Czas decyzji…

Nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu tak się miotałam z podjęciem decyzji. Nawet wyprowadzka z dużego miasta na nieznaną mi wieś i to na stałe, nie budziła we mnie tyle emocji, co teraz być albo nie być zostać czy nie zostać w miejskiej dżungli, pozbawić się kontaktu z naturą nieskażoną wirusem czy to w pobliskim lesie, czy na własnym tarasie i, zamknąć się na niecałych 30. metrach kwadratowych z ewentualną możliwością wyjścia do drugiego mieszkania, jeżeli akurat nie będzie przebywał tam Tata. (Nie będzie, nawet mogę zastawić autem wjazd do garażu, przynajmniej tak deklaruje na obecną chwilę). Czas decyzji kurczył się, a ja nie potrafiłam podjąć decyzji. Zadzwoniłam do szpitala, licząc po cichu, że jak się przyznam, że mam na tydzień zapas piguł, to może niekoniecznie będę musiała już w ten poniedziałek przyjeżdżać, więc widmo decyzji się odwlecze. Wiem, głupie to… Mam być w terminie, jak najwcześniej z rana, i jak przejdę badania, to dostanę piguły na dwa miesiące. Na teren szpitala wpuszczą mnie, jak nie będę miała temperatury i nie będę kaszleć. Może się uda, bo akurat kaszlę, i jest to kaszel duszący.

Nikt nie mówi mi co mam zrobić. Każdy deklaruje swoją pomoc, przerzucając się pomysłami. Najbardziej ubawił mnie ten, że abym nie czuła się zbyt odizolowana, to Aliś będzie przychodziła pod blok śpiewać serenady  i będziemy rozmawiać przez otwarte okno. Podejrzewam, że wszystkie wrony czy inne kruki na osiedlu miałyby niezły ubaw ;p Misiek mnie zapewnia, że wszystko, co będzie mi potrzebne, to załatwi. Jeszcze rok temu w mieszkaniu były zapasy środków higienicznych przynajmniej na pół roku, a w drugim również sporo sypkich produktów, przypraw… Dziś nie wiem, co zostało, co Tata wywiózł na ranczo… Na pewno wezmę ze sobą całe opakowanie papieru toaletowego i jedną butlę domestosu (tak, mam zamiar wysprzątać oba mieszkania), bo wiem, że w kawalerce są już na wyczerpaniu. Tak jak ja, od tego myślenia, co mam zabrać ze sobą. Bo w piątek po kilku wyczerpujących emocjonalnie rozmowach telefonicznych z Bliskimi, podjęłam decyzję, przypieczętując ją listą zakupów na wyjazd. Mam nadzieję, że moją decyzją zwiększę sobie szanse na dalszą walkę z własnym wewnętrznym wrogiem- tu, choć nie mam szansy na zwycięskie fanfary, to jednak wciąż wygrywając poszczególne bitwy, skutecznie odwlekam sromotny koniec. Z koronawirusem jestem bez szans. Nie ma też szansy, żeby to OM odizolował się od domu, więc to ja go muszę opuścić. Ale! To nie jest wygnanie. Zawsze, w każdym momencie będę mogła wrócić, i toteż będzie moja decyzja. Chyba. Bo nie wiadomo jak się rozwinie sytuacja.

aaa spirytus też wezmę!

Wiosna przyszła, nie zważając na nic, i choć nie możemy się nią w pełni cieszyć, to postarajmy się jak najczęściej uśmiechać 🙂

Dobrego czasu dla Was w ten niedobry czas!

 

 

W takim dniu…

Wyszłam na spacer w tę stronę, gdzie już nie ma zwartej zabudowy, domy oddalone od siebie kilkaset metrów, często z dala od szosy. Słońce mocno przygrzewało, choć w lekkiej wiosennej kurtce w kolorze błękitnego nieba było mi momentami nawet za ciepło, to zimny wiejący dość mocno wiatr, wymusił założenie kaptura bluzy na głowę, a policzki po powrocie miałam zimne. Szesnaście stopni na termometrze było złudne, tak jak ta cisza, spokój, pustka, nie licząc kilku mijających mnie aut i jednej rowerzystki. Złudne bo…

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

Cz. Miłosz: Piosenka o końcu świata

Gdzieś tam pomimo pustych ulic, które jeszcze nie tak dawno tętniły życiem, na placach zabaw pełno dzieci z rodzicami, również w parkach, tak mi donoszą. Czy jest możliwa pełna izolacja? Jak długo wytrzyma człowiek bez możliwości kontaktu z drugim człowiekiem, bez możliwości obcowania z przyrodą? A czekają nas coraz cieplejsze dni, i coraz więcej wykrytych zachorowań. Nie znamy ich prawdziwej skali, zbyt mało robi się testów, a doniesienia, że kolejni pracownicy opieki zdrowotnej są zarażeni, obnaża jak naprawdę jesteśmy jako państwo przygotowani.

Na wsi spokojnie… Ciocia w ogródku, sąsiad z naprzeciwka też, słychać śmiech dziecka bujającego się na ogrodowej huśtawce. Można zapomnieć. Można nie myśleć. Żeby jeszcze zająć czymś ręce, to wymyśliłam smaczne robótki ręczne, bo ile można czytać i oglądać, rozmawiać, szczególnie że każda rozmowa i tak w końcu zahaczy o sytuację w jakiej wszyscy się znaleźliśmy.

Ajda, wybacz 😉

Nie jestem mistrzynią lepienia, ale wyszły pyszneeee, okraszone wspomnieniami, bo przecież tylko kilka razy w życiu lepiłam je zupełnie sama, zawsze w towarzystwie: Mam, PT, Tuśki… Przede wszystkim wspomnieniem Mam, która od lat była głównym moim, a potem również Tuśki zaopatrzeniowcem w pierogi i kopytka. Ale to nie ona mnie nauczyła, tylko Babcia od strony Taty, to jej pierwszej pomagałam lepić ruskie (najczęściej bez sera!), a kiedy Mam przestała pracować zawodowo, to w naszym menu często się pojawiały pierogi, kopytka, kluski śląskie, kluski szare i półfrancuskie. Tych ostatnich nie jadłam już dawno, Mam zagubił się przepis… szarych pewnie też już nigdy nie zjem… W kuchni powstał armagedon, bo zamiast wziąć jak człowiek miskę do wyrobienia ciasta, to podniecona inauguracją stolnicy, która długo czekała gdzieś tam na wysokościach wepchnięta po zakupie na swój pierwszy raz, wytworzyłam spływ umączonej wody na własne nogi i stopy, a z czasem mąka to już była wszędzie. (Również zlepiona na moich bransoletkach, bo choć o zdjęciu pierścionków pamiętałam, to o nich już nie). Na koniec zbiłam szklankę, którą wyciskałam krążki. Kręgosłup mnie rozbolał, a przecież to nie był hurt tylko detal, bo raptem ulepiłam 59 sztuk, bo skończył się farsz. Na szczęście nie mam syndromu marnotrawstwa tak jak jedna z moich ciotek, która to do ciasta, jakie zostało, zaraz wykombinowałaby na szybko jakiś farsz. Choćby z kaszanki. Jak lubię kaszankę, to do dziś pamiętam te obrzydliwe pierogi, którymi mnie uraczyła jako dziecko. Fuj! Dlatego nie padłam z nosem w stolnicy, tylko już na kanapie po jako takim zatarciu śladów mojej działalności. Twórczej! Żeby nie było ;p

Dziś się lenię! I tak sobie myślę, że jak popełnię własnoręcznie gołąbki, to już będzie faktycznie koniec świata! 😉

Lekkość bytu…

Próbuję ją odnaleźć, bo gdzieś się zawieruszyła w ostatnich dniach. Przyjemność. Radość. Lekkość. To nigdy nie był stan permanentny, bo każdy z nas ma własny ciężar do udźwignięcia, a czasem przytłoczy nas ciężar innych. Człowiek często skłania się do porównań, a że to inni mają gorzej (bądź odwrotnie), szuka w tym jakiegoś pocieszenia… nieskutecznie. Potrafię się cieszyć każdą chwilą, ale nie zawsze się to udaje, szczególnie w momentach autentycznego zagrożenia. Trudno okiełzać myśli, żeby nie szły w niepożądanym kierunku, a gdy te stają się nieznośne i nieustępliwe, tracę grunt pod nogami. Na szczęście na chwilę. Myślałam, że jestem zahartowana, że potrafię zapanować nad kłębowiskiem uczuć, że nawet przez chwilę nie… No nie. Jestem tylko człowiekiem, który myśli i czuje. Bezmyślność zabija. Również innych. A nie boi się tylko głupiec. Wszystko jednak mija. Złe chwile również, i choć przyjdą następne, bo teraźniejszość jest przecież ulotna i nie wiemy, co czeka nas następnego dnia, to świadomość przemijania paradoksalnie niesie w sobie nadzieję.

Chyba zacznę lubić tego swojego skorupiaka, wszak od lat żyjemy w zgodnej symbiozie: raz on mi przywali, wywracając życie do góry nogami, a raczej te „nogi” zalegają w łóżku i życie toczy się w większości w pozycji horyzontalnej, raz ja mu przyłożę, bo na szczęście pozycja zadania ciosu nie ma znaczenia, tylko siła rażenia, i mam prawdziwych sojuszników- lekarzy. W każdym razie temat jest oswojony i nie spędza mi snu z powiek. Corona również, o dziwo śpię spokojnie i długo, tyle że czuję się bezsilna, mniej bezpieczna. Znany wróg, to prawie jak przyjaciel, bo zawsze jest lepszy od tego nieznanego wroga- nie można mu przywalić znienacka ;p

Wciąż się waham, ale przecież i w tej kwestii muszę podjąć jakąś decyzję. Z Najmłodszymi się nie widuję. (Zońcia bawi mnie do łez na przysyłanych filmikach; do czego to doszło, że mając ich 500m od siebie, nie mogę przytulić i ucałować). Decyzja zapadła, że jak druga babcia pilnuje, to nie mogą bywać u nas. Ograniczenie kontaktów jak dalece się da, jest nieuniknione- tego wymaga ten trudny czas. Gdyby nie to, że muszę jeździć po piguły w czasie zarazy, to być może dobrą opcją byłoby się przeprowadzić do Tuśki, zająć dziećmi, z założeniem, że Tuśka i Zięć relatywnie mają mniej kontaktów z obcymi. Obecnie. Tyle że im dłużej to wszystko trwa, tym zagrożenie większe. I każde założenie może być nieprawdziwe. Nie ma co wariować, trzeba wybrać najlepszą opcję, i tyle. Czy słuszną, to się dopiero okaże jak wszystko minie. Bo przecież minie.

Tata na dwa tygodnie „zamyka” firmę, choć nie wszyscy pracownicy są z tego zadowoleni- wypłacenie dniówki, czy 80% opiekuńczego przez ZUS, to nie to samo, co wypłata za konkretną pracę. Troszkę jestem spokojniejsza o niego, choć to wcale nie oznacza, że zamknie się w czterech ścianach. Ma zamiar przyjeżdżać/chodzić do biura.

Sprawdziłam zapasy. Mamy cztery duże butelki domestosu i to w jednym kolorze- zielonym. I tylko ćwiartkę spirytusu! Totalne niedopatrzenie! 😉 Nakazałam zakupić paracetamol, bo żadnych piguł przeciwbólowych i gorączkowych w domu nie ma. Zaś z zamrażalnika wyciągnęłam ostatnią porcję uszek. Grzybowych rzecz jasna. Barszcz z torebki, trudno, to nie wigilia. I gdy tak jadłam ze smakiem, to sobie pomyślałam, że być może to już ostatni raz, bo sytuacja jest taka, że nie wiadomo co z Wielkanocą, więc tym bardziej nie ma co dalej wybiegać myślą, więc delektowałam się tą chwilą, jakby rzeczywiście był to mój ostatni (taki) posiłek 😉 W końcu żyje się tu i teraz!

Czytam Idealną rodzinę Ilony Łepkowskiej. Autoironiczna, z humorem. Czyta się lekko i przyjemnie, ale nie bez refleksji, bo otwiera oczy na wiele aspektów życia codziennego. Naszego. Innych. Bo czasem wydaje się z boku (choćby czytając blogi ;p), że czyjaś rodzina jest idealna, a to tylko takie wrażenie. Trafiłam na nią przypadkiem, szukając czegoś, co po przeczytaniu będę mogła pożyczyć Przyjaciółce (tej, która czytanie zawsze zaczyna od ostatniej strony), i choć do samej autorki nie pałam jakąś sympatią (do jej tasiemcowych seriali również, pewnie z powodu tego, że są tasiemcami), po wysłuchaniu kilku jej wypowiedzi w różnych programach, to książce dałam szansę. Książka do uśmiechnięcia się. Dobra na ten czas.

 

Widmo separacji…

Mam idealne warunki, żeby przeczekać pandemię we własnym domu w przyjaznych okolicznościach. Nie muszę martwić się o pracę, bo ZUS co miesiąc zasila moje konto, nie muszę chodzić po zakupy, bo OM zaopatruje naszą lodówkę i nie tylko, a do sklepu mogę zejść w kapciach, a nawet w piżamie, o każdej porze dnia i nocy, jeśli miałabym taką potrzebę. Nie mam. Na stoliku nocnym osiem nowych książek czeka na przeczytanie, kolejne zawsze można domówić a w międzyczasie obejrzeć film czy serial na Netflixie bądź na którymś z telewizyjnych kanałów albo poukładać puzzle online, czy rozwiązywać krzyżówki. Przy ładnej pogodzie wyjść na taras, do ogrodu, do lasu,  pojechać na cmentarz, tak jak to zrobiłam wczoraj. Spokojnie mogę siedzieć w chacie na tyłku. I siedzę. Tyle że to spokój pozorny. Mogę odmówić manicure u kosmetyczki, pewnie też nie wybiorę się do fryzjerki, ale…  nie wiem, co zrobić z OM.

PT telefonicznie powiadomiła mnie, że z pacjentami pracuje już tylko przez skype. Zapasy ma. PT jest z tych, co zagrożenie widzi zawsze i wszędzie, więc gdyby jej córcia zamierzała wrócić z Hiszpanii to nie wpuściłaby jej do domu 😉 Na szczęście córcia  zrobiła zapasy (za namową przenikliwej matki), zmieniła tymczasowo miejsce zamieszkania i nie wraca do kraju. Zatrudnienie ma, a że są to unijne pieniądze, to wypłatę ma zapewnioną. Syn zaś pracuje zdalnie. Tak sobie pomyślałam, że ty na tej wsi to jesteś bezpieczna- słyszę ulgę w jej głosie. I nie wiem, co mnie podkusiło, że wspomniałam o OM. Matkojedyna! Mam nie czekać do niedzieli (termin wyjazdu po piguły) tylko pakować się i zabarykadować się w mieszkaniu w DM. Tata też tak uważa. I Tuśka.

Biję się z myślami. Nikt za mnie nie podejmie decyzji. Może łatwiej byłoby mi, gdybym i tak nie musiała jechać do DM, ale muszę, więc co za problem wziąć większą walizkę. No właśnie. Tylko żeby to miało jakiś sens, to musiałabym zostać w odosobnieniu aż do końca tego wirusowego szaleństwa. Miesiąc, dwa? Dłużej? Nie wiadomo, ale na pewno nie dwa tygodnie, bo za tyle to wciąż liczba osób zakażonych będzie rosła.

Rozmawiamy z OM. Mądrzejsi od tych rozmów nie jesteśmy. Bo nie jesteśmy jasnowidzami. Możemy tylko wprowadzić nowe zasady obowiązujące w domu, jeśli zostanę, albo rozstać się na nie wiadomo jak długo. I to nie jest problem fizycznej rozłąki, ale tego, że w mieszkaniu czułabym się jak więzień. I fizycznie, i psychicznie. Pomijam już, że musiałabym załadować Ceśkę po sam dach, a to chyba przeraża mnie najbardziej ;p W tej chwili.

 

 

Na poważnie…

Dzieci od wnuków mojej Przyjaciółki pracują zdalnie. Chcieli podzielić się opieką nad swoimi pociechami z dziadkami, ale dziadek stanowczo zaprotestował. W końcu mają do zaopiekowania się swoimi starszymi rodzicami. Przyjaciółka nie jest przerażona, nie panikuje, ale w swojej rodzinie zarządziła izolację. Zakupy rodzicom mają robić oni i młodszy syn, zostawiać na wycieraczce. Tata Przyjaciółki jest mocno schorowany… Dlatego chce przede wszystkim chronić rodziców.

U nas w rodzinie zdalnie pracuje tylko Ata- przyszła synowa- reszta nie ma takiej możliwości. Z racji swojego przemieszczania się i kontaktu z wieloma osobnikami, to OM jest potencjalnie najbardziej narażony na załapanie wirusa i przywleczenie go do domu. Przyjaciółka najchętniej usłyszałaby ode mnie obietnicę, że zamknę się w pokoju na górze, i nie będę się z nikim kontaktować. Bo nie po to tyle walczyłam, tyle przeszłam, i wciąż walczę, żeby mnie pokonał wirus. Powiedziała, że będzie dzwonić i sprawdzać jak się chronię… Może wyłączę telefon… Nie, że bagatelizuję, ale ten strach o mnie, mnie przytłacza…

Tuśka od poniedziałku zamyka całe biuro na klucz. Dla potencjalnych petentów. Dostała zgodę zarządu. W samym biurze zostało ich tylko cztery, a petenci czy muszą, czy nie, kręcą się mimo próśb o pozostanie w domu. Przyszła nawet staruszka zapytać się o… zadłużenie. Tak naprawdę to 98% petentów, którzy przychodzą tylko po informację, mogą ją uzyskać telefonicznie. Sama nie ma zamiaru jeździć na żadne spotkania, a wszystkie sprawy załatwiać mejlowo i telefonicznie. Szkoda, że musi to robić z biura, bo rozwiązałoby to opiekę nad Najmłodszymi. Zońcia w wymyślaniu sobie zabaw jest coraz bardziej kreatywna, czym rozbawia nas do łez ;p

Polska zamyka granice dla cudzoziemców, ci, którzy u nas mieszkają, pracują, mają być poddawani dwutygodniowej kwarantannie po przebyciu granicy. Ogranicza działalność galerii handlowych.

 

Dom mam wysprzątany. W końcu. Pani sprzątająca miła i szybka. Jedyny minus, że pali, ale również w tempie ekspresowym 😉 Raczej nie ma szans na wspólne wypicie kawy i złapania oddechu, bo p. Beata twierdzi, że czas leci, a robota czeka. Pani ma czwórkę dzieci- dwójkę w szkole średniej, a dwójkę w wieku przedszkolnym. Wraz z mężem pracuje na gospodarce, a tam wiadomo, przypływ gotówki tylko sezonowy, więc stały dopływ pieniędzy bardzo sobie ceni, dlatego uzyskałam deklarację stałej co dwutygodniowej współpracy. Ulżyło mi. Już się przyzwyczaiłam, że dwa razy w miesiącu mam wysprzątany dom od góry do dołu, bo sama co najwyżej na raz mogłam ogarnąć jedno pomieszczenie.

Nie myślę jeszcze o świętach, o strojeniu domu, ale zeszłam do piwnicy, a tam za drzwiami takie baziowe cudeńka. No to zmieniłam dekorację 😉

Samodyscyplina…

Cecha bardzo przydatna, wręcz czasem niezbędna, gdy chcemy osiągnąć jakiś cel. Zdrowie nim jest, a przynajmniej powinno być. Bez samodyscypliny w momencie, kiedy na świecie szaleje pandemia, nie tylko narażamy siebie, ale i innych. Ciężko jest zrezygnować ze swoich przyzwyczajeń, planów, ale współodpowiedzialność tego wymaga.

Nie bądźmy tacy jak Włosi. Bądźmy rozsądni. Dziś już wiemy, że naiwnością jest porównywać koronawirus- który rozprzestrzenia się przerażająco szybko- do grypy.  Zachowanie dystansu- co dla niektórych jest wręcz niewyobrażalne, o czym świadczą choćby słowa księży, którzy nie wyobrażają sobie zakazania modlitwy w kościołach, wszak to „swoiste szpitale dla duszy” jak twierdzą niektórzy politycy- może spowolnić  rozprzestrzenianie się wirusa, i w rezultacie zatrzymać. Dystans społeczny. I może przede wszystkim uchronić przed przeciążeniem szpitale, które u nas bez COVID-19 już ledwo dyszą. Włosi już sobie nie radzą, co przyznają oficjalnie, ratując życie tylko tym, co lepiej rokują… A chcieli tylko żyć normalnie…mimo zagrożenia.

Kwarantannie poddana jest osoba, którą znam osobiście, ale kontaktu nie mam, za to rodzony syn tak. To już nie dotyczy tylko osób nieznanych, gdzieś tam w kraju… Misiek z okazji własnych urodzin miał spędzić następny weekend poza granicami kraju, ale wiadomo, że nie wyleci, i nie dlatego, że loty są odwołane. Zwyczajnie z rozsądku, choć kasa przepadnie… Zresztą będzie miał teraz więcej pracy, bo obie dziewczyny z biura mają małe dzieci, a przedszkola i szkoły właśnie zamknięto. Tuśka rozpoczyna pracę w najgorszym momencie, bo jeszcze wczoraj o 14. miała potwierdzenie, że w czwartek i piątek Zońcia może przyjść do przedszkola, a po 16. już miała telefon, że jednak placówka będzie zamknięta. No i w pierwszy dzień pracy od razu ma zarząd, przetarg, który już powinien być ogłoszony, jest skopany, nie wiadomo też, czy zaraz panie z biura nie pójdą na opiekę, więc przyjdzie jej samej pracować. Tak że tak.

Wszyscy musimy uzbroić się w cierpliwość. Nałożyć na siebie samodyscyplinę.

Czy panikujemy? Nie. Dziecka Młodsze żyją przygotowaniami do ślubu i bieżącymi sprawami, Dziecka Starsze muszą na nowo zorganizować sobie dni robocze. OM pracuje, ja siedzę w domu, ale oprócz pomocy w opiece nad Najmłodszymi, będę musiała przejąć część pracy w firmie, tę, którą zajmowała się Tuśka. Niewielką jej część, ale jednak… Ale jest mi smutno, że przez osobiste ograniczenia tak niewiele mogę. Dobitnie pokazał mi to wczorajszy dzień. Pięknie słoneczny z błękitnym niebem i z pszczołami zbierającymi pyłek, wesołym świergotem ptaków i Zońcią, z którą część dnia spędziłyśmy na dworze. Promienie słoneczne nas ogrzewały, ale było też bardzo wietrznie. Dorównywałam kroku Zońci, która chciała być wszędzie jednocześnie, nie bacząc na podwórkowe błotko, dopóki nie zobaczyła pod wiatą starego rowerka Pańcia. Wsiadła na trzykołowca, a ja ją pchałam, zmachawszy się tak, jakbym przebiegła co najmniej półmaraton 😉 I nie byłoby problemu, ale Księżniczce tak się to spodobało, że chciała więcej, i więcej… a ja czułam, że robię się cała mokra i bojąc się, że mnie owieje, zarządziłam powrót do domu. No nie spodobało się to dziecku, co głośno wyartykułowało i zaparło się nogami, więc musiałam ją wziąć pod pachę i ewakuować nas do domu. Tam padłam… dysząc jak stara lokomotywa 😉

 

dowód, że wiosna ma się całkiem dobrze 😉

i obyśmy my też się tak mieli, w tym trudnym i nieprzewidywalnym czasie!

Spod kwarantanny…

Się wyrwałam. Samej sobie narzuconej i nie z powodu koronawirusa. A wirusów. Ogólnie. Zdradliwych i czepliwych o tej porze roku. Wnusio LP wciąż w szpitalu klinicznym daleko od domu, ale jest przy nim jego mama i w końcu postawiono diagnozę- norowirus. Ulga. Bo już skorupiak chodził po głowie…

Staram się być rozsądna sama z siebie, siedząc w domu na skraju wsi i nigdzie nie bywać, upominana przez koleżanki w wiadomościach przysyłanych i telefonicznych, że mam szczególnie dbać o się i uważać na się. No to się stosuję, ale sąd mnie wezwał przed swe oblicze, więc rada nie rada, pomknęłam do DM. Śmiesznie było, bo sprawa z powództwa Taty, tak jakby przeciwko mnie, choć graliśmy w jednej orkiestrze, a wszystko przez odnaleziony testament. Uff… Pani sędzia bardzo miła i sprawnie wszystko odkręciła, co my zagmatwaliśmy w swym pośpiechu i sklerozie. W końcu będzie mogło dojść do przekształcenia firmy i Tata będzie mógł spać spokojnie. Taaa jak to Pani pełnomocnik zauważyła z uśmiechem, że pan to szuka dziury w całym. No cóż, ten typ tak ma.
Tuśka podejmuje pracę w czwartek, więc wszystkie ręce na pokład 😉 Teoretycznie Zońcia do przedszkola, bo w praktyce to wygląda tak, że jeden tydzień jest w placówce, a dwa w domu… Muszą rozpracować logistycznie odwożenie dzieci i przywożenie oraz zapewnić opiekę, gdy Księżniczka będzie musiała zostać w domu. Ale na razie, to Tuśka się martwi… o mnie i o Dziadka. Z wiadomego powodu. Czym mnie zirytowała, bo na pytanie, czy się umówiła do dermatologa w sprawie nowej nieciekawej zmiany, blisko miejsca poprzedniej, usłyszałam, że nie, bo przecież musiała się Pańciem zająć. Od piątku nie miała, kiedy zadzwonić! Nic tylko lać! Nie martwię się o to, jak sobie poradzą- oby tylko zdrowie było- bo nie oni jedyni pracujący z dwójką małych dzieci na tym świecie. Fakt, Tata tych dzieci prowadzi firmę, więc to praca przynajmniej 6 dni w tygodniu… Ale to on właśnie zapewnia, że sobie poradzą. Martwię się tylko, czy Tuśka w ferworze obowiązków będzie pamiętać o sobie. O badaniu się. I tak ma pod górkę, bo trzeba zarezerwować cały dzień, i to niejeden- to jest ten minus mieszkania na wsi…Dojazdy. Wszędzie.
Czuć już wiosnę w ogródkach, a na płotach tychże widać, że mamy kampanię. We wsiach i małych miasteczkach na drodze przejazdu właściwie tylko banery z wizerunkiem obecnie nam panującego. W większych zaś nie zauważyłam żadnego baneru z kandydatem Lewicy i bezpartyjnym. Zaś dwa zniszczone z jedyną kandydatką na prezydenta. Ktoś aż tak się boi? To też potwierdza, po czyjej stronie jest więcej agresji.

P.S. Do tej pory to Tata dzwonił do mnie i odkąd pojawił się koronawirus, to pytał się, czy do nas już dotarł… ale dziś, pomimo iż rano się widzieliśmy, to zadzwoniłam ja do niego w tej sprawie. Nie wiem, czy się mnie posłucha… Żałuję, że nie jest zwykłym emerytem w kapciach przed telewizorem.