Uruchomić…

Cierpliwość.

Ćwiczę od kilku dni. Za sprawą sprzętu, którego ilość jest zadowalająca, za to jakość… Laptop, którego używam przede wszystkim do oglądania filmów na Netflixie i pisania na blogu czy odpowiadania na emilki, zaczął się psuć technicznie, a może fizycznie, bo kilka newralgicznych klawiszy odmawia posłuszeństwa. Starszy Asus jest już tak zamulony i chodzi jak żółw (trzymam go tylko dlatego, że wciąż mam na nim mnóstwo nieprzegranych zdjęć), więc z czeluści komody wyciągnęłam porzuconego Malucha. Dumna z siebie, że wpadłam na pomysł, że oto nim ogarnę wpisy własne na blogu, bo sprzęt ani stary, ani zużyty a używany dopóki tak naprawdę nie został zastąpiony najpierw „siódemką” a teraz „jedenastką” iPhone, więc tak kiedyś ceniona przeze mnie możliwość odczepienia ekranu i używania go jako tabletu, straciła na atrakcyjności. Zresztą Maluch był zakupiony, żeby jeździł ze mną do DM- od dłuższego czasu telefon zupełnie mi wystarczy. Nawet od biedy post opublikuję, choć nie lubię, bo posty piszę z prędkością światła, palce z trudem nadążają za moją myślą, a na telefonie stukając jednym palcem… sami wiecie 😉 No to odkurzyłam Malucha, w duchu myśląc sobie, że będę go używać jako maszyny do pisania. Trudno. Poświęcę się. Pierwszy stres zaliczyłam, jak wpisałam adres mojego bloga. Strona się nie otworzyła, zaś mnie straszył komunikat, że brak certyfikatu bezpieczeństwa. Słodki jeżu… o co cho? Olałam własne bezpieczeństwo i z uporem maniaka ponawiałam próby. Udało się za pierdylion którąś. Już miałam otwierać szampana, a przynajmniej lecieć po żelki bądź czekoladę, kiedy zorientowałam się, że nie jestem zalogowana. Pot mnie oblał, strach obleciał, bo nie po to się nie wylogowuję z żadnego sprzętu, żeby musieć pamiętać hasła na pocztę, FB, blogi i jeszcze parę innych stron… No! A tu mnie tak potraktowano z automatu i wylogowano! Ja piórkuję! Hasło to jedno, a drugie… no gdzieś je trzeba wpisać. Poszukałam gdzie, rzecz jasna, w internetach, i całkiem już zestresowana za piątym razem trafiłam i z loginem i hasłem. Na szczęście mam tylko dwa hasła i kilka wariacji na ich temat ;p Tak, żeby utrudnić. Sobie, rzecz jasna. Ufff… kamień z ramion spadł z hukiem, a ja mogłam napisać poprzedni post i go nawet opublikować 😉 Po czym dziś znów biorę moją maszynę do pisania i odpalam. A ta mnie informuje, że nie można ukończyć aktualizacji oprogramowania i nie przepuszcza dalej. Mało tego, jeszcze nakazuje mi nie wyłączać komputera. Noszzzz! Czekam…czekam…czekam… i wciąż czekam, tyle że w międzyczasie wyciągnęłam zamulonego najstarszego Asusa i go uruchomiłam- czekając, czekając… tym razem aż mi się otworzy przeglądarka. I co widzę? Tu też już mnie wylogowano z własnego bloga, ale podeszłam do tego spokojnie (wydech-wydech), bo przecież przeszłam wcześniej już poligon hasłowy, więc tym razem sprawnie się zalogowałam i mogę nadawać. Tyle że mam zagwozdkę, bo nowszy Asus poza klawiszami jest sprawny, szybki, więc kupowanie nowego (koniecznie 17 cali) nie bardzo mi się uśmiecha, a na nim już nic nie napiszę. Nie lubię zmieniać sprzętu, jeśli nie jest to koniecznością. Z drugiej strony, używać trzech, no dobra ostatecznie pewnie dwóch laptopów, każdego w innym celu wydaje mi się upierdliwe. Maluch w końcu kiedyś się zaktualizuje, ale to wciąż nie rozwiązuje problemu, dlatego jeśli rzadziej będę coś publikować, to się nie dziwcie. Bo to oznaczać będzie, że straciłam cierpliwość. A z uruchomieniem jej mam również duży kłopot, jak teraz z laptopami i wejściem do kokpitu własnego bloga.

Ostatnio robiąc transakcję online, nie dostałam autoryzującego SMS-a przepuszczającego przelew. Dzwonię więc do banku, a tam miła pani mówi mi, że z ich bramki internetowej wyszły wszystkie 5 sztuk, ale faktycznie nie mają potwierdzenia, że zostały dostarczone. Wina leży po stronie operatora sieci albo mojego telefonu. Pierwsze co chcę zrobić, to pozbyć się esemesowej autoryzacji. Nie da się. Dyrektywa unijna. No to każę OM dzwonić do opiekuna (wszak jest strategicznym klientem ;p)- mój problem został przekazany działowi technicznemu, który ma się odezwać. Taaa… ja i czekanie… Bo! Transakcja dotyczyła…. butów! Dla mnie. No nie mogła mi przepaść, więc poszperałam w internetach, co w takiej sytuacji, jeśli w ogóle występuje- może ja jestem wyjątkiem ;p- zrobić. Ha! Wyłączyć i włączyć telefon. No jasne. Wyczyścić historię w przeglądarce. Okej. Ale bez usuwania ciasteczek, bo tu komunikat, że zostanę wylogowana z większości stron- nie ryzykuję, bo przecież kto by pamiętał hasła czy loginy do wszystkiego. (Jak się później okazało przy laptopach i słusznie). Po jakiejś chwili przyszły SMS-y, zawieruszone gdzieś w cyberprzestrzeni. I tak naprawdę nie wiem, co zadziałało. Na pewno nie dział techniczny Orange, bo ten się odezwał poprzez SMS z radami prosto z netu dopiero na drugi dzień. Zresztą, czy to ważne? Buty zakupiłam! Na wiosnę jak znalazł.

U Izy już wychodzi pod płotem…

irysy 🙂

U nas wciąż musi walczyć z zimą…

prymulki (zdjęcie kol. I.)