Uciekające majowe dni…

Za szybko. I to jedyny mankament tegorocznego maja. Nie potrafię narzekać na pogodę, która dla większości jest kapryśna, mokra i zimna. Mnie satysfakcjonuje, w końcu nie muszę narzekać na suszę 😉 I wolę temperatury 15-20 stopni, niż 25-30. Deszcz mi nie przeszkadza, bo nie było ani jednego dnia, żeby lało bez przerwy i nie można było wyjść do ogrodu. Mogę to robić o różnych porach dnia, a swoje zajęcia dopasowywać do pogody. Nawet jeśli nie uda się zjeść śniadania na tarasie, bo poranny chłód doskwiera, to po kilku godzinach znajdzie się taki moment, gdy słońce przygrzeje mocniej, wiatr się uspokoi. Jestem czujna i wykorzystuję takie chwile… 😉

w oczekiwaniu na kawę…

Jedyny żal, to że maj już się kończy…mógłby trwać przynajmniej dwa razy dłużej. W tamtym roku zostałam z niego okradziona, spędzając ten czas w mieście zamkniętym obostrzeniami, to w tym cieszę się jak głupia. Czas, kiedy mogę wyjść przez taras do ogrodu, uważam za najpiękniejszy w roku.

od Tuśki…

Tęsknię… jeszcze bez łez nie potrafię myśleć, pisać…

Niedawno koszona trawa już wymaga ponownego strzyżenia. A tu kolejne kwiatki się rozpanoszyły po całej posesji…

zawilce?
nawet pod ogonem Mysi 😉

Mysi po ablucji i strzyżeniu w profesjonalnym salonie w pierwszej chwili nie poznałam i kiedy wysiadłam z auta, pomyślałam, że obcy pies mi wbiegł przez otwartą bramę.

tegoroczna krzewuszka, stare krzewy zostały wycięte kilka lat temu 😦 za nią rośnie czarny bez, a za nim biały i fioletowy…

W tamtym roku o tej porze jadłam czereśnie prosto z drzewa. To nic, poczekam cierpliwie, aż dojrzeją, szczególnie że…

Znów mnie dopadł ból żołądka, identyczny jak poprzedni. Wyciął mi czwartek z życiorysu… Wokół wszyscy zdrowi. Nie mam pojęcia, z jakiej przyczyny się pojawił. Żołądek się uspokoił, ale za to obudziłam się z bólem głowy. Właściwie to obudził mnie telefon Tuśki z nieoczekiwaną, ale miłą wiadomością.

Pogodnego i uśmiechniętego weekendu 🙂