Porządki…

Przekopałam się przez papiery i zgrabny stosik zawiozłam do ZUS-u. Już myślałam, że polegnę, ale jakoś przebrnęłam przez własne bałaganiarstwo, kolejny raz obiecując sobie, że teraz już systematycznie będę składać według dat spinać, zszywać, sklejać. Wydawało mi się, że właśnie tak robię, wrzucając je do szafki na półkę; w praktyce jednak okazało się, że nie dość, że się wymieszały, to jeszcze brakowało dwóch wypisów ze szpitala. Jakim cudem? Normalnie przepadły jak skarpetki w pralce. Przejrzałam wszystkie torebki, po czym stwierdziłam, że wypis z kwietnia mógł zostać w torebce, którą zostawiłam w DM, bo w tym czasie przecież koczowałam w mieście. Po godzinie przyszło olśnienie, że przecież w marcu dostałam piguły na 8 tygodni zamiast standardowo na 4. Wrześniowy wypis zaginął i nie mam pojęcia, jak do tego doszło, bo wydawało mi się, że w czeluściach szafki wszystkie medyczne papierzyska są bezpieczne. Trzy godziny plus kawał podłogi zajęło mi kompletowanie, a w samym ZUS-ie byłam trzy minuty. Chciałabym wierzyć, że to ostatni raz, ale musiałby się stać cud…

Wykorzystując bytność w Miasteczku zajechałam do ogrodniczego. Zakupiłam sałatę i krzak kaliny, w miejsce innego kwitnącego krzaczka, który niestety nie obudził się już tej wiosny…

zanim posiana wzejdzie….

Nocne przymrozki nie zaszkodziły tulipanom…

Lecz magnolii się nie przysłużyły, wciąż nie może w pełni rozkwitnąć i wygląda na zmaltretowaną…

ptaszyna w zaroślach przed domem- niestety zdjęcie zrobione telefonem

Byłam też w ŚM- jak już się oddziałam bardziej do ludzi, to z rozpędu pojechałam do sklepiku ze zdrową żywnością. Potem jeszcze zmieniłam opiekunkę do Najmłodszych u Tuśki i wieczorem znużona kolejnym intensywnym dniem oraz wiosennym rześkim powietrzem, odpłynęłam… ale zanim oczy mi się całkiem zamknęły, to sfociłam…

nowość jak dla mnie, bo przez lata gąszcz drzew nie pozwalał podziwiać z łóżka

Dziś bym poleniuchowała, ale przychodzi Hania. Normalnie to mi zupełnie nie przeszkadza w obijaniu się po domu, kiedy sama go pucuje, ale umówiłyśmy się na sprzątanie w garderobie rzeczy wierzchnich. Czas najwyższy ją odgruzować, bo obecnie jest w niej wszystko. Pomijam letnie koszulki OM, które powinny być w szafach na górze, ale mężowaty wrzuca i upycha, co tylko mu wpadnie w ręce. I może uda się pozbyć niektórych rzeczy. Łatwiej jest mi się rozstać, kiedy robię segregację z kimś. Dobrze, że większość rzeczy dostaje drugie życie, to też ułatwia pożegnanie 😉 W sumie to Tuśka by się przydała do tej roboty, bo ona nie ma żadnych sentymentów.

Pięknego dnia 🙂