Chyba muszę odszczekać…

Tak na wszelki wypadek, choć pewności nie mam. Bo pomijając efekt końcowy, to jednak była jakaś szopka w tym ZUS-ie, którą  odstawiła lekarka- orzecznik, a nie ja, oczywiście ;p

Stawiłam się z przekonaniem, że nie mają wyjścia i muszą mi dać rentę. Jestem w trakcie terapii, a moje parametry życiowe odstawiają polkę z przytupem i nigdy nie wiadomo, co mi tam w dół a co w górę poleci. O gadzie nie wspomnę, bo uśpiony, niech sobie odpoczywa do usranej śmierci, jego rzecz jasna! ( No co, cuda się zdarzają- tak gadajom ;P)  Ale do brzegu! A raczej do pokoju 154, pod którym znalazłam się już za 10 minut ósma, wcześniej zgłaszając swoje przybycie w pokoju 159. W drzwiach gabinetu znajdował się klucz, a na poczekalni siedział Pan, więc zapytałam się, czy jest lekarz w środku i w odpowiedzi usłyszałam, że nie, i że on też miał wezwanie na godzinę ósmą. No i tak sobie posiedzieliśmy do prawie wpół do dziewiątej, coraz bardziej zniecierpliwieni, kiedy nagle drzwi się otwarły i pani Lekarka poprosiła…Nie wiedzieliśmy kogo, a że Pan był przede mną, to poszedł pierwszy, ale zaraz się cofnął, bo jednak to ja miałam pójść na pierwszy ogień 😉

Pani Orzecznik spytała  jaki lekarz mnie kieruje, a jak się dowiedziała, że onkolog, to zapytała się co mówi. Zbaraniałam, bo w tym momencie doszło do mnie, że Lekarka nie widziała moich papierów na oczy. A przecież co najmniej z 50 minut siedziała w gabinecie sama, nie mówiąc już o tym, że orzecznicy-chyba???- powinni się przygotować jakoś zawczasu. Ech… No i po co w takim razie zawracałam gitarę mojej p. Doktor z wypisywaniem zaświadczenia o stanie zdrowia, jak mam własnymi słowami  przekazać, co ona sądzi na temat mojej choroby?  Na zaświadczeniu, w krótkich, bardzo czytelnych zdaniach było  jak byk chronologicznie wypisane  moje chorowanie. A ona do mnie od doopy strony…no to odpowiadam na pytania i tak się cofamy w czasie, aż się chyba zorientowała, że dużo tego i wzięła do ręki ostatni wypis i słyszę: miała pani mastektomie, o i profilaktyczną też. ( Przeczytała to co tłustym drugiem, w nagłówku, że pacjentka po…itd…). Kazała sobie pokazać cycki, z tej ciekawości chyba, no bo innej przyczyny nie było. I tak mi przyszło do głowy, a jakbym odmówiła? Tyle że moje szare komórki poległy, jak usłyszałam, że teraz to ja mam hormonoterapię profilaktyczną. Wydukałam tylko, że to jest chemia, produkt cytotoksyczny i klapnęłam z powrotem na krzesło. Przecież ja nigdy żadnych hormonów nie brałam, bo nawet cyckowy skorupiak był hormononiezależny, i tak ogólnie  nie wolno mi było, i już! Pani Orzecznik widząc chyba moją nieszczególną minę, zaczęła w tomiszczu kartek szukać poprzedniej decyzji, czyli tej sprzed roku i dwóch miesięcy. W końcu poprosiła mnie, żebym poczekała na korytarzu. Wyszłam, i zwątpiłam, czy dostanę całkowitą niezdolność do pracy, czym się podzieliłam z Panem, który w napięciu czekał na swoją kolej i zapytał się mnie, czy p. Orzecznik jest okej. No to powiedziałam, że nie okej, bo kompletnie nie była zorientowana w jakich chorobach ma orzekać. No dla mnie to była farsa jakaś. Oczywiście nazwisko i specjalizacja jest mi nieznana.

Po niecałej  półgodzinie wezwała mnie ponownie i oznajmiła, że przyznała mi rentę na dwa lata, i ma nadzieję, że główny lekarz to zatwierdzi, i że  decyzję przyślą pocztą. No to zbaraniałam drugi raz…Normalnie w szoku byłam. Podziękowałam, pożegnałam się, i skierowałam się ponownie do pokoju 159, ale najpierw do oczekującego wciąż Pana, powiedziałam, że chyba muszę odszczekać, to co powiedziałam ( że nie jest okej), oczywiście z bananem na ustach ;). Tam, czyli pod 159, widząc moją wciąż nieszczególną minę, pani jeszcze raz mnie poinformowała, że przyznano mi rentę na dwa lata 😀 Po raz pierwszy! No szok! I nie wiem czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie, bo tłumaczyć można to sobie różnie. Ale nie wnikam w zusowskie motywacje zbyt głęboko, bo i tak się w nich nie połapię.

W każdym razie mam już to z głowy. Po powrocie do domu padłam i spałam kilka godzin. I tak sklęsła myśl, zanim się z nią oswoiłam, że może jednak wstawać wcześniej, bo przyjemnie wypić kawę zaraz po przebudzeniu się, a nie czekać na pierwszy łyk do 11.30.  Dwa dni z rzędu pobudka kole 6. i już musiałam odsypiać ją w dzień- szkoda dnia!  Nic nie będę zmieniała. Lila się ze mnie śmieje, że ja te piguły tak na dzwonek budzika. Ale! Uwierzcie, z moją niesystematycznością inaczej się nie da! W końcu bym się pogubiła czy brałam je, czy nie, a tak sygnał i  rzucam wszystko, koniec, kropka, basta! A rano, zanim bym wstała, zjadła, to w końcu mogłabym dopiero łyknąć kole południa ;). Ale też nie jest tak, że pilnuję tego, bo jak nie wezmę to… To co? Świat się nie zawali, skorupiak nie ugryzie, bo on i tak zrobi swoje jak będzie chciał, więc…Jak się źle czuję albo w takiej sytuacji jak w środę po kontraście, to nie biorę. Bez wyrzutów sumienia. Lila ma takie samo podejście- nie dajmy się zwariować i sterroryzować ;p

Nie jest też tak, że wszystko biorę na klatę z uśmiechem i hurrra optymizmem. Nie! Taki telefon z kliniki, że teraz TK ma być co 8 tygodni, potrafił zburzyć moje poczucie bezpieczeństwa. Bo ja nie wybiegam z planami w daleką przyszłość, ale jak wracam do domu z pigułami, to czas  do  kolejnej wizyty traktuję jako podarowany czas „świętego spokoju” od gada. Takie TK może zburzyć spokój, szczególnie że wynik od ręki- paradoks. Bo  niewiedza bywa błogosławieństwem zapewniającym bezwzględny do życia spokój…( Oczywiście w specyficznych czasie, bo w tym samym bywa zabójcza). Pomijam już to, że takie częste prześwietlenie nie służy mojemu organizmowi. O innych aspektach dotyczących zalecanej częstotliwości, nawet nie chce mi się myśleć…Bo co to zmieni?  Tak że tak…nie spływa wszystko po mnie jak po przysłowiowej kaczce…Ale! Potrafię sobie z tym radzić. Zepchnąć ten swój gniew ( tak, tak potrafię się zezłościć!), smutek, gdzieś w czeluści zapomnienia i zająć się przyjemniejszą stroną życia. Póki wciąż jeszcze mogę 🙂

 

No i znów weekend! Czas nie ma litości!! ;)))

Słonecznego, ciepłego, radosnego! Spokojnego bez burz wszelkiego rodzaju!

Miłego!

***

Dziś jest Dzień Przyjaciela! Nie wiedziałam, ale już wiem, bo w internetach wyczytałam. I tak sobie pomyślałam, nie pierwszy raz i nie ostatni, że dobrze mieć PRZYJACIÓŁ, również tych wirtualnych 🙂  Moje przyjaźnie mają początek w latach dziecięcych, ale i późniejszych również. Na każdym etapie życia. Każda wyjątkowa w swoim rodzaju, bo przyjaźń to najcenniejsza rzecz jaka nas w życiu spotyka. Każdy powinien jej doświadczać, więc życzę może niekoniecznie wielu, ale Przyjaciół „na dobre i na złe”. I takie osoby wokół siebie, z którymi jesteśmy połączeni nicią serdecznego porozumienia ;).

Zabieram truskawki, czereśnie i zaraz lecę na kawę do LP- mojej lokalnej ( lojalnej) przyjaciółki 🙂

 

Reklamy