Kult…

Spotkaliście się z kultem matki? Bynajmniej nie Matki Polki czy Matki Boskiej. Po prostu matki. W rodzinie, wśród znajomych, przyjaciół. I wyznawca nie jest typowym synusiem mamusi, osobnikiem współuzależnionym od rodzicielki, bezradnym i nieporadnym, nieudacznikiem życiowym. Nie. Zwyczajnie wyznaje, że co z krwi to z krwi i nikt temu nie dorówna. Ba! Do kultu matki w pakiecie jest jeszcze kult siostry, wszak to te same geny są! Obce z założenia nie mają szans, żeby w oczach osobnika osiągnęły podziw, choćby tylko aprobatę. Prędzej wytknie brak osiągnięć, według własnej skali. Inne dokonania się nie liczą, bo przecież wzorzec jest jeden, a nawet dwa. Nie do dorównania. Chyba że toczka w toczkę będziesz żyć pod czyjeś wyobrażenie… Kalka zachowań. Bez żadnej gwarancji, że zasłużysz na uznanie, bo przecież to takie oczywiste, że życie trzeba przeżyć tak i tak. Choćby robiąc przetwory z pomidorów w odpowiednim czasie.

*

Popadało wczoraj. Dom się sprzątał, a ja wsłuchiwałam się w piękną muzykę deszczu. W piątek było upalnie aż nie do zniesienia. Prawie cały dzień spędziłyśmy z Zońcią w chłodnym domu, ale był czas na pobieganie boso…

jeszcze nadążam 😉 ale ten urwipołeć ma różne pomysły, choćby taki:
a mówią, że teraz robią kiepskie meble ;pp

Niepokoje mnie otulają. Zamartwianie, które czai się w myślach… Przeganiam, bo nie mam na nic wpływu.