Bez niej…

Dla mnie jest jak siostra bliźniaczka obecna stale w moim życiu, choć mówią, że jest matką. Szczególnie tych głupich. Można ją stracić, tak jak się traci czyjeś życie z oczu, bo rzeczywistość nas oddala od siebie, ale to nie znaczy, że odeszła na zawsze. Nigdy nie odchodzi…przykucnie gdzieś w oddali i czeka. Bo nie można jej się pozbyć, tak jak nie można się pozbyć życia za życia. Życie bez niej nie istnieje… Pojawia się depresja.

No właśnie…Nawet jeśli tracimy ją w jakimś aspekcie, to pojawia się w nowym…Mimo rozczarowań, mimo iż często bywa iluzoryczna. W końcu to ona jest naszym motorem do działania. Bez niej, bez motywacji, że nam się uda, nie byłoby w nas siły do życia. Do najmniejszego kroku do przodu.

Nadzieja…

Wystarczy poszukać ją w sobie.

Słowa, dopóki  jest życie, dopóty jest nadzieja, są prawdziwe. Do ostatniego tchnienia nam towarzyszy, bo nawet zdając sobie sprawę, że nasz żywot się już kończy, to wierzący mają nadzieję na życie po, a inni choćby na spokój, koniec udręki…

***

egg-3222535__340

To najbardziej przepełniony nadzieją czas, obojętnie czy ktoś świętuje, czy nie.

Jedni z nadzieją czekają na wiosnę, drudzy na zmartwychwstanie Chrystusa.

To czas radości, miłości, poświęcony rodzinie. Sobie. I niech taki właśnie będzie.

Dla Was!

 

 

Reklamy

Nie próbuję…

Czasem nawet nie próbuję zrozumieć. Przyjmuję rzeczywistość taką, jaka jest. Dostosowuję się albo nie.

Zdjęłam powłoczki z poduch w motywie bożonarodzeniowym i wraz z kocem do kompletu  rzuciłam do pralki, a za oknem zaczął padać śnieg.

29663916_1856195114391577_765554777_n

Chyba się pośpieszyłam z tą zmianą dekoracji 😉 Również na zewnątrz…

29550868_1856195194391569_1888665743_n

Z pogodą nie dojdę do ładu, nie mam nawet na to szans.

Z ludźmi powinno być łatwiej. Teoretycznie.

Siedzę sobie u góry przy uchylonym oknie, bo wczoraj słoneczko świeciło, a zapach powietrza już coraz bardziej wiosenny (boćki już są!) i słyszę, że OM z tarasu z kimś dyskutuje. W pierwszej chwili myślałam, że z którymś z pracowników, ale nie. Zeszłam na dół i widzę sąsiada w krzakach, który bezczelnie wysypuje nam swoje „śmieci” pod nasze ogrodzenie. Standard. OM nawet by nie zareagował, gdyby nie pismo, które niedawno przyszło, a w nim deklaracja, że sąsiadowi zależy na dobrych stosunkach z nami- przypieczętowane przez jego adwokata. Koń by się uśmiał!:D No to OM się pyta grzecznie, czy dobre stosunki polegają na tym, że ktoś komuś robi na złość i kompostownik pod oknami. Centralnie! Sąsiad krzyczał, że jest u siebie i będzie robił, co mu się żywnie podoba. OM to oczywiście nagrał, żeby mieć dowód, na czym polegają według sąsiada dobre stosunki międzysąsiedzkie.

Nie próbuję  zrozumieć ludzi. Przynajmniej niektórych, bo chyba życia mi nie starczy, żeby pojąc ich logikę.

Siedzimy z OM przy zielonym koktajlu, ja sączę powoli, a OM snuje plany…Jak tylko się podreperujesz…Nie przerywam. Choć wiem, że mało są realne, bo jeśli tylko znów zacznę łykać piguły, to automatycznie anemia będzie się powiększać. Tak właściwie, to powinniśmy w tej chwili rzucić wszystko, spakować się i wyruszyć na podbój świata. Zrealizować część planów. Zaryzykować…

Zostajemy przy koktajlu…

Też jest pięknie…

Razem…

29345835_1854979081179847_1949443642_n

Na zdrowie!

P.S.

Dostałam podwyżkę!!! ZUS mi dał 40 złotych więcej! Teraz siedzę i myślę na co je wydam! Jakieś pomysły?

 

Wolna, czyli jak zamienić minusy w plusy.

Po porannej poniedziałkowej wizycie lekarzy, pierwsze co zrobiłam, to wyłączyłam wszystkie alarmy w telefonie. Koniec życia z zegarkiem w ręku, a raczej włączonym budzikiem w telefonie o pięciu różnych porach dnia, codziennie. Jestem wolna! I w tej chwili tylko to się liczy:)

Moje myśli mogę biec w dwóch różnych kierunkach. Albo torem paniki, a przynajmniej niepokoju, że mój organizm uwolniony od piguł, natychmiast wykorzysta skorupiak i się zaraz rozszarogęsi w mym ciele. Albo, że mój organizm odpocznie od chemii, zregeneruje się, ja nie będę musiała budzić się codziennie o tej samej godzinie i codziennie o tych samych godzinach łykać piguły, za to będę mogła wypić lampkę czerwonego wina 🙂 Przez dwa tygodnie!  Będę na permanentnej bani. Żadnych piguł! Nawet żelaza! Antybiotyk już skończyłam. Jestem wolnym człowiekiem, wprawdzie tylko na przepustce (krótkiej), ale zawsze! Wolałabym być zdrowym, ale nie można mieć wszystkiego naraz. Chyba jasne jest, którym torem biegną moje myśli…

Moje Doktorowe postanowiły, że muszę mieć przerwę. W pierwszym momencie miałam dostać jakieś piguły na coś tam, ale po namyśle zrezygnowały. I to też mnie ucieszyło, bo pewnie byłyby to sterydy. Wciąż mi brakuje z 1700 czerwonych krwinek, ale płytki po spadku pną się mozolnie w górę i jest ich 61 (norma od 150), ale HGB podskoczyło do 6,4 (norma od 7,7), więc jest lepiej, choć nierewelacyjnie, więc żeby mnie piguły nie zabiły, zostały odstawione. I mam nadzieję, że mój organizm to wykorzysta…a skorupiak nie zauważy, że nic go już nie blokuje. Bloga chyba nie czyta.

Do domu wróciłam z nowym blenderem kielichowym (stary wyrzuciła mi Tuśka- roztrzepaniec!- i został mi tylko ręczny) kupionym przez PT i przytarganym do Mam (mogłam zamówić w necie), żebym zaraz po powrocie mogła robić sobie smoothie warzywne i nie tylko, shaki, flipy i inne takie. Zadzwoniła od razu wieczorem, żeby mnie skontrolować, ale mikser wciąż w opakowaniu, ale mam zamiar dziś go użyć. Serio. Może coś polecacie? Bo ja na pierwszy ogień chcę skromnie: avocado, szpinak, ananas. Ma być smacznie, a potem zdrowo ;p

Całkiem zapomniałam, że w niedzielę przychodzą chemiczki na oddział, tak że po dwóch samotnych nocach, trzecią spędziłam w towarzystwie dwóch starszych pań. Skończył się mój komfort samotnika na włościach, a rano w poniedziałek sala już była pełna, więc z ulgą opuszczałam oddział z tobołami, jakbym co najmniej z miesiąc tam była. Jedzenie porozdawałam, bo Mam by się zapłakała, że wszystkiego nie zjadłam 😉 A reszcie podołał Misiek, który jak zwykle zrobił furorę wśród starszych pań 🙂

Dwie panie znałam już z wcześniejszych pobytów, z jedną jesteśmy po imieniu- wzięła 6 cykli i okazało się, że kompletnie nie trafiono z chemią, Nie jest to pierwsza, tylko kolejna walka ze wznową, ale zamiast zatrzymać gada, to on się jeszcze bardziej rozpanoszył. Tak też bywa.

Była też pani, która przyszła pierwszy raz na chemię po czterech miesiącach po operacji, które spędziła w szpitalu na oddziale chirurgi plastycznej. Rana się nie goiła z powodu…tuszy. Pani ważyła 159 kilogramów, obecnie waży 128 i wciąż jest bardzo otyła. Wyobrażacie sobie tyle czasu spędzić w szpitalu? W międzyczasie przeszła 5 operacji łatania brzucha, bo dodatkowo wdała się bakteria, aż w końcu chirurdzy opanowali ranę. Pani twierdzi, że wszystkie parametry ma dobre, a oprócz niedokrwistości serca, nic w jej ciele nie szwankuje. To lubi pani jeść, jeśli ta otyłość nie wynika z choroby- stwierdziła sąsiadka z łóżka obok, mniej więcej w tym samym wieku, tylko o wadze piórkowej. Lubię- z uśmiechem odpowiedziała tamta i wyciągnęła pudełko, w którym było co najmniej z kilogram ciasta. Kurtyna.

Żeby nie było za pięknie, to obudził mnie dziś potworny ból głowy. Broniłam się rękoma i nogami, aż w końcu poległam i wzięłam tabletkę przeciwbólową. Przeszło.

Mogę się cieszyć zapachem…domu…:)

 

Tak jeszcze nie było…

Źle.  Zaginęło 2300 czerwonych krwinek i nikt nie wie, gdzie są. Poszły sobie nic nie mówiąc, bez pożegnania. Akcja poszukiwawcza nic nie dała, więc trzeba było posiłkować się obcymi. Tyle mi potrzeba, żeby mieć w normie dolnej granicy. Hemoglobina spadła do 4,9, płytki do 60 i inne parametry również. Ciśnienie 79/44. Miałam wyniki gorsze, niż wtedy, kiedy Doktor stwierdziła, że jestem trup. Miałam, bo po toczeniu mam dużo lepsze (nie wiem jakie), tylko płytki lecą w kulki i jeszcze spadły. Dostaję tabletki i jutro kontrolna morfologia i decyzja odnośnie piguł. Powiem tak, że jestem bardzo zaskoczona, że w ciągu 4 tyg. tak mi wszystko poleciało, mimo iż łykałam żelazo w podwójnej dawce. Owszem, im dalej od poprzedniego toczenia, tym wyniki gorsze, ale  to się działo stopniowo. Nigdy aż tak nie zjechały w dół, bo ostatnio miałam krwinki 3,9, a morfologie 6,1- oczywiście, to też poniżej normy. Nie wiem, dlaczego takiego przyspieszenia dostały i na dodatek pomyliły kierunki.

Leżę sobie w 6-osobowej sali sama, samiusieńka i jest mi z tym dobrze🙂, dlatego jutro muszę wyjść, bo zacznie się młyn. Przez weekend jest totalny spokój, co daje komfort, ale szkoda weekendu w realu. Przychodzi do mnie PT i Dziecka Młodsze, gadam przez telefon (wszyscy mi mówią, że po głosie słychać, że jestem silniejsza), czytam tajemnice Macierewicza, które mnie pobudzają do morderczych myśli. Serio. Mam ochotę odwiedzić szeregowego posła- wiadomo kogo- i mu nawtykać. Nie wierzę, że nie miał i nie ma wiedzy. Ale żeby nie było, że ja tylko polityką żyje. Nie oglądam żadnych programów informacyjnych, mam laptopa i net, więc obejrzałam sobie film Trzy bilbordy”-polecam!- i drugi „Czas mroku”- też polecam, choćby  ze względu na świetną grę aktorską bohatera filmu.

Z laptopem, który jest już mój, ale nie do końca, bo Misiek ma na nim program do projektowania, którego licencję musi przenieść na nowy sprzęt, więc czeka na instrukcję drogą mejlową. Dlatego muszę mu oddać sprzęt jeszcze na jakiś czas. I to nie jest problem, tylko że stwierdziłam, iż jak chcę być dalej w ukryciu z blogiem, to nie wchodzę na żadne z laptopa. W sumie to nie wiem, czy ta ostrożność jest potrzebna, bo przecież Misiek nieraz korzystał z mojego sprzętu, zna dwa hasła, no ale to co innego, bo zanim mi odda już tak całkowicie, to mu wyczyści bebechy i może trafić na mój ślad 😜Mam zaś już nowy telefon w użyciu i spokojnie mogę obsługiwać WordPressa, nie mogę tylko komentować na innych portalach, bo nie chcę być anonimowa. Ale czytam🙂. Tak to jest, jak się jednocześnie chce zostać anonimową i nie być nią😀

Zmiana czasu mnie nie obeszła, bo i tak leżę i nic nie robię. Tylko się zastanawiam, jak słyszę prezentera pogody, który mówi, że będzie ciepło i podaje temperaturę 10 stopni! Toż to  jak dla mnie zimowa temperatura, wciąż. Nawet jak w powietrzu czuć wiosnę.

Rozmawiam z OM i mówię, trzeba wziąć kogoś do sprzątania, a on mi odpowiada, że w sypialni mam posprzątane,  na co ja, że oprócz sypialni mamy od groma pomieszczeń. Słyszę, że jest czysto i coś mnie tknęło. Tak, to LP wpadła i posprzątała, nawet okna umyła i kwiatki kupiła- to miała być dla mnie niespodzianka. Normalnie się wzruszyłam, choć to nie pierwszy raz mnie tak zaskakuje,  ale w życiu bym nie pomyślała, że ktoś sam z siebie przyjdzie i ogarnie cudzy dom, tydzień przed świętami. Jak tak piszę te słowa,to znów mam mokre oczy.

Kończę, bo już nie wiem, co wystukałam- ekran telefonu, to jednak nie jest ekran laptopa😉

Chciałam jednak Wam bardzo podziękować za wszystkie miłe i wspierające słowa, jakie zostawiacie w komentarzach i emilkach, a przy okazji dać znać, co u mnie. Dziękuję!!!😘😘😘

Pewnie (a przynajmniej niektóre) wpadłyście w wir przygotowań do świąt. Ja jak zwykle się wycwaniłam i zaniemogłam😉 A w tej chwili zagląda do mnie słoneczko przez…brudne, szpitalne  okna, co mnie uśmiecha. Choćby z powodu  myśli, że domowe mam czyste😜

 

 

 

Wiedziałam, że tak będzie…

Najpierw antybiotyk stanął na przeszkodzie, żebym wyszła z pigułami, ale poinformowałam Doktor, że przez cały czas brania go, łykam piguły, więc odpuściła🙂. Moja radość trwała krótko, bo gdy przyszły wyniki, to zadecydowała, że toczymy krew, ale dopiero w sobotę. Także nie wiem, czy w niedzielę wyjdę. Nie mówiąc już o tym, że Zlot Czarownic przejdzie mi koło nosa. Dziewczyny zadeklarowały, że następny będzie w maju. Ale! Czy ja mogę cokolwiek planować? No nie! Nie jestem zła, bo po toczeniu jestem silniejsza, a jest tak, że w tej chwili każdą czynność robię na raty. Na wiele. Tyle że niefajnie leżeć na weekend. Teraz do mnie dotarło, że nie będzie komu wbić się w port, czyli tak naprawdę nie wiem, jak to się skończy. Bo do portu potrafią się podłączyć, tylko pielęgniarki od chemii, a żadnej już nie ma i do poniedziałku już nie będzie. Także w sumie to wiem, że nic nie wiem i spędzam nockę w szpitalu. Dobrze, że w mieszkaniu zostawiłam spakowaną walizkę, choć nie przewidziałam, że mogę zostać na dłużej, niż jedna noc. Ale tak naprawdę rozstrzygnie się wszystko jutro.

Taki żywot chemicznego człowieka, że nigdy nie wie, co go czeka😉

Wciąż o tym samym, czyli…

Setny raz o włosach. Wszak na wiosnę wszystko pięknieje, a jak wszystko to i my- kobiety 😉 Nieprawdaż? Tylko przychodzi taki moment, kiedy nic samo się nie zrobi  natura sama już się nie obroni  i musimy się wspomóc. Możliwości jest bezlików, po dobre kremy ( jak kto wierzy) aż po operacje plastyczne. Pośrodku cały wachlarz środków do pielęgnacji ciała. Zostawmy ciało, jakoś nigdy u mnie nie miało priorytetu. Już dawno stwierdziłam, że będzie się starzeć z godnością osobistą! Ciało, nie ja! To nie znaczy, że nie posiadam, żadnych kremów, peelingów i bukwico jeszcze. Posiadam dzięki własnej rodzicielce, to ona o mnie tak dba. Żebym miała. Gdyby tak jeszcze to wszystko we mnie wklepywała, to efekt byłby widoczny na mnie, a tak to efektownie stoją sobie te pudełeczka na półce w łazience. Och, jasne, że nie jest tak, iż w ogóle ich nie używam. Używam. Raz na kilka dni, niektóre raz na kilka tygodni. Jak mi się przypomni, a że z moją pamięcią jest coś nie tego…to jest, jak jest. I tu zamiast do brzegu, czyli do tych włosów, to ja się oddalę i przytoczę ostatni przykład, który mnie samą rozbawił. A mianowicie…

Czytam coś w sieci i stwierdzam, że przydałoby się okulary przetrzeć. Płyn i odpowiednią szmatkę mam w zasięgu ręki, więc nawet nie wstaję. Czyszczę te okulary, gdy przychodzi wiadomość na messengerze, klikam ją i…zaczynam szukać okularów. Rozglądam się, gdzie ja je ciepnęłam, w jedną, w drugą stronę, macam kocyk aż…stwierdzam, że trzymam je w ręku…Autentycznie.

Dobra, wracajmy do włosów. Pewnie niektórzy myślą sobie, że mam na ich punkcie kota.  Gdyby je tracili cztery razy tak jak ja, i z powodu takiego jak ja, to by się przestali dziwić. Trzy razy włosy odrosły mi takie, jakie miałam przed wypadnięciem. Gęste i trudne w obsłudze dla wszelkiej maści fryzjerów. Za czwartym razem pozostała tylko ta trudność. Gęstość się ulotniła…to już tylko wspomnienie. Jak mi zaczęły odrastać, to już wiedziałam, że coś jest nie tak. Przyczyną są piguły. Permanentna anemia też swoje pewnie dołożyła. Wprawdzie nie mam prześwitów, tak jak moje dwie „koleżanki od piguł”, ale po raz pierwszy mam wrażenie, że nie mam czego złapać i nie o długość tu chodzi. Zresztą moja fryzjerka to potwierdza. Dlatego też to przypieczętowało, że będę miała krótką fryzurkę i nie będę farbować. W końcu babcią jestem, więc siwy włos nie powinien dziwić, o! I dobijamy do sedna. Jak zwykle to od Mam dostałam szampon i odżywkę z (Colway)  z naturalnym kolagenem zagęszczającym włosy. POLECAM! Naprawdę zaniepokoiło mnie, że od jakiegoś czasu znajdowałam włosy na poduszce. Po kilkutygodniowym stosowaniu nie dostrzegam włosów na pościeli, jedynie pojedyncze przy myciu głowy, co jest normalnością. I przede wszystkim jak zgarnę grzywkę, to widzę, że wyrastają nowe, jak ten szczypiorek na wiosnę!

Pamiętacie, jak pisałam o odżywce na zagęszczenie brwi? Też polecam. Oczywiście ja już od jakiegoś czasu nie stosuje, co jest błędem, bo jak w końcu przyjrzałam się sobie w lustrze, to stwierdziłam, że znowu są rzadsze. Powinnam smarować codziennie, bez przerwy tak jak łykam codziennie te cholerne piguły.

O rzęsach wspomniałam, bo…

Młoda pani magister inżynier (pięć lat już po studiach i nigdy nie pracowała w zawodzie) para się doklejaniem rzęs. Wiecie, jaki to biznes? Klientki ma z całej okolicy, tej bliższej i dalszej. I bynajmniej nie są to młode dziewczyny. Wiejskie baby! Nagle moda nastała, jedna z drugą 500plus dostała i każda chce mieć spojrzenie i rzęsy jak trzepot firanki. Chyba coś pokręciłam, ale na pewno wiecie, o co chodzi. No szok. Pani mgr inż. wyszła im naprzeciw, podwoje swego domostwa otworzyła i od rana do wieczora przyklejając rzęsę do rzęsy, uszczęśliwia całą rzeszę kobiet. Pieniądz z tego godziwy, nawet gdy bierze się połowę tego, co w salonie kosmetycznym, ale poza towarem, nie ponosi żadnych kosztów. sami się domyślcie dlaczego, ja sygnalistą nie jestem. Dlatego też zarobek miesięczny ma czasem sporo wyższy, niż średnia krajowa, do tego 500+, bo rozstała się z partnerem i ojcem dziecka, a oficjalnych alimentów nie ma. Jak widać, warto być przedsiębiorczą osobą w naszym kraju. Po swojemu.   Zarabiasz, a na ciebie i twoje dziecko płacą podatki frajerzy. 

***

Psuję się.

Od niedzieli powróciła temperatura. Najpierw sobie pomyślałam, że to taki jednorazowy wybryk, ale nie. Skonsultowałam się telefonicznie z Rodzinną i dalej łykam antybiotyk. Co gorsza, miałam plany na ten weekend, nie tylko szpitalne, ale rodzinne i towarzyskie, a nie wiem, jak to się skończy. Najchętniej zagrzebałabym się w gwarze tak jak niedźwiedź i odcięła się od bodźców świata zewnętrznego, mając wszystko w odwłoku. Dlaczego akurat jak niedźwiedź? No bo przecież nie jak mysz w dziurze, czy borsuk w norze 😉 Bo jestem, jak ten niedźwiedź, spokojna i milutka, ale jak ktoś mi podpadnie, to potrafię pokazać pazury…i rozszarpać 😉

Do DM wiezie mnie Tuśka, sama nie dałabym rady. Nie liczę na świeżą dostawę krwi, bo jak gorączkuję, to i tak nie podadzą.

Dochodzą mnie wieści, że nie zawsze można pozostawić komentarz na blogu. Nie wiem z jakiego powodu, bo ja nikogo nie blokuję. Nie wiem też, dlaczego czasami komentarz ląduje w spamie. Myślę, że są to od czasu do czasu komplikacje ze strony portalu, które mijają, a ja na to wpływu nie mam.

Trzymajcie za mnie kciuki, żebym się doszczętnie nie zepsuła. Mój nastrój poszybował w dół, ale wciąż jest pod kontrolą, aczkolwiek  za chwilę może zacząć niebezpiecznie pikować. Już nawet nie zwracam uwagi na ból żeber od kaszlu i ból lewej ręki, który utrzymuje się od jakiego czasu, co jest niepokojące, bo nie znam przyczyny.

Nie biorę ze sobą Malucha, bo Misiek ma mi przynieść obiecanego laptopa, więc mam nadzieję na mobilność.

Miłego!

 

 

Głęboko upycham…

Staram się ich nie budzić, niech śpią gdzieś tam upchnięte głęboko, ale czasem wystarczy poruszyć jakąś nutę i biją głośno jak dzwon, śpiewają rzewnym głosem, wywołując żal. Często wycisną łzę, która pojawia się nie wiadomo skąd…

Tęsknoty.

Małe. Nic wielkiego.

Przyziemne.

Do rzeczy, spraw już nieosiągalnych.

Do marzeń, które już tylko w sferze marzeń pozostaną…

 

rodos 320

 

***

Na wierzchu…

Na komodzie leżą dwa zaproszenia, oba z tego samego powodu, i co bardziej skomplikowane, to dotyczące dnia po dniu…Jedno przyszło pocztą, choć szło tylko kilka kilometrów, drugie przywiezione osobiście, kilkadziesiąt kilometrów stąd. To przywiezione jest mi bliższe, choć trudniejsze do zrealizowania. Według obliczeń w tym dniu powinnam być w szpitalu, a nie weselić się w innym miejscu. Jest kuszące, bo to przy okazji spotkanie z rodziną, tą dalszą i tą z drugiej strony, którą się znało przyjeżdżając na wakacje… Mnóstwo wspomnień, nawet zabłąkana miłość…

No i młodzi przesympatyczni, bliscy mi…choć ją, dopiero co poznałam, ale przegadaliśmy ponad dwie godziny, mimo iż spieszyli się…

Na trzy miesiące wcześniej, nie mogę niczego zaplanować, choćbym bardzo chciała.

***

Obok…

MSWiA wycofało się z nowelizacji ustawy o zbiórkach publicznych, mimo iż reakcja ministra na otwarty list Jurka Owsiaka, była arogancka i buńczuczna. Okazało się, że nagłośnienie sprawy, sprzeciw wszystkich organizacji pozarządowych, fundacji, rzecznika obywatelskiego i zwykłych obywateli, zmusiło do refleksji i zaprzestania tworzenia niebezpiecznych przepisów.

I to jest odpowiedź dla tych, którzy uważają, że nie warto się nakręcać (w dobrej sprawie zawsze warto!), że przecież nic się takiego nie dzieje, więc można sobie spokojnie żyć…obok…

i po jakimś czasie obudzić się w innej rzeczywistości. Ale oni tego nawet nie zauważą.

*

Tak łatwo wszystko i wszystkich szufladkować. Szesnaścioro dzieci, to od razu  patologia…Nie wyobrażam sobie permanentnej ciąży, bo to tak mniej więcej wygląda. To musi odbić się na zdrowiu kobiety. Ale jeśli rodzina normalnie funkcjonuje w społeczeństwie, nawet jeśli dzięki dużej pomocy państwa, to mnie nic do tego. Nawet jeśli na chrzest najmłodszej przyjeżdża głowa państwa. Nie rozumiem tego hejtu. Rozumiem inne stanowisko, bo sama takie mam: nie promowałabym, nie zachęcała, nikogo do aż takiej wielodzietności, mając na uwadze zdrowie i odpowiedzialność…Ale! nikt za nikogo życia nie przeżyje…

Dlatego też nikt a na pewno nie politycy, nie powinien zmuszać kobiety do urodzenia mocno upośledzonego dziecka, które po urodzeniu nie ma szans na przeżycie. To powinna być decyzja rodziców, a nie polityka, który twierdzi, że warto urodzić, choćby po to, aby ochrzcić dziecko. Sam rodziny nie założył, dzieci nie ma, ale będzie decydował za innych…Trudno mi sobie wyobrazić, z czym musi się zmagać kobieta, która taką ciążę musi donosić, wbrew jej woli. Tyle miesięcy, tygodni- przedłużenie cierpienia. I tak sobie pomyślałam, że jak Sejm przegłosuje i wejdą zaostrzone przepisy, to może tak od razu zakazać robienia USG., badań prenatalnych, bo nie wiedząc nic o stanie zdrowia dziecka, do końca matka będzie miała nadzieję, że urodzi się zdrowe…

*

Jak tu się wyluzować (wiem, czepiłam się słowa i ostatnio je odmieniam przez wszystkie przypadki- bynajmniej nie złośliwie ;p), jak się słyszy księdza, który z ambony wygłasza, iż modli się za papieża Franciszka, żeby mądrość go oświeciła, a jak nie, to niech uda się jak najszybciej do Domu Pana. Ksiądz, który modli się za rychłą śmiercią??? Kogokolwiek??

Co się z nami porobiło…?