Wątpliwości…

Kolejny raz rządzący wprowadzając kolejne obostrzenia, nie osadzili je w prawie. No cóż… No to teraz wszelkie Polaki-Cebulaki mędrkują jak je obejść i bohatersko oświadczają całemu światu, że nie mają zamiaru ich przestrzegać. Tak jakby nie było pandemii. Tak jakby nie było kilkaset zgonów dziennie z powodu covid-19. Tak jakby nie było 100% więcej zgonów w listopadzie w porównaniu do listopada 2019. Osobiście w doopie mam, czy te wszystkie obostrzenia (godzina policyjna w noc sylwestrową) są konstytucyjne, czy nie. Bo dla mnie logiczne jest, że warto przestrzegać obostrzeń sanitarnych. I nie postrzegam tego w taki sposób, że ktoś czyha na moją wolność. Prędzej na moje życie. A tym kimś może być wirus. Owszem, mam wiele wątpliwość co do zasadności niektórych obostrzeń, ale nie mam zamiaru łamać żadnego.

Większość ludzi ma też duże wątpliwości co do szczepień. Absolutnie im się nie dziwię. Mają do tego prawo i podstawy. Oczywiście nie mam tu na myśli tych, którzy uważają, że szczepienia to zło, większe, niż dobro, które ze sobą niosą. Tych wrzucam do jednego wora z napisem NIEDOUCZONE DURNIE! Strach jest naturalny. Kiedy podjęłam decyzję o HIPEC, też się bałam. Wszak w DM nikt jeszcze takiej operacji nie przeprowadzał. I nikt mi nie zagwarantował, że obejdzie się bez powikłań, ani, że pozbędę się skorupiaka już raz na zawsze. Zaufałam. Medycynie. Lekarzom. Że jest to najlepsza oferta leczenia w tamtym czasie. I mimo iż była to moja najciężej zniesiona operacja, absolutnie jestem dumna z siebie, że ją odbyłam. Dziś podjęłabym taką samą decyzję, mimo iż odczuwam jej skutki. Dlatego też ufam, że szczepionka przeciw covid-19 jest bezpieczna, na tyle ile w ogóle może być bezpieczna szczepionka. Bo zawsze znajdą się osoby, które mogą mieć poszczepienne powikłania. Zazwyczaj lekkie, ale zdarzają się też ciężkie. Czy to znaczy, że należy się nie szczepić? No nie! Szczególnie gdy nie ma innego lekarstwa, a choroba zbiera śmiertelne żniwo.

Żrę encorton i puchnę. Jednocześnie mając nadzieję, że krwinki białe dostały kopa i przekroczą graniczną wartość, abym mogła dostać piguły, żeby dalej móc trzymać mojego skorupiaka w ryzach. Żrę żelazo, mimo różnych sensacji żołądkowych, żeby czerwone trzymały jakiś stały poziom… Cztery lata minie zaraz po Nowym Roku, jak codziennie truję się chemią (16 piguł!), żeby żyć… I chętnie wzięłabym się zaszczepiła, nie po to żeby zrzucić „kajdany niewoli” (maseczkę, dystans), ale żeby nie obawiać się, że zetknięcie się z wirusem to wyrok śmierci przy moim całkowitym braku odporności. Zaszczepiwszy się, tę wolność bym odzyskała, nawet dalej pomykając w maseczce i trzymając dystans ze skorupiakiem w tle… Ale niektórzy tego nie pojmują… ich rozum tego nie ogarnia.

Od jednej z pielęgniarek (na moim oddziale) usłyszałam, że zapisała się na szczepienie, bo chce w wakacje podróżować. To ją przekonało. Każda motywacja jest dobra! 🙂

P.S. z godziny policyjnej w sylwestra najbardziej skorzystają zwierzaki, bo nie będzie fajerwerków! O!