Drzewko radości…

Wyciągnęłam z szafy kurtkę puchową, bo chyba w końcu już czas. Walizki nie musiałam, bo stała przez te prawie cztery tygodnie w holu na górze i patrzyła na mnie z wyrzutem, że jej nie rozpakowałam i nie schowałam. Czas tak pędzi, że nawet OM zdziwił się w niedzielny poranek przy jajkach na miękko, że nazajutrz znów jadę do DM. Jadę z duszą na ramieniu, bo gdzieś tam z tyłu głowy mam myśl, że to nie ostatni taki wyjazd w grudniu. Jadę bez humoru, bo najpierw w piątek bolała mnie całe paszczęka, zaraz po przebudzeniu, a w sobotę zaczął mnie boleć konkretny ząb. Boszzz ból, który był mi obcy przez długie lata, pojawił się w nieciekawym czasie, bo raz, że muszę jechać, a dwa, nikt nie odbiera telefonu w gabinecie dentystycznym, żeby się umówić. No nic, będę próbować, a potem szukać jakiegoś innego…

U Najmłodszych stoi już choinka, którą OM przytargał od znajomych, którzy ścinali swoim świerkom czubki, ratując w ten sposób od wyrzucenia na kompost i przedłużając życie w blasku lampek i świec.

Wystrojona małymi rączkami z pomocą Tuśki, stoi w miejscu, w którym stały choinki w poprzednich latach z przerwą dwuletnią. Tak naprawdę to będzie pierwsza wigilia 24.12 w domu Najmłodszych, choć ta 6.01 miała już kiedyś miejsce… Ale nie ma znaczenia gdzie, tylko z kim spędzamy ten świąteczny czas. I przy czym… bo choinka jak już jest, to musi być żywa, pachnąca (ta ma nawet szyszki), nie ma jeszcze słodyczy, ale to się nadrobi 😉 Cukierki w błyszczących i kolorowych papierkach koniecznie muszą zawisnąć na zielonych gałązkach, bo Tata nie uznaje choinki bez łakoci; któregoś roku jak na drzewku w naszym domu ich nie było, to poprzyklejał taśmą klejącą jajka niespodzianki. Tuśka i Misiek mieli radochę 😀

Z głębokiego dzieciństwa pamiętam z naszego mieszkania (służbowe z pracy Mam) w podmiejskiej miejscowości, które mieściło się w domu dwurodzinnym, dużą żywą choinkę, którą Tata kupował co roku w nadleśnictwie. I prawdziwe świeczki na niej. Potem już w bloku, przez wiele lat była sztuczna, bo żywe szybko gubiły igły, gdyż jedynym miejscem było to przy kaloryferze… A lampki były kolorowe, duże imitujące świeczki. Tak tęskniłam za żywą, że obiecałam sobie, że u siebie nigdy nie postawię sztucznego drzewka. I słowa dotrzymałam. Wprawdzie od dawna już nie jest to pełnowymiarowe drzewko, ale jest ten zapach… Tradycję żywych choinek podtrzymują dzieci. Ogólnie to mam wrażenie, że żywe choinki wyparły te sztuczne, które goszczą tylko w witrynach sklepowych.

A może ktoś z Was ma sztuczne drzewko?