Normalne marzenie…

Bo żeby być wolnym, nie wystarczy zrzucić okowy, lecz trzeba żyć tak, by szanować i zwiększać wolność innych. Prawdziwy sprawdzian naszego poświęcenia dla wolności dopiero się zaczyna.- Nelson Mandela.

Kiedyś bardzo często wizualizowałam sobie marzenia przed snem. To mi pozwalało zasypiać z uśmiechem na ustach. Dawno już tego nie robiłam, może dlatego, że zasypiam od razu po przyłożeniu głowy do poduszki i nie ma czasu na kolorowe obrazy pod powiekami. Ale że ostatnio dużo spałam w dzień, a pomiędzy zapadaniem w letarg obserwowałam kampanie dwóch kandydatów, zaś przez całą sobotę towarzyszyło mi Radio Nowy Świat w tle, rekompensując mi ból głowy i ogólnie kiepskie samopoczucie, to zasypiając już ciemną nocą, zanim całkiem odpłynęłam w objęcia Morfeusza, znalazłam się nad brzegiem morza idąc przed siebie i ufnie patrząc w przyszłość. Z nadzieją. Na wakacje. Od rzeczy trudnych i poważnych. Beznadziejnych. Beztrosko tańczyłam z falami, wierząc, że kolejne dni nie przyniosą rozczarowania. Zaś powieje wiatr normalności. Z każdej strony. Na dobry początek. To jest moje marzenie…

A teraz pakuję walizkę i wyruszam po kolejny zestaw piguł. Tylko rzeczy osobiste, bo resztę już wczoraj zabrała Tuśka, która wraz z Zońcią wybrała się do DM. Przynajmniej będę miała lżej.

P.S.

W piątek przyszedł SMS od ALERT RCB treści, że dziś silny wiatr i burze z gradem… Trzy godziny po tym, jak przeszła burza z gradem wielkości jaj przepiórczych… W sobotę rano zaś przyszedł SMS od ALERT RCB treść m.in. takiej, że druga tura wyborów prezydenckich 12.07. i osoby… (tu wyliczanka) będą mogły głosować bez kolejki. To nawet nie potrzebuje komentarza.

Masz prawo wiedzieć ;)

Nawet nie wychodząc, odczuwam duże ochłodzenie, szczególnie w nocy. Temperatura poniżej 10 stopni wymusza na mnie spuszczenie żaluzji zewnętrznych tak, żeby otwór uchylonego okna był mniejszy. A mój jest spory, bo okno nie ma żadnych podziałów. Nie tęsknię za upałami, ale w końcu mamy lipiec, więc niech będą chociaż te temperatury przyzwoite. Mam wciąż kłopot z temperaturą własnego ciała, choć jest lepiej, więc jest nadzieja, że do niedzieli jakoś się z tego wygrzebię. Miałam odpocząć od polityki, uciec na emigrację wewnętrzną, ale jak mnie dopadła słabość i zaczęłam przez większość dnia polegiwać, to więcej czytałam, oglądałam, słuchałam.

Porównuję dwie kampanie i jak słyszę, że są to „nawalanki” z obu stron, to trudno mi się z tym zgodzić. Nie wierzę też, że była (Hołownia) jest (Trzask) możliwość końca tej wojny polsko-polskiej. Taka naiwna nie jestem. Dopóki przy sterze będzie stał prezes, o żadnym pojednaniu nie ma mowy. To, że wciąż pociąga za sznurki, mimo iż gdzieś się schował przed suwerenem, widać na każdym kroku. W agresji całego aparatu rządzącego w atakowaniu kontrkandydata. W zaprzęgnięciu do tego nawet Poczty Polskiej. To przecież przez jego decyzję nie odbyła się debata dwóch kandydatów, bo to TVP nie wyraziła zgody na propozycje dwóch największych komercyjnych stacji. Wiadomo kto za kim stoi.

Pinokio jeździ po całym kraju, rozdając tekturę, i przy okazji wychwalając pod niebiosy Długopis prezesa, jednocześnie szkalując jego kontrkandydata w wyborach na prezydenta. Zarzucając między innymi, że w stolicy funkcjonują firmy włoskie, niemieckie, francuskie, kiedy w tym samym czasie Długopis z dumą mówi o firmach amerykańskich, które będą inwestować w naszym kraju.  Znów są lepsi i gorsi. Opowiada też bajki o centralnym porcie lotniczym, w momencie, gdy LOT jest w trudnej sytuacji i nie wiadomo, czy za chwilę nie ogłosi upadłości. Ludzie lubią bajki… wciąż.

Wczoraj na żywo obejrzałam spotkanie kampanijne w moim DM. Po raz pierwszy odebrałam je w stu procentach pozytywnie. Tak, mam takie same marzenia… o Polsce.

Na maszprawowiedzieć.pl jeden z kandydatów mówił moim głosem 15 razy, drugi tylko raz.

Chciałabym jeszcze dodać, że blog to zbiorowisko moich myśli, poglądów, spostrzeżeń bardzo subiektywnych. Garstka. Wycinek. I nikogo nie chcę do nich przekonywać. Mogę podyskutować, czasem nawet zażarcie, bo jeśli jestem o czymś mocno przekonana, to bronię tego. Ale przede wszystkim uznaję, że ktoś ma inne zdanie. Sama mogę je też zmienić. Wiem, że czasem sprawiam wrażenie, że tak nie jest… no cóż. Tu chyba w grę wchodzi moja nieumiejętność komunikacji. Przekazu. A czasem przewrażliwienie odbiorcy. Wiecie, że ja się nigdy na nikogo nie obraziłam? Mogę się powściekać, ale z domu wyniosłam, że zawsze o wszystkim się dyskutuje.

Kto już ma dość…

Ten pójdzie na drugą turę i zagłosuje przeciw temu, co nam fundują od pięciu lat rządzący ze swoim „długopisem”, niezależnie na jakiego kontrkandydata PAD-a głosował w pierwszej. To logiczne. Reszta, no cóż…Dalej będzie narzekać, mamrotać coś tam o cholerze i dżumie, że nie ma swojego kandydata. Trochę ich nawet rozumiem, bo dużo łatwiej, jeśli takowy wciąż jest w grze. Jak sobie przypomnę, to w prezydenckich wyborach raz tylko oddałam swój głos w pełni popierający i teraz będzie po raz drugi. Oglądam wszystkie wyborcze spotkania R.T. i biorąc pod uwagę z jakim przeciwnikiem walczy oraz w jakim momencie znajduje się nasz kraj, to rozumiem jego kampanijną strategię. Czy mi się podoba? Nie do końca, ale to jest polityka. Od tych wyborów tak wiele zależy.

Nie ma co się łudzić, że wszyscy wyborcy głosujący w pierwszej turze wezmą udział w drugiej. W naszej gminie na Hołownię głosowało 20%, ale już słyszę od tych osób głosy, że w drugiej nie wezmą udziału. I trochę ich nawet rozumiem. Sama z Hołownią mam kłopot od lat. Nie trawiłam go jako „celebrytę z telewizji”, ale jako felietonistę już tak. (Wiecie to tak podobnie jak z prowadzącą KR, jedni kochają, drudzy nienawidzą, a ja starałam się pogodzić te dwa uczucia ;)). I szanowałam za jego działalność na rzecz innych. W sprawach Kościoła nie zawsze się z nim zgadzałam, ale to jeden z najrozsądniejszych głosów w tej kwestii. Obserwowałam od lat jego profil na FB. Uważam go za przyzwoitego człowieka. I tyle. Wciąż nie polityka, co mnie dziś irytuje najbardziej. Dziś wyborca Hołowni może poczuć się skołowany. Nie tym, że jego kandydat nie namaścił go, na kogo ma głosować (to nie w tym rzecz), mimo iż sam powiedział na kogo nie zagłosuje. Ale tą całą otoczką, jaką codziennie roztacza wokół tego poparcia-niepoparcia. Bo uważam, że sytuacja (jesteśmy wciąż jeszcze przed drugą turą) wymaga punktowania za złe rzeczy PAD-a i jego partię, a nie ich politycznych przeciwników. Nie uważam, że przeciwników trzeba chwalić, nie. Ale! noszz kurna, to nie ten czas, by wbijać im szpilę. Nawet jeśli jest słuszna i prawdziwa. A Hołownia robi to codziennie. Demobilizując  część swojego elektoratu, jednocześnie zachęcając do pójścia na wybory.

Pewnie słuszne są obawy, jak będą policzone głosy. W mojej wsi mamy wtykę- zaprzyjaźnionego szwagra 😉 Śmiałam się, że jako jedyna głosująca korespondencyjnie (bo tak poinformowano OM w gminie) nie będzie to tajne głosowanie. Okazało się, że kopert było sześć. I we wszystkich krzyżyk przy numerze 9. 😀

 

Zmieniam menu postu… 😉  Dziś zatwierdzałam menu weselne. Kością niezgody był bulion z kaczki z kołdunami wołowymi. W ramach kompromisu, bo przecież trzeba sprawdzić pochodzenie kaczki, zaproponowałam, żeby Dziecka Młodsze na degustację wzięły Dziadka. Węgorz wygrał ze szprotką. To już tradycja, że ta ryba musi być na weselnym stole. Ach, i jeszcze moje ulubione roladki z grillowanym bakłażanem i serem kozim zamiast faszerowanych jaj. Toż przecież nie Wielkanoc! I przeforsowałam galaretkę z kurczaka, twierdząc, że wciąż wśród gości będą tacy, co bez tego, żadne menu weselne się nie liczy, bo o tatarze z wołu sami pomyśleli 😉

Bliscy byli tylko chwilę, bo przyjechali na cmentarz- 6 lipca to urodziny Mam, skończyłaby 77 lat. Spotkali się przy grobie z Tuśką i Najmłodszymi, ja byłam wczoraj… Musieli dokupić wazon na kwiaty.

zdjęcia Izy (izaszjg) hiszpański park 🙂

🙂

Huśtawka…

Czuję się jak na huśtawce. Raz góra, raz dół.

Samopoczucie.

Znów dopadła mnie nie wiadomo skąd gorączka. Wysoka. Robiłam pulpety w sosie pomidorowo-paprykowym i nie wiedziałam, czy gorąco i słabo mi od kuchenki gazowej, mimo iż klimatyzacja chodziła na całego, czy coś mnie trawi od środka. Nie miałam czasu sprawdzić, bo Tuśka miała podrzucić Zońcię na popołudniowe spanie do nas, bo sama musiała przygotować papiery kadrowe w naszej firmie, które miałam przejąć po niej. Padłam razem z Zońcią i spałyśmy dwie i półgodziny. Temperatura trochę spadła, żadnych innych objawów, co za czort? Kolejne jedenaście godzin snu pomogło. W niedzielny poranek obudziłam się słaba, ale bez gorączki.

Nastrój.

Tu też raz wkurw, raz śmiech, raz totalna bezradność. Osłabiają mnie niedojrzałe i nieodpowiedzialne teksty typu, że prezydent niewiele może, że dość wybierania mniejszego zła. Więc niech zostanie u władzy to większe. Gdzie tu logika? Lepiej od razu się przyznać, że się popiera, że nie przeszkadza ta władza. Nie na tyle, żeby cokolwiek chcieć zmienić. Cynicyzm, kłamstwa, przekupstwo. Ciekawa jestem, ilu nowych zwolenników przekupi premier swoimi tekturowymi czekami bez pokrycia. Zmiana prezydenta to pierwszy krok do zmiany władzy za trzy lata. Nie pójście na wybory to akceptacja tego, co mamy dziś. I jeśli ktoś ma swoje powody, żeby to popierać, to rozumiem. Ma takie, a nie inne wartości. Co innego jest dla niego ważne. Ale! na miłość boską i każdą inną- bycie obojętnym to grzech zaniechania! NIEODPOWIEDZIALNOŚĆ. NIEDOJRZAŁOŚĆ.

Grzechów ta władza ma wiele, nie sposób ich wszystkich wymienić. Największe to łamanie prawa i pisania go pod siebie. Władza jest bezkarna. W jednej z tarcz przemyciła przepis, że urzędnicy państwowi nie ponoszą żadnej odpowiedzialności, w drugiej zaś, że za nieumyślne błędy lekarskie będą wsadzać do więzienia.

Współczuję ludziom, którzy są na wszystkich wkurzeni. Na sędziów, lekarzy, pielęgniarki, policjantów, nauczycieli, górników, hydraulików, fryzjerów, restauratorów…etc… Ale! Ta władza w końcu robi ze wszystkimi porządek. Ta władza takim się podoba. Dba o rodzinę. Bo sprawy rodzinne to rzecz święta. Dlatego żadna pozarządowa instytucja do zwalczania przemocy nie dostała dofinansowania od ministerstwa sprawiedliwości, ale były ksiądz egzorcysta już tak. Szacuje się, że nawet może zgarnąć 50 milionów.

Miłego, uśmiechniętego! 🙂

105934794_3167711673318702_2919776667463547371_n
kwitną już malwy 🙂

Zdalnie…

Poznały się dzięki dzieciom, bo ich chłopcy uczęszczają do jednej klasy. Znajomość zacieśniała się powoli: spotkania na wywiadówkach, jakieś wspólne prace na rzecz szkoły, wyjazdy na mecze, gdyż chłopcy trenują piłkę nożną, odwiedzanie się przy okazji spotkań dzieci to w jednym to drugim domu. I tak z roku na rok zażyłość była coraz większa, a kiedy jedna z nich przeprowadziła się naprzeciwko drugiej do nowo wybudowanego domu, to stały się nie tylko sąsiadkami, ale częstymi bywalczyniami u siebie. Również rodzinnie. Przyjaźń rozkwitała, jedna u drugiej czuły się jak u siebie, ale przede wszystkim chłopcy się jeszcze bardziej zakolegowali, bo w pobliżu nikt z ich klasy nie mieszka, w sąsiedztwie też nie ma innych dzieci w zbliżonym do nich wieku. Wydawałoby się, że nic nie jest w stanie zburzyć ten idylliczny obrazek sąsiedzkiej przyjaźni. Podstępny wirus i ogłoszenie pandemii oraz decyzja o zdalnym nauczaniu, tylko zacieśniły ich relacje. Teraz już codziennie u jednej z nich dzieci uczyły się razem, korzystając ze sprzętu tej drugiej, bo matka jednego z chłopców, raz, że dostęp do laptopa mogła mieć dopiero wieczorem, to jeszcze taka rzecz jak messenger była dla niej czarną magią. (I tu może przydałoby się wyjaśnienie, bo wydałoby się, że dziś już nie ma osoby, która sprawnie by się nie poruszała w tej materii, a jednak są!- przyczyny tego, to dobry temat na inny post ;)). Dlatego ta pomoc tej drugiej była taka bezcenna, w zamian, odwdzięczała się gotowaniem obiadów, również na wynos. Współpraca trwała bez zgrzytów, więc nawet jak po dwóch miesiącach kupiła nowy telefon oraz laptop dla syna, nauczyła się obsługiwać messengera, wysyłać samodzielnie prace syna do oceny, to wciąż dzieci na lekcje spotykały się u niej w domu (rzadko u tej drugiej) i razem się uczyły i odrabiały. Jeszcze przed wystawieniem ocen zrobiła hucznego grilla, zapraszając rodzinę sąsiadki w podziękowaniu za pomoc, współpracę. Było radośnie, rok szkolny dużymi krokami zmierzał ku końcowi, udręka matek przy zdalnym nauczaniu swych pociech również, więc było co świętować. Jeszcze tylko oczekiwanie na ocenę kilku prac dzieci, które wspólnie przerobiły, potem już tylko oceny na świadectwie i upragnione wakacje. I nagle coś pękło w tym monolicie sąsiedzkiej przyjaźni i wzajemnej pomocy. Ta druga zaczęła stosować uniki, z rezerwą się odzywać, wymigiwać się od spotkań. Poszło o oceny. Jeden z chłopców miał je ciut lepsze. Zazdrość. I może nie byłoby to tak dziwaczne i bolesne, gdyby nie fakt, że i chłopcy już u siebie nie bywają. Może jak wróci normalna szkoła od września, to również odbuduje się ich kumplostwo. Matka jednego z nich zupełnie nie rozumie tej sytuacji, uważa, że być może tamta czuje się wykorzystana, że ta czerpała z jej sprzętu i wiedzy posługiwania się online, ale przecież użyczała swój dom, swoją kuchnię i robiła wszystko, żeby to zrekompensować. A na ocenę prac chłopców przez nauczycieli nie miała żadnego wpływu.

*

Wzięłam urlop od polityki. W końcu wiem, na kogo zagłosuję i nic i nikt tego nie zmieni. Robię sobie rano zaraz po przebudzeniu prasówkę i tyle. Mam tylko jedną refleksję po ukazaniu statystyk kto i jak głosował. Że niezmiennie dzisiejszą rzeczywistość popierają starsi ludzie, a młodzi chcą zmian.

 

Zapach wakacji…

Nie trzeba nigdzie wyjeżdżać, żeby go poczuć. Upalna pogoda, basen na ogrodzie śmiech zaprzyjaźnionych dzieci, sernik i babka domowego wypieku i rozmowy do wypęku, serdeczne, radosne, aż do ciemnej sobotniej nocy. Krótkiej i gorącej jak na czerwiec przystało. Leniwy niedzielny poranek, głos Taty dochodzący z dołu- niespodzianka. Wspólny obiad, ciasto drożdżowe z truskawkami przywiezione przez Rodzinną. Smak lata. Misa czereśni- tradycyjnie prosto z sadu po drodze. Rozmowy, uśmiech… A po południu okrasił to wszystko krótki intensywny deszcz. Czegóż chcieć więcej? Wiem… ale może to się spełni już za dwa tygodnie.

Też mieliście udany weekend? 🙂

Rozum, głupcze!

Użyj go!

Po prostu.

Jeśli nie możesz kierować się sercem, to posłuż się rozumem. I nie mów, że znów musisz wybierać mniejsze zło. I nie mów, że nie będziesz kolejny raz wybierać mniejsze zło. Ten slogan mocno niektórym wrył się w mózg. Zakorzenił. Nigdy nie będzie idealnego kandydata, idealnej partii, których obdarzysz miłością. Ale nikt ci nie każe kochać! Posłuż się rozumem, rozważ co dla ciebie, twoich dzieci, wnuków będzie najlepsze. Dla kraju. TWOJEGO! Z czym się nie zgadzasz, czego nie tolerujesz, a co jesteś zdolny zaakceptować, nawet jakimś kosztem. Skalkuluj. Po której stronie jest przyzwoitość i przyszłość dla młodego pokolenia, dla ciebie, kraju, w którym żyjesz. Nie wystarczy się tylko z czymś nie zgadzać i umywać od tego ręce. Od wyborów.

Idź.

Zrób to!

Oddanie swojego głosu w zależności jak zagłosujesz to sprzeciw bądź akceptacja obecnej rzeczywistości. Nie pójście-  to jest przyzwolenie bądź obojętność, która jest niczym innym jak akceptacją. I choćbyś twierdził/a zupełnie co innego, to tylko zaklinanie rzeczywistości. Oszukiwanie siebie. I innych. Bądź odpowiedzialny. Bądź obywatelem.

Dobrego, uśmiechniętego weekendu 🙂

 

A tymczasem zakończył się rok szkolny. Myślę, że dzieci, rodzice i nauczyciele jak nigdy wcześniej czekali na ten moment, z nadzieją, że od września już będzie… normalniej. Dobrych wakacji! Ja z kolei mam nadzieję, że zrobimy pierwszy krok, mając dość, choćby tego, co się dzieje z edukacją. Bo taka Rzeczpospolita jak jej młodzieży chowanie.

Mieliśmy u nas pierwszą burzę i pierwszy ulewny deszcz w tym roku. Krótki. Trwał z 20 minut, a kałuże wyschły już po godzinie. To nie daje nadziei na takie skarby leśne jak te z beskidzkiego lasu, gdzie pada praktycznie codzienne, aż krowy na pastwiskach mają dość i ryczą głośno w proteście. Skąd wiem? Ano mam tam swojego wysłannika ;p

104695616_945402272587283_2524238338252839120_n
zdjęcie PT

Tymczasem muszę się zadowolić koktajlem truskawkowym z samych soczystych i słodkich truskawek, tak dobrych, że nie potrzeba żadnych dodatków i starą sprawdzoną lekturą na uśmiech Lesio, bo moje zamówienie na książki z 16 czerwca jeszcze nie dotarło 😦

Podążając za chwilą…

Nie zawsze nadążam, ale się nie złoszczę, choć jeszcze czasami OM mi wytyka moją niecierpliwość, tę chęć zawsze i wszędzie na już, na tę chwilę, jakby później miałoby już nie być, albo zwłoka cokolwiek by zmieniła. Najczęściej nie zmienia nic… Dlatego jak nie ta, to następna, jak nie teraz to następnym razem. Byle pamiętać, byle się jeszcze chciało!

Nie wracam z rancza utartą trasą, zatrzymuję się by nasycić oczy widokami, miejscem, które zawsze mijałam, jadąc w obie strony, obiecując sobie, że następnym razem zrobię przystanek. Czerwcowe wieczory są długie i ciepłe, kuszą swą ofertą by jak najdłużej cieszyć się chwilą w pięknych okolicznościach przyrody…

105950555_548970085771249_3330035343790972909_n

Nie ma ludzi, jest spokój i cisza oraz wolne ławeczki.

Przysiadam na jednej z nich, w uszach mi jeszcze brzęczą słowa właściciela karczmy, w której byłam z Tatą na obiedzie. Dzieci dziś są nic nie warte, krzyczą, biegają, niszczą, a rodzice w ogóle nie zwracają im uwagi. To reakcja na zdjęcie mojej bliskiej koleżanki z wnukami, od której miałam przy okazji przekazać pozdrowienia, bo właściciel to jakaś dalsza rodzina jej już nieżyjącego ojca. Takiej reakcji się nie spodziewałam, u Taty na twarzy widzę zaskoczenie tą dziwną tyradą. Pan nie tylko wobec dzieci ma sceptyczne nastawienie, ale również do koronawirusa. Uważa, że to bujda, a na Śląsku to już w ogóle, bo przecież jako były górnik zna te wszystkie kopalnie, ma wciąż znajomych i przyjaciół i tam nikt nie był chory, jeden miał grypę i zamknęli wszystkich na kwarantannie, a to wszystko dlatego, że hałdy węgla leżą i nie ma gdzie ich upłynnić, bo węgiel sprowadzają. To wszystko polityka. Rzekł. Na szczęście przyniesiono jadło i pan się zmył, życząc smacznego. Wyrzucam z głowy to wspomnienie i skupiam się na otaczającej mnie przyrodzie…

105684856_633590647276823_2118991893056775136_n

Jadę jeszcze na Błonie (najdłuższą trasą jaką tylko moje gapiostwo albo zbyt pewność siebie może wytyczyć ;p), bo mam ochotę na lody z Między wierszami. Nie muszę wchodzić do środka, bo sprzedaż też jest na zewnątrz, kiedy podchodzę, nikogo nie ma przy ladzie chłodniczej, ale za chwilę czuję na sobie oddech młodego rosłego ojca. Odsuwam się, choć ledwo złożyłam zamówienie na słony karmel i  mango… Pan przysuwa się jeszcze bliżej. Przecież nie zwieję, więc proszę o zachowanie dystansu. Taksuje mnie dziwnym wzrokiem, ale robi krok w tył. Biorę mojego rożka i szukam wzrokiem wolnej ławki, o co łatwo nie jest, bo na Błoniach sporo ludzi; na trawie piknikują całe rodziny, grupki młodych ludzi, pary, ale wszyscy od siebie zachowując dystans społeczny. Dzieci puszczają latawce, grają w piłkę z tatusiami albo mamusiami, spacerują, jeżdżą na rowerach… Zapatrzyłam się na te ruchome kolorowe uśmiechnięte obrazy, ciesząc się chwilą beztroski i smakiem lodów. Myślę, że miały one też trzeci smak… smak wolności. Gdy szłam do auta, żeby wrócić do mieszkania, jeszcze w parku zobaczyłam dwoje młodych ludzi trzymających się za ręce, oboje w maseczkach.

 

W jakichś migawkach telewizyjnych widzę wylot prezydenta do USA. I grzmią mi słowa, że za rządów PO i PSL Rosja napadła na Ukrainę… Znam osobę, która zawsze musi sobie „dziabnąć” przed wylotem, bo inaczej nie wsiądzie do samolotu, ale nie sądzę, żeby chwilowa niepoczytalność „głowy państwa” była ich przyczyną- to stan umysłu, stały, niestety… Pakiet wyborczy mam już w domu. Nie spieszę się, bo jak już tu nadmieniłam, OM osobiście wrzuci kopertę do urny w lokalu wyborczym.

 

 

 

W graficznym skrócie…

Słoneczny bezchmurny poniedziałek, choć okraszony łzami dwulatki, która nie chce, żeby tatuś jechał do pracy. Tak jest co rano, niezależnie u kogo lub z kim ją zostawia. Trwa to chwilkę, bo przecież nowy dzień to nowe przygody, ale dla mnie jest to zaskoczenie, bo Zońcia do tej pory nie oglądała się na rodziców, zostając gdziekolwiek. Od ponad trzech miesięcy to tata ją budzi, pomaga się ubrać i to z nim rozstaje się w każdy dzień roboczy. Jemy śniadanie i idziemy na spacer- wózkiem pomiędzy domostwami, polami i łąkami. Ukwieconymi. Księżniczce trudno zrobić zdjęcie, bo ruchliwa jak sreberko, więc kiedy weszła w łubin, zanim wyciągnęłam telefon, już z niego zmykała.

106076980_555377361810385_3542443394692909579_n

na blog akurat się nadaje 😉

Właściwie nie interesują ją kwiatki ani lalki; w lalkowym wózku, o ile sobie o nim przypomni, woli wozić…powietrze. Buduje i maluje. I wszędzie jej pełno. Wróciłam do gry w opiece nad Zońcią. Przypada mi jeden dzień w tygodniu. Po dwa dni ma druga babcia i opiekunka. Obie z drugą babcią jesteśmy elastyczne- to opiekunka wyznacza cotygodniowy grafik. Dobrze, że w ogóle ktoś się znalazł do opieki. Kto zna Zońcię, dom. I dobrze, że za każdym razem, kiedy wypada mój dzień, to przynajmniej przez kilka godzin jest dido do pomocy. W takich momentach pełnej szczęśliwość jest mi odrobinę przykro, że taki ze mnie słabeusz, że tak niewiele mogę…

Jadę do Taty z pełnym słojem rosołu. Mogłabym zadzwonić, ale to przecież tylko 120 kilometrów. Mam gdzie przenocować, odpocząć przed powrotem. Ma mnie jedną… przez lata widzieliśmy się w każdy weekend. Dopóki mogę…

 

Jest ekstremalnie. Nie tylko w pogodzie: podtopienia, nawałnice i susza. Ale również w polityce. Czy po wyborach zapanuje spokój? Wątpię.

Zbawienny sen…

Najkrótsza noc w roku była dla mnie najdłuższą. Przespałam 14 godzin, ale piątek mnie tak zmaltretował, że nie było innego wyjścia, żeby zregenerować siły. A przecież jeszcze zasnęłam w ciągu dnia, kiedy w końcu Zońcia padła po wygłupach na łóżku w wujciowym pokoju, bo nie chciała zostać sama w łóżeczku. Odzwyczaiła się u nas spać w dzień, więc potrzebowała towarzystwa- i tak obie przespałyśmy półtorej godziny, ja obok w sypialni, póki nas Tuśka nie obudziła. Przez cały dzień to OM się nią zajmował, ale kiedy dziecko chciało pić lub jeść to przybiegało do babci 😀 Ciekawe… ;P

Wciąż słaba, bo jeszcze nic nie jadłam, gdyż obudziłam się na czas wzięcia piguł, mokra jak mysz, ale przynajmniej bez temperatury. I bólu żołądka. Podejrzewałam jakieś zatrucie, że coś mi zaszkodziło, ale ten ból był dziwny, a jak pojawiła się temperatura i ból mięśni i kości oraz głowy, to zaczęło mi to wyglądać na coś grubszego.

Ugotuję dziś rosołu z kaczki- postawi mnie na nogi. I może odzyskam zgubiony kilogram 😉 Tylko deszcz jest ratunkiem dla mojego ogrodu, a omija nas szerokim łukiem. Słyszę, że wszędzie pada, widzę obrazki ulewnych opadów, a u nas co najwyżej zachmurzenie, które daje nadzieję i nic poza tym. Frustrujące to jest!

Na portalu naszej powiatowej gazety opublikowano zdjęcie przedstawiające co i jak długo się rozkłada- to tak w ramach edukacji ochrony środowiska. Był tylko jeden komentarz, z zapytaniem „a PIS?”