Następnym razem dam sobie w szyję…

To już postanowione. Odgórnie nawet i za przyzwoleniem. Wprawdzie Dziewczyny wyklęczały i wymodliły wkłucie- panie Pielęgniarki sztuk trzy (po kolei) na klęczkach  osiągnęły sukces za piątym razem, a Lila współtowarzyszka tej samej doli, w tym czasie rączki jak do modlitwy i coś mamrotała pod nosem- ale tak nie może być!  Na TK jak zobaczyli, że  wenflon mam wkłuty  w palec wskazujący, to nie wierzyli, że kontrast przejdzie- jakoś się udało. Aczkolwiek blady strach padł na p. Pielęgniarki, że  trzeba  będzie znowu odprawiać modły za 8 tygodni, a żyły i tak będą pękać, to postanowiono, że będę miała wkłucie w szyję przez lekarza anestezjologa. Lewej ręki nikt nie chce nakłuwać, mimo że upłynęło już 18 lat od wycięcia węzłów. I dobrze, bo po co ryzykować obrzęk.

Bywają takie pobyty w szpitalu, kiedy nie ma możliwości odizolować się z książką czy laptopem i zanurzyć się w swoim świecie. Odciąć się. Ten pobyt był wypełniony spotkaniami- chyba wszystkie Dziewczyny, z którymi jestem po imieniu i wiemy o sobie sporo, znalazły się na oddziale w tym samym czasie. Kasia na ostatnią chemię, Danusia, bo parametry spadły jej tak, że trzeba było przetoczyć krew,  a Lila tak jak ja, na TK i po piguły ( teraz już mamy wspólny termin odbioru piguł, za 4 tygodnie w środę, a nie ja- wtorek, ona- czwartek), i Anetka na nową chemię…Reszta pacjentek w większości też znana, ale już nie taka bliska. Były uściski i radość, ale i smutek, i złość, gorycz…ech… Anetka już przy obopólnym uścisku, oznajmiła, że ma nowe wszczepy, że ostatnia chemia nie zadziałała, więc zmiana chemii…Na pocieszenie od Doktorowych usłyszała, że mają 20 rodzai chemii…Taaa…szlag!!!  No i na sali- leżałam z Lilą-  miałyśmy  Panią przed operacją, z  brzuchem jakby była w 8-9 miesiącu ciąży-  obie się pomyliłyśmy, mimo że widziałyśmy niejedno wodobrzusze- przerażoną, bo jeszcze półtora miesiąca temu nie wiedziała, że jest tak poważnie chora, więc żyła sobie normalnie, jak sama powiedziała. Nieustająco popłakiwała, a my starałyśmy się całą naszą mocą, zagadywać ją, poruszając różne tematy, tak, aby myśli nie krążyły  tylko wokół tego jednego. No to się śmiała i płakała na przemian, powtarzając, że my to już mamy fajnie. Jasne, żyć nie umierać ;p   W normalnym świecie, w normalnym szpitalu przyszedłby do pacjentki psycholog i porozmawiał, nie mówiąc już o lekarzu przeprowadzającym operację, który powinien wyjaśnić co i jak…taaa… No, ale w naszej rzeczywistości tak nie jest. Choć się zdarza, niestety zbyt rzadko a powinno być standardem, ech…Dlatego najczęściej same dla siebie jesteśmy wsparciem, dzieląc się doświadczeniem i w pewnym sensie wiedzą.

Wyczerpujący dzień, więc tabletka na sen i odpłynęłam przed 22., bo pobudka o 5.45, żeby zdążyć wypić kontrast przed badaniem.

Najważniejsze, że od razu miałam obiecane środowe wyjście z pigułami- Doktorowe nie przewidywały, żeby TK coś wykrył niepokojącego i…nie pomyliły się! Wyszłam z opisem, który prawie niczym się nie różnił od poprzedniego. Ulga! Wasze moce, kolejny raz miały moc sprawczą! DZIĘKUJĘ!!!:**** Parametry życiowe trochę siadły, ale kto by się tym przejmował ;p Hemoglobina w dół- poniżej normy, kreatynina w górę- najwyższa jak do tej pory, ale płytki w normie, jedynie limfocyty mnie ciut martwią, bo niewiele im brakuje by być poniżej normy i stracham się, że się obniżą, więc odporność spadnie, a tu przecież wakacje zaplanowane!

Ale zanim gdziekolwiek wyjadę, czeka mnie przeprawa z ZUS-em. I tu moce są potrzebne! Bo mnie jakoś łatwiej przychodzi udowadniać, że nic mi nie jest, niż odwrotnie.

 

Powrót do domu z Tuśką i Pańciem, wspólny obiad jeszcze w DM. Fajne, normalne popołudnie w kontraście do przed,  spędzonego w szpitalu.

Jeszcze raz WIELKIE DZIĘKI dla WAS!!! :)*