Dać i zabrać…

Nadzieję.

Bez niej chory umiera po kawałku każdego dnia. Gdy rokowania są beznadziejne, sytuacja nieoperacyjna i ewentualne leczenie to tylko leczenie paliatywne, to po takim wyroku naturalnym jest szukanie kogoś, kto temu zaprzeczy… albo potwierdzi. Kolejne konsultacje.

Lekarzy najczęściej wybiera się z polecenia. Ten pierwszy taki był i pacjent po specjalistycznych badaniach znalazł się na stole operacyjnym, ale po otworzeniu nie przeprowadzono operacji. Po kolejnych wynikach histopatologicznych konsylium wyznaczyło termin chemii.

Do drugiego (również z polecenia) udała się rodzina z całą posiadaną dokumentacją medyczną, i usłyszała, że nie ma czegoś takiego jak „nieoperacyjny”, ale potrzebny jest opis tego, co lekarze zobaczyli po otworzeniu pacjenta. Wysłano mejlem i odpowiedz była, że niezbędne jest zobaczenie pacjenta wraz z aktualnymi wynikami krwi. Żaden problem, choć do pokonania kilkaset kilometrów. W gabinecie lekarz nie pamięta historii pacjenta- tabula rasa- i informuje, że jak już wyznaczono termin chemii, to niech się na nią uda. I tyle. Pęka balonik wypełniony nadzieją… i zostaje frustracja spowodowana zachowaniem lekarza, jego brakiem kompetencji i empatii. Zwykłym chamstwem.

*

Żar z nieba towarzyszył mi całą drogę, a mieszkanie przywitało mnie 27 stopniami mimo zaciemnienia okien; jedno z nich było uchylone, gdy na zewnątrz 34 stopnie. Włączyłam wiatrak, łyk(i) zimnej wody, lecz długo nie przebywałam w czterech ścianach, bo tym razem nie z Dzieckami Młodszymi, a z moją PT byłam umówiona na dobre jedzenie. Wiesz, tu koło ciebie jest kurdyjska restauracja, sprawdzimy? Jasne. I nie zraziłyśmy się, że restauracja okazała się koreańska 😀 Dwa różne dania na spółkę- jedno przepyszne, drugi pt. „szału nie ma”, ale ogólnie na plus. To miejscówka po niegdyś zrewolucjonizowanej przez znaną restauratorkę- celebrytkę. W tamtej byłam raz i było nawet smacznie, choć akurat nie zamówiłam dania polecanego przez M.G. Zaś w obecnej widziałyśmy wśród gości Koreańczyków zajadających ze smakiem- to był pierwszy zwiastun, że jest oryginalnie- do których wychodził kucharz, a nawet dwóch i to dopiero upewniło nas, że trafiłyśmy na prawdziwą ichnią kuchnię. (Kucharze swoich koreańskich gości po zjedzonym posiłku odprowadzali na zewnątrz, wymieniając się ukłonami na pożegnanie).

Lody jadłyśmy już w Między wierszami, spoglądając na platany, które powoli zrzucają letnie szaty- liście żółcieją i brązowieją. Spacer pod drzewami, przy fontannach, zakończony przemieszczeniem się autem w inne miejsce, aby wysłuchać półgodzinnej muzyki zsynchronizowanej tym razem z kolorowymi fontannami przy Teatrze Lalek. Ciepły wieczór, rozmowa, śmiech do rozpuku, bo z PT nie ma rzeczy niemożliwych-  jest najbardziej szalona (przykład: lot balonem) z wszystkich przyjaciółek jakie mam, więc choć już minęła dwudziesta druga, ruszamy na bulwary i lądujemy na Łasztowni, choć zamysł był nieco inny, ale zagadane oczywiście przejechałyśmy zjazd i wbiłyśmy się na Trasę Zamkową, co nas tylko uśmiechnęło. Chyba o tej porze byłyśmy najstarszymi osobami w tej części miasta: mnóstwo młodzieży mimo środka tygodnia, ale wszak wciąż są wakacje 🙂 O tej porze w dwóch knajpkach już szykowano się do zamknięcia, zaś ktoś miał dobrego nosa i otworzył Żabkę- kolejka jak za papierem toaletowym za czasów peerelu 😉 Chciałyśmy tylko wodę i herbatkę, ale jedyny czynny koktajl bar na przycumowanym statku nie serwował herbaty tylko trunki o różnych kolorach i smakach. Na szczęście była też i woda butelkowana, a cytryny do niej barman nam nie pożałował 😉

69595178_355903688689366_8229068252924346368_n

Widok barwnych kamienic, Zamku na przeciwległym brzegu, kolorowych świateł odbijających się wodzie, przyjemna ochładzająca bryza- bo wciąż było ciepło- 25 stopni oraz towarzystwo Przyjaciółki sprawiło, że do mieszkania wróciłam o północy. I zapadłam w niczym niezmącony sen nocy letniej.

Kolejny upalny dzień w mieście, więc czas oczekiwania na piguły spędziłam w GH przy dobrej kawie i śniadaniu na ciepło, gdyż ani na oddziale, ani na zewnątrz bym z powodu gorąca i duchoty nie wytrzymała. Ciuchowe zakupy dla Najmłodszych (też tak macie? ja nie mogę się oprzeć, szczególnie dla Zońci, bo Pańcio to już kawaler, ale zawsze oboje są obdarowani, choć nie zawsze w tej samej ilości ;p) i juź czas powrotu na oddział. Ledwo się zameldowałam, a Oskarowa przyniosła mi piguły. Wyniki? Nie znam. Musiałabym czekać co najmniej godzinę na wypis. Mogłam poprosić o wydruk TK i z grubsza dowiedzieć się o krwinki, ale uaktywniła się moja filozofia niewiedzy- milsza, na ten czas. Dali piguły, więc nie może być źle! A wszelkie niechciane spadki czy wzrosty, które ewentualnie mogłyby mnie zaniepokoić, mogą poczekać do kolejnej wizyty. OM musiał przyjąć moją argumentację, że przed wakacjami wystarczy nam fakt, że piguły jadą z nami ;D

W drodze powrotnej uciekałam przed burzą, ale i tak dopadła mnie ulewa, a jak już opady zelżały, to spod kół mijający aut ciężarowych bryzgały wodospady wody, całkowicie zalewając widoczność. A ja się jak głupia cieszyłam z tego deszczu, choć ciut miałam stracha o Ceśkę- gdyby się pojawił tak grad. Mina zrzedły mi tak około 25 km przed domem, bo ani śladu deszczu…ech. Jednak burza przyszła o północy; usypiał mnie szum padającego deszczu. Druga pojawiła się w nocy, ale tej już nie słyszałam, za to rano zobaczyłam krople na moskitierze, a kiedy wyszłam na taras, to poranek przywitał mnie cudownym powietrzem i zapachem mokrej ziemi. Niestety szybko znów zrobiło się upalnie, a na mnie czekało trochę domowej roboty przed wyjazdem- pranie, pranie, pranie… Dobrze, że sprzątanie i zaległe prasowanie ogarnęła Ela z przerwą na wspólną kawę.

I już kolejny weekend… gdzie tak gonisz, czasie?