Przesadzone…

Nie jestem i nigdy nie byłam wesołkiem ani nie tryskam optymizmem dwadzieścia cztery godziny na dobę. Myślę nawet, że od jakiegoś czasu staję się coraz bardziej smutną osobą, a przynajmniej smutek coraz częściej mnie nawiedza. Acz staram się widzieć plusy w każdej sytuacji. Dostrzegać dobro i piękno wokół. Tak już mam. I może mniej we mnie tej zewnętrznej radości, to ta wewnętrzna wciąż jest, bo ją w sobie pielęgnuję. Nie snuję czarnych wizji, potrafię zweryfikować pragnienia, oczekiwania i cieszyć się drobnymi ulotnymi rzeczami. Być może nauczyło mnie tego przewlekłe chorowanie, dlatego skutki pandemii nie odczuwam już tak dotkliwe, co nie znaczy, że w ogóle. To był niełatwy rok z różnych powodów i tak sobie myślę, że choć jestem emocjonalną osobą- wylałam wiele łez (wzrusza mnie słowo i obraz)- to jednak wciąż nie straciłam swej siły wewnętrznej, psychicznej- ona chyba rośnie wprost proporcjonalnie jak tracę tę fizyczną 😉

Wyciskam każdy dzień jak cytrynę. Krzywiąc się i śmiejąc się. Raduje mnie ta wiosna, która wybuchła nagle; po mokrych dniach nastąpiły ciepłe i roślinność oszalała, zieleniąc się z każdym dniem obficiej.

zdjęcie z niedzieli; na pierwszym planie jeszcze nieubrany w zieloną szatę orzech, ale to już się zmienia, wgłębi kwitnąca czereśnia… widok z mojego tarasu…

Jadąc do Miasteczka na dolotowej drodze do głównej, mijam wrota zapraszające do lasu…

Korzystam prawie za każdy razem. Niedługi przystanek, kilkaset kroków, minuty wyciszenia, reset…

Wczoraj zatrzymałam się na dłużej, aby wysłuchać koncertu żab…

żadnej żaby nie widziałam, ale koncertowały koncertowo 😉

Że też im się chciało w taki upał…

W ogrodzie pachnie obłędnie. Czereśnie już powoli przekwitają, sypiąc z płatków swoisty dywan, budzi się bez (w tym roku z dużym opóźnieniem), magnolia po przejściach- co widać- ale rozkwitła…

Wciąż jeszcze kwitną wczesnowiosenne kwiaty…

A ja nie mogę doczekać się kwitnięcia piwonii.

Jabłonie rozkwitają i oszałamiają swym zapachem…

Ogród jest zdziczały, długoletnie stare drzewa owocowe, a pośród nich różne kwiatki i krzaczki, a chwasty mają się dobrze, wszystko żyje w zgodnej symbiozie (tak, wiem, symbioza zawsze jest zgodna ;p) ;). To wspólna przestrzeń pomiędzy dwoma domami- naszym i rodzinnym domem OM. Ale jest jeszcze ta z drugiej strony naszego domu, gdzie rosną drzewa owocowe: czereśnie, wiśnie, grusze, śliwy, jabłonie… Z każdej strony otaczają nas zapachy kwitnących owocowych kwiatów…

Spędzam teraz mnóstwo czasu na powietrzu, sycąc oczy feerią barw, bo to najpiękniejszy czas, a przy okazji coś tam podłubię w ziemi: posieję, posadzę, przesadzę… Jak truskawki, które powychodziły pomiędzy drzewkami brzoskwini, krzaczkami ozdobnymi, w trawie…

niewielkie poletko 18 krzaczków, resztę sukcesywnie przesadzam poza skrzynię.

Ale nie tylko zapachami żyję, karmiąc się widokiem kwitnącej rzeczywistości. Dogadzam sobie również smakowo. Codziennie truskawki (kupne, zanim własne zaowocują), borówki, maliny, do tego jogurt i morwa biała oraz orzechy. A na deser szparagi…:)

Wszystko to pochłania mi mnóstwo czasu, zajmuje myśli, bo choć niektóre niepokoje znikły, to zaraz pojawiają się inne, różnej natury. Mniej lub bardziej ingerujące w moje/nasze życie. Ech… choćby taki drobiazg jak nadmierne wypadanie włosów. Ten proces trwa już kilka tygodni i biorę pod uwagę kilka przyczyn, ale najbardziej prawdopodobna, a zarazem przerażająca to ta, że to wina piguł. Piąty rok łykam codziennie dwie garści chemii. Przerażająca, bo już się tego procesu nie zatrzyma…bez odstawienia.

Ale na razie to się cieszę, że lawenda jednak nie umarła, zaczyna się odradzać… ech jak niewiele potrzeba do uśmiechnięcia się.

Uśmiechu dla Was 🙂 I wybaczcie, że nudna się staję, pisząc o zieleninie wszelkiego rodzaju, ale to miejsce jest ku pamięci… li tylko ;p

I musiałam odreagować po wczorajszej długiej rozmowie telefonicznej…trzeci rozwód wśród moich najbliższych…