Idź, idź koniecznie!

Do OM zadzwoniła koleżanka, z którą się znają od podstawówki.

-…czy ty mnie lubisz?

-… znamy się już tyle lat, pewnie, że cię lubię.

No to jak mnie lubisz, to zagłosuj na mnie, bo kandyduję do sejmiku.

-… a z jakiego ramienia startujesz?

A czy to ważne? Ważne, że się znamy i lubimy.

Taa… OM delikatnie oznajmił, że na tę opcję on nie zagłosuje, a jeśli chce poznać szczegóły dlaczego, to mogą się spotkać i koleżance wyjaśni. Ogólnie jednak był wzburzony samą propozycją, że w ogóle ktoś pomyślał, iż odda głos na partię rządzącą. Jako osoba należąca do mniejszości i solidaryzująca się z każdą inną mniejszością, i  jako ten mały przedsiębiorca oraz z powodu miliona innych rzeczy, które go irytują, wnerwiają (delikatnie pisząc), przerażają, smucą, to chyba by mu ręka odpadła, jakby miał postawić krzyżyk przy nazwisku, które firmuje PIS. Z wyborami do rady i na wójta w naszej gminie jest prosto, bo nikt z kandydatów nie należy do żadnej partii, za to są nam i wszystkim znani, więc głos oddany, to głos świadomy. Inny problem to taki, że w niektórych okręgach nie ma na kogo głosować, to znaczy ja bym nie miała, ale w moim te dylematy mnie nie dotyczą. Mam swojego kandydata na wójta i na radnego, a raczej na radną. Ufff… Do sejmiku zagłosuję na opcję partyjną i tu przyznam się, że pewnie w ciemno, aby tylko nie na wiadomo jaką. I trochę mnie to smuci, bo koleżanka OM, która pracowała w urzędzie gminnym, kompetentna, życzliwa, uśmiechnięta i od niedawna po przejściach onkologicznych, byłaby naszą kandydatką bez dwóch zdań. Ale nie będzie.

Nigdy nie miałam dylematu czy iść na wybory, czy nie. (Co innego na kogo oddać swój głos).  Uważam to za swój obywatelski obowiązek i przekazałam też to swoim dzieciom. (Był czas, ze Misiek specjalnie przyjeżdżał, teraz już głosuje w DM). Irytują mnie głosy, że nie pójdę, bo co to zmieni, znów kolejni dorwą się do koryta. To prawda, ale uproszczona. Każdy głos się liczy, bo jeśli tysiące pomyślą tak samo… No właśnie. Nie rozumiem takiej postawy- biernej. Za to czynnej w słowach, gdy pozwalają sobie na krytykę rzeczywistości. Dziwi mnie takie stanie z boku, nieangażowanie się, choćby tylko poprzez oddanie głosu na tych, którzy urządzają nam naszą codzienną rzeczywistość. Bo takie są wybory samorządowe. Bliższe naszemu ciału, odczuwalne na każdy kroku. Niby każdy chce mieć do pracy drogę bez dziur  i chodnik do szkoły, miejsce w dla dziecka w przedszkolu i ciepłą wodę w kranie, ale ruszyć tyłek z kanapy i podreptać do urn, to już niekoniecznie. Niech zadecydują inni, będzie na kogo psioczyć. Ech… Jak słyszę, że jego kandydat i tak nie ma szans, więc po co iść i głosować, to we mnie się gotuje, bo z taką obywatelską postawą, a raczej jej brakiem, to fakt… szansę mają tylko ci, co mają posłuszny, zmobilizowany, fanatyczny elektorat. Oni nie myślą, nie kalkulują, tylko idą karnie głosować.

Chcesz zmian? To zacznij od siebie. Od swojego podwórka. Nie bądź obojętny na to, co się dzieje w twojej małej ojczyźnie, jaką jest wieś, miasto, gmina, powiat, województwo…

Nie interesuje cię polityka? Brzydzisz się nią? No cóż, polityka i tak wejdzie sama do twojego ogródka osłoniętego świerkami, bo moja chata skraju… A to ci zakaże wyciąć starą wierzbę w ogrodzie, za to ogołoci drogę ze szpaleru lip a kule myśliwych będą odbijać się o ściany twojego domu, zlikwiduje przystanek autobusowy… To tak z mojego ogródka. A z twojego? Zastanów się.

Nie masz żadnych argumentów oprócz lenistwa, arogancji obywatelskiej, lekceważenia, żeby w nadchodzącą niedzielę nie udać się na wybory.

Więc idź, zagłosuj.

*

Od rana mam dobry humor, mimo wcześniejszego powstania ku codzienności. No, ale jak ta codzienność zaczyna się  uściskaniem najpierw Pańcia uszykowanego już do przedszkola, a potem wzięcie w ramiona Zońci, która śmiejąca się co chwilę i próbująca już gaworzyć skradła mi całkowicie serce. Nasza dziewczynka jest coraz bardziej rozkoszna :))) I komunikatywna 😉 Wczoraj z rodzicami i bratem pojechała na pradziadkowe ranczo, odwiedzili prababcię, która wizytą była zachwycona, bo z miesiąc księżniczki nie widziała.

Aaa… Zońcia nie została zaszczepiona. Niby lekki katarek, choć dwa dni wcześniej lekarka prywatnie stwierdziła, że jest zdrowa, ale lekarz w przychodni uznał, że w przedszkolu panuje jelitówka (kuzyn Pańcia chory), więc wstrzymał się ze zaszczepienieniem. Piszę to tylko dlatego, że  wbrew ogólnym, fałszywym mniemaniu,  lekarze nie szczepią na siłę dzieci.

 

 

Reklamy

Inwazja…

Czuję się, jak bym została przeciągnięta przez wyżymaczkę. Pogoda ducha gdzieś uleciała, co się i wizualnie na mnie odbiło, bo Tuśka, która jednak przyjechała w czwartek do babci, po powrocie na kablowała do OM, że jestem zmęczona, źle wyglądam, więc ten już snuł wizję, że po mnie przyjedzie, a Julek zostanie na pastwę losu pod blokiem. Wybiłam mu to z głowy. Szczególnie że Mam dostała wypis już po 10., więc około 14. wsiadłam do auta i ruszyłam w drogę do domu. Mogłam, bo przecież Tata nie wyjeżdża na weekend na wieś i mama nie zostanie sama w czterech ścianach. Fizycznie jest okej, psychicznie też nie najgorzej, ale to, że markery poleciały jeszcze wyżej, a na wynik hist. trzeba jeszcze poczekać minimum z dwa tygodnie, nie nastraja radośnie. Umówiłam już do hepatologa (Masko, akurat do Twojej polecanej) na następny wtorek, kiedy będę po piguły. Mogłam zrobić to już na ten wtorek, ale nie bardzo mogę przyjechać, a Mam sama nie chce, to raz, a dwa, dla niej to tempo jest za szybkie. Nie naciskałam, bo akurat w DM będzie wtedy Tuśka na badaniach (dwa dni), a ja zostaję z Zońcią,

Przez te kilka dni pogoda była cudowna, więc przynajmniej cieszyłam oko miastem otulonym barwami jesieni w pełnym słońcu w ciepłym podmuchu wiatru. Niektórych mocno ogłupiła, bo o godzinie czternastej, gdy na termometrze 24. stopnie, widziałam osobę w kurtce zimowej. Od samego patrzenia się zgrzałam 😉

Spieszyłam się, ale… potrafię się już zatrzymać…

43770148_520457615032352_2701549044957708288_n

Potrzebowałam chwili po obcowania z pięknymi okolicznościami, z ciszą. Kocham miasto za jego ruch, gwar, zmienność, ale gdy codziennie jest się w szpitalu, a potem non stop słychać pojazdy na sygnale to… Zatrzymałam się nad jednym z jezior, które mam na trasie, woda zawsze działa na mnie kojąco.

Stęskniony Pańcio, który chwalił się jakie literki i cyferki umie już pisać, więc trochę popisaliśmy, a potem zagraliśmy w grę, mimo iż moim marzeniem było własne łóżko. Ale przecież stęskniony czekał na mnie, więc nie mogłam odmówić. Myślałam, że już odtajałam od złych emocji, że wszystko ze mnie zeszło, ale choć we własnym łóżku szybko zasnęłam, to ranek przywitałam z muszlą w objęciach.

Podobno mamy w kraju inwazję biedronek azjatyckich. Personel na oddziale walczył z nimi, a ja z nim, czyli zakazem otwierania okien 😉  Przy takiej pogodzie? No nie da się! Oprócz biedronek solą w oku pań Pielęgniarek jest nowa ekipa sprzątająca rodem z Ukrainy. Gdy mają swoją zmianę, to oddział zarasta brudem, mchem i paprociami… Żadne wskazówki nie docierają, wszystko robione jest „po łebkach”, a każda uwaga jest odbierana jako… mobbing. Panie (dwie) zaś do pracy przychodzą wypindrzone, że ho ho… Nie widziałam. Ale! Nie odebrałam tego też jako uprzedzenie, złe nastawienie, bo dziewczyny z oddziału znam nie od dziś, więc coś musi być na rzeczy.

To nie jest lekka i przyjemna praca, ale jeśli ktoś się jej podejmuje, to powinien wykonywać rzetelnie. Proste. Jeśli ktoś na ten przykład w ramach buntu, bo uważa, że nałożono mu za dużo obowiązków, zaczyna olewać i markować pracę, to ja tego nie rozumiem. Jestem perfekcjonistką, jeśli chodzi o wykonanie zadań i wyznawcą zrobienia mniej, a porządnie. Zawsze to powtarzam swoim pracownikom. Wtedy widać, że ktoś pracuje rzetelnie, ale nie jest w stanie sprostać wszystkim obowiązkom, więc zostaje odciążony i dostaje  pomoc. Wolniej i byle jak na całym froncie robót, bo np. szefostwo ślepe i głuche na sugestie, więc się nie przyłożę i zadbam o siebie? To ja się pytam, co ty jeszcze robisz w tej pracy? We mnie się wszystko burzy i nie mam litości. O!

 

Miłego, pełnego słońca weekendu! Korzystajcie z pięknej pogody na łonie 🙂

 

Monopol…

Wciąż w moich rękach. Monopol na skorupiaka w rodzinie 😉

Siedzę przy maminym łóżku kolejną godzinę, Mam podsypia, ale zabieg- badanie zniosła dzielnie, jak do tej pory nawet nie miała torsji. Ze mnie zeszły emocje ostatnich dni i te bieżące, które m.in. zafundowała mi Ciocia, łapiąc mnie telefonicznie w taksówce, kiedy jechałam do szpitala i zapewniając o wsparciu,  zaczęła mi chlipać do słuchawki. No moje oczy od razu zareagowały i ostatnimi siłami powstrzymałam wodospad, zła, bo przecież to nie ten czas!

Trafiłam z przyjazdem, bo nie minęło 10 minut, jak z bloku przywieźli mamę. Dorwałam lekarza, który penetrował wnętrzności  i usłyszałam, że nowotworowo czysto. Ufff… głaz z serca. Niestety nie jest różowo, bo wątroba ma się nienajlepiej. Jutro jak dostanę wypis do rąk, to będę mądrzejsza, na dziś wiem, że to nie koniec pielgrzymek po lekarzach.

Ulżyło mi, ale nie potrafię skakać z radości. Ulżyło, bo to znaczy, że zastosowana profilaktyka w maminym przypadku działa. Wciąż. Radości nie ma, bo wyszły inne „kwiatki”. Ale jest uśmiech od ucha do ucha, bo prawie można wykluczyć ciężkie leczenie onkologiczne.

Serdecznie dziękuję wszystkim za wsparcie 😘❤️ I czym prędzej donoszę… czyli publikuję🙂

P.S.

Kończę pisać już w mieszkaniu, bo zostałam porwana przez Tatę na ranczo, które na oczy (nie ze zdjęć) widziałam po raz pierwszy. No okolica cudnie leśna. Potem poszliśmy do pobliskiej Karczmy na obiad- to taki rytuał tatowy, wszystkich odwiedzających w tym moją PT i mojego Przyjaciela tak gości 😉 Żarło dobre- grzybowa z własnymi kluseczkami, pychotka. Tuśka miała przyjechać najpierw dziś, ale wybiłam jej to z głowy, a potem jutro, ale doszłyśmy do wniosku, że jak ja zostaję, a Mam wychodzi, to bez sensu, szczególnie że w przyszłym tygodniu będzie dwa razy, a dziś jeszcze były u babci Młodsze Dziecka, z którymi wczoraj spędziłam popołudnie, bo to też rytuał, że jak przyjeżdzam, to wychodzimy razem, gdzieś zjeść.

Zońcia była u p. Doktor, która stwierdziwszy, że na cztery miesiące to pięknie się rozwija, po czym Tuśka ją uświadomiła, że księżniczka ma 2,5 mięsiąca 😂 No, ale panienka waży prawie 6 kg, zaczyna gadać, pije mleczko do dna i śpi całe noce nawet po 12 godzin, na głowie ma gęstą czuprynkę i zniewalający uśmiech, więc mogła się p. Doktor zasugerować, że jest starsza😀 Oj tęsknię, bo kilka dni już nie widziałam, nie tuliłam. I za Pańciem też, ale z nim mogę sobie pogadać na WA.

Jestem już w łóźku, Tata też, bo przyznał mi się, że w nocy nie mógł spać  i już o 4. był w biurze, w którym zastał Miśka drukującego 6 projektów, co przyjął z ulgą, bo myślał, że ktoś się włamał, gdy zobaczył otwartą kratę na drzwiach. A potem mój Przyjaciel, syn jego śp. Przyjaciela przewiózł go S3 pędząc 220 na godzinę, bo potrzebował konsultacji w ŚM, gdzie ma inwestycję. Tak że tak- oboje mieliśmy dziś sporo emocji, więc po powrocie już tylko łóźko😉

 

 

 

 

 

Barwy (nie)przyjazne…

Wokół nastały barwy jesienne. Jeszcze nieprzeważające w swej żółci i czerwieni, bardziej nostalgiczne niż wesołe, ale to kwestia czasu, kiedy zieleń zniknie zastąpiona szarością, brunatnością…  W słońcu te barwy są nawet przyjazne, miłe dla oka, kiedy spod kołdry z wilgotnej mgły wyłania się poranek i zapowiada miły dzień. Bo każde codzienne powstanie ze słońcem może być miłe, mimo trudów codzienności czekających za drzwiami sypialni.

Przejeżdżając w tygodniu przez miasteczka i wioski widziałam już domy ustrojone dyniami. Nasze wciąż jeszcze na polu, trzeba w końcu ogarnąć temat, bynajmniej nie z powodu upiększania (nie mam w tym roku wrzosów na tarasie) tylko jako deseru dla skrzydlatych. I jeszcze kilka tematów do ogarnięcia, którymi wcześniej nie musiałam się zajmować…

Jutro znów pakuję walizkę i jadę do DM. Brakowało mi ruchu, to mam. Nie wiem na jak długo tym razem, bo to zależy od wielu czynników. Nałożę na siebie barwy wojenne, bo idę kolejny raz na wojnę… ze swoimi słabościami, lękami, niemocą. Wczoraj usłyszałam słowa od Mam, jeśli się nie obudzę… Potrafimy o tym rozmawiać z uśmiechem, to taki sposób, żeby oswoić temat. Tyle że realne ryzyko od tego nie zniknie. I trzeba się z nim zmierzyć.

Ale na razie to pieczołowicie wsmarowuję we własną twarz pierdylion kremów. Trzy. Cztery jak wliczyć szyję. Normalnie jestem w szoku, bo robię to już przez kilka dni systematycznie. Jak nie ja. No, ale przecież nie pozwolę, żeby się zmarnowało, przeterminowało tyyyyle kasy 😉 Co z tego, że nie mojej, ale sama świadomość, że ja nie wydałam tyle na wszystkie kremy (trochę przesadziłam z tymi „wszystkimi kremami” ale do samej face to już na pewno) razem wzięte przez całe swoje życie, tak mnie zdopingowała, że codziennie siadam grzecznie przed lusterkiem i dokonuję dzieła. Z namaszczeniem. Biorąc pod uwagę, że każda, nawet banalna czynność odrywa mnie od natarczywych myśli, to może zacznę się w końcu malować. Przeczytałam nawet instrukcję jak zmienić rysy twarzy. Nic z niej nie zrozumiałam. Pomijam fakt, że nie posiadam ani pędzelka, ani farby, tfu, korektora, chyba. Doszłam do wniosku, że jestem ułomna w kolejnej dziedzinie. Pierwszą są diety, już na samym czytaniu polegam, stwierdzając, że są dla mnie za trudne. Identycznie jest z makijażem. Od samego nadmiaru tego co się powinno położyć pod oczy, na nos, kości policzkowe, brodę, żeby wyglądać atrakcyjnie, robi mi się słabo. Odnośnie diet to przynajmniej mam pojęcie, co jest zdrowe, a co mniej i w teorii mogę uchodzić za eksperta. No prawie. Odnośnie makijażu jestem totalny neptyk, obecnie używam tylko pudru i szarej kredki, i to od święta. No nie ma czym się chwalić, bo zazdroszczę umiejętności innym kobietom, subtelnego podkreślenia swojej urody.

Przyjaciółka do tematu odchudzenia się podeszła profesjonalnie. Z powodu zdrowotnych. Znając swoją silną wolę do nie posiadania silnej woli w tej kwestii, udała się do dietetyczki. Ta fachowo wzięła się za temat, wysłała na badania, zmierzyła, zważyła, oprocentowała wszystko co możliwe i wydrukowała co można jeść, a czego nie po dwutygodniowej ścisłej diecie i wystawiła rachunek. Gruby. Przyjaciółka ścisłą dietę przeżyła, nie stosując się do niej ściśle. Schudła kilogram a może półtora, przy okazji spadło coś co miało spaść, wystarczająco, aby stwierdzić, że kierunek dobry i została puszczona na szerokie wody. I tu powstał problem, bo bez konkretnego jadłospisu porusza się jak dziecko we mgle. Sama lista produktów nie wystarczyła, by ogarnąć temat. Przy kolejnej wizycie upomniała się o „książkę kucharską” autorstwa dietetyczki, która podeszła ze zrozumieniem do problemu i obiecała takie tygodniowe menu stworzyć. Efektów jeszcze nie znam.

Ale do czego zmierzam, ano że warto czasem udać się do specjalisty, jeśli samemu  czegoś nie ogarniamy, a bardzo nam zależy. Albo potrzebujemy. Dla się.

Nie jest idealnie…

Wydawało mi się, że jestem już ponad to, że potrafię odpuścić, machnąć ręką na wrodzoną męską głuchotę, która objawia zawsze wtedy, kiedy to własna baba do niego mówi. Najczęściej potem słyszę „nic nie mówiłaś”. Staram się już nie czepiać, choć czasem jest to trudne, gdy to mnie wmawia się demencję. Niby przywykłam, w końcu nie od dziś jesteśmy razem, ale…

Są takie chwile, że człowiek chce wierzyć, iż został wysłuchany. Nigdy nie pojmę, dlaczego z szeregu istotnych wiadomości zostaje zapamiętana tylko ta najmniej ważna. Powinnam się zamknąć w sobie, ale chyba napięcie ostatnich dni potrzebowało ujścia. I wylazło. Wcale mi nie ulżyło, bo zdałam sobie sprawę, że to też i moja wina. To moje samozosiowanie, nieobarczanie odbiło mi się czkawką i pianą na ustach. Najgorsze jednak jest to, że czuję niesmak własnego wybuchu i smutek… z powodu rozczarowania. Sobą. Nim.

*

Przed Zońcią pierwsze po szpitalnym szczepienie. W Sejmie przegłosowano do dalszego procedowania projekt obywatelski antyszczepionkowców. Jestem całym sercem za dyskusją, rzetelną. Uświadamianiem. Ale ani podtrzymanie, ani zniesienie obowiązku szczepień nie przyczyni się, że świadomość rodziców wzrośnie, że nie będzie już żadnych obaw i teorii spiskowych. To nie politycy powinni o tym dyskutować, ani decydować. Wiedza o potrzebie szczepień i zagrożeniach jakie wywołuje ich brak, powinna być dostępna już w szkołach. Sami lekarze powinni edukować rodziców, odpowiadając na wszystkie pytania i wątpliwości, nie podchodzić do tego tematu rutynowo. Ministerstwo zaś powinno refundować najlepsze i bezpieczne szczepionki oraz opracować nowy, bardziej przyjazny kalendarz szczepień, o ile jest taka potrzeba.

I tak mnie ciekawość zżera, co taki zażarty antyszczepionkowiec- bo przecież medycyna idzie wciąż do przodu, a zachorowalność na raka coraz większa, więc każdy jak nie osobiście to u swoich bliskich doświadczy skutków tej choroby, często śmiertelnych, ale przede wszystkim uciążliwego, często zagrażającego życiu leczenia- zrobi, jeśli będzie szczepionka chroniąca przed rakiem (upraszczam tu, bo jednej nigdy nie będzie na wszystkie raki, a często jest to tak jak w przypadku szczepionki przeciw HPV, czyli najbardziej onkogennymi typami wirusa wywołującego m.in. raka szyjki macicy- obecnie nawet uważa się, że wszystkie raki szyjki macicy są poprzedzone przewlekłą infekcją HPV, więc…  niedługo być może będzie też dostępna szczepionka na czerniaka) to się nie zaszczepi, bo stwierdzi, że to samo zło i nabijanie kasy firmom farmaceutycznym.

Jak dobrze być…

Onkocelebrytką  stałą pacjentką oddziału onkologicznego. Znaną i lubianą😉

Od Profesora wyszłyśmy ze skierowaniem na laparoskopię dla Mam- markery podskoczyły o 10. Przy okazji zarejestrowałam też Tuśkę- za dwa tygodnie ma rezonans, usg.  i markery. Na izbie przyjęć zapytałam się znajomej pielęgniarki o ustalenie terminu i zostałam pokierowana  do sekretariatu na oddziale.  Zanim do niego dotarłam, to przez uchylone drzwi gabinetu ujrzałam moją p. Profesor, więc się przywitałam i poinformowałam, że jestem z Mam ze skierowaniem z Genetyki. Pani Profesor wypytała co się dzieje i poszła z nami do sekretariatu i nakazala pani sekretarce wyznaczenie jak najszybszego terminu i od razu wystawiła kartę Dilo. W następny  wtorek Mam zostanie przyjęta do szpitala. Z podejrzeniem, że gad siedzi w otrzewnej. Zajrzałam też do p. Pielęgniarek, a te uśmiechnięte na mój widok, ale i zdziwione, przyjęły informację, że za tydzień oddam im mamę pod opiekę. Życząc sobie wzajemnie miłego dnia i do zobaczenia, jakby to nie był szpital i oddział operacyjno- onkologiczny, opuściliśmy budynek i teren kliniki z uśmiechem na ustach. (Na izbie spotkałam Danusię, z którą leżałam prawie dwa lata temu i nie powinnam już ją spotkać na chemii, ale  dziad wrócił po roku- przywitałyśmy się serdecznie; to jest paradoks tego miejsca, że radość ze spotkania ma posmak goryczy). Mam tylko skwitowała, że nie wiedziała, iż tak szybko to się potoczy, trochę jest zszokowana tempem, (jak to PT skwitowała: za dobrze to załatwiłaś 😉), ale m.in. dlatego jestem przy niej, żeby reagować jak najszybciej, bo znając własną rodzicielkę, to z tym skierowaniem udałaby się najpierw do domu, odczekała parę dni i dopiero pojechałaby ustalić  termin, który pewnie nie byłby za tydzień tylko dłuższy.

Mam ma w sobie dużo pogody ducha przy tym wszystkim, żartuje sobie, że w tym wieku to prędzej by się śmierci spodziewała niż raka. Ulżyło jej, że już wie kiedy zabieg, bo nic gorszego nie ma, jak takie bycie w zawieszeniu i czekanie. Jedynie co, to się zapytała, co to będzie, jak będzie musiała brać chemię. Szybko odpowiedziałam, że na razie o chemii nie myślimy i w ogóle nie wybiegamy za daleko, tylko ogarniamy temat na bieżąco, na co  skwapliwie przystała. Ufff… mnie samej na myśl robi się słabo i nie wyobrażam sobie tego, więc nie myślę… I nie tylko mnie, bo gdy przyszły Dziecka Młodsze do mieszkania, to Misiek też mnie się o to zapytał. Ech… Za to Mam planuje święta, jakby nowe siły w nią wstąpiły, nie tak jak w tamtym roku, z obawą czy sobie poradzi… Wiem, że tu zadziałał mechanizm obronny, w końcu mamy te same geny. Zamiast szykować kreację do trumny i miejsce na cmentarzu- działamy! Bo na płacz, wyrywanie włosów z rozpaczy oraz ogólną beznadzieję jest jeszcze czas!

Przy okazji odebrałam swój wypis, i krwinki poleciały ciut w dół, hgb też, ale nie będę się tym na razie przejmować. Muszę bardziej zadbać o to co jem, bo po szaleństwie i dobrobycie lata, różnorodnych warzyw i owoców wcinam jakby mniej. A moce będą mi teraz bardzo potrzebne.

 

Obejrzałam „Kler” i nie będę się w temacie rozpisywać, bo recenzji w necie zapewne wiele. Napiszę tylko, że film genialnie obnaża Kościół, który stoi poza prawem, jego chciwość, władzę i żądze. I przede wszystkim hipokryzję. Oczywiście to nie jest cała prawda o Kościele, ale o jego grzechach, a tych jest wiele. I ja nie do końca zgadzam  się ze stwierdzeniem, które według mnie jest uproszczeniem, że Kościół jest święty, a grzeszni są ludzie, bo Kościół to instytucja, która przez wieki całe funkcjonuje tak, że do świętości jej daleko. Dopóki nie będzie przejrzystości w finansowaniu, to niestety powiązania z politykami, biznesmenami będą zawsze. W pewnej chwili pomyślałam sobie, że to obowiązkowy film dla tych wszystkich „ moherowców”, którzy ostatni swój grosz wysyłają do Torunia, rzucają na tacę. Fakt, w niewypełnionej do ostatniego miejsca sali kinowej, bo dzień powszedni i godzina nie dla ludzi pracujących i, choć  nie było młodych wśród oglądajacych i przeważały siwe głowy, to raczej płonne moje nadzieję, że był tam ktoś, komu nagle otworzyły się oczy. Chociaż powiem tak, że niby nic nie było czego się nie spodziewałam, o czym nie wiedziałam, to jednak były momenty, w których mocniej ścisnęło mi się serce, bo to taka „piguła” trudna do przełknięcia. Film z dużym akcentem na pedofilię.

Polecam! I oby rozpętał dyskusję, ale nie tylko między zwykłymi ludźmi, ale pomiędzy Kościołem a katolikami, władzami naszego kraju.

I pięknie się zbiegło z milionowym zadośćuczynieniem dla ofiary księdza, które to ma zapłacić instytucja kościelna. To precedens, bo Kościół najchętniej umyłby ręce od odpowiedzialności finansowej.

Oczekiwania a rzeczywistość…

Człowiek zawsze czegoś oczekuje od życia. Ma plany i marzenia. Takie konkretne i bardziej zwariowane, ale przecież dziś wszystko jest możliwe, tylko czasem potrzebuje więcej czasu.

Czas bywa sprzymierzeńcem, ale niestety też i wrogiem, bo gdy już wydawałoby się, że człowiek wyszedł na prostą i ma przed sobą spokojne życie u boku ukochanej, to los wystawia go na próbę.

Długo czekali na bycie ze sobą, tak legalnie w świetle dnia codziennego bez ukrywania się. Ona nie potrafiła odejść od męża pijaka, bała się reakcji rodziny, przyjaciół, znajomych na nowy związek,… On wolny, z byłą żoną i dziećmi w dobrych stosunkach, cierpliwie (raz mniej, raz bardziej) czekał, zadowalając się ukradkowymi spotkaniami trwającymi dziesięć lat. W końcu podjęła decyzję o rozwodzie, zamieszkali razem, po jakimś czasie wzięli ślub. Obojga dzieci dorosłe, samodzielne, choć jej syn jakby mniej, ale mieszkał osobno w jej starym mieszkaniu. On starszy od niej, na wcześniejszej emeryturze, z zasobnym portfelem, ona akurat ze względu na redukcję etatów została zwolniona Mogłaby nie pracować, bo własne pieniądze ma z wynajmu mieszkania po rodzicach, a kiedy choroba syna wymusiła wspólne zamieszkanie, również z własnego poprzedniego mieszkania, które wcześniej spłaciła byłemu mężowi. Ale się uparła, że do emerytury będzie pracowała i już. Nie tak sobie wyobrażał drugie małżeństwo, gdzie wspólny czas okrojony został przez jej niestandardowe godziny pracy, chorobę i sprawowanie opieki nad dorosłym synem, zamiast choćby wspólnych podróży tych małych i dużych, spotkań kulturalnych i towarzyskich. Przyszło rozczarowanie. Pojawiły się pretensje pod płaszczykiem uszczypliwej ironii czy sarkazmu. Tym bardziej bolesne, bo rzucane głośno, w obecności jej przyjaciół.

W życiu, w związku nie zawsze jest miło, nie zawsze jest idealnie, ale kiedy jest obopólny szacunek, to więź zbudowana na nim i na miłości, będzie trwała i pozwoli pokonać każdą rafę. Oby im się udało…

*

Pojechałam wczoraj do domu rodziców, zabrać jeszcze kilka rzeczy. I to był błąd, że pojechałam tam sama. Kiedy już zniosłam leżaki, dwa sekatory, kilka kolejnych półmisków i zajrzałam do szuflady wypełnionej bateriami, żarówkami, a potem do drugiej z koszyczkami do chleba z pięknymi serwetkami… coś we mnie pękło. Usiadłam na kanapie i… się poryczałam. Sobota a dom pusty i dla mnie już zawsze taki będzie… I jeszcze ta świadomość, że wyniki Mam się potwierdziły- we wtorek wizyta u Profesora.

Dobrze, że wieczorem zostałam otulona w zaprzyjaźnionym domu, serdecznością i gościnnością- nakarmiona pysznymi gołąbkami. Uśmiech i śmiech, wspólne kibicowanie naszym siatkarzom, radość najmłodszych ze wspólnej zabawy, to wszystko zagłuszyło niepokoje, które mnie nękają.

Siła bierze się też od tych, którzy cię otaczają.

Dla WAS moje wielkie podziękowania! :*

 

Julek obłędnie pachnie… świeżo wędzoną własnej roboty kiełbachą, którą mi sprezentowała Tuśka, jak zabieraliśmy Pańcia do Przyjaciół, a wracając, wyleciało mi z głowy, że mam w aucie jakąś dodatkową torbę, bo mi Policja wjazd zatarasowała na własną posesję. I ciut się zestresowałam, bo gdyby tak wyszło szydło z worka, że piwo bezalkoholowe wcale nie jest pozbawione alkoholu, to miałabym się z pyszna ;). I tak kiełbacha spędziła noc z Julkiem, a że ten stał pod wiatą, a nie w garażu, i rano po obudzeniu było ZERO stopni, to noc przeżyła bez uszczerbku 😉

Boguśka:) specjalnie dla Cię, żebyś sobie nie uszkodziła tych swoich drewniaków, melduję, że Rodzina stwierdziła, że nie umrę z powodu kaszlu, a ta śladowa ilość, to się sama wchłonie. Osłuchała, pogadała i kazała się inhalować 🙂

I znów pakuję walizkę i jadę do DM.

No i nasi siatkarze są najlepsi!!! W pięknym stylu dali mnóstwo radości.