Czasem czas się zawieruszy…

Niby nic mnie nie pogania, ale…

Zgubiłam co najmniej dwa dni w tym tygodniu. Poprzedni tydzień zakończyłam w latynoamerykańskim rytmie, będąc na występie: chóru z Ekwadoru, Portoryko, zespołu z Kuby, tenora z Chile oraz chóru AM z DM. Koncert trwał ponad trzy godziny, ale szybko minął. Egzotyczne rytmy i brzmienia  nawet wykonane a capella poderwały nogi i ciało do ruchu, mimo że siedziało wygodnie w fotelu 😉 Zresztą na koniec sami artyści (niektórzy) tańczyli na scenie, a wszyscy  gibali się do rytmu. Pomyślałam sobie, że jednak klimat ma duże znaczenie i wpływ na usposobienie człowieka. Repertuar współgrał z ich temperamentem, pokazywał nie tylko ich kulturę, ale i charakter, i to co im w duszy gra.

W poniedziałek byłam w szpitalu onkologicznym na przepłukaniu portu. Nie byłam tam około roku i w międzyczasie zmieniły się zasady przyjmowania pacjentów takich jak ja. Musiałam odstać swoje w kolejce do rejestracji (wcześniej wchodziłam bezpośrednio do gabinetu zabiegowego), i tak spędziłam tam niezaplanowane 1,5 godziny zamiast 15 minut. Pewnie byłabym krócej, ale pod eskortą Policji zjawił się pacjent, z którym personel miał pewien kłopot, więc ja cierpliwie czekałam na krześle w zabiegowym. Kłopot się nie rozwiązał, cierpliwość pielęgniarki się skończyła i stwierdziwszy, że ma pacjentkę (mnie) zatrzasnęła Policjantom drzwi przed nosem, informując, że jednak będą musieli poczekać na swoją kolej. Port wciąż sprawny, co mnie cieszy, kolejna wizyta za około 2 miesiące, o ile- tfu, tfu i odpukać w niemalowane- nie będzie w użyciu wcześniej, bo po drodze mam markery i wizytę w klinice u mojej pani Doktor. A do tego czasu mam przecież WAKAAAAACJEEEE!

I w ramach tych wakacji zrobiłam sobie  w środę niepotrzebną przejażdżkę w tę  i z powrotem do DM. No co, dawno nie byłam (niedziela i poniedziałek)- jak za dobrych starych czasów, kiedy potrafiłam być dwa razy w tygodniu w mieście…Jednak odczuwam różnicę i potrzebowałam się zresetować, by móc dalej funkcjonować, a tu jak na złość robota mnie polubiła i nici z resetu. Dzień kończyłam prawie nieprzytomna, a  po położeniu się do łóżka sen nie przychodził…O tyle dobrze, że rano mogłam/mogę sobie pospać. Dziś z „przerażeniem” stwierdziłam, że jutro już kolejna niedziela. Jak to? Przecież dopiero co byłam z PT w ogrodzie pełnym róż, na lodach, koncercie, a potem lampce czerwonego wina…Upał mnie ogranicza: fizycznie, umysłowo i tracę poczucie czasu… Jakieś myśli krążą wokół mnie, mimo że postawiłam embargo i nie przyjmuję nic złego do wiadomości. Ale nie narzekam. Żyję! I wyciskam życie jak cytrynę, choć już nie mam sił w rękach tyle, co kiedyś. Zresztą ćwiczę codziennie, bo na upały nie ma lepszego napoju jak: woda + mięta+ cytryna+ miód 🙂 Polecam!

Reklamy