Widmo separacji…

Mam idealne warunki, żeby przeczekać pandemię we własnym domu w przyjaznych okolicznościach. Nie muszę martwić się o pracę, bo ZUS co miesiąc zasila moje konto, nie muszę chodzić po zakupy, bo OM zaopatruje naszą lodówkę i nie tylko, a do sklepu mogę zejść w kapciach, a nawet w piżamie, o każdej porze dnia i nocy, jeśli miałabym taką potrzebę. Nie mam. Na stoliku nocnym osiem nowych książek czeka na przeczytanie, kolejne zawsze można domówić a w międzyczasie obejrzeć film czy serial na Netflixie bądź na którymś z telewizyjnych kanałów albo poukładać puzzle online, czy rozwiązywać krzyżówki. Przy ładnej pogodzie wyjść na taras, do ogrodu, do lasu,  pojechać na cmentarz, tak jak to zrobiłam wczoraj. Spokojnie mogę siedzieć w chacie na tyłku. I siedzę. Tyle że to spokój pozorny. Mogę odmówić manicure u kosmetyczki, pewnie też nie wybiorę się do fryzjerki, ale…  nie wiem, co zrobić z OM.

PT telefonicznie powiadomiła mnie, że z pacjentami pracuje już tylko przez skype. Zapasy ma. PT jest z tych, co zagrożenie widzi zawsze i wszędzie, więc gdyby jej córcia zamierzała wrócić z Hiszpanii to nie wpuściłaby jej do domu 😉 Na szczęście córcia  zrobiła zapasy (za namową przenikliwej matki), zmieniła tymczasowo miejsce zamieszkania i nie wraca do kraju. Zatrudnienie ma, a że są to unijne pieniądze, to wypłatę ma zapewnioną. Syn zaś pracuje zdalnie. Tak sobie pomyślałam, że ty na tej wsi to jesteś bezpieczna- słyszę ulgę w jej głosie. I nie wiem, co mnie podkusiło, że wspomniałam o OM. Matkojedyna! Mam nie czekać do niedzieli (termin wyjazdu po piguły) tylko pakować się i zabarykadować się w mieszkaniu w DM. Tata też tak uważa. I Tuśka.

Biję się z myślami. Nikt za mnie nie podejmie decyzji. Może łatwiej byłoby mi, gdybym i tak nie musiała jechać do DM, ale muszę, więc co za problem wziąć większą walizkę. No właśnie. Tylko żeby to miało jakiś sens, to musiałabym zostać w odosobnieniu aż do końca tego wirusowego szaleństwa. Miesiąc, dwa? Dłużej? Nie wiadomo, ale na pewno nie dwa tygodnie, bo za tyle to wciąż liczba osób zakażonych będzie rosła.

Rozmawiamy z OM. Mądrzejsi od tych rozmów nie jesteśmy. Bo nie jesteśmy jasnowidzami. Możemy tylko wprowadzić nowe zasady obowiązujące w domu, jeśli zostanę, albo rozstać się na nie wiadomo jak długo. I to nie jest problem fizycznej rozłąki, ale tego, że w mieszkaniu czułabym się jak więzień. I fizycznie, i psychicznie. Pomijam już, że musiałabym załadować Ceśkę po sam dach, a to chyba przeraża mnie najbardziej ;p W tej chwili.