W takim dniu…

Wyszłam na spacer w tę stronę, gdzie już nie ma zwartej zabudowy, domy oddalone od siebie kilkaset metrów, często z dala od szosy. Słońce mocno przygrzewało, choć w lekkiej wiosennej kurtce w kolorze błękitnego nieba było mi momentami nawet za ciepło, to zimny wiejący dość mocno wiatr, wymusił założenie kaptura bluzy na głowę, a policzki po powrocie miałam zimne. Szesnaście stopni na termometrze było złudne, tak jak ta cisza, spokój, pustka, nie licząc kilku mijających mnie aut i jednej rowerzystki. Złudne bo…

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

Cz. Miłosz: Piosenka o końcu świata

Gdzieś tam pomimo pustych ulic, które jeszcze nie tak dawno tętniły życiem, na placach zabaw pełno dzieci z rodzicami, również w parkach, tak mi donoszą. Czy jest możliwa pełna izolacja? Jak długo wytrzyma człowiek bez możliwości kontaktu z drugim człowiekiem, bez możliwości obcowania z przyrodą? A czekają nas coraz cieplejsze dni, i coraz więcej wykrytych zachorowań. Nie znamy ich prawdziwej skali, zbyt mało robi się testów, a doniesienia, że kolejni pracownicy opieki zdrowotnej są zarażeni, obnaża jak naprawdę jesteśmy jako państwo przygotowani.

Na wsi spokojnie… Ciocia w ogródku, sąsiad z naprzeciwka też, słychać śmiech dziecka bujającego się na ogrodowej huśtawce. Można zapomnieć. Można nie myśleć. Żeby jeszcze zająć czymś ręce, to wymyśliłam smaczne robótki ręczne, bo ile można czytać i oglądać, rozmawiać, szczególnie że każda rozmowa i tak w końcu zahaczy o sytuację w jakiej wszyscy się znaleźliśmy.

Ajda, wybacz 😉

Nie jestem mistrzynią lepienia, ale wyszły pyszneeee, okraszone wspomnieniami, bo przecież tylko kilka razy w życiu lepiłam je zupełnie sama, zawsze w towarzystwie: Mam, PT, Tuśki… Przede wszystkim wspomnieniem Mam, która od lat była głównym moim, a potem również Tuśki zaopatrzeniowcem w pierogi i kopytka. Ale to nie ona mnie nauczyła, tylko Babcia od strony Taty, to jej pierwszej pomagałam lepić ruskie (najczęściej bez sera!), a kiedy Mam przestała pracować zawodowo, to w naszym menu często się pojawiały pierogi, kopytka, kluski śląskie, kluski szare i półfrancuskie. Tych ostatnich nie jadłam już dawno, Mam zagubił się przepis… szarych pewnie też już nigdy nie zjem… W kuchni powstał armagedon, bo zamiast wziąć jak człowiek miskę do wyrobienia ciasta, to podniecona inauguracją stolnicy, która długo czekała gdzieś tam na wysokościach wepchnięta po zakupie na swój pierwszy raz, wytworzyłam spływ umączonej wody na własne nogi i stopy, a z czasem mąka to już była wszędzie. (Również zlepiona na moich bransoletkach, bo choć o zdjęciu pierścionków pamiętałam, to o nich już nie). Na koniec zbiłam szklankę, którą wyciskałam krążki. Kręgosłup mnie rozbolał, a przecież to nie był hurt tylko detal, bo raptem ulepiłam 59 sztuk, bo skończył się farsz. Na szczęście nie mam syndromu marnotrawstwa tak jak jedna z moich ciotek, która to do ciasta, jakie zostało, zaraz wykombinowałaby na szybko jakiś farsz. Choćby z kaszanki. Jak lubię kaszankę, to do dziś pamiętam te obrzydliwe pierogi, którymi mnie uraczyła jako dziecko. Fuj! Dlatego nie padłam z nosem w stolnicy, tylko już na kanapie po jako takim zatarciu śladów mojej działalności. Twórczej! Żeby nie było ;p

Dziś się lenię! I tak sobie myślę, że jak popełnię własnoręcznie gołąbki, to już będzie faktycznie koniec świata! 😉