Przeczekać chwile…

Przemokłam. Nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz deszcz mnie zmoczył  do ostatniej suchej nitki. Śmieszne, bo ulewa zaskoczyła mnie 40-50 metrów od domu, kiedy wyszłam tylko na chwilę. Nie popatrzyłam w niebo- zaprzątnięta smutkiem, który rozlał  się we mnie- jak to czynię zazwyczaj; automatycznie wykonywałam to, co każdego wieczoru. Będąc już  na  wpół przemoknięta, mogłam schować się pod wiatę i przeczekać. Letnie ulewy trwają chwilę: są gwałtowne, zaskakujące, ale szybko mijają. Nie chciałam czekać. Pomyślałam: jak cudownie  by było, gdyby deszcz zmył ze mnie wszelkie troski i zmartwienia. Błoto, którym zostałam oblepiona przez walec wydarzeń. To jednak byłoby za proste…Mogę stosować metodę wyparcia w stosunku do skorupiaka- bo działa! Jednak mimo tego, że z klapkami na oczach życie jest znacznie znośniejsze, to nie potrafię ich założyć: nie widzieć tego, co się stało rzeczą oczywistą. Czasem wystarczy świeże spojrzenie, by dostrzec to, czego wcześniej nie było widać albo  dostrzec się nie chciało. Albo myślało, że minie. Wszystko mija…tyle że z różnymi konsekwencjami, różnymi zakończeniami.

Nieprzegadane trudne sprawy, bo jedna ze stron nie chce rozmawiać, a druga w swej niemocy krzyczy- napędzają nieubłagany walec wydarzeń. Walec, który może zmiażdżyć i pozostawić po sobie zgliszcza. Obopólne oskarżenia, rzucane w siebie groźby odbijają się jak echo: milkną, by znów powrócić.  Wszystko nagle jest  czarne albo białe- nie ma szarości…Zniknęły kolory.  Gdzieś dawno zagubiony kompromis…

Reakcja- by nie przegapić momentu, w którym już nie ma odwrotu. Trudna próba pomocy, bo ze znamionami wtrącania się. Nie wiem, czy do końca udana, czy już  ostatnia…

Deszcz nie zmył niczego, choć pozwolił na w miarę spokojny sen.

**************************************************************************

Odnośnie spania i przeczekania 😉

Jakiś czas temu na śpiku złożyłam  zamówienie on -line. Na śpiku, bo jeszcze na dole połknęłam pół tabletki na sen i trochę potrwało, zanim dowlokłam się do łóżka, w którym miałam pozostawiony wcześniej włączony laptop. Pomyślałam sobie, że  zanim go wyrzucę z łóżka, to jeszcze wejdę na twarzoksiążkę 🙂 A tam po okazyjnej cenie oferta patrzałków. Kliknęłam. Wybrałam. Z oczami jak szparki kontynuowałam zamówienie. Chwila zastanowienia, bo zakup przez kartę- jedynie w sprawdzonych firmowych sklepach, a i to niechętnie z dozą ograniczonego zaufania, a co za tym idzie, ze strachem w oczach czynię w ten sposób zakupy. Zrobiłam wklej, ale ostatnim rzutem zasypiającego oka poczyniłam próbę wycofania się z transakcji.  Pootwierało się milion stron, coś mi się zawiesiło- byłam przekonana, że  wyczyściłam numer karty- i nie poszło dalej. Walcząc, by nie zasnąć z palcem na klawiaturze, sprawdziłam w statusie zamówienia i ze zdziwieniem zobaczyłam, że  nie tylko zamówiłam, ale zrobiłam to potrójnie. Ostatkiem sił- śniąc chyba na jawie- odnalazłam kontakt i wysmarowałam emilkę wyjaśniającą moją pomyłkę. Zakonotowałam tylko, że wiadomość poszła gdzieś w kosmos, bo żadnego konkretnego adresu ani telefonu kontaktowego nie było na stronie.  I to na ten czas było wszystko, co mogłam zrobić, bo mój mózg już nie funkcjonował, a  oczy same się zamykały. Dziwne, ale nie śniły mi się koszmary 😉 Następnego dnia rano sprawdziłam konto- nic nie ubyło- kamień spadł z niewielkim, ale jednak hukiem 😉 Niestety, następne wejście na konto pokazało, że dostępnych pieniędzy mam mniej o jakąś dziwną kwotę oczekującą na zaksięgowanie. Dziwną, bo nic mi niemówiącą: ciut wyższą niż koszt okularów- pomyślałam niedorzecznie, że OM będący na krótkim urlopie może skorzystał z mojego konta. Pudło. Po sześciu dniach okazało się, że  zapłaciłam za coś w dolarach. Brak jakichkolwiek wieści ze sklepu na skrzynce plus ubytek kasy z konta, tylko utwierdził mnie w tym, że zostałam naciągnięta. W duchu pożegnałam się już z kasą- ciesząc się, że to niewielka suma- wiedząc, że jeśli okaże się to prawdą oczywistą, to nic z tym nie zrobię: bo i co?  Gdy  po dwóch tygodniach  na FB znowu pojawił się owy internetowy sklep reklamujący swój towar, to miałam ochotę  skomentować i uprzedzić o oszustach. Udostępnić, by już nikogo nie nabrali. Całe szczęście, że tego nie uczyniłam, w tamtej chwili, bo:

Wieczorem OM daje mi małą paczuszkę i ze zdziwieniem mówi: z Hong Kongu… 

Obdarzam go zdziwionym spojrzeniem, ale już proces myślowo-skojarzeniowy trwa… Czyżby? Bingo! Po chwili  okulary mam już na nosie. Tym razem udało się, ale  zanim znowu w coś kliknę, to najpierw  się… prześpię ;D Obiecuję to sobie!!! 😉

 

Reklamy

Indagacja pod gabinetem…

…czyli tekst  między innymi o spoufalaniu się.

Ucieszona tym, że miejsce parkingowe tak jakby na mnie czekało- blisko bramy przy wejściu do przychodni- i, że nie musiałam okrążać klinikę kilka razy, by jakieś upolować, co często się zdarza, dziarsko i z uśmiechem wkroczyłam do poczekalni. Tam uśmiech mi się poszerzył na widok znajomej, która akurat rozmawiała przez telefon, więc tylko kiwnęłyśmy sobie głowami i weszłam głębiej, do docelowej poczekalni, tej pod gabinetem mojej Pani Doktor. Vis-a-vis wejścia siedziały dwie dość pokaźnych kształtów kobiety- matka i córka. Na ich widok, jeszcze z uśmiechem na ustach, powiedziałam  „dzień dobry” i odwróciłam się do pozostałych z pytaniem „która  z pań jest ostatnia”, po czym zajęłam sobie kolejkę i w duchu krzycząc choleraaaaaaaaaaa!!!!!, wyszłam na ogólną poczekalnię. Tam po kilkuminutowej rozmowie ze znajomą- niestety, wznowa i kolejna chemia a włosy już dłuższe niż moje- jeszcze głośniej i jeszcze bardziej chciało mi się krzyczeć: choleraaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!jasna!!!!! Znajoma ( koleżanka z sali szpitalnej) już po wizycie, więc zbierała się do domu, a ja wróciłam na właściwą poczekalnię,  instynktownie siadając jak najdalej od obu pań, na których widok  wcześniej tak szpetnie zaklęłam w duchu.  Po jakieś godzinie, gdy weszła pani, która była w kolejce przed nimi, obie wstały i ustawiły się przy drzwiach gabinetu, i w ten sposób znalazły się blisko mnie. Nagle u starszej wykwitł uśmiech na twarzy i bacznie mi się przyglądając, rzekła głośno: pani też choruje!!!!  Zaskoczona odpowiedziałam, mimo że wyglądało to bardziej na stwierdzenie niż pytanie: mam nadzieję, że nie…

Jak to, co…??….

Zdrowa jestem- już lekko podirytowana odpowiadam, przerywając chyba z obawy, że z czymś wyskoczy- po wyniki- dodaję, choć na usta ciśnie się, że ja tu w kolejce po mleko siedzę…I pewnie tak bym odpowiedziała, gdybym nie miała całego audytorium słuchaczy 😉

A pani to teraz sama mieszka w (tu pada nazwa mojej wsi).

Osłupiałam-  Ale w jakim sensie, nie rozumiem?- No bo kompletnie nie wiedziałam, o co  chodzi kobiecie, szczególnie że było to raczej stwierdzenie niż pytanie.

No bo pani jest córką (tu pada moje nazwisko po OM). I mieszka pani po rodzicach…

Nie, nie jestem córką, ale tak się nazywam, i owszem mieszkam, ale nie po rodzicach, i nie sama- baba mnie coraz bardziej irytuje.

Ach syyyynooowa, bo teściu to nie żyje, a teściowa? – na jednym wdechu się mnie pyta.

Ale co teściowa?– tym razem baranieję; baba wraz córką i jej rodziną mieszka trzy domy dalej i nie wie? Jej mąż wraz z moim teściem (obaj już na tamtym lepszym świecie) za życia niejedną flaszeczkę obalili, jak to sąsiedzi. Głupieję doszczętnie, bo nie wiem, czy jaja sobie robi, czy faktycznie kojarzy mnie, tylko z kimś innym.

No żyje, teściowa żyje??

Mamo!!!- odezwała się do tej pory milcząca córka kobiety, która dobrze wie, kim jestem, i dobrze wie, że Mama OM ma się dobrze, a ja mam skorupiaka i wedle plotek byłam już na wykończeniu- tylko dlatego, że raz pod moim domem stało pogotowie.

To pani mieszka trzy domy dalej i nie wie?– dociera do mnie komizm całej tej sytuacji, ale wcale nie mam zamiaru ułatwiać jej niczego, bo zaczyna mnie to bawić.

No wie pani!- oburza się– ja z drugiego końca, to tak ludzi  tam nie znam ( w domyśle: wszystkich plotek o nich)- i po tych słowach już wiem, mniej więcej, z którą rodziną mnie skojarzyła. Mam ochotę jej odpowiedzieć: to po co mnie tak wypytujesz, jeśli nie z wiejskiej ciekawości dążenia do wiedzy absolutnej o wszystkich, ale z bananem na twarzy mówię krótko:

-Z tego samego końca… mieszkamy- Kąta okiem widzę jak nasze audytorium pod własnymi nosami  coraz bardziej się głośno uśmiecha, a oczy robią im się coraz większe…Pani chyba zaskakuje, bo krzyczy:

Oooo to pani jest żoną… (tu pada imię OM)!!!- pani się szczerzy do mnie, jakby wygrała w totolotka.

Bingo!!!- śmieję się, choć najchętniej bym chciała, by baba już znikła za drzwiami gabinetu.- Myślałam, że pani sobie  ze mnie żartuje- mówię spokojnie, choć w duchu swoje myślę. Na szczęście obie panie zaraz weszły do gabinetu, a gdy wyszły, to skierowały się prosto do wyjścia.

Śmiać mi się chciało, ale i też byłam skonfundowana całą tą rozmową. Śmiać mi się chciało z samej siebie, bo odpowiadałam jak potłuczona, ale przez myśl mi nie przeszło, że mimo mojej nowej niecodziennej fryzury*, mogła mnie z kimś pomylić. Nie wiedzieć kim jestem, nie wiedzieć, że choruję. Osoba, która całe życie- odkąd ja mieszkam na wsi i pamiętam- przesiedziała, jak tylko pogoda pozwoliła, po kilka godzin na ławeczce pod domem przy ulicy, obserwując wszystko i wszystkich. Paradoks polegał na tym, że skojarzyła mnie z rodziną brata bliźniaka mojego teścia, który  zmarł kilka tygodni temu – stąd te pytania. No cóż, starszej pani się coś pokręciło- miało prawo, bo dawno mnie nie widziała, jak sama to powiedziała; wiedziała, że dzwoni, tylko nie wiedziała gdzie… W pewnym sensie zostałam zaskoczona, i przez to zaskoczenie wdałam się w tę absurdalną rozmowę. Wkurzyło mnie to spoufalanie się pod gabinetem lekarskim, gdy przez ponad 20 lat mojego mieszkania na wsi w ciut dalszym sąsiedztwie owych pań, co najwyżej mówiłyśmy  sobie dzień dobry. I miękkim kalafiorem lata mi to, co będą teraz na temat mojej zdrowotności opowiadać po wsi, dopóki mnie samej o to nie zaczepiają, o nic nie pytają. Bo jakim prawem, ja się pytam? Dobrze wiem, że ta absurdalna rozmowa paradoksalnie zapobiegła wścibskim i bardziej wnikliwym pytaniom na temat powodu mojej bytności w przychodni- zwyczajnie już nie zdążyła ich zadać, uznając, że samotność (odejście od męża i śmierć ojca osoby za którą (chyba)  mnie wzięła, jest bardziej interesująca niż choroba. A przynajmniej pierwszoplanowa- w kontekście tamtej osoby. Gdyby od razu mnie skojarzyła, jak w banku na magiel poszedłby skorupiak.

Nie cierpię osób (obcych), które bezpardonowo przekraczają moją sferę prywatności- niczym niezachęcone- po to tylko, by zaspokoić  własną ciekawość.

A ja zaspokoję ciekawość tych, którzy nie doczytali dopisku do ostatniego postu:

Markery w normie- to usłyszałam od razu po przekroczeniu gabinetu 🙂 Po zapytaniu o samopoczucie i sprawy na Genetyce, Pani Doktor powiedziała, że mam łykać witaminę C i wapno z wit.D3- wszystko w maksymalnych dawkach, argumentując, że teraz wszyscy leczą witaminą C:) Nie zapytałam się, co leczą, choć śmiać mi się chciało, że to tak w kontekście genetyki. Już tłumaczę: jest lek zarejestrowany, tylko w tej chwili nie ma go w całej Europie, a który dostałabym w ramach profilaktyki z programu jaki prowadzi Genetyka, tylko za późno się zgłosiłam. Za późno, bo lek się podaje albo podczas chemii, albo najpóźniej 4 tygodnie po zakończeniu leczenia. Inaczej NFZ nie refunduje, a koszt rocznego dawkowania, to tak około milion złotych. Na Genetyce mój Doktor powiedział, że jakby znowu skorupiak się uaktywnił- ale nie wcześniej niż pół roku po leczeniu- to mam się do nich zgłosić. A teraz się dowiaduję, że leku nie ma w całej Europie…to będę łykać witaminę C :DDDD

* odnośnie fryzury dostaję SMS-a od Tuśki: ciocia M zgapiła (w org. było zgubiła) od Ciebie fryzurę łącznie z kolorem!  Ha, cha, ha, tylko moja, to sama natura i zero kosztów, a cioteczka (rok młodsza ode mnie, kiedyś baaaaardzo bliska koleżanka zza oceanu) na swój anturaż wydała  kasiorę w dolarach i traciła czas u fryzjera ;DDDD

 

 

 

Za krótko, by…

Powinnam się już przyzwyczaić, że z OM nic nie dzieje się według wcześniejszych ustaleń. No, chyba że wciąż za krótko się znamy ;)…

Ucieszyłam się, że do DM pojadę w charakterze pasażera, że będę miała sporo czasu na własne i wspólne sprawy i, nawet jeśli się umorduję miastem, to spoko- nie ja kieruję! Zanim  wsiadłam rano do auta, już wiedziałam, że plany się zweryfikowały: OM miał dużo mniej czasu i, dużo więcej spraw  do załatwienia, i to niekoniecznie w DM, plus wyjazd wieczorny za granicę. Usłyszałam: musimy się sprężyć. Po czym przed wjazdem na eSkę oddał mi kierownicę, bo musiał choć trochę odespać pół nocy za kółkiem. I tak o to sama dowiozłam się pod klinikę 🙂 Wysiadłam, a OM się przesiadł i odjechał. Pobiegałam  sobie pomiędzy laboratorium a przychodnią, bo okazało się, że na skierowaniu nie ma jednej pieczątki- to tak dla zdrowotności, bo co tam skonfigurowane komputery i pacjent w sieci.

Wszędzie czuć wakacje: na eSce- bo się zrobiła nad wyraz ruchliwa, w laboratorium- bo panią z rejestracji  za każdym razem trzeba było  przywoływać dyżurnym dzwonkiem, a w zabiegowym  długo czekać na pielęgniarkę. Za to do gabinetu lekarskiego (po pieczątkę) zostałam wręcz wepchnięta bez kolejki siłą. Aż mnie zatkało, ale środa to dzień chemiczny- pewnie panująca duchota w budynku  dodatkowo spowolniła krewkie reakcje. Jeśli chodzi o krew, to oddałam bez komplikacji i, mam nadzieję, że w piątek się nie okaże, że to koniec moich krótkich wakacji…I oczywiście kupiłam jagodziankę- jedząc, wsiadłam do taksówki, czyli tradycji stało się zadość 🙂

Nie tylko wakacje byłyby za krótkie, ale wciąż za krótka jest moja szczecina 😉 Wprawdzie po konsultacji z Tuśką, pojechałam po raz pierwszy- niczym- z niezakrytą głową. Szczerze mówiąc: nawet nie chodzi o długość włosa, ale o to, czego nie pokrywa. Bo ja mam takie zezowate szczęście: od strony Mam po babci odziedziczyłam raka, a po dziadku „łyski”- tak je moja Mam nazywa. W sumie lepsze „łyski” niż kiepskie serce- dziadek zmarł na zawał po kilku zawałach odratowanych- bo inaczej skorupiak mógłby jeszcze zejść na serce ;D  Tuśka uwag nie miała co do długości ani co do „łysków”- jedynie do koloru. Stwierdziła, że ten co mam- sama natura- jest smutny. No cóż, chemii- może henna?- to ja żadnej na łeb nie chcę, a w ogóle to ostatnio jestem smutna baba, więc anturaż się dopasował-  tak sobie myślę…

Gdy jechałam taksówką  z pootwieranymi wszystkimi oknami-bez lub zepsutą klimatyzacją- pan rzucił w moją stronę, że gdyby za mocno wiało… Ha, wiało, ale co z tego- moja fryzura z tej jazdy wyszła nietknięta 😉

Kompletnie nie wiedziałam ile mam czasu, zanim OM się nie odezwie z hasłem odwrotu do domu, więc włączyłam turbodoładowanie i ruszyłam po sklepach. Zdążyłam kupić krótkie spodenki, sukienkę i książkę oraz mrożoną kawę na wynos- dlaczego mrożona kawa zawsze jest tak pieruńsko słodka?- gdy już musiałam dojechać tam, gdzie -nie próżnując- czekał na mnie OM. Nogi czułam aż po samą d…więc całą drogę do ŚR trzymałam je na desce rozdzielczej- od strony pasażera ;P Z ŚR  przywiozłam się sama, bo OM odbierał auto z serwisu. Tak przy okazji- tego wcale nie było w planach. Ledwo odsapnęłam, ogarnęłam wszystkie organizmy żywe, a już miałam Pańcia na spanie 🙂 Tuśka dziś z samego rana pojechała ustalać – jakże- ważny dla Niej termin i szczegóły profilaktycznej operacji.

A jutro znowu DM. Co najmniej dwa dni. Mam nadzieję, że tym razem bez pośpiechu i, że wciąż będę miała wakacje od…skorupiaka!

*************************************************************************************************

Dopisane w sobotę 25.07.2015 🙂

Wciąż jeszcze mam WAKACJE!!! Tym razem zamiast dwóch miesięcy: miesiąc- wtedy  będę miała usg i markery. Tak, tak, tak, markery są wciąż w normie, to ja mam wakacje 🙂 Jupi!

Dzięki wszystkim za trzymanie kciuków i dobre słowa:)))))

O tym, co mnie spotkało pod gabinetem, w odrębnej notce, jak się ogarnę z czasem 🙂

Takie kwiatki, czyli…

Ogrodniczka ze mnie marna. Bywało, że byłam pełną gębą, ale to jeszcze za czasów przed skorupiakiem. Miałam gdzie, to i sadziłam i siałam. Często bez umiaru i jakiegoś planu, więc w takie na przykład ogórki to mogłam zaopatrzyć, jeśli nie pół DM, to na pewno wszystkich znajomych, przyjaciół i rodzinę ;D Potem mi przeszło, bo przejść musiało. Czasem popełniłam jakiś siew, ale przeważnie korzystałam z niewielkich upraw teściowej. Zrezygnowałam też z wieloletnich i sezonowych kwiatów w ogrodzie. Jeśli już, to tylko w skrzynkach na parapecie lub w donicach na tarasie. Nic bardziej smutnego jak przekwitające kwiaty-  zmęczone słońcem i wiatrem, smętne, zasuszone. Zresztą chyba nie mam ręki do kwiatów, bo i w domu mam ich niewiele. Na tarasie tyle, by wystarczyło do nacieszenia oczu i aby nie zmachać się przy codziennym podlewaniu, a w razie nieobecności, nie przysparzać komuś dodatkowej roboty.

Co roku, do dużej donicy kupuję  krzak róży na pałąku (czyli tak zwanej wysokopiennej?)  W tym nie musiałam, bo o dziwo przezimowała ta z zeszłego roku. O dziwo, bo oczywiście nie opatuliłam jej, ale łagodna zima nie narobiła szkód. Na wiosnę  się zbudziła ze snu, a latem pięknie zakwitła. LP na tarasie miała taką samą, ale już jakiś czas temu zaczęły ją podjadać mszyce. Popryskała preparatem chemicznym. Nic nie dało- może za późno? Ja nie miałam zamiaru pryskać chemią, nawet profilaktycznie- no, chyba że LP, by za mnie to zrobiła 😉 Myślałam jednak, że mojej róży nic nie będzie. Niestety, byłam w błędzie. Brzydząc się chemią, zaczęłam szukać w necie jakiegoś naturalnego sposobu na mszycę. I traf chciał, że znalazłam, na głównej Onetu. Na prosty i skuteczny- podobno. Czytam raz, czytam drugi, nawet trzeci i…stwierdzam, żem głupia, bo nic z tego nie rozumiem. Może ktoś się zna i wyjaśni. Kopiuj w klej, cytuję:

Warto przygotować samodzielnie roztwór sody oczyszczonej z wodą, który pozwoli się pozbyć nawet dużych populacji mszyc. Do litra ciepłej wody należy dodać 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej i rozpuścić w połowie szklanki wodu w temperaturze powyżej 20 stopni Celsjusza. Do tego dodać olej, dobrze wstrząsnąć i dodać do spryskiwacza, którym następnie potraktujemy rośliny.

Może i on skuteczny, ale czy prosty…?

O (nie)sprawiedliwości i (nie)równości…

Odkąd wymyślono pieniądze (podobno to jednak nie Fenicjanie byli pierwsi) to one rządzą światem. Potrafią omamić, zgubić, skłócić, etc…nielicznym przynieść szczęście. Jedno jest pewne: wszystkim są niezbędne do życia, niektórym tylko do przeżycia, a niektórym do szastania na lewo i prawo…

W oczy będzie mówić z dumą o sprawiedliwości i równości – oddając firmę w dwie pary rąk. I tu jest zgoda. Na tym jednak sprawiedliwość oraz równość się kończą i nabierają innego znaczenia. Ma wgląd i przegląd wszystkiego, co dzieje się w firmie, łącznie z finansami a raczej przede wszystkim z nimi. Trzeba być ślepym i głuchym, żeby nie widzieć, że jedna strona okrada firmę, żyjąc ponad stan za firmowe pieniądze. Druga ciężko pracuje- zbyt często kosztem (brak czasu) własnej rodziny- wiedząc, że firma to żywicielka (niejednej) rodziny, a nie tylko dojna krowa. Jedna się niczym nie przejmuje, traktując firmowe pieniądze jak swoje, druga zamartwia się o stan finansów firmy. W takiej sytuacji to nie tylko przymykanie oczu, ale jawne przyzwolenie- współuczestnictwo. Zastanawiam się, czy to perfidia, czy jednak zaślepienie.

Jestem przygnębiona. Zwyczajnie mi żal kogoś, kto lubi swoją pracę, kto dba o firmę, kto myśli, martwi się, przejmuje – a w zamian jest oszukiwany albo karmiony półprawdami. Jest uczciwy, pracowity  i przyzwoity, więc w głowie mu się nie mieści to, co się dzieje. Woli nie wiedzieć, nie słyszeć, o tym, co widzą nawet obcy…

Jestem świadkiem, co  z człowieka może zrobić nagła utrata zaufania do wieloletniego partnera (przyjaciela)  w biznesie. Oprócz utraty zaufania dochodzi strata finansowa, nadszarpnięcie reputacji firmy, którą tworzyło się przez tyle lat. Ale to nie o kasę przede wszystkim chodzi- choć wiadomo, że wszelkie kłopoty wzięły się z powodu pieniędzy ( tu też ktoś żył ponad stan i pogrążył własną firmę a przy okazji  inną wpuścił na minę )- tylko o dołujące  poczucie, że zostało się oszukanym, wykorzystanym. Tak silne, że uniemożliwiające życie jak do tej pory.

Nie chcę być  po raz drugi świadkiem podobnej sytuacji. O tyle trudniejszej, że relacje między wspólnikami są bliższe- rodzinne.

Trafia mnie szlag na obie strony plus na współuczestników, tej całej, jakże sprawiedliwej równości. Jak można nie przemówić do rozumu jednemu i drugiemu. Jednemu, by zaprzestał wykorzystywać, drugiemu, by przestał dawać się wykorzystywać. Udawać, że nic się złego nie dzieje. Stwarzać pozory i głosić o swej sprawiedliwości.

I tak sobie myślę: chroń mnie  i moje dzieci ) panie Boże od takiej sprawiedliwości!!!

O zaufaniu…czyli sprawdzam!

…do służby zdrowia pisałam pewnie nie raz. Napiszę kolejny, bo to bardzo ważne. Metoda: sprawdzam!- powinna zawsze obowiązywać, jeśli coś nas niepokoi. Tylko problem w tym, że czasem jest tak, że zaufanie do lekarza i ośrodka, pod którymi jesteśmy opieką, jest bezgraniczne. Bo renoma, wiedza, etc….- no i w końcu komuś trzeba zaufać.

Czytam artykuł i słucham wypowiedź pacjentki Onkologicznej Poradni Genetycznej- prężnej i znanej oraz uznanej- która od owej poradni chce odszkodowania za „wyhodowanie u niej raka”. W skrócie: kobieta została pacjentką poradni 13 lat temu, gdyż chciała być pod dobrą opieką medyczną z powodu śmierci jej matki na raka, a gdy wykryto u niej torbiel podczas badania USG, nic z tym przez kilka lat nie zrobiono. Ani mammografii, ani rezonansu, ani biopsji- tę ostatnią dopiero na jej żądanie, gdy torbiel znacząco się powiększyła. Diagnoza była druzgocząca: rak złośliwy. Operacja, leczenie, przerzuty w węzłach… Tego wszystkiego mogłoby nie być, gdyby wcześniej  zalecono  bardziej szczegółowe badania. Oczywiście Dyrekcja Poradni odrzuca zarzuty, twierdząc, że wszystko odbywało się zgodnie według światowych wytycznych, czyli: jeśli specjalista stwierdza po badaniu USG, że wszystko jest w porządku, to nie ma przesłanek do biopsji.

Pamiętam jak po raz pierwszy – 20 lat temu- udałam się do Poradni Genetycznej ze skierowaniem od swojego lekarza, który wiedział o historii nowotworowej w mojej rodzinie. To był sam początek tworzenia Poradni, i żeby być zakwalifikowaną na badania na obecność mutacji genu, decydował wywiad przeprowadzony przez lekarza genetyka. Przesiew musiał być duży, bo badania kosztowne, więc usłyszałam, że nie jestem w grupie podwyższonego ryzyka. Gdy powtórzyłam te słowa cztery lata później, to od samego Profesora usłyszałam, że chce znać nazwisko tego lekarza, a gdy odpowiedziałam, że nie pamiętam, to chciał, żebym wskazała palcem, który to. Był autentycznie zbulwersowany zlekceważeniem mojej historii, szczególnie że dowód miał przed sobą, a kolejne wyniki tylko  potwierdzały, że mam raka i  jestem nosicielką BRCA.  Dlatego dziś mam mieszane uczucia, gdy słyszę taką, a nie inną wypowiedź w sprawie poszkodowanej kobiety. Tym bardziej że moja córcia odkąd jest pod opieką Poradni, co roku ma wykonywany rezonans, który jest bardziej skuteczny w wykryciu zmian nowotworowych niż USG. Jednak wcale nie jest tak różowo, bo obie- nauczone przez moje doświadczenia- nie mamy bezgranicznego zaufania do tego, co powie każdy lekarz z Poradni.  Albo czego nie powie, nie zaleci, nie  poleci – wiedząc, że z jakichś przyczyn w ich ośrodku tego nie zrobią. Delikatnie mówiąc: nieraz odczułyśmy niefrasobliwy stosunek do pacjenta…

W artykule i wypowiedzi nic nie ma na temat BRCA, więc być może Kobieta, która ma słuszne pretensje i żal do Poradni, nie ma mutacji genu i stąd te okrojone badania. Nie wiem. Wiem jedno, mimo że u mnie nigdy nie zbagatelizowano żadnej ze zmian, u Tuśki (na razie)  tak samo, to wiem i powtarzam: że jeśli jest się w grupie wysokiego ryzyka, to rokroczne badania nie wystarczą!  Trzeba częściej. A gdy jest już jakaś zmiana, nawet na oko radiologa  łagodna, to trzeba jej się przyjrzeć szczegółowo. Skonsultować z innym lekarzem. Jeśli z powodów finansowych, procedur etc. dany ośrodek nie chce tego wykonać, to dla własnego zdrowia, spokoju, poczucia bezpieczeństwa trzeba się tego domagać lub zrobić na własny koszt. Takie są realia. I trzeba o tym pamiętać.

Poszkodowana pacjentka wyceniła swoje zdrowie na milion złotych. Czy to dużo?  Czy w ogóle jest jakaś sensowna cena? Tak mi się skojarzyło, że znany redaktor pewnej telewizji swój wizerunek wycenił na siedem razy więcej. I tak sobie pomyślałam, że on to pewnie wywalczy, ale ona niekoniecznie…

Czy to postanowienie…

…czy raczej chwilowe lenistwo? 😉 A może jedyna słuszna strategia?

To, co miałam zrobić wczoraj, przerzucam na jutro. Może w końcu samo się zrobi, rozwiąże…

Wstałam niezdarnie, jak za każdym razem po przespanej nocy. Wlazło mi ” coś” w stopy i w dłonie – już dawno i znając przyczynę, powinno z czasem ustępować, a mam wrażenie, że się nasila. Szczególnie w dłoniach jest irytujące, bo utrudnia mi to pisanie, chwytanie i trzymanie czegoś dłużej w ręku- choćby książki…

Co się odwlecze to nie uciecze, więc weekend był przegadany :)) Obficie podlewany kawą- nie żebym wypominała, ale w pewnej chwili żałowałam, że nie rejestruję ilości. Tak ze zwykłej ciekawości, ile to można wypić kaw przez cały dzień i nie mieć żadnych skutków ubocznych- wręcz przeciwnie 😉 Powiedzenie o napędzie i zamiast krwi w żyłach- nabrało realistycznych kształtów. Gały widziały 😀

Gały nie widziały, ale dostały krótką relację. Krótką, bo słów było niewiele. Za to konkretne i adekwatne do sytuacji- powodujące uśmiech na twarzy, która już jakiś czas temu zapomniała, jak to jest uśmiechać się. Przed chwilą telefon- wytyczne w konkretnej sprawie i nagle słyszę pytanie odnośnie sobotniego spotkania. I w głosie weselsze nutki ze szczyptą zrozumienia, podziwu, że mimo wszystko WARTO cieszyć się z każdego drobiazgu w każdej chwili.

No to DZIĘKUJEMY!