Zaobserwowane…

Przez całą jazdę do DM słońce mocno ogrzewało moją twarz, wydawałoby się, że na zewnątrz jest ciepły wiosenny dzień, a nie zimowa temperatura. Wiosna już mocno zaakcentowała swoje przybycie żółcią, różem i zielenią na krzewach i drzewach. Świat nie znieruchomiał, ruch większy niż w niedzielę dwa tygodnie temu. W każdej mijanej miejscowości na ulicy, skwerze, placu widziałam grupki młody ludzi. Młoda dziewczyna, którą proszę o niezamykanie drzwi wejściowych do bloku za sobą tylko podparcie przytrzymywaczem, śmieje się w głos, słysząc jak PT mówi, że absolutnie nie jedziemy windą z tymi moimi tobołami. To tylko 2 piętro, w sumie jak trzecie, bo parter wysoki 17 schodów, ale dałyśmy radę, bo Misiek zadzwonił, że już podjeżdża (wracał od dziadka z rancza, zawożąc mu obiad) w momencie, gdy już byłam na górze, a PT zeszła na dół, żeby odjechać do siebie. Przyjechała, żeby dać mi maseczkę, bo się martwiła, że muszę iść do szpitala.

Dopiero w poniedziałkowy poranek widać, że ruch dużo mniejszy, niż w każdy powszechny dzień, acz pod szpitalem nie ma gdzie zaparkować, więc robię to w odległym miejscu. Można wejść tylko przez jedną bramę; pan w ochronnym ubraniu, maseczce i goglach pyta się mnie, gdzie idę i w jakim celu, oraz mierzy temperaturę. Nie mogę iść drogą zaraz w lewo za portiernią, tylko muszę obejść drugi budynek, bo przejście jest zastawione barakiem, w którym znajduje się punkt medyczny. Tymczasowy. Przed wejściem na izbę nowe oznakowania, więc się stosuję-  najpierw wywiad przy okienku, gdzie do tej pory siedziała tylko pani portierka, teraz młoda pielęgniarka przeprowadza wywiad: jak się czuję, czy nie byłam za granicą, czy nie miałam kontaktu z kimś, kto dopiero wrócił, ma kwarantannę albo koronawirusa…

Na izbie około 15 pacjentek, pielęgniarki i lekarka w maseczkach i rękawiczkach. Na ścianach zamontowane dozowniki ze środkiem odkażającym. Oprócz moich koleżanek z programu (trzech), są kobiety w ciąży (przyjmowane w innym gabinecie, ale to wciąż ten sam korytarz), pacjentka, która musi mieć operację ratującą życie (planowane są odwołane, bądź przełożone), oraz pacjentki na chemię dożylną, w tym młoda kobieta, która przyszła pierwszy raz, więc zapytała się mnie, jakie panują tu procedury przyjęcia. Porozmawiałyśmy. Dobrze wiem, jak to jest mieć ledwo skończone trzydzieści lat i dowiedzieć się, że ma się raka. Dziewczyna o rok młodsza od mojej Tuśki… Ta rozmowa była jej bardzo potrzebna, bo na koniec mi powiedziała, że jest już spokojniejsza, i podziękowała. Przez obecną rzeczywistość sytuacja jest trudniejsza, jakby samo leczenie onkologiczne było niewystarczająco trudne. Ograniczenia (mąż nie mógł jej towarzyszyć, bo osoby towarzyszące nie są wpuszczane, ale nie odjechał do domu, tylko czekał w aucie pod szpitalem, dopóki nie znajdzie się na oddziale), niepewność, zachwiane poczucie bezpieczeństwa potęgują lęk przed czymś zupełnie nieznanym, jakim jest leczenie chemioterapią. Często w tych pierwszych momentach pacjenci czują bezradność…

Na oddziale personel pracuje w trybie tygodniowym, podzielony na zespoły, w zmniejszonym składzie. Widać powagę sytuacji, ale jest spokój i uśmiech. Na nikim już nie robi wrażenia, że na jednej z sali i toalecie naklejone są duże żółto-czarne informacje o reżimie sanitarnym. To tylko bakteria, nie korona. Spędziłam w szpitalu cztery godziny. Nie pogardziłam nawet szpitalną zupą- z nazwy żurek, a smak nieodgadniony. Wyszłam na słoneczną ulicę z ulgą, niosąc w torbie zapas piguł na 8 tygodni. Podjechałam jeszcze po jedzenie na wynos, bez wysiadania z auta. Zaparkowałam auto pod blokiem, tak że widzę go z okna. Całą noc Ceśka stała przed wjazdem do garażu, przy samym chodniku głównej ulicy… otwarta. Na szczęście nie na oścież ;D

Zaległam pod kocykiem, nie ulegając pokusie wejścia od razu pod kołdrę. Trzeba trzymać fason. Szpilek wprawdzie nie mam, a sukienkę najpierw włożyłam do walizki, a potem z powrotem powiesiłam w szafie. Żartowałyśmy z dziewczynami, że trzeba się malować, żeby w razie czego wyglądać na młodszą. W mojej kosmetyczce mam tylko… puder, starszy niż niejedna pudernica. Tak że tak…