśmy przez pojawieniem się wirusa. Zmuszeni jesteśmy, by nauczyć się z tym żyć. Bo to nie jest na chwilę. Minął już rok. Oczywiście, że sytuacja w końcu będzie normalniała i bardziej przypominała życie sprzed. Oby jak najszybciej i jak najbardziej.

Obawiając się dyskwalifikacji do szczepienia, na początku myślałam sobie, że jak się zaszczepią moi Bliscy to moje bezpieczeństwo wzrośnie, i że to wystarczy. Szybko zmieniłam zdanie. Mimo że nie mam żadnej gwarancji, że uzyskam odporność, to chcę mieć poczucie, że zrobiłam wszystko, żeby się chronić, jak również chronić innych. Kolejny nowy termin mam w przyszłym tygodniu- dostałam wiadomość zamiast kwiatka w Dzień Kobiet 🙂 Rodzinna powiedziała, że od kiedy są szczepienia, to u niej zachorowalność spadła o 60%. I czy to nie jest piękna rekomendacja, by się zaszczepić?