O równości…

Padło już tyle słów. Złych, głupich, okrutnych, ale też potępiających, wspierających, mądrych, ciepłych, zapewniających. O tolerancji, akceptacji. O równości. Słowa. Słowa nie są niewinne… Za to tak łatwo je wypowiadać. Każdemu.

Jesteśmy homofobicznym krajem i żadne zapewnienia, że tak nie jest, tego nie zmienią. Sześćdziesiąt dwa procent społeczeństwa nie chce mieć za sąsiada geja lub lesbijkę. Tak wykazała ankieta w polskim radiu nie dla idiotów sprzed sześciu lat. Pewnie zaraz będą głosy, że od tamtego czasu wiele się zmieniło. Czyżby? Uwierzę, jeśli suweren pogoni obecnego prezydenta z pałacu (inaczej między bajki będzie można włożyć pogląd o tolerancyjnym Polaku), który siejąc nienawiść, pogardą i wykluczeniem buduje swoje poparcie. Poparcie na wrogu- a raczej podparcie się nim. Sprecyzowanym. Określonym. Na niskich pobudkach ludzi, ich strachu, w imię jakiejś wyimaginowanej obronie. Rodziny. Szczuje jednych na drugich. Polaryzuje. Manipuluje, wmawiając, że w polskiej szkole może odbywać się seksualizacja dzieci i młodzieży i tylko jeden prawy i nieskazitelny człowiek wraz ze swoją partią może temu zapobiec. Kołtuneria wysokiej klasy.

Marzy mi się nie tylko rzetelna odpowiedzialna edukacja seksualna w szkole, ale również ta obywatelska. Polityczna. Tak, żeby młode pokolenie nie poddawało się manipulacjom politycznym, populizmowi, który płynie szerokim strumieniem z każdej strony. Demagogi. Z każdej opcji. Żeby wyrastało na świadomych obywateli, znających swoje obowiązki, ale i prawa.

Polska jest druga w Europie, jeśli chodzi o samobójstwa młodzieży. W tym katolickim kraju…padły niewyobrażalne słowa ci ludzie nie są równi ludziom normalnym… Wyciągnięte z kontekstu- to takie teraz modne powiedzenie…  SŁOWA NIE SĄ NIEWINNE!

 

Jadąc, syciłam oczy widokami. Gdybym się zatrzymywała przy każdym ukwieconym polu czy rowie, to podróż pewnie trwałaby dwa razy dłużej…

104319676_3270656782966268_456280388845843141_n

więcej KLIK

Piękny jest nasz kraj… Kolorowy. Różnorodny.  W ostatniej chwili wypełniłam druk do głosowania korespondencyjnego. OM wrzuci mój głos w lokalu wyborczym.

W domu czekał na mnie… bób. Mniam. Jak tylko wstanę rano, to ugotuję- pierwszy w tym roku, wiec będę tę chwilę celebrować ;p I spokój…

Uśmiechu dla Was 🙂

 

 

 

Telegram…

Izolatka. Strefa czerwona. 

Kara. Za prawdę.
Duszności.

Wymaz na Covid-19.

Czekanie.

Mam tylko pół butelki wody!!! Help.

Książkę.

I intuicyjnie wzięłam ładowarkę.

Trzymajcie kciuki, żeby im wiarygodnie wyszedł test!

EDIT:

Ujemny!

z głodu jeszcze nie padłam, spuściłam krew i czekam na rezultat. Zaproponowano mi łóżko, ale odmówiłam, bo dość się wyleżałam na kozetce w kozie.
Mogli mi zrobić test na alergię, a nie na siłę mnie koronować ;p

 

 

 

Podziw…

Dom lśni, mimo upalnych dwóch dni, podczas których nawet muchy nie wykazywały krzty energii. Za sprawą Beaty, którą podziwiam i jest dla mnie bohaterką. Nie, nie z powodu poradzenia sobie z zapuszczoną chałupą, gdy żar z nieba i pot się leje, bo tak źle nie było 😉 Kiedy się do niej odezwałam po ponad trzech miesiącach, to usłyszałam, że zatrudniła się na etat, więc w pierwszej chwili przez myśl mi przeszło, że nie znajdzie ani czasu, ani sił, ani ochoty, by jeszcze u kogoś sprzątać. Ale! Gdy ja tkwiłam w stuporze prawie załamana, że oto znów będę musiała kogoś szukać, Beata spokojnie powiedziała, że tylko soboty wchodzą w grę i czy mi to pasuje. Słodkijeżu jak nie jak tak! Matka czwórki dzieci (dwóch nastolatek i dwóch przedszkolaków), prowadząca hodowlę bydła wraz ze swoim mężem, zatrudniona na cały etat u dużego plantatora truskawek w naszej okolicy, więc praca fizyczna przez osiem godzin, dom, ogród, pole… Matkojedyna… Pięćset plus i gwarantowana emerytura z powodu wychowania czwórki potomków, a jednak jeszcze ma ochotę i siłę pracować, żeby dorobić. Ogromny szacunek za pracowitość. Jej słowa wiesz, dzieci mają różne potrzeby, dźwięczą mi w uszach.

Moja tegoroczna motylica budleja pięknie już kwitnie, i tak mi się podoba, że pewnie nie poprzestanę na jednym krzaku…

103916507_1359574764433152_144118338123721472_n

Burze nas ominęły ani kropla deszczu nie spadła i w prognozie na najbliższy czas nie widać opadów. W domu włączona klimatyzacja, tegoroczne krzaczki podlewam, ale jak tak dalej będzie, to ziści się zeszłoroczny scenariusz- totalnej suszy; całego ogrodu nie podleję, bo wodę trzeba oszczędzać! Już kilka lat z rzędu stawiam krzyżyk na trawę, oprócz koszenia, żadnej pielęgnacji. Może trzeba przyjąć z otwartymi rękoma dotację na prezydenckie oczko wodne, tyle że i z pustego (czyt. suchego nieba) i Salomon nie na leje, ale za to mogłabym rzec, że coś tam od tego państwa dostałam. Takie kolektory słoneczne na ciepłą wodę już mam ćwierć wieku, raz już wymieniane i własnym kosztem zrealizowane, a panele solarne na energię już mi się nie zmieszczą na dachu, to może to oczko, a w nim… złota rybka… na przykład ;p

Tym razem spakuję tylko podręczną walizkę, bo nie mam zamiaru spędzić w DM dłużej niż trzy dni. Zresztą zaraz po mnie przyjedzie Tuśka, która ma kontrolne badania na Genetyce, w tym rezonans raz w roku. Czasem zapominam o jej obciążeniu, czasem… I o tym, że jej babcia była młodsza od niej, jak zachorowała, a ja tylko dwa lata starsza… To nie jest na pierwszym planie, na drugim czy trzecim…ale gdzieś w zakamarkach czai się- przeganiane, gdy tylko się pojawia…

Uśmiechu dla Was 🙂

Ogniska kontrolowane…

Płonie ognisko w lesie… a nie! To tu, to tam…!- według Wielkiego Szu… to normalne, najlepiej radzimy sobie, a pozostałe państwa powinny brać z nas przykład- powtarzane jak mantra. Choć tak naprawdę niczego nie mieli i nie mają pod kontrolą, czego dowodem są właśnie ogniska wirusa, bo tak właśnie przebiega i rozwija się epidemia- ogniskami. Mamy wypłaszczenie, które trwa i trwa, i trwa, a zachorowań jak już to przybywa, a nie ubywa. Przez ten cały chaos informacyjny (od samego początku) oraz propagandę sukcesu zdezorientowali całkowicie społeczeństwo. Jedni są wkurzeni, inni się śmieją i tylko nieliczni posługują się rozsądkiem.

Dużo się dzieje. Nie mam kiedy usiąść przed laptopem, a potrzebuję spokojnych 20-30 minut. Najlepiej pisze mi się nocą, ale ostatnio już wieczorem nie widzę na oczy. Nie zawsze ze zmęczenia, ale z powodu alergii. Rano, zanim dojdę do siebie, to już Pańcio czeka na dole i rozpoczynamy wspólny dzień. W poniedziałek czułam się jak kosmitka, osoba nie z tej rzeczywistości. W salonie fryzjerskim jako jedyna z klientek i klientów miałam maseczkę na twarzy. Na dodatek medyczną, antywirusową. I jej nie zdjęłam. Przez moment poczułam się jakbym była nie na miejscu, bo mieszkam w województwie, gdzie jest najmniej zachorowań i są dni, kiedy nawet nie ma żadnego, a jak już to w innych powiatach. Tuśka w tym samym dniu była w innym salonie i to samo- fryzjerka, która ją obsługiwała nie miała nawet maseczki na brodzie w razie jakieś kontroli. Luz blues… Lepiej już było w sklepie ze zdrową żywnością, który odwiedziłam przy okazji pobytu w ŚM. Po powrocie zastałam szczęśliwych Najmłodszych, bo przez trzy godziny mojej nieobecności zajmował się nimi dido. U nas to dziadek rozpieszcza i pozwala na więcej, a potem ja nie nadążam, szczególnie za Zońcią, która chce być wszędzie! Również na dachu malucha prababci, gdzie wdrapała się sama.

 

A teraz historia (szczególnie dla tych, którzy tak polityką się brzydzą, a to ona urządza nam codzienność) świeża i gorąca jak ranne bułeczki prosto z piekarni…

Byliśmy umówieni u notariusza w sprawie sprzedaży ziemi rolnej. Niestety, transakcja nie doszła do skutku. Przez miłościwie nam panujących i uchwalających prawo pisane na kolanie w obronie polskich ziem przed najeźdźcą z zewnątrz, stonką amerykańską tfu, tfu raczej europejską, spekulantami wszelkiej maści. Osoba, która chciała kupić od nas ziemię, posiada od szesnastu lat gospodarstwo rolne w naszej gminie. NA WŁASNOŚĆ. Dostała zgodę z Agencji Rolnej na rozszerzenie go w ramach unijnego projektu. Problem tylko jest taki, że według pisowskiego prawa nie jest rolnikiem, bo mimo iż mieszka powyżej 5 lat w gminie, w której posiada hektary ziemi rolnej i ją uprawia!, to meldunek ma t y m c z a s o w y. Stały meldunek ma w innym województwie, gdzie nie posiada żadnej ziemi rolnej. Notariusz nie mógł wydać aktu zakupu, który mógłby zostać podważony. Tak że tak…

A na polach maki się czerwienią…

Dusząco, pachnąco i bakteryjnie…

Zaczynam podejrzewać u się… alergię. No bo przecież nie wirusa w koronie. Wprawdzie dziś wieczorem dopadła mnie temperatura, ale zatrzymała się na 37,9. Odkąd wróciłam, natężenie kaszlu i kichania wzmogło się do męczącego i upierdliwego stanu, ale ten kaszel był wykrztuśny. Był. Bo od dwóch dni jest duuuuuszący. Otoczona zewsząd roślinnością, przy otwartych oknach również w nocy podczas snu, być może mój stan się nasilił. Piguły też wywołują alergię, bo kaszlę cały rok, ale z dużo mniejszą intensywnością. Być może to nie pyłki, ale piguły, bo zbyt długo je biorę? Nie wiem… Ale czuję się fatalnie… choć nie przeszkodziło mi kupić przy okazji podwózki Pańcia do drugiej babci, dwóch krzaczków… kwitnących. Nie wiem co zacz, bo ja się nie znam, ale nasza wiejska „kwiaciarnia” miała wystawione na zewnątrz donice z różnymi roślinami do ogrodu, więc się zatrzymałam, w ramach wspierania swoich 😉 Jest mi też zupełnie obojętne, jak i kiedy kwitną, ale gdy usłyszałam, że z całej okolicy zlecą się motyle, to od razu się zdecydowałam, bo na razie to zlatują się szpaki i inne skrzydlate. Do czereśni. I truskawek. Wykorzystując odpowiednią aurę, czyli że wcześniej pokropiło i jest pochmurnie, postanowiłam nie czekać ze wkopaniem krzaczków na męską siłę roboczą i, nie znajdując szpadla, zaczęłam kopać dołek ogrodową łopatką. Taaa… Obraz nędzy i rozpaczy, na który napatoczyła się Ciocia…z motyką. Pomyślałam, że ten sprzęt to na słońce, którego akurat nie było, ale… dołek o dziwo był coraz większy. Szpadel jednak się znalazł- z Cioci dobry detektyw bądź poszukiwacz skarbów- i drugi poszedł już sprawniej. Zrobiła jeszcze kilka kursów, przynosząc na tym szpadlu lepszej ziemi, bo krzaczki wkopywałyśmy (taaa… to była praca zbiorowa ;p) w miejscu, gdzie wcześniej rosły drzewa.

Nie widzę z okien piwonii, które są moimi najcudowniejszymi wiosennymi kwiatami, bo kwitną zawsze na progu lata i pachną obłędnie. Nasze posadzone są przy domu rodziców OM (białe) i przy murze odgradzającym ich posesję od sąsiadki (różowe), bo tam mają więcej słońca. Widok zasłaniają mi ogrodowe drzewa, dlatego codziennie chodzę wokół nich i napawam się ich pięknością 😉

Bukiet z ogrodowych kwiatów zawiozłam na cmentarz. Mam zawsze w takiej kolorystyce zamawiała wiązanki dla swoich rodziców… i kochała piwonie.

Dzwoni do mnie Tata i zamiast standardowego cześć, co słychać, słyszę pytanie, czy złożyłam już podpis. Jaki podpis? Jak, to jaki- pod p r e z y d e n t e m. Bo on już złożył.   Matkojedyna! Gdzieś Ty się szwendał, a oczami wyobraźni widzę, jak jeździ po mieście, a potem stoi w kolejce. Pojechałem po węgorze… zatrzymałem się widząc stolik i przy nim ludzi… a ty wyjrzyj przez okno, może też zobaczysz zbierających podpisy. Taa, ja prędzej zobaczę lisa w kurniku ;p

Pięknego, uśmiechniętego weekendu 🙂

*

Moja Przyjaciółka po planowym zabiegu trafiła ponownie na stół operacyjny, bo podczas operacji poczęstowali ją jakąś bakterią. Kolejny zabieg pod ogólną narkozą i leczenie antybiotykiem… wrrr… Dla mnie niepojęte jak mogło się to stać, szczególnie teraz, przy tak wysokim reżimie sanitarnym, który zresztą powinien być standardem na salach operacyjnych.

 

Nie, nie…ale…

Drzewa szumią kołysane przez wiatr, ptaki śpiewają, muchy brzęczą (niestety), kwiaty kwitną, czereśnie dojrzewają… Dni odzyskały swój kształt i miejsce w kalendarzu. Już się nie plątają, nie mylą zlepione w jeden ciąg bez odróżnienia, będące tylko jasnym bądź ciemnym obrazem w czasie. Nabrały koloru, smaku i zapachu… I byłoby pięknie, gdyby nie uporczywy ból głowy, który nawiedza co wieczór, a dziś rozsadza moją czaszkę od samego rana… taki niezidentyfikowany. Dziwny. Plus nogi jak z ołowiu, do których to niby się już przyzwyczaiłam, ale ostatnio odczuwam ten ciężar ze dwojoną siłą.

OM był wczoraj u swojej fryzjerki, oboje w maseczkach, przy drugim stanowisku również, ale po chwili druga fryzjerka maskę miała już na brodzie… Coraz mniej we mnie wiary, że ludzie będą przestrzegać restrykcji sanitarnych. Sama wchodząc do kwiaciarni, odczekałam na zewnątrz, aż klientka skończy robić zakupy i wyjdzie, mimo iż pomieszczenie aż takie małe nie było, żeby utrzymać zalecany dystans. I co z tego, bo kiedy już stałam przy ladzie, to za mną, prawie na moich plecach stanęły dwie osoby w tym jedna bez maseczki. Nie, nie uciekłam w panice, nie, nie zwróciłam oburzona uwagę, nie, nie wkurzyłam się… ale zrobiło mi się przykro. Odebrałam to nie tylko jako brak odpowiedzialności, ale również i szacunku. Lekceważenie. Nie, nie zaleceń rządu, ale drugiego człowieka. Wiem, że są głosy, iż cały ten lockdown był niepotrzebny, bo wirus nie taki straszny jak go malują. Dziwię się, że nie potrafią zrozumieć prostej rzeczy, że okazał się nie taki straszny w skutkach właśnie dzięki reakcji, czasem dość kontrowersyjnych- to prawda- ale w większości słusznych.

Dziecka Młodsze w ten weekend mają ślub i wesele koleżanki z pracy Aty. Pójdą. Zapytali się, czy parze młodej nie będzie przeszkadzało to, iż będą w maseczkach. Zastanawiają się co z weselem, biorąc pod uwagę uczestnictwo w obiedzie. Misiek musi wziąć pod uwagę to, że ma kontakt z dziadkiem. Codzienny. W rodzinie skróciliśmy dystans. Jak przyjechali w niedzielę, to siedzieliśmy wszyscy w kuchni przy stole… Niezamaskowani 😉 Również z Najmłodszymi. Pewnie gdyby szkraby chodziły do szkoły i przedszkola, to byłoby więcej obaw.

Wiecie, co robią koty podczas nieobecności swoich lokatorów? Ata zgubiła klucze od mieszkania, podejrzewając, że wyrzuciła je wraz ze śmieciami do pojemnika przed kamienicą, więc na wszelki wypadek jak mieli spędzić noc poza domem, wykorzystała swój stary telefon jako kamerkę, którą miała na podglądzie w telefonie przy sobie. Ha! Koty są bardzo kulturalne, włączyły sobie telewizor oraz komputer stacjonarny. I oglądały. Potem pewnie dyskutowały na temat ;p

Uśmiechu i słońca 🙂

Widzisz i nie grzmisz…

Moja światła koleżanka, choć często mocno nawiedzona, opublikowała post odnośnie wyleczenia nowotworu złośliwego wątroby w 60 dni przez ziółka pewnego znachora. Nie omieszkałam napisać jej co myślę o takim rozpowszechnianiu „cudów i wianków” w kontekście pacjentów onkologicznych, po czym dostałam odpowiedź, że zadzwoni po niedzieli, bo nie jest w stanie odpowiedzieć pisemnie (pisałam na priv). Weszłam na stronę reklamującą te cudowne diety na różne schorzenia, i tam pod postem, czytam jak to lekarze postawili krzyżyk, a zioła dały radę, mnóstwo komentarzy wyrażających uznanie i aprobatę oraz chęć zakupu. Ba, nawet pytania, czy podziałają na innego skorupiaka, jak stosować etc… Ogromny entuzjazm i żadnej sceptycznej refleksji. Znachory górą! Brawo! Gratulacje! Jesteś Wielki!…

Ale i tak bardziej mnie osłabiły słowa znachora (admina tej strony), a mianowicie: …cudotwórcy onkologii grzebią w guzie, żeby go rozsiać…; …przerzuty następują bo pacjent dostaje diagnozę, że to choroba śmiertelna i taki pacjent się poddaje…;… kto nie wierzy w energię i moc duszy, lepiej żeby nie zachorował, bo nie da rady wyjść z tego…;…nowotwór złośliwy, lekki, łagodny czy umiarkowany, wszystkie te stany są takie same tylko właściciel  mniej lub bardziej zainfekowany grzybem…*

Ale! Wiecie, co w tym wszystkim było żałosne, że z opublikowanych dokumentów-  wystawionej karcie dilo z podejrzeniem, bez badań hist., a potem na MR- można wyczytać, że guz okazał się guzem łagodnym. Ale w eter poszło, że to zioła uczyniły- ot taka manipulacja. I że lekarze bali się operować, a chemioterapii to pewnie by pacjent nie przeżył. (Skierowanie na konkretny dzień do poradni chirurgicznej przedstawiono jako termin chemioterapii- ludzie naprawdę nie czytają!!!). Gdy w końcu dotarłam do komentarza (świeżo co pozostawionego), w którym ktoś zwrócił na to uwagę, ten cudotwórca od ziół stwierdził, że uda się do Tybetu po dobrą energię. To dobry pomysł i najlepiej, jeśli już by z niego nie wrócił.

Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko ziołom, ich stosowaniu, ale może niekoniecznie w leczeniu skorupiaka, szczególnie zamiast medycyny konwencjonalnej. I zawsze, jak ktoś taką neguje, wyśmiewa, a jednocześnie poleca własne metody, to KAŻDEMU powinna zaświecić się czerwona lampka!

Nie wdaję się w dyskusję na takich stronach, nie mam zamiaru nikogo uświadamiać, pouczać, bo bywalcy takich stron wiedzą lepiej, ale zawsze zareaguję, jak ktoś z moich znajomych opublikuje nierzetelne informacje. Zanim się rozpowszechni takie newsy, to może warto się zastanowić, do kogo one trafiają, bo ludzie mają do siebie zaufanie i, często nawet nie czytając uważnie, nie wnikając, chwytają się nadziei… Która może kosztować zdrowie, a nawet życie.

*pisownia oryginalna

Uśmiechu na niedzielę 🙂

Jak co roku…

To najsmaczniejszy czas, kiedy można zerwać truskawkę prosto z krzaczka czy czereśnię z drzewa, usiąść z kawą i książką na tarasie i przy akompaniamencie ptasich treli oraz koguta zanurzyć się w historie opowiadane na kartach bądź we własne myśli…

100924624_3286356691375405_1237692060107014144_o

Czas w domu dostał przyspieszenia, co pewnie było do przewidzenia, ale zdumiało mnie, że dni wypełnione po brzegi umykają tak szybko… Pańcio w kasku szczękowym na głowie przyjeżdża na hulajnodze kilka minut przed godziną dziesiątą. Stuka w drzwi tarasowe- zastąpił kosy, które pewnie teraz zajęte są swoim gniazdem rodzinnym bądź przegoniły je szpaki. Robię mu śniadanie i do jedenastej ma czas wolny, a ja się albo dom ogarniam, potem jest czas na szkołę. Razem ustalamy czy z przerwą, czy bez. Pańcio siada przy stole, a ja czasem przy nim z doskoku, żeby sprawdzić, czasem naprowadzić, ale uczy się samodzielnie, więc bywa, że gumka jest często w użyciu 🙂 Pisze jak kura pazurem…hmm… Z czytaniem nie ma problemu, ale (nad czym ubolewam) sam się nie garnie, więc bywa, że podstępem czyta mi posłuchajki ;p Ogólnie to pani niedużo zadaje, bo najczęściej, jeśli robi ciurkiem, to godzina zegarowa wystarczy. Ale w ostatnim komunikacie pani napisała, że czeka na ociągających się z pracami z nowym terminem, więc są dzieci z zaległościami. Mam tylko nadzieję, że nikt nie zniknął z systemu, co przecież ma miejsce. Szkoda mi dzieciaków pozbawionych lekcji z prawdziwego zdarzenia, spotkań z kolegami i koleżankami, wspólnych zabaw, wycieczek, rozmów…

Jestem wciąż czujna… na zewnątrz. Wykorzystuję czas, kiedy obostrzenia jeszcze nie są całkowicie spuszczone ze smyczy, bo choć poluzowanie w społeczeństwie jest widoczne, to im będzie większe, tym bardziej dla mnie będzie niebezpiecznie w miejscach publicznych. Wypad po kwiaty i po pizzę potraktowałam jak miłą odskocznię, i nie uciekłam, kiedy żadna z osób mnie obsługujących nie miała maseczki. Ale! Zamówiłam sobie medyczne z certyfikatem antywirusowe z filtrem (oby nie takie jak nasz rząd), żeby mieć, kiedy udam się choćby do fryzjera. Bo jak już będzie zniesiony nakaz używania, to muszę sama się solidniej zabezpieczyć, nie wystarczy samo zasłanianie nosa i ust byle czym… to miało sens, jak wszyscy zasłaniali…

*

Mamy łajdaka a nie ministra rolnictwa. Zbulwersowała mnie wypowiedź na temat przeprowadzonej kontroli w Janowie Podlaskim, jak również wyrażenie chęci zakazu ratowania maltretowanych zwierząt przez organizacje prozwierzęce- pozarządowe. Nie wspomnę już kuriozalne wysyłanie nauczycieli do pracy na roli.

Prezes przemówił grożąc, że użyje wszystkie środki przynależne państwu, w zmuszeniu do wyborów, w dogodnym dla niego terminu. Mnie nie zmusi. Przyglądam się. I jeszcze nie wiem, co postanowię.

Przyglądam się tym wszystkim tarczom… Słucham przedsiębiorców, którzy do tej pory są bez żadnego dofinansowania. Którzy przez pandemię mieli zamknięte swoje biznesy… I znam takich, którzy na swoim koncie mają już setki tysięcy pomocy (obwarowane), bo spełnili warunki, którejś z tych tarcz. I żeby nie wdawać się w szczegóły, napiszę, że te warunki często spełniają firmy dobrze prosperujące, które nie zawiesiły swoich prac, ale ich specyfika i płatności wpasowały się w to, co wymyślili rządzący. I znów tak jak z 500plus ta pomoc często nie idzie tam, gdzie naprawdę jest potrzebna.

Uśmiechniętego i słonecznego weekendu 🙂

P.S. Czy ktoś gdzieś widział bób? OM mówi, że nie będzie w tym roku, ale mu nie wierzę!

Ach, no muszę, bo mało się nie zachłysnęłam (wodą), kiedy z ust ministra aktywów państwowych usłyszałam, że to dzięki niemu i rządowi mamy tak niską cenę na stacjach paliw. No bo przecież za peło to było ho, ho, ho… Łomatko… no sami wzięli i wydobyli tę ropę i na własnych barkach przetransportowali… taaa…

Zanim się pojawiło…

Gęsta mgła (nie mylić z ostrym cieniem) przygnębienia czaiła się już na horyzoncie, czekając na odpowiednią chwilę, żeby sobą otulić… Przechytrzyłam ją swoim powrotem do domu 😉 Minęły dwa dni na pełnej petardzie, gdzie energię czerpałam z radości obcowania. Był wspólny obiad, wspólna szkoła, bo Pańcio stwierdził, że jak już wróciłam, to on chce ze mną się uczyć… Akurat trafiłam na przygotowania do Dnia Matki w edukacji polonistycznej, jaką przesłała nauczycielka na ten dzień. Matkojedyna przecież jeszcze niedawno to ja dostawałam laurki robione w przedszkolu czy w szkole od dzieci (niektóre mam zachowane, bo gdzieś się zaplątały w medycznych dokumentach), a dziś przyglądam się, jak Pańcio robi dla swojej mamy a mojej córki. Ech…

Byłam na cmentarzu… Trochę się obawiałam, bo w czasie zamknięcia cmentarzy, ktoś pokradł donice z krzewami, stojące przy grobie Mam- nie miałam nawet siły o tym wspomnieć na blogu. Ryczałam jak bóbr z bezsilności, choć to nie były łzy z powodu złodzieja, mimo iż uważam złodziejstwo cmentarne za szczególne obrzydlistwo, ale jakaś żałość mnie wtedy dopadła, że ja w DM… więc fontanna uruchamiała się na samą myśl… Właściwie to byliśmy razem, bo OM zadeklarował swą pomoc w uporządkowaniu, ale wystarczyło tylko przetrzeć nagrobek, który i tak się nieźle prezentował, wstawić świeże kwiaty do wazonu i zapalić świece…

W mieszkaniu rodziców jest wiele zdjęć, na jednym z nich jest młoda Mam…

069D01E9-1DEA-4FE0-940D-C7ABD9AA04D6

Patrząc na nie, zawsze się uśmiecham, choć właśnie to zdjęcie dobitnie pokazuje, jak szybko przelatuje życie… I że nie warto niczego odkładać na później. Mama żyła po swojemu, tak jak chciała, w czasie choroby również…

Tęsknię okrutnie, choć wciąż do mnie nie dotarło, że jej już nie ma. Ostatecznie. Że jest tylko we wspomnieniach. Będąc w DM, na każdym kroku czułam jej obecność. Spoglądała na mnie z wielu zdjęć oprawionych w ramki… I rozmawiałyśmy sobie, siedziałam w jej fotelu, używałam perfum, które dostała ode mnie… Brakowało mi tylko świeżych kwiatów w wazonie, które tak kochała i kupowała niezależnie od pory roku… Dużo dla mnie znaczy, że mogłam osobiście zanieść bukiet na grób.

Przygnębienie. Zanim się pojawiło, znikło. Ten dzień (ten czas) będzie radosny. Mimo wszystko.

Patrzyłam dziś na zachód słońca (właściwie wciąż trwa, pisząc te słowa), które przedzierało się pomiędzy liśćmi mojej świętej trójcy widocznej z okna sypialni: brzozy, lipy i świerku… Z każdego okna w domu, również z dachowego, na pierwszym planie wyziera zieleń. Jak przyjechałam, to pierwsze co zrobiłam to zdjęcie z salonu… mimo wycięcia tylu drzew przez sąsiada, nasze jakoś dają radę, tworząc oczekiwany po zimie obraz…

99122076_260250335091873_4710744714645602304_n

Tylko kwiatów na tarasie brak… i byłoby jak zawsze, jakby nic się nie zmieniło…

Uśmiechu dla WAS, w szczególności dla mam! 🙂

 

Migracja…

Przyszedł czas… spakuję kilka rzeczy, zatrę za sobą ślady i po 9 tygodniach jutro znajdę się w domu otoczonym soczystą zielenią. Widziałam, bo OM przez WA pokazywał nie dalej jak wczoraj nasze obejście. Migruję fizycznie, ale czasem się zastanawiam, czy nie udać się na migrację wewnętrzną. Kiedy racjonalność próbuje się porozumieć z szaleństwem, to się nigdy nie udaje. Każda próba kończy się fiaskiem. To szaleństwo może dopaść w każdej chwili, w każdej kwestii. Już wiem, że błędem jest zbyt uporczywie, nie tracąc cierpliwości, tłumaczenie czegokolwiek – odbierane w sensie bo ty MUSISZ. Nic nie muszę. Tym bardziej adwersarz. Szczególnie kiedy ktoś grozi, że może być nie miło. Śmiech.

Wczoraj po publikacji rozmowy dwóch panów o muzyce w kontekście  Listy Przebojów Trójki- panowie zrobili mi wieczór! Ach… wspomnienia, i te kawałki, prawie każdy uruchamiał konkretny obraz z przeszłości. A „Pod papugami” to śpiewałam tym moim kiepskim wokalem, bo to był przefajny czas, kiedy po raz pierwszy tę piosenkę usłyszałam… W ogóle ten piątkowy wieczór był dość sentymentalny, do czego przyczyniła się też wcześniejsza rozmowa na WA z bliską mi Osobą…ech… Aaa i straciłam wątek… Bo pod tą publikacją, dziś widzę linki od koleżanki mieszkającej za oceanem z pewnego portalu (nie będę tu robić reklamy, ale jednoznacznie kojarzącego się z dobrą zmianą) na temat Trójki i jednego z panów. No opadło mi wszystko. Nawet nie kliknęłam. Za to grzecznie poprosiłam o niepodsyłanie mi tych rewelacji. Nie mam zamiaru ani ochoty uświadamiać co rzeczywiście dzieje się w naszym kraju. Ktoś mi niedawno zarzucił, że musi być po mojemu. Nie musi. Niech każdy żyje w swojej prawdzie. Mam do takich osób dystans i swoje poczucie humoru, które go zapewnia.

Młodsze Dzieci dziś wyruszyły w trasę rozwozić zaproszenia po rodzinie. Wciąż nie wiemy, czy będzie możliwe zorganizowanie normalnego wesela, bo jak na razie to mają trzy razy więcej tych zaproszeń niż obecne zapowiadane pozwolenia…

Uśmiechu dla Was 🙂