Przezornym być…;)

OM umówił nas w UW, a konkretnie w Biurze Paszportowym, by ów dokument wyrobić, gdyż nasze stare paszporty straciły ważność. (Oprócz nas również LP z mężem i ich nieletnim dzieckiem; śmiejemy się z LP, że będziemy przygotowani na ucieczkę przed wojną hybrydową, jaką ponoć nie tylko Białoruś z Rosją, ale również UE prowadzi wobec naszego kraju ;)). Zrobił to za moimi plecami, informując trzy dni przed, kiedy to i o której mam się zgłosić. Zaprotestowałam, bo na ten dzień miałam już umówioną wizytę w salonie fryzjerskim i kosmetycznym i za nic nie mogłam ani nie chciałam przełożyć, gdyż wiązałoby się to z odległymi terminami. Jedynym wyjściem było zmienienie godziny udania się do BP. Udało się, bo miał tam swojego człowieka, który trochę pomarudził, że z kobietami to tak zawsze, i czy na pewno 40 minut mi wystarczy na załatwienie sprawy i przemieszczenie się po ŚM. Pozostała tylko kwestia zdjęcia. Ucieszyłam się, że całkiem niedawno- półtora roku temu- wyrabiałam dowód, więc posiadam. Wszak przez ten czas facjata mi się nie zmieniła, zmarszczek mi nie przybyło ;p Komisyjnie z OM obejrzeliśmy i stwierdziliśmy, że na zdjęciu to wciąż obecna ja, a w razie czego uprę się, że zdjęcie robione 2-3 miesiące temu. Po czym wieczorem, dzień przed złożeniem wniosku, olśniło mnie, że będę musiała podać dowód osobisty, na którym jest data jego wydania i zostanę złapana na kłamstwie. I oczywiście zdjęcie nie przejdzie, bo w przepisie jest, że ma być aktualne- jak się nie mylę to do pół roku. Na szczęście miałam rano zapas czasowy, więc zrobienie zdjęcia nie było problemem, tyle że doszedł kolejny punkt programu na ten dzień ściśle określony w ramach czasowych.

Wszystko poszło dobrze, nigdzie się nie spóźniłam (nie lubię), a mając jeszcze 15 minut zapasu do wizyty u kosmetyczki, zajechałam do kwiaciarni i kupiłam wrzosy oraz trawę… Przyrzekając sobie, że to już ostatnie zakupy do ogrodu, i jak na razie dotrzymuję słowa, choć już się kopie kolejny dołek (tak tak, sam się nie kopie, bo nie ma w co ;)), tyle że nie wiem, czy coś nowego zakupię w to miejsce, czy przesadzę młodą samosiejkę rosnącego już kilka lat krzewu.

tu widać też żurawki 🙂

Przy okazji, bo akurat był wolny termin u notariusza, sporządziliśmy testament wzajemny. Już jakiś czas temu postanowiliśmy, że to będzie najprostsze rozwiązanie. Wprawdzie w prawie polskim niestety sam akt testamentu nie jest wystarczający, żeby po śmierci jednego z małżonków uruchomić wszystkie wspólne środki i jest potrzebna kolejna wizyta w sądzie czy u notariusza, żeby testament wszedł w życie, i to z dziećmi, którym ustawowo przysługuje zachowek, ale to już żaden problem. I niewielkie koszty.

Ale! Na razie to cieszymy się życiem, zabezpieczając tyły, że tak powiem 😀 Pięknie ciepłym i słonecznym wrześniem, mimo iż czas umyka w zastraszającym wręcz tempie. Ciągle jest już piątek… i koniec kolejnego tygodnia…

Mam już termin trzeciej dawki szczepienia, sama go sobie ustaliłam, i obym tylko w zdrowiu dotrwała do niego. I zrezygnowałam z testów na przeciwciała, po rozmowie z Rodzinną.