Nostalgia…

Pod stopami szeleszczące liście…W zielonym grubym swetrze z golfem i otulona płaszczem w kolorze kurkumy idę przez cmentarz. Słońce próbuje ogrzać moje policzki i zziębnięte dłonie. Zimno. Zapalam świeczkę w jednym z dwóch stojących zniczy. Szklanych. Minimalizm. I tak przecież ich przybędzie. Dziś. Jutro. Będą wszyscy najbliżsi. Żadnych sztuczności. Żywe kwiaty, mimo minusów nocnych.

Coraz więcej zniczodzielni przy cmentarzach. To świetna inicjatywa, gdy niezużyte jeszcze znicze nie lądują na wysypisku śmieci. Dostają kolejne życie. Jeszcze chwilę temu zastanawiałam się, czy zanieść zbędny znicz z jednego grobu (zamiast kupić nowy) na drugi, gdzie nie ma żadnego, w którym można zapalić świeczkę. Już nie mam takiego dylematu. Trzeba dbać o środowisko. Kolejne pokolenia.

W domu ciepło, a ja wciąż siedzę otulona…nostalgią. Dopadła mnie i każdego dnia trzyma w silniejszym uścisku. Inna niż dotychczas…W garze pyrka rosół z kaczki francuskiej… W drugim warzywa do sałatki. Tak normalnie, po domowemu. Jakby nic się nie zmieniło. Ale to nie ja jadę do rodziny przy okazji bytności na grobach jednych czy drugich dziadków. Nadszedł czas, wcześniej niewyobrażalny, jeszcze nie do końca oswojony, wciąż bolesny, ale rzeczywisty. Momentami paraliżujący, odrealniony, tak jakbym gdzieś tkwiła poza nim…

Uczę się, poznaję, jak to jest, gdy nie idzie się tylko z kwiatkiem i zniczem, jak to mieć kawałek siebie w tym miejscu… Ciocia zapytała się o której msza, a ja zdałam sobie sprawę, że przez lata całe ta wiedza nie była mi potrzebna. Zdumiona ilością aut wokół cmentarza dzień przed i to jeszcze przed południem, nie zaskakuje mnie kierowca, który nie zauważył zmiany organizacji ruchu, i grzecznie musiał się wycofać, uprzednio nie pozwalając mi przejechać. Wiem jak to jest z jazdą na pamięć… W miasteczku, przez które przejeżdżam w drodze do DM niedawno ulicę z pierwszeństwem połączono z nowowybudowaną obwodnicą i postawiono znak „droga podporządkowana”. Już dwa razy zdarzyło mi się przejechać „po staremu”, tak jak jeździłam przez 30 lat.

 

Ze szpitala wyszłam z pigułami. Następnym razem kolejny tomograf. Tato zaopiekowany przez H., spędził kilka godzin na powtórnych badaniach, i wizja szpitalnego łóżka odsunęła się w czasie- nie trzeba udrażniać tętnic szyjnych, ale muszą być pod kontrolą. Uff… bez czekania, niepotrzebnych nerwów, wiadomo na czym stoi- tak procentują wieloletnie przyjaźnie, które przechodzą na kolejne pokolenia.

Syna został kocim bohaterem. Swojej dziewczyny, co oznajmiła na fejsie podlinkując oficjalne podziękowania od stowarzyszenia, które ratuje koty. Zawiózł do KociArki pojemniki styropianowe, które posłużą jako wkłady do kocich budek. Idzie zima…

Jeden z trzech uratowanych, który znalazł dom na Miśkowych strychu, właśnie śpi za ścianą mojej sypialni. Przyjechała, bo to panna Michy, z miasta na wieś połapać myszy 😉