Skłamałabym…

Gdybym powiedziała, że się nie boję, to byłaby to nieprawda. Ale to nie jest strach obezwładniający, paraliżujący, destrukcyjny, taki, który wywraca wszystko do góry nogami, powodując zmianę zdania, burzy już dawno poukładane klocki… Ponieważ to nie paniczny strach przed covidem pcha mnie do tego, by się zaszczepić za wszelką cenę. Wierzę w medycynę, w naukę. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z różnych zagrożeń, jakie niesie za sobą każde leczenie. Tak, dlatego obawiam się, jak mój organizm zareaguje na szczepionkę. Szczególnie że mam towarzystwo skorupiaka i biorę piguły, które nieźle rozrabiają w moim organizmie. (Chemioterapia zwiększa ryzyko zakrzepicy 6-krotnie, również wkłucie centralne). Jestem osobą, która chce mieć poczucie, że zrobiła wszystko, co mogła w danej sytuacji. Nie przegapiła, ale przede wszystkim nie zrezygnowała z proponowanych możliwości, które z każdym dniem oferuje nowoczesna medycyna. Inaczej już w którymś momencie tego mojego podróżowania w nieproszonym towarzystwie, odeszłabym bez możliwości powrotu… Dlatego zamiast ścieżki strachu, wybieram ścieżkę nadziei i wiary. I solidarności. I odpowiedzialności.

Kolejna moja przyjaciółka, tym razem wraz z mężem jest ukoronowana. Tydzień przechodziła ciężko, ze spakowaną torbą do szpitala, w którym notabene będąc na teście (dwa ujemne, trzeci dodatni- pcr, bo pierwsze to antygenowe), chciano zostawić. Właściwie już od dwóch dni nie musi być w izolacji, ale kompletnie nie czuje się na siłach, by wstać i funkcjonować normalnie. Skończył jej się antybiotyk, chce prześwietlić sobie płuca… jej lekarz rodzinny dostępny dopiero za dwa dni… Mężowaty, nasz przyjaciel, czuje się dużo lepiej, przechodzi łagodniej, ale w izolacji pozostaje o tydzień dłużej. LP mi powiedziała, że jeszcze nigdy tak ciężko nie chorowała. Obie, PT i LP, poinformowały mnie, jak już wyszły na prostą w chorowaniu, bo nie chciały, żebym się zamartwiała ich stanem.

Moje „covidowe płuca” są zagadką. Może gdybym miała je całe prześwietlone, a nie tylko niewielki fragment, byłaby jaśniejsza sytuacja. Jak wszystko dobrze pójdzie, to w środę zostanę zaszczepiona (nawet gdybym była ozdrowieńcem, to mnie nie dotyczy 6-miesięczny odstęp po przechorowaniu),a OM czekając na mnie, zrobi sobie test na przeciwciała. Być może on też nie rozwiąże zagadki, ale gdyby się okazało, że je ma, to większym prawdopodobieństwem byłoby, że ja przeszłam zakażenie. Bo jak to Rodzinna powiedziała „matowa szyba” nie musi oznaczać zaraz covidu, a test jest tylko testem (dwa ujemne).

dopisek:

zaczipowana od dwóch godzin!

dopisek 10.30 am czwartek

Po dobie od zaszczepienia gorączka 39,3, w nocy pierwszy pomiar 40,7 drugi 39,8, boli ręka i głowa, ale nie aż tak, żeby brać prochy. I tak biorę na zbicie gorączki. Ogólnie nie jest źle, ale martwi mnie to, że być może oprócz reakcji na szczepionkę mam jakaś infekcje. Były i są ku temu przesłanki 😦