Tego co najcenniejsze…

Przetańczyć całą noc…sylwestrową…

Tak było  w planach jeszcze w listopadzie 😉
Świadomie i zgodnie razem z Przyjaciółmi zrezygnowaliśmy z tych planów na rzecz domówki 🙂
 
A co do planów i postanowień na Nowy Rok – nie robię!  Z życzeń mam tylko jedno –  zdrowie!  Nie tylko dla siebie, ale i  dla najbliższych, i  dla wszystkich!
To najcenniejszy dar, gdy go mamy, to tak naprawdę wszystko jest w zasięgu naszych marzeń.
 
Wokół zdrowia jest teraz bardzo głośno. Podobno pacjenci czują się zagrożeni, a sprawcą jest Ministerstwo Zdrowia. 
A ja nie rozumiem o co chodzi lekarzom protestującym. Że co, że kar się boją?  Przecież i  bez nowej ustawy mieli obowiązek sprawdzenia czy pacjent jest ubezpieczony. A postawienie diagnozy, wybór  leczenia, to ich obowiązek. Więc w czym rzecz? Lekarz chce tylko leczyć i nie być za nic odpowiedzialny. Ani za wypisanie złego leku, ani za złą diagnozę, decyzję, za nic. Jak ciężko udowodnić winę lekarza, gdy popełni błąd- każdy wie. Święta krowa! 
Wszyscy mają pretensję do kolejnych rządów, że nie reformują tylko obiecują. Gdy to robią, to podnosi się krzyk!
 
Ja rozumiem, że można mieć pretensję, że zbyt późno Ministerstwo  informuje zainteresowanych. Ale kompletnie nie mogę zrozumieć protestu z powodu tego, że NFZ może wszcząć kontrolę. Wiem, NFZ nie budzi społecznego zaufania. Ale czy  je budzi  lekarz, który z góry zakłada, że nie postawi na recepcie literki „P”, choć pacjenta leczy nie od dziś? Bo co?  Bo to jakaś gra?
 
Dziś w nocy zmarła kobieta.
Żona, matka, babcia- jeszcze zupełnie młoda.
Miała marzenia i plany na Nowy Rok.
Karetka jechała zbyt długo…
Śmierć była szybsza…
 
Zapamiętam Jej uśmiechniętą twarz, jeszcze  z przedwczoraj.
 
Dlatego dziś życzę wszystkim dużo, dużo zdrowia!
Bo to czy palny się zrealizują, marzenia ziszczą  koniecznie w nadchodzącym  2012 roku- wcale nie jest najważniejsze!
 
Najcenniejsze co mamy to: zdrowie
                                                                 miłość
                                                                przyjaźń…
i kolejność  nie  jest  ważna…a czasem wystarczy jedno z nich, by z uśmiechem przeżyć dzień 🙂
 
Samych miłych i dobrych  oraz zdrowych dni w Nowym 2012 Roku!!!!
 
 
Reklamy

I po…

I po… świętach, choć ja jeszcze wciąż przed. Tak to jest, gdy świętuje się również  i 6 stycznia 🙂

 
Przyznaję się bez bicia, że uległam zastawionemu stołowi i to nie jednemu. No cóż,  dla mnie Boże Narodzenie kulinarnie przewyższa wszystkie inne święta. Lubię śledzie, kocham  wszystkie inne ryby i uwielbiam pierogi 🙂
Za oknem nijak atmosfery świątecznej dostrzec nie można. Ale jeszcze w wigilię, zanim z moim chłopakami udaliśmy się do rodziców, pozapalałam  wszystkie świece w salonie i wytworzył się klimat, mimo szykowania się do wyjścia. A wigilia? Gdy są bliscy wokół nic więcej nie potrzeba. Na drugi dzień, leniwe wstawanie z pitą powoli kawą i wyjściem na późne, bardzo późne już śniadanie…Potem wizyta u Przyjaciół, a tam gwar, bo obecność małych dzieci dopełnia atmosferę, święta się stają dużo weselsze, choć na brak śmiechu już wcześniej nie narzekałam 😉 I przyszli kolędnicy, i następni.. i pośpiewaliśmy kolędy 🙂 Po tak duchowych ale i kulinarnych doznaniach zarządziłam powrót do domu na własnych nogach. A tu nici, bo wieczór choć ciepły to siąpiło coś z nieba… Jeśli chodzi o aurę to bardziej wczesną Wielkanoc  przypomina….Tylko kolorowe światełka oświetlające prawie każdy świerk we wsi, przypominają, że to jednak  są  bożonarodzeniowe  święta 😉
 
Prawie nie oglądałam telewizji.
 
Jeszcze przed świętami przeczytałam książkę Danuty Wałęsowej. Czytało się świetnie. Zwykła opowieść, bardzo życiowa i prosta- kobiety, która nie lubi określenia Pierwszej Damy, jeśli już to  woli określenie” żona prezydenta”.  Z kart książki  przebija smutek, ale i akceptacja takiego życia, w dużej mierze ograniczonego z powodu tego kim był, jest jej mąż. Samotność i żal, ale i wiedza gdzie było i jest w nim jej miejsce. I konsekwencja, a jeśli bunt to tylko wewnętrzny. Mimo tego wciąż pełna marzeń z oczekiwaniem na zmiany. Żona i matka. Teraz chce być również kobietą.
Warto przeczytać, bo to samo życie napisało taki scenariusz.
 
Każdemu jakiś pisze i nie wiemy co czeka nas tuż za rogiem…  czy za chwilę coś, ktoś nie wywróci je nam do góry nogami. A może my sami?
 
Gdy czytam na blogach o obłudzie dzielenia sie opłatkiem, o wymuszonych sztampowych życzeniach, fałszywych uśmiechach przy stole, gdy poza nim w rodzinie wrogość lub samotność, to się zastanawiam dlaczego nikt nic z tym nie robi. I czy w ogóle rozumie sens tych świąt? Świąt  wiary, nadziei, wybaczania, pojednania…odpuszczenia. Odpuszczenia przede wszystkim sobie i przez siebie… 
A jeśli nie może, nie potrafi to po co się męczyć ? W imię tradycji?  Tak, wiem narzekanie to też tradycja, ale  zawsze ten czas można spędzić inaczej.
Tylko trzeba wiedzieć czego tak naprawdę się pragnie i wszelkie zmiany zaczynać od samych siebie.
A jeśli nie, to zostaje akceptacja stanu rzeczywistego.
 
Mimo że na kartach opowieści o życiu Danuty Wałęsowej mało jest miłości, namiętności, czułości, to na pytanie, czy gdyby wiedziała jak będzie wyglądało jej życie to weszła by do tej samej rzeki, odpowiada:TAK!
Niczego nie żałuje.
Niczego nie chciałaby zmienić.
 
Wiec i Ty żyj tak, by nie żałować, a jeśli potrzebujesz zmian, to zrób to! 
Nie oglądaj się na innych. Nikt za nikogo życia nie przeżyje.
 
Wychodząc w drugi dzień z domu wiejskiego rodziców, szczęśliwa, ale przejedzona, pomyślałam, że znowu wszystkiego było dużo za dużo. Ale takie są mama i ciocia. Śmiejemy się, że ile by w domu lodówek i zamrażarek nie było, to by je smakołykami zapełniły 😉 Lubią gotować i wszystkich wkoło karmić 🙂  Nie tylko od święta. I dopóki to się nie zmienia- to znaczy, że jest dobrze…że mają siłę i zdrowie oraz ogromną ochotę 🙂 A my wszyscy jeszcze większą przyjemność. Bo to stół i biesiadowanie przy nim scala rodzinę. Przy nim toczą się dyskusje, snują się wspomnienia, plany nabierają kształtów. Śmiech,  rozmowa, czasem kłótnia by zaraz po kolejnym kęsie czegoś pysznego znowu panowała zgodna atmosfera.
Uwielbiam to!
Autentyczność emocji 🙂
Zwyczajna- niezwyczajna rodzina 🙂
Moja!
 

Idą święta…

Niektórzy mimo upływu lat, wciąż z radością dziecka czekają na święta. Bez przymusu  rzucają się w wir przygotowań, aby tradycji stało się zadość. Planują generalne porządki, prawie remonty, zakupy, strojenie, gotowanie, pieczenie… Nie udają radości, nie szukają nastroju, bo on w nich jest. Co roku.

Jednak coraz częściej spotykam osoby, którym tradycja już ciąży. Nie chcą już przymusu odczuwania świątecznej atmosfery, tego całego zaganiania przed, by potem przy stole usiąść i udawać, że jest pięknie, radośnie i rodzinnie, rzucać nic nieznaczące słowa, obietnice. Również te, składane  sobie w duchu, że to ostanie już takie święta, że na drugi rok na pewno wyjadą gdzieś daleko, uciekną od tej magii, której wcale nie czują…  I z ulgą oddychają, gdy jest już po… świętach, by ponownie za rok, znowu to samo…
Dlaczego coraz więcej ludzi nie znosi świąt?
Czego Wam życzyć  na ten świąteczny czas?
Może tego właśnie, aby był autentycznie radosny i bliski, a tradycja nie była czymś wymuszonym. A może stworzenie nowej, swojej  tradycji ? Tak! niech się spełni… A tym, którzy nie znoszą świąt, żeby jednak poczuli miłość i dobroć, tę autentyczną, żeby nie musieli niczego   udawać.
Tradycyjnie zaś, bo przecież tradycja to ważna rzecz, wszystkim życzę dużo, dużo zdrowia. I jeszcze więcej miłości. Uśmiechu.
I niech Wam będzie: wora prezentów!!!
    
PIĘKNYCH ŚWIĄT !!!!
i
oczywiście śniegu na święta
 
u mnie właśnie pada!

O jednym tylko marzę, by nie robić nic…

Moje zmęczenie sięga zenitu i jedynie o czym marzę, to dzień, w którym tylko na krótkie chwile opuszczałabym  łóżko.  Otulona ciepłą kołderką i  zapachem  książek prosto z internetowej księgarni oraz tych wypożyczonych z miejskiej biblioteki, i pożyczonych od koleżanki. Zbyt długo już na mnie czekają. Zamknęłabym drzwi od pokoju na górze i nie dopuszczała do siebie żadnych odgłosów życia, żadnych obrazów. A te  na obecną chwilę  są zbyt… Mało pedantyczne- delikatnie mówiąc 😉 Bo dom od jakiegoś czasu stoi odłogiem, jedynie w kuchni  tętni życie, podczas przygotowania obiadów.  Żadnych symptomów świąt:  sprzątania, strojenia, gotowania.  No dobra, gotowanie na święta odpada, bo to domena mamy i cioci- od lat- ale żeby tak nic we własnym domu nie robić? No cóż, to była moja świadoma decyzja. Chciałam pomóc dzieciom w urządzaniu się w nowym domu, a to wymaga i czasu, i sił. Mimo zatrudnionej pani do sprzątania, to  dla nas  zostało jeszcze mnóstwo pracy. Tuśka w stanie, którym nadmierny wysiłek niewskazany, a  i ruchy ograniczone, ja zaś  przez przygody ze skorupiakiem nie mam tyle mocy, ile bym chciała, więc czasowo nam  zeszło. Oj zeszło… Zresztą  do tego  również przyczynili się panowie fachowcy- monterzy, którzy terminów się nie trzymali, a jak już w końcu się pojawili to niekompletni,  zawsze im coś tam  z elementów brakowało. Jeszcze nie jest na tip-top, ale pozostały tylko szczegóły.  No cóż, jeśli można przeżyć  bez kuchni  ponad tydzień, to już brakująca listwa czy lustro to mały pikuś. Jest pięknie, więc każdy bolący mnie mięsień jest tego wart 😉 
Nagimnastykowałam się, choć nie o takiej gimnastyce marzyłam 😉  I nikt mnie w tej chwili nie namówi na żaden sport, mimo że niedawno narzekałam, że się w tej kwestii zaniedbałam. No, chyba że na jogę 🙂 Usiadłabym sobie w wygodnej pozycji, w półmroku, pośród zapachów świec i relaksującej muzyki, i…odpłynęłabym na chwilę 😉 Nawet na dłużej niż chwilę…
No tak, ale mogę sobie tylko o tym pomarzyć…
Dlatego, będę robić wszystko, by  udało mi się wygospodarować ” dzień nicnierobienia „.  Najwyżej dom posprzątam po świętach. W końcu nigdy nie byłam zwolenniczką przedświątecznego amoku czystości, bo sprzątam cały rok, ale przyznaję, że w tym roku dom wygląda dużo gorzej. Nawet okien nie zdążyłam umyć, mimo sprzyjającej pogody- oczywiście tej listopadowej, bo teraz od kilku dni pada deszcz. W grudniu- bezsensu!

 

Klient jak ten intruz, wciąż czegoś chce…

Pojechałam do miasteczka, żeby w banku  zlikwidować rachunek, bo tak naprawdę nie korzystałam z niego.  Z tego  rachunku, z tego banku. Bank jak bank ani duży, ani mały. Kilka stanowisk, kilka pań obsługujących. Kiedy weszłam, nikogo z klientów nie było. Po prawej stronie kilka pracownic banku zebrało się w kupie i o czymś dyskutowało. Mnie interesowała lewa strona, gdzie mieściły się kasy. Trzy. W dwóch z nich, poza informacją, że kasa nieczynna, nikogo nie było. W trzeciej siedziała pani i rozmawiała przez telefon, a   tabliczka stojąca na blacie  informowała, że: kasa chwilowo nieczynna.  Stanęłam w przepisowej odległości i czekałam, aż pani skończy. Minutę, drugą, trzecią…i pewnie nie byłoby to nic dziwnego, ale pani pytlowała w swoich prywatnych sprawach. Trudno było tego nie usłyszeć. Gdy się wylewnie pożegnała- pewnie z kimś sobie bliskim- poprosiła mnie i w końcu się moją sprawą  zajęła. 

No cóż,  mimo sloganów, klient  wciąż bliskim dla urzędnika nie jest…
 
Ostatnio  z Tuśką byłyśmy w sklepie ze skorupami i ozdobami do domu. Sklep urządzony w taki sposób, że na wszystkich ścianach  stały szklane regały, a w środku kilka stołów i na nich pięknie ułożony towar.  Mnóstwo  różnorakiego towaru i tak naprawdę trudno się było połapać, bo np. kieliszki  stały w kilku miejscach.  Szukałyśmy szklanych świeczników w kształcie kielicha. W zasięgu wzroku i ręki były trzy, ale różnych gabarytów. Tuśka chciała dwa takie same, więc zapytałyśmy panią, a ona na to odpowiedziała: trzeba szukać;  i nie ruszyła się  za stolika z kasą.
Popatrzyłyśmy się na siebie z dezaprobatą i wytężyłyśmy wzrok.
– Są!  Tam na szklanym regale, na samej górze- krzyknęłam odkrywczo po jakieś chwili- czy mogłaby  pani  je nam pokazać?
– Ja paniom tego nie ściągnę.
– Nieeee- dziwie się- to co kobieta w ciąży ma się tam wdrapywać albo ja?
Pani popatrzyła na nas dziwnie, ale ruszyła się z miejsca.
Nie kupiłyśmy, bo okazało się, że każdy z  8 świeczników  był inny…Ale wyraziłyśmy chęć zakupu, gdy przyjdzie  nowy towar; pani łaskawie wzięła od Tuśki telefon.
Potem  jeszcze raz córcia była w tym sklepie. Chyba za wazonem i wyszła z degustowana, bo ponownie pani nie chciała skądś tam go wyciągnąć. Nie wiem, czy kompozycję by sobie popsuła, czy za ciężka  dla niej to praca. Nie mam pojęcia, czy to pracownica, czy właścicielka, ale dała się poznać jako  osoba beznadziejna, jeśli chodzi o obsługę klienta.
Ja wiem, że coraz częściej  ludzie narzekają, że ekspedientki są teraz natrętne, że atakują  jak tylko przekroczy się próg sklepu. Ale chyba wolę nadmierne nadskakiwanie; najwyżej z uśmiechem grzecznie  powiem, że  nie potrzebuję pomocy. Ale co myśleć wtedy, gdy ją potrzebuję i jestem olewana, mimo że jestem jedyną osobą w sklepie lub przy biurku urzędnika? 
 

Prawo serii…?

Najpierw oberwało  auto Miśkowe.  Na parkingu, czekając, aż jego właściciel zrobi zakupy.  I nieważne, że parking ze szlabanem na złotą kartę oraz monitorowany, jeśli akurat kamera w tym miejscu nie miała zasięgu. A klient, który  to zrobił,  nie był „zwyczajnym bohaterem” i nie zostawił za wycieraczką telefonu kontaktowego. Potem Tuśka miała stłuczkę. Jej wina, gdyż wjechała komuś w zad. I nieważne, że jadący z przodu facet,  przejeżdżając  skrzyżowanie świetlne, nagle hamuje bo, mu dzwoni  komórka i musi ją znaleźć.  A dziś Osobisty Małżonek od rana informuje, że w nocy go okradli, a właściwie nasze auto firmowe. 

Miałam dziś jechać do miasta. Ale we ferworze zajęć jeszcze w moim aucie nie wymieniłam opon na zimowe, udając, że zimy za oknem nie ma. 
Bo nie było- do dziś.  Dzisiaj  po raz pierwszy w tym roku  zobaczyłam zamarznięte kałuże. I powiem tak: że nie ruszyłoby mnie to, ale…uwierzyłam w prawo serii, więc…wyjazd odłożyłam do jutra, bo na jutro umówiłam się na wymianę opon.
 
Jeśli dodam, że kolejny raz, pralka wypluła z siebie wodę nie do kanalizy, a na  łazienkową podłogę, to uwierzycie, że humor mam zwarzony. Tym bardziej że wybrana nowa  pralka,  być może jest o ten 1cm za głęboka, żeby móc ją  wsunąć w miejsce starej. Moje wieczorne wątpliwość dziś  rano rozwiał OM, twierdząc, że da radę, najwyżej prysznic rozbierze 😉 taa…
No i to by było na tyle…
Oby…
 

Przećwiczona ;)

Trochę się sportowo zaniedbałam 😉
Rower z wyrzutem patrzy na mnie, bo już ponad dwa miesiące nigdzie nie był na przejażdżce. 
A na basenie ostatni raz byłam…no tak, gdy byłam na wakacjach.
Ale to nie znaczy, że nic nie robię. 
Ćwiczę! I to codziennie…cały zestaw, czyli:
Jazdę, ładowanie, przywożenie, wnoszenie, wynoszenie, przewożenie, dowożenie…
Mierzenie, klejenie, wieszanie, przesuwanie, ustawianie…
Ba, nawet catering uprawiam 😉
 
A kiedy zmęczona w końcu siadam na czterech literach, by chwile się zrelaksować, włączam laptopa by z Wami pokonwersować, to Onet  dokłada mi kolejne ćwiczenie: cierpliwości.
Czy Wy też macie takie problemy z otworzeniem okienka do komentarza i  opublikowaniem  go na własnym blogu?   Onetowskim rzecz jasna. Bo u mnie od jakiegoś czasu  trwa to całe  wieki ;(  Najpierw myślałam, że to wina kompa lub netu, ale nie, inne strony otwierają z normalną szybkością.
Ech…
 
Miłego weekendu 🙂