O zaufaniu…czyli sprawdzam!

…do służby zdrowia pisałam pewnie nie raz. Napiszę kolejny, bo to bardzo ważne. Metoda: sprawdzam!- powinna zawsze obowiązywać, jeśli coś nas niepokoi. Tylko problem w tym, że czasem jest tak, że zaufanie do lekarza i ośrodka, pod którymi jesteśmy opieką, jest bezgraniczne. Bo renoma, wiedza, etc….- no i w końcu komuś trzeba zaufać.

Czytam artykuł i słucham wypowiedź pacjentki Onkologicznej Poradni Genetycznej- prężnej i znanej oraz uznanej- która od owej poradni chce odszkodowania za „wyhodowanie u niej raka”. W skrócie: kobieta została pacjentką poradni 13 lat temu, gdyż chciała być pod dobrą opieką medyczną z powodu śmierci jej matki na raka, a gdy wykryto u niej torbiel podczas badania USG, nic z tym przez kilka lat nie zrobiono. Ani mammografii, ani rezonansu, ani biopsji- tę ostatnią dopiero na jej żądanie, gdy torbiel znacząco się powiększyła. Diagnoza była druzgocząca: rak złośliwy. Operacja, leczenie, przerzuty w węzłach… Tego wszystkiego mogłoby nie być, gdyby wcześniej  zalecono  bardziej szczegółowe badania. Oczywiście Dyrekcja Poradni odrzuca zarzuty, twierdząc, że wszystko odbywało się zgodnie według światowych wytycznych, czyli: jeśli specjalista stwierdza po badaniu USG, że wszystko jest w porządku, to nie ma przesłanek do biopsji.

Pamiętam jak po raz pierwszy – 20 lat temu- udałam się do Poradni Genetycznej ze skierowaniem od swojego lekarza, który wiedział o historii nowotworowej w mojej rodzinie. To był sam początek tworzenia Poradni, i żeby być zakwalifikowaną na badania na obecność mutacji genu, decydował wywiad przeprowadzony przez lekarza genetyka. Przesiew musiał być duży, bo badania kosztowne, więc usłyszałam, że nie jestem w grupie podwyższonego ryzyka. Gdy powtórzyłam te słowa cztery lata później, to od samego Profesora usłyszałam, że chce znać nazwisko tego lekarza, a gdy odpowiedziałam, że nie pamiętam, to chciał, żebym wskazała palcem, który to. Był autentycznie zbulwersowany zlekceważeniem mojej historii, szczególnie że dowód miał przed sobą, a kolejne wyniki tylko  potwierdzały, że mam raka i  jestem nosicielką BRCA.  Dlatego dziś mam mieszane uczucia, gdy słyszę taką, a nie inną wypowiedź w sprawie poszkodowanej kobiety. Tym bardziej że moja córcia odkąd jest pod opieką Poradni, co roku ma wykonywany rezonans, który jest bardziej skuteczny w wykryciu zmian nowotworowych niż USG. Jednak wcale nie jest tak różowo, bo obie- nauczone przez moje doświadczenia- nie mamy bezgranicznego zaufania do tego, co powie każdy lekarz z Poradni.  Albo czego nie powie, nie zaleci, nie  poleci – wiedząc, że z jakichś przyczyn w ich ośrodku tego nie zrobią. Delikatnie mówiąc: nieraz odczułyśmy niefrasobliwy stosunek do pacjenta…

W artykule i wypowiedzi nic nie ma na temat BRCA, więc być może Kobieta, która ma słuszne pretensje i żal do Poradni, nie ma mutacji genu i stąd te okrojone badania. Nie wiem. Wiem jedno, mimo że u mnie nigdy nie zbagatelizowano żadnej ze zmian, u Tuśki (na razie)  tak samo, to wiem i powtarzam: że jeśli jest się w grupie wysokiego ryzyka, to rokroczne badania nie wystarczą!  Trzeba częściej. A gdy jest już jakaś zmiana, nawet na oko radiologa  łagodna, to trzeba jej się przyjrzeć szczegółowo. Skonsultować z innym lekarzem. Jeśli z powodów finansowych, procedur etc. dany ośrodek nie chce tego wykonać, to dla własnego zdrowia, spokoju, poczucia bezpieczeństwa trzeba się tego domagać lub zrobić na własny koszt. Takie są realia. I trzeba o tym pamiętać.

Poszkodowana pacjentka wyceniła swoje zdrowie na milion złotych. Czy to dużo?  Czy w ogóle jest jakaś sensowna cena? Tak mi się skojarzyło, że znany redaktor pewnej telewizji swój wizerunek wycenił na siedem razy więcej. I tak sobie pomyślałam, że on to pewnie wywalczy, ale ona niekoniecznie…

Reklamy