Krzyk rozpaczy…

Czy raczej bunt i lekceważenie pacjenta, czyli hucpa lekarzy jak to nam książę R. przedstawia?

Kolejny początek roku i kolejne  zawirowania w służbie zdrowia- niezależnie od rządów- przez lata nic się nie zmienia- odwieczny, pogłębiający się problem. Aczkolwiek tak źle, jak obecnie się zapowiada, gdzie już zamykane są szpitale i oddziały, to jeszcze chyba  nie było.  I nie z powodu niepodpisanych kontraktów, a nowej sieci szpitali, i że nie ma z kim tych kontraktów podpisać. Mamy za mało lekarzy!!!

Za obecny stan naszej służby zdrowia oczywiście nie odpowiada tylko i wyłącznie obecny rząd, jednak ostatnie dwa lata pokazały, że nie udało się nic porządnie zreformować, a zepsuć już tak. Choć mało mnie już dziwi, to nie znaczy, że nie bulwersuje, więc arogancja i kłamstwa pana ministra R. jak tylko go widzę i słyszę, powodują u mnie złość. No bo jak tak można? No można. Można zrzucać całą winę na lekarzy, bo ośmielili się wypowiedzieć klauzulę opt- out, nie chcąc pracować ponad siły i z narażeniem własnego życia i pacjentów. I ogromne zdziwienie, bo do tej pory to jakoś funkcjonowało. No właśnie- jakoś. Lekarzy jest za mało i nie ma co zaklinać rzeczywistości! Pomysł projektu, który wyszedł z ministerstwa, aby lekarz dyżurował na kilku oddziałach jednocześnie, brzmi jak zapowiedź horroru. Narażenie pacjentów na niebezpieczeństwo to jedyna odpowiedź ministra na braki w kadrze. I to ministra, który był/jest lekarzem. Który zna realia, który jeszcze zanim został ministrem. postulował zmiany, innymi słowy mówił głosem rezydentów i lekarzy, którzy dziś oczekują głębokiej reformy i większych nakładów na ochronę zdrowia. Był jednym z nich. A dziś się oburza na zastałą sytuację, choć kilka miesięcy wcześniej był uprzedzany.

Pacjent oczekuje od lekarza rzetelnej opieki, ale przede wszystkim dostępu do niej. I pewnie niejeden się zirytuje, kiedy okaże się, że ten dostęp jest coraz bardziej ograniczony. Niejeden uwierzy ministrowi, że to wina lekarzy. Zdrowie i życie nie powinno być kartą przetargową, ale nie rozumiem, dlaczego lekarz ma pracować ponad siły, w złych warunkach na wariackich papierach,  tylko dlatego, że komuś się wydaje, że jego zawód to „służba”, więc można go eksploatować do cna. Żeby być dobrym lekarzem, musi mieć czas na dokształcanie się i odpoczynek. Niby  jest to zrozumiałe, ale i tak większość ma niezrozumiałe oczekiwania. Błędy lekarskie występują z jakiegoś powodu (niedouczenia, przemęczenia), a i śmierć lekarzy na dyżurze ostatnio zdarza się często.

Z ogromną obawą przyglądam się obecnej sytuacji, z coraz mniejszą nadzieją na jej systemowe rozwiązanie. Bo jak na razie z ministerstwa płyną pomysły „łatania” i trwania w tej bylejakości, zamiast propozycji wdrożenia takich zmian, aby z każdym rokiem przynosiły poprawę wszystkim, przede wszystkim pacjentom.

Co cztery tygodnie jestem na izbie przyjęć w klinice. Lekarz na niej dyżurujący jest z oddziału i za każdym razem nie siedzi w gabinecie od- do, a często jest zastępowany przez innego ” z łapanki”. Bo w tym dniu ma jeszcze jakieś zabiegi na przykład. Pani pielęgniarka przygotowuje kilka stron kart przyjęcia, mierzy temperaturę i ciśnienie, lekarz robi wywiad, kilka podpisów i można iść na górę. Jestem przyjmowana w miarę szybko ( nie licząc czasu pod gabinetem), ale biurokracja trwa kilka dobrych minut. Przyjęcie pacjentki, która jest pierwszy raz, trwa czasem do godziny.  Jak widzę na oddziale moją grubą teczkę, to się zastanawiam czy w dobie tak rozwiniętej informatyki, drukowanie tyle ilości papieru jest potrzebne. Dobrze, że już nikt nie musi biegać do laboratorium po wyniki krwi, bo można je odczytać w programie komputerowym. Lekarze narzekają na biurokrację, która zabiera im sporo cennego czasu. I wcale im się nie dziwię, Brak kadry medyczne- pomocniczej odbija się na pacjencie.

***

Zaparzam kolejną „opowieść wigilijną”- zapach obłędny, a i smak całkiem dobry 🙂 Nie znam składu, bo to prezent, w każdym razie przy kolejnych łykach gorącego naparu ciepło myślę o Osobie 🙂 Z książką w ręku odcinam się od rzeczywistości i przenoszę się w czasie do alternatywnego  świata. Jakby to było, gdyby już zaraz po wojnie nasz kraj zerwał się z komunistycznej smyczy, a my mielibyśmy w swej pamięci te wszystkie przeżyte lata( kilka dekad), mogąc swe życie przeżyć jeszcze raz. Czy dokonalibyśmy tych samych wyborów? Zawodowych, partnerów…?

Jutro mam wizytę u fryzjerki- kolejną- i to jest jedna z moich mały radości. Mniej się cieszę, że muszę zajechać do centrum handlowego, żeby coś kupić dla najmłodszej w rodzinie OM. Całkiem wyleciało mi z głowy, gdy nieopatrznie kazałam się taksówkarzowi zatrzymać przy Galaxy, jak wracałam ze szpitala. Już wiem, dlaczego nigdy nie chodziłam na wyprzedaże w pierwszych dniach ich trwania. W pierwszej chwili chciałam uciec, ale jak już się odważyłam, to postanowiłam być dzielną i zostać;). Tak naprawdę chciałam tylko zobaczyć jedną koszulę w Zarze, bo on-line został już tylko rozmiar S, a ja z górą mam różnie- zależnie od fasonu raz S, a raz M- więc nie chciałam ryzykować, i kupić coś Pańciowi.  I tak naprawdę to od razu zwiałam na dział dziecięcy, bo miałam wrażenie, że nie jestem w sklepie a w ciuch-budzie, gdzie sterty  wymieszanych ubrań leżą gdzie popadnie, a baby z dziką radością je  przerzucają. Kolejka do przymierzalni, kolejka do kas…obłęd! Szybko wybrałam trzy sztuki garderoby dla Pańcia i ustawiłam się w kolejce, w myślach rezygnując przynajmniej ze cztery razy, ale posuwała się w miarę sprawnie. Zanim dotarłam do kasy to na wieszaku wypatrzyłam „moją” koszulę, która okazała się też eSką, na oko dobrą, ale zmierzyłam ją, nie wychodząc z kolejki. W ten o to sposób udało się kupić też coś dla siebie. Opuściwszy sklep, musiałam odsapnąć, więc klapnęłam na miękkiej kanapie i kątem oka zobaczyłam, że w innych sklepach wcale takiego tłoku nie ma. Zajrzałam więc jeszcze do jednego i wyszłam z kurtką w kolorze soczystej maliny :). Z ulgą opuściłam centrum, dumna z siebie, że wyprzedaże mam już zaliczone, więc teraz na samą myśl, że  znowu mam się udać  do centrum, tym razem w ŚM to robi mi się słabo. Kompletnie nie rozumiem tego zakupowego szaleństwa. Nawet za czasów, kiedy miałam siły i zdrowie nie potrafiłam się odnaleźć w tłumach szalonych zakupowiczów i w tym totalnym bałaganie, jakie każde wyprzedaże stwarzają.  A ewentualne stanie w kolejce do przymierzalni automatycznie powodowało, że robiłam w tył zwrot i rezygnowałam.

A Wy lubicie buszować w sklepach podczas wyprzedaży i łapać okazje?

Pogody ducha! Za oknem wieje leje i sypie śniegiem.