Za bardzo…

Intensywnie żyję ostatnio. Za bardzo. Choć, czy można żyć za bardzo? No właśnie…

Nie mam czasu na włączenie laptopa, choć od czwartku już mam nowego-starego. Synuś się postarał i niespodziewanie przywiózł z półrocznym poślizgiem ;p Wreszcie nie będę musiała walić po kilka razy w niektóre klawisze, a klawiatura nie będzie grzać moich dłoni, co było przyjemne zimą, a nie teraz, kiedy to przyjemny chłodek jest najbardziej pożądany. Ale co tam zanurzanie się w czeluściach Internetu, jak od powrotu z DM nie miałam kiedy usiąść na tarasie z książką w ręku. W ogóle od kilku dni nie miałam żadnej w ręku. Wieczory wydłużone maksymalnie, że jak już się znajdę w łóżku, to padam albo tak jak wczoraj, gadam przez 2 godziny i 51 minut przez telefon, kończąc już w nowym dniu trwającym co najmniej od godziny z oczami na zapałki i nieustannie ziewającą paszczęką. Niestety, po obudzeniu się rano, nic się nie zmieniło: oczy mi się zamykają, a gęba otwiera 😉

To był długi piątek, nie tylko z powodu nocnych pogaduszek. Zaczął się niestandardowo, bo powstaniem dwie godziny wcześniej niż zazwyczaj, zaplanowaną wspólną jazdą, zjawieniem się niespodziewanie- tu niespodzianka uciekła spod kontroli, bo nie zastałyśmy Szanownej Jubilatki w mieszkaniu, więc się rozgościłyśmy i zanim cokolwiek postanowiłyśmy, to zadzwonił Misiek, którego ślady bytności były widoczne w postaci okazałego bukietu kwiatów w wazonie, i poinformował nas, że Babcia udała się na zdjęcie szwów, a on sam jedzie już z Atą na wieś. Nie zdążyłam dopić kawy, jak Tuśka usłyszała pod drzwiami Babcię (zapomniałam zamknąć drzwi na zamki), więc zerwałyśmy się na nogi, bukiety w ręce i  wraz z Pańciem odśpiewaliśmy „sto lat”… Mina Mam bezcenna, mało zawału nie dostała…bo wprawdzie nie przeraziła się, że ktoś się włamał, ale pomyślała… że Tata się wrócił :DDD Nie będę tu tłumaczyć, dlaczego wizja powrotu własnego męża, a nie złodziei była dla niej bardziej przerażająca ;p

Mam nie dała się porwać do restauracji na obiad, bo wciąż czuje się słabo, dlatego też nie przyjechała na wieś, na co ją wcześniej namawiała Tuśka, bo chciała zrobić  przyjęcie urodzinowe u siebie. W sumie to przewidziałyśmy, no ale nie wyobrażałyśmy sobie składać życzenia tylko przez telefon, stąd ten wyjazd do DM. Szalony, bo ja za kierownicą w obie strony, a pomiędzy jeszcze zakupy i pyszne jedzenie, oczywiście na bulwarach, bo najprzyjemniej latem jeść nad wodą i Pańcio mógł sobie na łódki popatrzeć. A to wszystko za zdrowie mojej Mam, która wczoraj skończyła 75 lat 🙂

Najpiękniejszy prezent wciąż jeszcze zapakowany. Ale o tym może następnym razem…

A tu czwartkowa tęcza. Kilka kropel, które wygoniły dzieci z basenu, a nie zmyły nawet kurzu z samochodów (burza była 30 kilometrów od nas) zaowocowało takim pięknym zjawiskiem. Jak widać, łąki u nas nie są już od dawna zielone…ech…

tęcza

Miłego weekendu! 🙂

Mnie czeka jutro pakowanie, bo w poniedziałek wyjazd, jeszcze nie wiadomo o której godzinie, a że jedziemy daleko, jest lipiec i będą to góry, więc pewnie dużo deszczu (tam pada co chwilę, a u nas jak widać)  i z Pańciem, to muszę ten nasz bagaż jakoś rozsądnie ogarnąć.

 

 

 

Reklamy