Miastowa miejscówka…

Wspominki.

Między jedną a drugą nostalgią jest życie. Intensywne, zwyczajne. Pamiętam, że nie raz myślałam, że już nigdy nie będzie tak dobrze jak w tej chwili. Pojawiała się tęsknota za tym, co jeszcze nie zdążyło przeminąć. A potem przychodziły następne. Piękne, wzruszające. Całe kolekcje.

Kiedy przyjeżdżam na osiedle położone w śródmieściu mojego rodzinnego miasta, to już samo opuszczenie auta przywołuje wiele wspomnień. Mimo iż przestrzeń wokół i ta trochę dalsza uległa zmianie. Nie ma już zakładu krawieckiego Dana, w którym szyto ubrania dla kobiet przede wszystkim na eksport. W Alei Fontann nie istnieje już ich firmowy sklep, w którym Mam kupiła mi dżinsową rozpinaną sukienkę, służącą za fartuch szkolny w siódmej i ósmej klasie. (Kto taką miał, rękę w górę ;)). Żeby dodać szyku, sama sobie kupiłam sandały na koturnie, również dżinsowe z wyszywanymi kwiatami na dwóch paskach. Pierwsze i ostatnie moje buty na wysokim koturnie. Aaaa nie, miałam jeszcze kozaki zamszowe, ale to już zaszalałam po czterdziestce 😉 Zaszalałam, bo na co dzień to ja zupełnie na płasko, jedynie szpilki mogły mieć kilka centymetrów. No, ale ja nie o butach, o których mogłabym namiętnie ;p Nie ma, ale za to jest luksusowy hotel o tej samej nazwie. A obok, przyklejona do niego nowa budowla- Hanza Tower. Przez rok do Dany chodziłam na stołówkę, bo Mam wykupiła mi i Tacie tam obiady. Po czym jak się zorientowała, że z bloczków nie ubywają karteczki (zapominałam wyrywać ;pp), to mi odpuściła. Zresztą zaraz przestała pracować i mieliśmy codziennie smaczne domowe obiady 🙂 W hotelu jest restauracja, jeszcze w niej nie byłam, choć w minioną niedzielę Tata mnie do niej zaprosił, ale nie miałam sił w ten gorąc wychodzić, no i Dziecka Młodsze dostarczyły ukochane sushi… Tuśka już była z dziadkiem, i stwierdziła, że dobrze tam karmią ;p

100598781_269998127739462_5144804387436101632_o

zdjęcie Escape by drone

Te kolorowe wieżowce z lewej to moje osiedle. Mojej miejscówki tu nie widać, jest niżej, bo ulica (ta bezpośrednia od głównej) biegnie w dół. Tę przy hotelu idąc przez osiedle, przekraczałam przez osiem lat, spotykając się przy słupie w głębi osiedla z Aliś  uczęszczając do podstawówki, a potem przez kolejnych pięć lat spotykałyśmy się na rogu (widać go: osiedlowa uliczka pomiędzy blokami dochodząca do mojej ulicy) o godzinie ósmej zero zero. Bo ja z moją Przyjaciółką siedziałam 13 lat w jednej klasie ławce ;p

451CA5BA-48F3-4804-A82A-B334C1E65677

osiedle z innej perspektywy- zdjęcie z fejsa, było na wielu portalach, nie wiem kto zrobił.

Tu już widać mój blok, to pierwszy z prawej strony (Aliś, trzeci z lewej). Z jej bloku z wysokich pięter (jest położony wyżej) widać Odrę, przepiękną panoramę miasta- widoki są przepiękne!

117665950_419220712375340_1646633831431353029_n

A tę fotkę zrobiłam spod garażu w bloku, kiedy wsiadałam do swojego auta, żeby wyruszyć do domu. Zawsze przyjeżdżam „z góry”, a wracam „dołem”, czyli dojeżdżam do skrzyżowania, gdzie widać te „kopuły”  (pełniące funkcje kulturalno-rozrywkowe) i skręcam w prawo. Takie przyzwyczajenie.

*

Najmłodszych zobaczyłam dopiero w czwartek, bo w dniu, kiedy ja wyjeżdżałam, to oni dopiero wracali z wakacji. Pytam się Pańcia jak było nad morzem, i po usłyszeniu, że superowo, dodał, a wiesz babciu, Zońcia mnie w końcu kocha, przychodzi do mnie i się przytula, daje buzi… a jego buzia aż promienieje, jak to wypowiada. Mówię, że kochała go i wcześniej, tylko tak troszkę specyficznie, po swojemu 😉 Zońcia to szatan w sukience o blond czuprynie i niebieskich oczach. Samochodziara do potęgi entej. Zobaczyła przez uchylone drzwi do garażu skrawek czerwonej karoserii- maluch prababci, i koniec. Przepadła. A kiedy, wrócił Dido i podjechał busem, to się wgramoliła do niego za kierownicę i za nic nie chciała wyjść. Gdy chciał ja wysadzić, to strzeliła focha i usiadła w aucie na podłodze…

*

A w Sejmie większości posłów niezależnie od opcji jaką reprezentuje, zagłosowało za  podwyżkami dla samych siebie, senatorów, ministrów, premiera, prezydenta i pierwszej damy. Ekspresowo. Dobrze, że nie pod osłoną nocy ;p Gdyby nie kryzys (również wizerunkowy), to w sumie naturalna rzecz, w końcu płaca minimalna też rośnie co roku ;pp Taaa, a gdzie pieniądze dla rezydentów, nauczycieli na ten przykład? I mam dylemat z pierwszą damą. Ogólnie uważam, że jeśli pracowała wcześniej, to powinna mieć opłacane składki emerytalne, rentowe i zdrowotne. Oraz wypłacaną kwotę równą  na przykład ostatnich poborów- rewaloryzowaną. A jeśli faktycznie miałaby dostawać 18 tys. brutto, to może powinna ponosić wszystkie koszty związane z wizerunkiem oraz z podróżami z własnych pieniędzy. Nawet jeśli jest to oficjalna wizyta przy mężu. Bo dostawanie za samo towarzystwo to już lekkie przegięcie. Jak również przegięciem jest to, iż pięć lub dziesięć lat żona prezydenta ma nieskładkowe. Te lata powinny liczyć się do emerytury. W każdym razie jestem za, żeby pierwsze damy miały pensje w naszym kraju. Ale czy koniecznie tyle, co na przykład wicemarszałkowie Sejmu? I trochę mi wstyd za opozycję. A może nawet bardzo…

Uśmiechu na te jeszcze wciąż wakacyjne dni 🙂

P.S.

Właśnie mija 12 lat od diagnozy. Kto by pomyślał 😉 Ten dzień pamiętam godzina po godzinie…  Rano przyjazd bezpośrednio z domu na Genetykę, kilka godzin oczekiwań i trzy różne badania, telefony od Dziewczyn (moja chęć ucieczki i przełożenia na inny termin), bo czekały na mnie na umówionym spotkaniu, badanie, które zbiło mnie z nóg… Od razu wizyta na izbie przyjęć, aby umówić się na operację, tam kolejne badanie i ustalenie terminu. Prosto po opuszczeniu kliniki pojechałam do mieszkania jednej z moich Czarownic, tam otulona przyjaźnią i ogromną życzliwością trzymałam pion z uśmiechem na ustach. Dopiero  potem jak odwoziłam Aliś do domu, powiedziałam, że nie dam rady przejść przez chemię…  Z Mam wizyta u weterynarza z Kropką… która po kilku dniach i tak odeszła… siedząc na ławce przed lecznicą i czekając na naszą kolej, powiedziałam Mam, że czeka mnie szpital. (Tata już był wtedy u się na wsi). Powrót do domu w tym samym dniu już po zachodzie słońca. To był również upalny dzień jak w tym roku. Pamiętam nawet, jak byłam ubrana… I że tama łez puściła dopiero podczas jazdy… To był czwartek. W następnym tygodniu w środę byłam już na stole operacyjnym. I tak się bujam z tym skorupiakiem do dziś… A dziś miałam cudownie słodko męczący dzień z Zońcią- przytulasem i złośnic,(jak w końcu wyciągnęłam ją na siłę z malucha) w jednym ;p