Tabu…

Pieniądze.

Nie lubimy- my jako naród- mówić o pieniądzach. Własnych. A już o zarobkach to w ogóle. Na pytanie- jakiekolwiek- najczęściej słyszymy wymijające odpowiedzi z tendencją narzekania na ich brak. Niezależnie od faktycznego statusu materialnego, finansowego. I nie chodzi mi, żeby się zaraz zwierzać jak księdzu na spowiedzi z każdej złotówki, ale ogólnie rozmowa o naszych finansach jest  dla nas najczęściej krępująca. Z drugiej strony, niektórzy bez krępacji chwalą się swoim dobytkiem w mediach społecznościowych.

Nie potrafimy też negocjować swoich zarobków. Narzekamy na swoje pensje, ale pójście do szefa, aby wynegocjować wyższą stawkę, jest dla większości jak skok na bungee bądź wsadzenie  głowy prosto  w paszczę lwa. Lepiej narzekać niż narazić się na…No właśnie na co? Że szef pomyśli, iż jesteśmy pazerni? Jeśli już nawet takie negocjacje dochodzą do skutku, to traktujmy je jako walkę, a nie jako zwykłą rozmowę. Bo nie potrafimy rozmawiać o pieniądzach!

Czasami nawet w domu, pomiędzy partnerami. Dom to takie małe przedsiębiorstwo, które bez nakładów finansowych przestałoby funkcjonować. Każde małżeństwo czy partnerstwo ma własny patent na zarządzanie budżetem domowym. Dobrze jak jest on wspólnie wypracowany, a nie narzucony przez jednego z nich.

W moim domu od samego początku panuje totalna komuna ;). Czyli co twoje to i moje bez rozliczania się. Na dodatek nigdy nie wiemy (oprócz stałych wydatków), ile nas to codzienne życie kosztuje ani ile w miesiącu mamy na nie środków. Nigdy nie usłyszałam od OM, że coś niepotrzebnie kupiłam, nigdy nie byłam z niczego rozliczana i nie dlatego, że  tych pieniędzy jest dużo, bo bywa/bywało różnie, ale dlatego, że mamy oboje do siebie zaufanie. To duży komfort, choć pewnie niektórzy nie potrafiliby tak funkcjonować, nie mając comiesięcznych stałych wpływów na konto. No bo jak bez tej wiedzy zaplanować wydatki, czy oszczędzanie?  Nie wiem. My tak funkcjonujemy od zawsze. I nie bardzo sobie mogę wyobrazić innej sytuacji. Szczególnie takiej, kiedy wspólne pieniądze to tylko te na prowadzenie domu- skrupulatnie rozliczane- a resztę każdy chomikuje na własnym koncie.

Nie mam też żadnych zahamowań, żeby powiedzieć, iż właśnie potrzebuję gotówki. Tak jak wczoraj. Wykorzystałam to, iż OM też jechał do ŚM i zabrałam się z nim. W planach CH, aby zakupić prezent dla Maleńkiej i fryzjer. Mogłam spokojnie wyciągnąć gotówkę z konta albo zapłacić kartą (co zresztą zrobiłam, robiąc zakupy), ale ja nie znoszę uczucia, gdy w portfelu mam mniej niż 100 złotych. A miałam jakieś 70, więc od razu przed wyjściem „zażądałam” dofinansowania ;).

W centrum miałam godzinę, zanim OM po mnie przyjechał, a po 15 minutach już miałam cudną sukieniusię ( wieki całe nie kupowałam w takim rozmiarze sukienek) i świetną zabaweczkę. Resztę czasu przesiedziałam, bo mimo iż nie było tłumów, ba, nawet wręcz było pusto- urok średniego miasta- to nie miałam siły na wypatrywanie czegokolwiek. Szczególnie jak weszłam do jednego sklepu za spodniami i zobaczyłam w nim fajne buty, a w przymierzalni nie było nic, żeby usiąść, ani w całym sklepie- zaczepiłam nawet ekspedientkę, która pewnie pomyślała sobie ze zdziwieniem, co ta stara baba ma za wymagania- więc zrezygnowałam i grzecznie czekałam na telefon od OM, że już stoi i czeka, żeby mnie zawieźć do salonu fryzjerskiego. A tam dziewczyna z długimi, kręconymi włosami w różnych  odcieniach fioletu- podobno to kolor na ten rok a może sezon- i debatujące nad jej głową  dwie panie- jak  skutecznie pozbyć się tego koloru. Już chciałam się wtrącić, że zapowiadają fiolet jako hit, ale…może niekoniecznie na głowie? I od razu mi się przypomniała M., którą któregoś roku odbieraliśmy z lotniska w Berlinie- zza oceanu przyjechała na wakacje- i ujrzeliśmy  jak tylko wyszła z samolotu i szła po płycie lotniska, a mój OM westchnął i mruknął na jej widok: lądowała głową w trawie??;D

Sama oprócz rudości i czerwieni w dalekiej przeszłości nie eksperymentowałam z kolorem włosów, aż tak. Na pewno nigdy przenigdy nie zafarbowałabym się na blond. (Moja pierwsza peruka była w kolorze „świńskiego blondu’, ale że była z naturalnych włosów, to zanim ją kupiłam, to została zafarbowana na rudy kasztan). To już wolałabym być łysa! 😉 Na razie się nie farbuję i dobrze mi z tym!

Zajechaliśmy do McDonalda, bo na wylocie a mnie już tak ssało w żołądku, że nie chciałam wracać się do centrum do jakieś restauracji i czekać półgodziny na jedzenie. I powiem tak, że mimo mody na zdrowe żywienie to restauracja pękała w szwach. Klienci to nie tylko napakowani kolesie w młodym wieku, ale całe rodziny z dziećmi od maluchów po starsze, a i pokolenie dziadków na wygląd starszych od nas też siedziało i wcinało swoje zestawy.  Tak że tak.

 

I tradycyjnie po powrocie padłam jak kawka. Ustrzelona.

Z dzisiejszej rozmowy telefonicznej z Mam, dowiedziałam się, że ten „uparty osioł”- Tata- wysłał Miśka, żeby go zarejestrował do przychodni szpitalnej na krzyżowe badanie cukru ( pilne!), bo takie dostał skierowanie od lekarza i wytyczne, gdzie najlepiej zrobić. Taaa, Misiek i owszem, poszedł i dowiedział się, że termin na…październik, więc od razu zarejestrował w prywatnej spółdzielni…na wtorek. A Mam mówiła, żeby od razu poszedł prywatnie, jak to jest pilne, to nie posłuchał. No!  I wiecie co, mnie szczęka opadła. Bo czy to badanie jest jakieś skomplikowane, że na NFZ czeka się aż tak długo???

Przed chwilą usłyszałam o napaści na 14-latkę z powodu  jej koloru skóry. I nie zrobił tego jakiś chłystek, ale facet 40-letni ze słowami na ustach: „Polska dla Polaków”.

Do tego doprowadza  nienawiść, szerzenie rasizmu i wrzucanie wszystkich uchodźców, emigrantów do jednego worka z napisem: zło, które należy tępić. Zamiast rzetelnej dyskusji na temat, jak również pomocy,  rządzący wciąż powtarzają jak mantrę: nie wpuścimy do naszego kraju nikogo! No to suweren zabrał się za tych, co już są.

 

Jacie! Sodki jeżu i wszyscy święci…jaka zima w Stanach!