Równowaga…

Niedziela pięknie słoneczna z dziećmi szukającymi prezentów zajączkowych w ogrodzie i spacerem na hulajnogach, a poniedziałek deszczowy i wietrzny. Swoisty śmigus-dyngus z nieba. Radość i spokojność połączone z lenistwem. Równowaga.

Nastrój mi mocno siadł przed samymi świętami. Słabość mną owładnęła, ścisnęła obręczą niemożności. Nawet nie myślałam, że mogę być jeszcze słabsza… Wymyśliłam sobie, że oto moja odporność bierze się do roboty, wyciskając ze mnie wszystkie soki energii jakie mi jeszcze pozostały, bo akurat minęły dwa tygodnie od zaszczepienia i stąd ten spadek formy, która i tak jest kiepska- w końcu ma kilka źródeł, żeby taką być. Trudno się w tym wszystkim zorientować, co jest aktualną przyczyną.

W świąteczną niedzielę Bliscy przyjechali już bladym świtem, kiedy dopiero co zeszłam do kuchni w zamiarze zrobienia dwóch farszów do jaj. Tym razem przyjęłam pomoc z radością, wcześniej nakarmiwszy bigosem, który sami sobie przygrzali. Że nietypowo?

dekoracja Aty 😉

Do samego końca nie wiedzieliśmy, w którym domu usiądziemy przy stole i w jakim składzie. Ograniczamy kontakty z innymi, nigdzie nie bywamy, po to właśnie, żeby móc się widywać w swoim najbliższym gronie. Ale i tak jest ryzyko. Ten tlący się niepokój, który nigdy nie gaśnie, przysłonięty został radością, spontanicznym śmiechem, szerokim uśmiechem… pradziadka i prawnuczki- najstarszego rodem i najmłodszej. Bliskość bez spiny, że żur wyszedł tak gęsty jak kisiel, na stole nie ma wyszukanych potraw, w których specjalizuje się Tuśka, a baba drożdżowa, którą przywiozły Dzieci Młodsze, nie podeszła Miśkowi. Czuł niedosyt, bo w tej cukierni chcą zamówić ciasto na wesele. Mają nadzieję, że latem to już połowa gości będzie ozdrowieńcami, reszta zaszczepieni i tylko nieliczni, którzy wciąż są wolni od koronowych atrakcji. Śmieją się, że zrobią trzy strefy stolików dla bezpieczeństwa. A tak serio, to nic nie jest wiadome, i pewnie długo nie będzie.

W sobotę wieczorem obejrzałam film „25 lat niewinności…” Poryczałam się i jedno słowo, jakie mnie się cisnęło to skur… Zaczęłam też czytać „27 śmierci Toby’ego Obeda” i mimo iż niewiele stron za mną, to identyczne słowo pojawiło się na ustach. Tym bardziej potrzebowałam tej atmosfery świąteczno-rodzinnej i zwykłej radości z tego, że jesteśmy razem. Choćby tylko przez kilka godzin. Dużą radość sprawił mi apetyt Taty, który jak zwykle dostał prowiant do domu. Wprawdzie coś tam sobie ugotuje, ale raczej to eksperyment na gotowcach, wiec częściej zamawia sobie w restauracjach, których jest największym krytykiem kulinarnym. No kuchni Mam trudno dorównać, szczególnie że te smaki się utrwalały przez ponad 50 lat…

Patrzę tęsknie przez mokrą szybę kuchennego okna na ławeczkę… którą przytargała Ciocia. Poszłam ja ci w jednym z tych cieplejszych dni zobaczyć, gdzie jest nasza stara ławka z tarasu, bo wymyśliłam sobie, żeby ją postawić w ogrodzie, co bym mogła sobie klapnąć, kiedy zmęczę się pracami ogrodowymi bądź ganianiem za Zońcią. Plan był taki, że odkryję jej lokalizację, po czym jak się nawiną pracownicy, to poproszę o jej przeniesienie. Ławka była pod wiatą między garażami, dostęp do niej był utrudniony, bo zastawiona czym popadło, w tym dużym biurkiem z biura. Ciocia akurat siedziała przed domem, wygrzewając się na słoneczku, więc się przywitałam i powiedziałam o swoich zamiarach… Po chwili już miałam ławkę tam, gdzie przynajmniej na razie chciałam. Bez mojego najmniejszego udziału. Nie mam pojęcia, jak to zrobiła, bo ławka ciężka z żeliwnymi nogami… I zanim ja dotarłam do niej, żeby ją umyć, to Ciocia już z wiaderkiem i akcesoriami była przy niej. Tak że tak…

jeszcze mało zielono wokół ale w pobliżu pączkuje już magnolia

Rzadko wchodzę do domu głównym wejściem i o mały włos przeoczyłabym, mizerne, ale zawsze to, kwiatki 😉

Dużo uśmiechu dla Was 🙂