Zbawienny sen…

Najkrótsza noc w roku była dla mnie najdłuższą. Przespałam 14 godzin, ale piątek mnie tak zmaltretował, że nie było innego wyjścia, żeby zregenerować siły. A przecież jeszcze zasnęłam w ciągu dnia, kiedy w końcu Zońcia padła po wygłupach na łóżku w wujciowym pokoju, bo nie chciała zostać sama w łóżeczku. Odzwyczaiła się u nas spać w dzień, więc potrzebowała towarzystwa- i tak obie przespałyśmy półtorej godziny, ja obok w sypialni, póki nas Tuśka nie obudziła. Przez cały dzień to OM się nią zajmował, ale kiedy dziecko chciało pić lub jeść to przybiegało do babci 😀 Ciekawe… ;P

Wciąż słaba, bo jeszcze nic nie jadłam, gdyż obudziłam się na czas wzięcia piguł, mokra jak mysz, ale przynajmniej bez temperatury. I bólu żołądka. Podejrzewałam jakieś zatrucie, że coś mi zaszkodziło, ale ten ból był dziwny, a jak pojawiła się temperatura i ból mięśni i kości oraz głowy, to zaczęło mi to wyglądać na coś grubszego.

Ugotuję dziś rosołu z kaczki- postawi mnie na nogi. I może odzyskam zgubiony kilogram 😉 Tylko deszcz jest ratunkiem dla mojego ogrodu, a omija nas szerokim łukiem. Słyszę, że wszędzie pada, widzę obrazki ulewnych opadów, a u nas co najwyżej zachmurzenie, które daje nadzieję i nic poza tym. Frustrujące to jest!

Na portalu naszej powiatowej gazety opublikowano zdjęcie przedstawiające co i jak długo się rozkłada- to tak w ramach edukacji ochrony środowiska. Był tylko jeden komentarz, z zapytaniem „a PIS?”