Inny świat…

Z którego nie chce się wracać…

Kocham morze, ale to właśnie góry przyciągają mnie na tyle mocno, że nie chce się wracać. Może dlatego, że mam do nich daleko i tak rzadko bywam i zawsze za krótko…Do tych „naszych”… Tam człowiek przenosi się w inny świat, niezależnie czy są to Beskidy (rodzinne strony dziadków i rodziców OM) czy Bieszczady (moich dziadków od strony Taty), to czas płynie inaczej- wolniej, pełniej, przy śpiewie strumyków i potoków, z bajecznymi widokami za każdym zakrętem, zalesioną górą. Trawa wokół kusząco zielona z rosą o poranku, w której cudnie było zanurzyć stopy.

IMG_2329

Choć cywilizacja już od dawna trafiła pod strzechy-  nie ma już przystanku, z którego z plecakami szliśmy ubitą drogą na szagę, okrążając Kopę do rodzinnej wioski Taty OM, bo i skrótu już nie ma, gdyż już dawno zalano te tereny i powstało jezioro Klimkówka, które teraz trzeba objechać asfaltówką… (tak już było podczas kilku naszych wcześniejszych pobytów, kiedy to nie pociągiem, autobusem i pieszo docieraliśmy do celu, tylko autem prosto z dalekiego północnego zachodu…)-

DSCN0243

to w miejscu gdzie mieszkaliśmy nie było zasięgu- internety nie istniały, telefon nie dzwonił, chyba że stacjonarny gospodarzy 🙂

IMG_2288

Cisza i spokój oraz gościnny dom, który przywitał nas swą serdecznością, górskim serem, swojską kiełbasą, pieczony chlebem zamówionym u gazdyni. I rydzami! Smażonymi i w occie, których kilka słoiczków przywiozłam i już obdarowałam Dziecka młodsze (akurat zjechali na wieś) i starsze.

Wspomnienia. Tamtych czasów, gdzie każdy we wsi był stolarzem i miał warsztat, a my za miskę zupy bądź talerz pierogów pomagaliśmy w wyrobie drewnianych wieszaków, a potem leżąc pod chatą, gadaliśmy, śpiewaliśmy przy rozpalonym wieczorami ognisku, a głos się niósł hen… Stamtąd wyruszało się na różne szlaki, wędrowało się albo z Beskidów w Bieszczady, albo odwrotnie, zależnie gdzie się zaczynał albo kończył rajd. Bądź uczestniczyło się w Watrze. Tam po raz pierwszy było spotkanie z Kropką, tradycyjnym trunkiem Łemków- taki chrzest bojowy ;p Rozmowy z ludźmi tam urodzonymi, których już w większości nie ma. I choć wsie i miasteczka mają dziś często dwujęzyczną nazwę, to jak nasi Przyjaciele stwierdzili, że kiedyś to „oni” byli u nas, teraz „my” jesteśmy u nich… Za mało rodzin się wróciło po wysiedleniu, a ci, co to zrobili, już poumierali, a ich dzieci uciekły do miast, bądź za granicę… Kiedy OM pokazywał chyżę (murowaną) swojego dziadka, w której się urodził jego ojciec, to Pańcio stwierdził: jaka mała… Drewnianej stodoły już nie ma, czego OM przeboleć nie może, bo kuzyn sprzedał jakiemuś kolekcjonerowi, który wywiózł ją na Kujawy. I tak łemkowska stodoła została przesiedlona- żal. Wiele chat, terenów powykupowali warszawiacy i stawiają tam swoje turystyczne domki… Cerkwie choć zachowane, to nie w każdej odprawiana jest msza w obrządku greckokatolickim czy prawosławnym. Mimo to, duch i klimat wciąż ten sam… Beskidy wciąż kuszą swoimi wsiami, gdzie nie ma żadnych hoteli, pensjonatów, czy nawet gospodarstw agroturystycznych-  taka wciąż jest rodzinna wieś dziadków OM i przylegająca (formalnie jeszcze do 2017 roku była jej częścią) wieś rodzinna przyjaciół moich rodziców, gdzie jako dziecko już bywałam, nie wiedząc wtedy, że tymi samymi ścieżkami chodził mój przyszły mąż, a rodziny są spokrewnione, wprawdzie w odległej gałęzi, ale jednak… Ale tak to jest z mniejszościami, że to jedna wielka rodzina 😉

W górach każdy dzień jest inny, nie tylko z powodu zmiennej pogody, która dla nas była bardzo łaskawa (za to w tym czasie porządnie popadało na moje grządki, kiedy nas nie było. W końcu!), ale przede wszystkim z powodu wędrówek tych bliższych i dalszych. Pańcio miał wiele atrakcji, a jedną z nich była przejażdżka na huculskim koniu 🙂

IMG_2298

To był fantastyczny czas, wypełniony po brzegi tak, że kiedy przychodził późny wieczór, to oczy same się zamykały zaraz po położeniu głowy na poduszce. Spełnienie mojego marzenia o wspólnych wakacjach dziadków z wnukiem, bo do tej pory sama zabierałam Pańcia na wakacyjne wyjazdy. Pańcio ma jednych i drugich dziadków na miejscu, więc większą atrakcją jest wspólny wypad na kilka dni, bo w naszych domach bywa często, również z noclegiem. I wiecie, kiedy ostatnie dni spędzaliśmy już w hotelu przy samej górze Jaworzyna w Krynicy, to nie byliśmy jedynymi dziadkami, którzy wyjechali ze swoimi wnukami na wakacje 🙂 Moje dzieci nie tylko wyjeżdżały do dziadków do DM, (drugich mieli na miejscu) ale z nimi na wakacje w góry czy nad morze, więc dla mnie naturalne było, że jeśli tylko zdrowie dopisze, to też będziemy zabierać swoje…I się kolejny raz spełniło, więc znowu jestem szczęściarą!

Tak, bywało też nerwowo, bo Tuśka od piątku w szpitalu. Na szczęście już wtedy byliśmy non stop w zasięgu. Zatrzymali, bo były już skurcze, ale ustały. Nie chcą wypuścić, choć nie wiem, czy nie wyjdzie na żądanie, bo nie uśmiecha jej się leżeć, aż do terminu. Wcześniej nie zrobią CC, takie mają procedury w ŚM, a normalny poród raczej wykluczyli. W środę zaś ma wizytę w szpitalu w DM, w którym wcześniej zdecydowała się rodzić, zanim jej lekarka z podejrzeniem sączenia się wód skierowała ją do szpitala w ŚM. Taki jest obecny stan…

Serdecznie dziękuję za wszystkie ciepłe słowa:***

Za chwilę przytulę się do swojej poduszki, na chwilę przywołam pod powieki wspomnienia ostatnich dni wypełnionych po brzegi radością, jeszcze tak świeże i soczyste jak ta trawa i łąki beskidzkie… tam w horach Karpatach tam Łemko ide, win hardu Łemkyniu za ruczku wede, tam ptaszky śpiwajut weseło wse u-cha- cha- cha, tam hołos sopiwky czuty szto dnia  😀

I obudzę się w swoim świecie…

***

DOPISEK:

Tuśka w dwupaku wraca do domu. Ze skierowaniem na konkretny dzień wypisanym przez ordynatora na CC. Przez weekend miała sprzeczne informacje, począwszy od położnej na izbie przyjęć, która protekcjonalnym tonem oznajmiła, że nie ma żadnych wskazań do cięcia, a wręcz przeciwnie, po czym na oddziale po zbadaniu przez ordynatora i zostawieniu jej na obserwacji, gdzie podczas weekendu dyżur mieli różni lekarze, którzy stwierdzili, że do porodu już ją pozostawią w szpitalu, a kolejna położna stwierdziła, że naturalnie nie ma szans urodzić, ale CC wykonują w terminie, jeśli nie ma wcześniej skurczy (tu na upartego były; dostała  zastrzyk rozkurczowy), więc wizja ewentualnego tygodnia albo i ciut dłużej leżenia w szpitalnych murach zamiast na własnym tarasie i we własnym łóżku jawiła jej się bardzo niechętnie, dlatego kombinowała, że sama się wypisze. Jednakże dzisiejszy dzień przyniósł pozytywne rozwiązanie, choć jeszcze nie to, na które tak bardzo czekamy 🙂 I chyba zrezygnuje ze środowej jazdy do DM, bo choć to szpital z bardzo dobrą opinią, jeśli chodzi o porodówkę i opiekę nad maluszkami, to znów może być tak, że ją już nie wypuszczą, no i odległość od domu jest cztery razy większa…

Dziękuję Wszystkim za wspólne czekanie:***

 

 

 

Reklamy