Prawie idylla… ;)

Miałam zamiar radośnie i z entuzjazmem podejść do dzisiejszych literek jeszcze na haju z wczorajszego ciepłego słonecznego popołudnia i gorącego, żywiołowego długiego wieczoru… a tu… gardło mnie pobolewa, katar z nosa się leje… ech… Jak do tego dodam jutrzejszy wyjazd do ŚM, a potem prosto do DM, w którym to na te dwa dni zapowiedź jest bezchmurnego nieba z temperaturą 29 stopni i które to wcale mnie tak mocno nie uśmiechają, to mój entuzjazm ulotnił się jak powietrze z przekłutego balonika. Może limit śmiechu i beztroski wyczerpałam już wczoraj?

Garden Party pełen wigoru, śmiechu, plusków i pisków. Tak, tak za sprawą dzieci. W ogrodzie postawiono duży akwen wodny ;p. Kiedy Tuśka przywiozła Pańcia, który miał z nami zostać na imprezie, to Zońcia najpierw się zdziwiła, że w obcym domu wita ją babcia, a potem widząc basen, stanęła koło niego z miną Shreka, po chwili próbując wdrapać się do niego i prosząc werbalnie, że ona chce pływać. W tym wieku brak stroju nie przeszkadza, ale do basenu jako asekurant musiał wskoczyć starszy brat, przygotowany na tę okoliczność.

Ale nie tylko za sprawą dzieci było radośnie, których w sumie po zabraniu Zońci do domu przez Tuśkę było sztuk sześć, bo dorosłym ten wigor i pierwszy dzień wakacji mocno się udzielił. Żartów i śmiechów nie było końca, przy dobrym jedzeniu bez poważnych tematów, politykowania- ot, beztroski czas. Choć trudno było uniknąć jednego tematu- szczepień. Powód?- oczywiście podróże, wakacje! Kolejna fala, nowa mutacja. Byłam zaskoczona pozytywnie, bo nie było nikogo przy stole, kto byłby im przeciwny. Fakt, dwie osoby jeszcze niezaszczepione, ale reszta przynajmniej po pierwszej dawce lub w pełni. Szczepionki czekają, można w każdej chwili podjechać i w tym samym dniu się zaszczepić. LP czekała na odzew z naszej wiejskiej przychodni, bo był komunikat, że jak się uzbiera 10 osób, to będzie można zaszczepić się jednorazową J&J. Zgłosiły się tylko dwie osoby. Wyszukałam, że w Domu Kultury w Miasteczku jest punkt szczepień, w którym szczepienia odbywają się codziennie bez rejestracji. Zajechałyśmy tam w drodze powrotnej z ŚM. LP poszła się dowiedzieć, a ja…no sami zobaczcie, w jakich pięknych okolicznościach moja przyjaciółka dostała czipa… ;pp

miastowa kwiecista łąka 🙂

Czyż nie piękniej wygląda niż krótko przystrzyżony trawnik przez brak deszczu spalony słońcem? No ba!!!Ja się zachwyciłam. A na cmentarzu wzruszył mnie mój „dzieciak” jak go nazwała Aliś… I jak tu zaprzeczyć, że dzieci rosną jak na drożdżach… 😉

Obawiam się o jego los, ale na razie cieszę się widokiem. Ławeczkę mam zaraz obok na tych kamyczkach- śmieję się, że mnie jeszcze cienia nie daje, ale Mam już tak…

A tu moje ogrodowe makówki.

jest ich dużo więcej, na kompocik starczy ;pp

Pięknej niedzieli, dobrego tygodnia dla Was- słońca ma nie zabraknąć, więc tylko wystarczy postarać się o uśmiech 🙂

ps. oparłam się wczoraj trzem rodzajom ciasta- szok. Pan doktor kazał mi jeść dużo mięsa, a ja ostatnio jakoś tak niechętnie, za to zieleninę i owoce owszem. Ale! Również i słodkie, więc zapychałam się, tracąc apetyt na treściwy pokarm z żelazem i kwasem foliowym. No to się wyrzekłam. Nawet lodów! Dziś już będzie piąty dzień. Ale absolutnie nie na stałe i w jakimś długim ciągu abstynencji.