Ułuda…

Wyjechałam podczas ostrej zimy (-9), a wróciłam niemal wiosną (+7), no dobra przedwiośniem, a raptem nie było mnie dwie doby.

moja dzielnia w poniedziałkowy wieczór 😉

Kiedy bliskie mi osoby lamentują, że podczas tej zarazy muszę regularnie bywać w szpitalu, narażając się na bukwico, to ja za każdym razem mam większy stres jak idę do fryzjera, niż jak zgłaszam się na oddział. No taki paradoks. Ale autentycznie czułam się bezpieczna, widząc całe te procedury od środka. Taa… Dziwnie cicho i pusto na oddziale- we wtorek, który wcale nie okazał się potworkiem- w dyżurce pielęgniarek tylko Gosia, która z marszu pobrała mi krew na badanie i kazała zmykać na salę. Uśmiechnęłam się, bo przynajmniej oczekiwanie na wyniki i decyzję przebiegnie na wpółleżąco, a nie na twardym zydelku na korytarzu. Luksus ten zawdzięczałam…covidowi, który przetrzebił personel, a co za tym idzie zmniejszył „dostawę” pacjentek. Tydzień wcześniej w ogóle wstrzymano przyjęcia, a kogo tylko mogli wysłali do domu, bo personel na kwarantannie i odbywała się dezynfekcja całego oddziału. Pytam się jak się czują „zesłańcy”- w miarę dobrze, oprócz Giny, która dogorywa a zdążyła się zaszczepić, ale… Zarażała chemiczna pacjentka z ujemnym wynikiem testu. Po opuszczeniu szpitala, w którym przebywała dwa dni, miała wizytę w innym szpitalu, gdzie również zrobiono jej test- tym razem wyszedł dodatni.

Trochę mina mi zrzedła, bo wkroczyłam z uśmiechem, przemaglowana na izbie przyjęć (bo przypadek ciekawy, a tu zagraniczni studenci) i z zielonym światłem od młodej pani doktor na zaszczepienie się przeciw covidowi. No! Wiałam z oddziału, jak tylko dostałam piguły, zjadłszy uprzednio zupę, za którą kolejny raz dostałam burę od PT- bo jak już musisz tam być, to nie dotykaj i nic nie jedz szpitalnego! Pewnie bym i nie jadła, ale wspieranie lokalnej gastronomi miałam w zamiarze dopiero wieczorem, razem z Dziećmi Młodszymi, robiącymi za dostawców. W poniedziałek była kuchnia japońska, we wtorek włoska.

gnocchi con funghi e spinaci… zapach i smak leśnych grzybów obłędny! posypane jeszcze parmezanem..

PT mogła się zarejestrować na szczepienie jako pracownik medyczny, ale nie wiedziała o tym i zarejestrowała się jako niemedyczny. Czeka na odzew. Na razie nie ma szczepionek, a niektórzy tak jak OM dostali już termin. Po wyjaśnieniu został anulowany. Wracając do domu, usłyszałam w radiu, że osoby chore przewlekle- w tym na nowotwory w trakcie leczenia- będą szczepione przed służbami mundurowymi. Banan mi się pokazał na twarzy, ale wiedząc, że moja radość może być złudna, bo do tego czasu wyjdzie minister, bądź jego przedstawiciel i oznajmi zupełnie co innego, to cieszę się umiarkowanie. O! Tak, wiem, że być może mój organizm nie wytworzy przeciwciał, ale poprzez zaszczepienie się zwiększam swoją szansą. Nie szczepić się, to tak jak czekać na wygraną w lotto, nie wypełniając kuponu- zero szansy! I może strach ma zbyt duże oczy, ale wolałabym się zaszczepić szczepionką mRNA, niż inną. I szybciej niż później. Zanim do tego dojdzie, to jeszcze się zdążę skonsultować z Profesor.

Na sali były ze mną trzy pacjentki, które oprócz olaparibu (w mniejszej dawce) dostają avastin, bo są w pierwszej linii terapii. Jedna z nich przeszła covid. Żadna jak na razie nie wyraziła chęci na szczepienie. Razem z panią onkopsycholog* (zaszczepioną) przedstawiłyśmy nasz punk widzenia, dlaczego wybrałyśmy szczepienie się. Bez nacisku, namów, po prostu… zwykła rozmowa. Każdy sam musi podjąć decyzję. Jak to mówi PT, która unika konwencjonalnej medycyny jak ognia, to w tym przypadku jest to konieczność wyższa. I już! Jestem z niej dumna.

*Pani psycholog w podwójnej maseczce (pierwsza z filtrami, druga chirurgiczna) powiedziała, że pomimo iż dwa tygodnie po zaszczepieniu się dostała zawrotów głowy (dostała tabletki i zawroty już mijają), to zaszczepiłaby się ponownie mimo tych najprawdopodobniej skutków poszczepiennych. Bo po pierwsze, bardziej obawia się skutków pocovidowych, a jeszcze bardziej, że pracując z pacjentkami już i tak mocno dotkniętymi chorobą, mogłaby ich zarazić nieświadomie (mimo iż testy wykonywane ma co tydzień, jak cały personel medyczny), a gdyby tak się stało, i miałaby kogoś na sumieniu, to zawodowo by się „posypała’… Zna swoje ograniczenia i słabe punkty…

PS. Ach ach… Lady Gaga i The Star-Spangled Banner- i jak tu się nie wzruszyć…Idę spać jakby spokojniejsza o jutrzejszy poranek 😉