Indagacja pod gabinetem…

…czyli tekst  między innymi o spoufalaniu się.

Ucieszona tym, że miejsce parkingowe tak jakby na mnie czekało- blisko bramy przy wejściu do przychodni- i, że nie musiałam okrążać klinikę kilka razy, by jakieś upolować, co często się zdarza, dziarsko i z uśmiechem wkroczyłam do poczekalni. Tam uśmiech mi się poszerzył na widok znajomej, która akurat rozmawiała przez telefon, więc tylko kiwnęłyśmy sobie głowami i weszłam głębiej, do docelowej poczekalni, tej pod gabinetem mojej Pani Doktor. Vis-a-vis wejścia siedziały dwie dość pokaźnych kształtów kobiety- matka i córka. Na ich widok, jeszcze z uśmiechem na ustach, powiedziałam  „dzień dobry” i odwróciłam się do pozostałych z pytaniem „która  z pań jest ostatnia”, po czym zajęłam sobie kolejkę i w duchu krzycząc choleraaaaaaaaaaa!!!!!, wyszłam na ogólną poczekalnię. Tam po kilkuminutowej rozmowie ze znajomą- niestety, wznowa i kolejna chemia a włosy już dłuższe niż moje- jeszcze głośniej i jeszcze bardziej chciało mi się krzyczeć: choleraaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!jasna!!!!! Znajoma ( koleżanka z sali szpitalnej) już po wizycie, więc zbierała się do domu, a ja wróciłam na właściwą poczekalnię,  instynktownie siadając jak najdalej od obu pań, na których widok  wcześniej tak szpetnie zaklęłam w duchu.  Po jakieś godzinie, gdy weszła pani, która była w kolejce przed nimi, obie wstały i ustawiły się przy drzwiach gabinetu, i w ten sposób znalazły się blisko mnie. Nagle u starszej wykwitł uśmiech na twarzy i bacznie mi się przyglądając, rzekła głośno: pani też choruje!!!!  Zaskoczona odpowiedziałam, mimo że wyglądało to bardziej na stwierdzenie niż pytanie: mam nadzieję, że nie…

Jak to, co…??….

Zdrowa jestem- już lekko podirytowana odpowiadam, przerywając chyba z obawy, że z czymś wyskoczy- po wyniki- dodaję, choć na usta ciśnie się, że ja tu w kolejce po mleko siedzę…I pewnie tak bym odpowiedziała, gdybym nie miała całego audytorium słuchaczy 😉

A pani to teraz sama mieszka w (tu pada nazwa mojej wsi).

Osłupiałam-  Ale w jakim sensie, nie rozumiem?- No bo kompletnie nie wiedziałam, o co  chodzi kobiecie, szczególnie że było to raczej stwierdzenie niż pytanie.

No bo pani jest córką (tu pada moje nazwisko po OM). I mieszka pani po rodzicach…

Nie, nie jestem córką, ale tak się nazywam, i owszem mieszkam, ale nie po rodzicach, i nie sama- baba mnie coraz bardziej irytuje.

Ach syyyynooowa, bo teściu to nie żyje, a teściowa? – na jednym wdechu się mnie pyta.

Ale co teściowa?– tym razem baranieję; baba wraz córką i jej rodziną mieszka trzy domy dalej i nie wie? Jej mąż wraz z moim teściem (obaj już na tamtym lepszym świecie) za życia niejedną flaszeczkę obalili, jak to sąsiedzi. Głupieję doszczętnie, bo nie wiem, czy jaja sobie robi, czy faktycznie kojarzy mnie, tylko z kimś innym.

No żyje, teściowa żyje??

Mamo!!!- odezwała się do tej pory milcząca córka kobiety, która dobrze wie, kim jestem, i dobrze wie, że Mama OM ma się dobrze, a ja mam skorupiaka i wedle plotek byłam już na wykończeniu- tylko dlatego, że raz pod moim domem stało pogotowie.

To pani mieszka trzy domy dalej i nie wie?– dociera do mnie komizm całej tej sytuacji, ale wcale nie mam zamiaru ułatwiać jej niczego, bo zaczyna mnie to bawić.

No wie pani!- oburza się– ja z drugiego końca, to tak ludzi  tam nie znam ( w domyśle: wszystkich plotek o nich)- i po tych słowach już wiem, mniej więcej, z którą rodziną mnie skojarzyła. Mam ochotę jej odpowiedzieć: to po co mnie tak wypytujesz, jeśli nie z wiejskiej ciekawości dążenia do wiedzy absolutnej o wszystkich, ale z bananem na twarzy mówię krótko:

-Z tego samego końca… mieszkamy- Kąta okiem widzę jak nasze audytorium pod własnymi nosami  coraz bardziej się głośno uśmiecha, a oczy robią im się coraz większe…Pani chyba zaskakuje, bo krzyczy:

Oooo to pani jest żoną… (tu pada imię OM)!!!- pani się szczerzy do mnie, jakby wygrała w totolotka.

Bingo!!!- śmieję się, choć najchętniej bym chciała, by baba już znikła za drzwiami gabinetu.- Myślałam, że pani sobie  ze mnie żartuje- mówię spokojnie, choć w duchu swoje myślę. Na szczęście obie panie zaraz weszły do gabinetu, a gdy wyszły, to skierowały się prosto do wyjścia.

Śmiać mi się chciało, ale i też byłam skonfundowana całą tą rozmową. Śmiać mi się chciało z samej siebie, bo odpowiadałam jak potłuczona, ale przez myśl mi nie przeszło, że mimo mojej nowej niecodziennej fryzury*, mogła mnie z kimś pomylić. Nie wiedzieć kim jestem, nie wiedzieć, że choruję. Osoba, która całe życie- odkąd ja mieszkam na wsi i pamiętam- przesiedziała, jak tylko pogoda pozwoliła, po kilka godzin na ławeczce pod domem przy ulicy, obserwując wszystko i wszystkich. Paradoks polegał na tym, że skojarzyła mnie z rodziną brata bliźniaka mojego teścia, który  zmarł kilka tygodni temu – stąd te pytania. No cóż, starszej pani się coś pokręciło- miało prawo, bo dawno mnie nie widziała, jak sama to powiedziała; wiedziała, że dzwoni, tylko nie wiedziała gdzie… W pewnym sensie zostałam zaskoczona, i przez to zaskoczenie wdałam się w tę absurdalną rozmowę. Wkurzyło mnie to spoufalanie się pod gabinetem lekarskim, gdy przez ponad 20 lat mojego mieszkania na wsi w ciut dalszym sąsiedztwie owych pań, co najwyżej mówiłyśmy  sobie dzień dobry. I miękkim kalafiorem lata mi to, co będą teraz na temat mojej zdrowotności opowiadać po wsi, dopóki mnie samej o to nie zaczepiają, o nic nie pytają. Bo jakim prawem, ja się pytam? Dobrze wiem, że ta absurdalna rozmowa paradoksalnie zapobiegła wścibskim i bardziej wnikliwym pytaniom na temat powodu mojej bytności w przychodni- zwyczajnie już nie zdążyła ich zadać, uznając, że samotność (odejście od męża i śmierć ojca osoby za którą (chyba)  mnie wzięła, jest bardziej interesująca niż choroba. A przynajmniej pierwszoplanowa- w kontekście tamtej osoby. Gdyby od razu mnie skojarzyła, jak w banku na magiel poszedłby skorupiak.

Nie cierpię osób (obcych), które bezpardonowo przekraczają moją sferę prywatności- niczym niezachęcone- po to tylko, by zaspokoić  własną ciekawość.

A ja zaspokoję ciekawość tych, którzy nie doczytali dopisku do ostatniego postu:

Markery w normie- to usłyszałam od razu po przekroczeniu gabinetu 🙂 Po zapytaniu o samopoczucie i sprawy na Genetyce, Pani Doktor powiedziała, że mam łykać witaminę C i wapno z wit.D3- wszystko w maksymalnych dawkach, argumentując, że teraz wszyscy leczą witaminą C:) Nie zapytałam się, co leczą, choć śmiać mi się chciało, że to tak w kontekście genetyki. Już tłumaczę: jest lek zarejestrowany, tylko w tej chwili nie ma go w całej Europie, a który dostałabym w ramach profilaktyki z programu jaki prowadzi Genetyka, tylko za późno się zgłosiłam. Za późno, bo lek się podaje albo podczas chemii, albo najpóźniej 4 tygodnie po zakończeniu leczenia. Inaczej NFZ nie refunduje, a koszt rocznego dawkowania, to tak około milion złotych. Na Genetyce mój Doktor powiedział, że jakby znowu skorupiak się uaktywnił- ale nie wcześniej niż pół roku po leczeniu- to mam się do nich zgłosić. A teraz się dowiaduję, że leku nie ma w całej Europie…to będę łykać witaminę C :DDDD

* odnośnie fryzury dostaję SMS-a od Tuśki: ciocia M zgapiła (w org. było zgubiła) od Ciebie fryzurę łącznie z kolorem!  Ha, cha, ha, tylko moja, to sama natura i zero kosztów, a cioteczka (rok młodsza ode mnie, kiedyś baaaaardzo bliska koleżanka zza oceanu) na swój anturaż wydała  kasiorę w dolarach i traciła czas u fryzjera ;DDDD

 

 

 

Reklamy