Tajemnicze zniknięcie…

Japonek typu Havaianas.

(No co? Nie śmiać się, bo sprawa poważna ;p)

O to dowód, że nie powinnam pakować się zbyt wcześnie.  A to zbyt wcześnie ograniczyło się do jednej rzeczy kilka godzin przed pakowaniem się- jedynym i ostatecznym- po którym tylko już tylko lulu, następnie wstanie bladym świtem i wpakowanie  bagaży do auta.

Miałam je na nogach jeszcze przed południem, bo myłam podłogę w łazience, a porządne mycie to nie mopem a na kolanach ze ścierką w dłoni- jakby kto nie wiedział, no!- i wtedy ubieram  gumowe klapki, na nogi rzecz jasna, zapominając o gumowych rękawiczkach. Tym razem nie chciało mi się lecieć na dół po robocze, więc ubrałam te, które jeżdżą ze mną wszędzie, gdzie są przydatne- ostatnio najczęściej po różnych szpitalach. Tym razem miały udać się ze mną na wakacje. Dlatego też, żeby o nich nie zapomnieć od razu wsadziłam do torebki foliowej i …no właśnie…! NIE PAMIĘTAM co dalej. Byłam przekonana, że wtedy wyciągnęłam moją walizeczkę i wsadziłam je w kieszeń na zamek, tam gdzie najczęściej odbywały każdą podróż. Dlatego ogromnie się zdziwiłam, kiedy po przybyciu na miejsce ich tam nie było. Nie było też ich w drugiej torbie, gdzie miałam pozostałe obuwie, ani w torbach OM.  Jak nic musiały jakimś cudem zostać w domu, mimo że jak znosiliśmy bagaże, nic  nie zostało w holu na górze. Jednak nadzieję, że nie wyparowały, miałam do końca. Po powrocie przeszukałam caluśki dom i …NIE MA!  Napisałam do Miśka czy przypadkiem jemu nie wlazły w oczy, ale nie. (Od razu oddzwonił, bo rodzinnie lubimy te japonki, i wyraził współczucie ;ppp) No nic, zamówiłam nowe…Aczkolwiek nurtuje mnie pytanie, co się z nimi stało.

 

Chyba przywiozłam pogodę z południa 🙂 I dobrze! Lato musi być ciepłe. Wprawdzie ja każdą chmurkę wypatruję i witam opętańczą radością, ale to nie znaczy, że ma być od razu zimno, a nawet chłodniej. Odbijam sobie zeszłoroczne lato, czyli to napięcie pomiędzy operacjami i chemią, ciesząc się każdą chwilą- intensywną bądź leniwą-  spokojem- nieraz zakłóconym  natrętną myślą- wierząc, że będzie tak do końca wakacji i nawet dłużej.  Z sił opadam każdego dnia, odczuwając swą niemoc coraz bardziej, ale akceptuję to, szczególnie że potrafię  zmobilizować się do działania na przekór temu, co me ciało do mnie gada. Tak też było na wyjeździe, że po intensywnym dniu nie miałam siły  na drugi dzień wstać  z łóżka, po czym powstawałam  i z uśmiecham na ustach przyjmowałam to, co  przynosił kolejny dzień.  Po niedzieli jadę już do DM i wtedy poznam moje życiowe parametry.  I tak jestem dumna i wdzięczna losowi, że nic się do mnie nie przyplątało oprócz tego, że coś mnie pogryzło albo poparzyło na obu nogach jak  w zachwycie „latałam”  po bieszczadzkich łąkach.

Ogólnie pobyt był upalny nawet do 34 stopni, deszcz padał w nocy, o ile padał, ale raz burza przeszła w ciągu dnia. Kupowaliśmy namiętnie czereśnie, czarne i ogromne o smaku takim jak zapamiętałam z każdego pobytu na południu-  najlepsze na świecie! I bób. Dużo bobu! I zostałam okrzyknięta, że najlepiej go gotuję 😉 A ja myślę, że to  nie z powodu gotowania ( jaka to filozofia ugotować bób?;p), ale zwyczajnie: młody bób zawsze dobrze smakuje, szczególnie zajadany w towarzystwie 🙂  I piłam…piwo bezalkoholowe. Bo jak  tu do grilla bez piwa? No nie dało się ;p No i muszę wspomnieć o rewelacyjnych kartofelkach mytych tylko a nie skrobanych  z masełkiem i koperkiem, które pożeraliśmy tonami.  Obierała je tylko PT, czym wprowadziła nas w zdumienie z nutą zniesmaczenia, bo dla nas to prawie profanacja była ;ppp Wybaczyliśmy te obierki na talerzu, bo ceniliśmy sobie bardziej zdrowy rozsądek i żołądek PT ;D

 

Dwie noce mieliśmy zabukowane w ośrodku ze SPA. Ja nie korzystałam, bo wszelkie masaże nie dla mnie, a poprawiać urody nie muszę przecież;pp  Ale po powrocie do naszych Przyjaciół, obie z PT skorzystałyśmy z tego, że Donia naszych Hospodarzy  jest właścicielką salonu kosmetycznego i z chęcią nam otworzyła w niedzielę i zajęła się naszymi…brwiami. Ucieszyło mnie, że nie muszę się umawiać i czekać na termin do swojej, żeby zrobić kolejną korektę permanentnego, którą powinnam zrobić już w listopadzie, ale wtedy brałam chemię dożylną i moja kosmetyczka za nic na świecie nie zgodziłaby się na poprawki, a mnie nawet przez myśl wtedy nie przeszło, żeby się upiększać, no i termin szlag trafił. Trafiła mi się okazja, więc skorzystałam i miałam swą chwilę dla urody ;p

Odzwyczaiłam się od telewizora. I dobrze mi z tym 🙂 Fakt, mieliśmy takowy w pokoju, ale nie używaliśmy, choć OM raz włączył i się okazało, że nad Soliną nie mają rządowej telewizji. Żadnego programu! :))) Ciekawa jestem czy ktoś z tego terenu płaci abonament. Wzięłam ze sobą dwie książki, choć w tym samym czasie, kiedy spędzam wakacje za granicą, przeczytam cztery. Tym razem, nawet nie wyjęłam z walizki. Fakt, przeczytałam dwa artykuły z tygodnika, i tyle…Nie miałam kiedy!

Nie zdążyłam się stęsknić za domem, ale za Pańciem i owszem 🙂  Nauczył się wyraźnie wymawiać literkę „r” i …jazdy na rowerze na dwóch kołach. ( Co chwilę puszczam sobie filmik jak po trawie jedzie Pańcio na rowerze, za nim biegnie jego Tata, a za nimi ich pies- wilczur:)) Normalnie dorośleje nam chłopak :)) Tuśka już go nie puszcza do przedszkola, żeby miał wakacje, więc mamy więcej okazji do przebywania ze sobą. Wczoraj graliśmy w domino, a potem na naszym podwórku w piłkę nożną. Nie padłam trupem, bo po kilku minutach  usiadłam ” w bramce” na ogrodowym krzesełku ;ppp

Siedzi OM na kanapie, pochylony do przodu i trzyma się za głowę. Myślałam, że coś się stało, a on mi oznajmia, że dzwonił do kliniki w DM i do końca roku nie ma terminów na dwa badania, na które dostał wczoraj skierowanie od Rodzinnej. Ha! Ja się dziwię, że on się dziwi…nic to, podzwonimy po innych  a jak nie, to prywatnie- standard. Jeśli ktoś w tej kwestii wciąż oczekuje „dobrej zmiany”, to prędzej się doczeka jakiegoś choróbska…ech.

Reklamy